Raport o wojnie w Iraku (Leo Strauss i inni, Waszyngton przeciw zjednoczonej Europie)

Raport o wojnie w Iraku [Leo Strauss i inni]

1. Wstęp
2. Rewolucyjni neokonserwatyści, czyli nowa imperialna prawica
3. Żydowska wojna
4. Polityka Apokalipsy
5. Ropa naftowa jako broń polityczna
6. Euro kontra dolar
7. Waszyngton przeciw zjednoczonej Europie
8. Geopolityka Imperium Mundi
9. Powrót suwerena
10. Siła i słabość Imperium Mundi

WSTĘP

9 kwietnia 2003 roku cały świat mógł na ekranach telewizyjnych oglądać mieszkańców Bagdadu, radośnie świętujących zwycięstwo demokracji i obalających wielki posąg prezydenta Saddama Husajna, tego samego, który 40 lat temu razem ze swoimi towarzyszami z Partii Baas sprawił krwawą łaźnię irackim komunistom. Widzimy uszczęśliwione twarze Irakijczyków, czujemy namacalnie ich nienawiść do dyktatora, kiedy kopią i depczą obalony pomnik, skaczą po nim i plują nań, ciągną po ziemi głowę „ściętego” tyrana. Być może jednak gdybyśmy obserwowali całe wydarzenie z dalszej odległości, z górnego piętra jednego z pobliskich wieżowców, to zobaczylibyśmy coś innego: prawie pusty plac, dochodzące do niego ulice zaryglowane przez czołgi, wokoło żołnierze amerykańscy czuwający, aby nikt nie zakłócił manifestacji, obok posągu reporterzy telewizyjni z kamerami i wpuszczona na plac grupa ok. 100-200 Irakijczyków emigrantów z milicji Ahmada Chalabiego przywiezionych do Bagdadu. Cóż więc widzimy – spontaniczny wybuch entuzjazmu wśród szerokich mas czy też pieczołowicie wyreżyserowane wydarzenie medialne?

Innym razem oglądamy na ekranach uwolnienie bohaterskiej szeregowiec Jessiki Lynch, ale czy była to sfilmowana akcja wojskowa czy też film, w którym żołnierze amerykańscy wystąpili jako aktorzy odgrywający akcję wojskową według wcześniej sporządzonego scenariusza? Czy odbijano jeńca, skoro, jak podejrzewają niektórzy, nie było już w szpitalu uzbrojonych Irakijczyków, którzy więzili Jessicę Lynch, a więc nie była ona jeńcem?

Prezydent Husajn miał broń masowego rażenia, musiał ją mieć, bo przecież ta wojna była po to, żeby go rozbroić. Ale broni nie znaleziono, rozpłynęła się jak we mgle. Trwają jej intensywne poszukiwania, czy zatem wojnę prowadzono po to, aby odnaleźć coś, co byłoby choćby trochę podobne do broni masowego rażenia i co by usprawiedliwiało ex post decyzję o ataku? Może wojna była potrzebna, żeby zapobiec zniszczeniu broni masowego rażenia przez prezydenta Husajna? A może prezydentowi Husajnowi udało się ją zniszczyć, zanim zajęto Irak, i tym sprytnym posunięciem pozbawił prezydenta Busha szansy udowodnienia mu, że ją posiadał? Pojawiła się też hipoteza, że nie znaleziono broni masowego rażenia dlatego, że jej nie było. Nie było, bo prezydent Husajn znany z tego, że w przeciwieństwie do polityków demokratycznych stale zwodzi, oszukuje, nie dotrzymuje przyrzeczeń i kłamie, blefował udając sprytnie, że ma broń masowego rażenia, aby odstraszyć Amerykanów. Stoimy teraz przed alternatywą: albo Amerykanie przejrzeli blef, wiedzieli, że naprawdę Irak nie dysponuje bronią masowego rażenia i dlatego uderzyli, usprawiedliwiając propagandowo swoją akcję blefem Husajna, albo też uwierzyli w blef, ale się nie przestraszyli i wkroczyli do Iraku. To by jednak znaczyło, że Husajnowi udało się wprowadzić w błąd Amerykanów: prezydent Bush i jego służby wywiadowcze dały się nabrać, Bush uwierzył, że Husajn ma broń masowego rażenia i uderzył, żeby go rozbroić. Husajnowi blef się udał, bo przekonał Amerykanów, że posiada broń masowego rażenia, ale z drugiej strony jego blef był fatalnym błędem, bo gdyby nie blefował, lecz powiedział prawdę, że nie ma broni masowego rażenia, to Ameryka nie zaatakowałaby Iraku i uratowałby swój prezydencki urząd.

Przed wybuchem wojny wysoki rangą przedstawiciel rządu amerykańskiego oświadczył, że Irak posiada broń masowego rażenia, ale nie jest w stanie jej użyć. Ktoś posiada zatem coś, co może razić innych, ale ponieważ nie jest w stanie tego użyć, to jednak razić innych nie może. Zatem zagraża on pokojowi na świecie, a zarazem nie zagraża. Jeden z generałów sił pokojowych w Iraku stwierdził, że broni masowego rażenia nie było, ale były plany jej użycia. Czy jednak planuje się użycie czegoś, czego nie ma? Czy plan użycia czegoś, czego nie ma, jest zagrożeniem, czy też nie jest?

Mnożą się wątpliwości i pytania, normalne kategorie logiczne zawodzą, językowe przyzwyczajenia nie odpowiadają sytuacji, czasami wydaje się, że łańcuch przyczynowo-skutkowy jest rozerwany lub nawet odwrócony, co każe niektórym przypuszczać, że Stany Zjednoczone chciały koniecznie pójść na wojnę z Irakiem, ponieważ potrzebowały jakiegoś kraju, z którym mogłyby pójść na wojnę. Mówi się o „wojnie prewencyjnej” i „wyprzedzającym uderzeniu”, co przypomina sytuację z filmu Raport mniejszości – zło jeszcze nie zostało popełnione, zagrożenie jeszcze się nie uformowało, ale przewidujemy, że stanie się to w przyszłości. Uprzedzamy zło zmieniając przyszłość, a zatem nigdy nie dowiemy się, czy zło zostałoby popełnione i czy zagrożenie stałoby się rzeczywistością.

Jeden z urzędników amerykańskich użył nawet terminu „wyprzedzający odwet”: mamy odwet, chociaż jeszcze nie było ataku, mamy karę, choć karalny czyn jeszcze nie nastąpił. Zgodnie z dotychczas obowiązującym językiem, odwet jest skutkiem czyjegoś posunięcia, jest odpowiedzią, reakcją na czyjąś akcję, tu mamy odwet bez uprzedniego posunięcia, odpowiedź na niezadane „pytanie”, reakcję, która następuje bez wcześniejszej akcji. Zakłócone zostają relacje przyczynowo-skutkowe, pojawiają się nowe reguły epistemologii, rozchwiewa się ontologiczna „twardość” bytów.

Wielokrotnie bombardowany był bunkier prezydenta Saddama Husajna, potem okazało się, że w tym miejscu najprawdopodobniej bunkra nie było. Ale czy może nie istnieć cel, który został zbombardowany? Być może ten bunkier nie istniał w sposób samoistny, a tylko bombardowanie niejako ex post nadało mu egzystencję, lecz jednak egzystencję słabą, niepewną, chwiejną. Wielu zadawało sobie pytanie, czy Bagdad został zdobyty, czy też poddany? Może jednak został zarówno zdobyty, jak i poddany?

Słyszeliśmy, że wielu żołnierzy amerykańskich i brytyjskich nie poniosło śmierci w wyniku ognia nieprzyjacielskiego, lecz ognia przyjacielskiego. Cóż to jednak oznacza: czy żołnierze są tak źle wyszkoleni, że strzelają do swoich kolegów, czy też są tak doskonale wyszkoleni, że wróg nie może ich zabić i zginąć mogą jedynie z ręki kolegów? Pytania te można mnożyć, poznawcza niepewność obejmuje praktycznie wszystko, co mogliśmy i możemy nadal zobaczyć, wszak wojna, która nie była wojną, trwa, mimo iż ogłoszono, że została zakończona. Ale co właściwie zostało zakończone? Nie była to wojna w sensie prawno-międzynarodowym ani też w sensie realnym – budżet wojskowy USA jest 400 razy większy niż budżet wojskowy Iraku, asymetria sił była tak olbrzymia, że trudno tu mówić o wojnie, różnica w systemach broni była taka, jak w walce Zulusów z Brytyjczykami lub Burami: dzidy i łuki kontra broń palna. Załóżmy, że „wojna” miała koniec, a zatem chyba i początek? Ale kiedy był ten początek? Może jest tak, że wojna ma początek i koniec, ale to, co mieści się pomiędzy początkiem i końcem, nie jest wojną? A może jest to „wojna”, która nie ma ani początku, ani końca? Ogłoszono zwycięstwo, ale na czym polega to zwycięstwo, skoro „wojna” trwa nadal? Nie mamy ani „pokoju”, ani „wojny”, ani „zwycięstwa”, ani „klęski”. Widzimy prezydenta Husajna, ale nie wiemy, czy to prezydent Husajn, czy jego sobowtór – aktor odgrywający rolę prezydenta, nie wiemy, czy filmowy obraz prezydenta w otoczeniu najbliższych współpracowników został nakręcony wczoraj czy może pół roku wcześniej, może prezydent dawno nie żyje, ale widzimy go na ekranie tak, jakby żył, słyszymy głos z taśmy – ale czy to głos prezydenta Husajna czy aktora, który znakomicie naśladuje jego głos? Ten głos dobiega do nas z taśmy jak głos ducha na seansie spirytystycznym, bo nie wiemy, czy prezydent Husajn żyje, czy nie żyje. Jest tak jakby półżywy, półmartwy. A co z jego sobowtórami? Czy żyją, czy nie żyją? Może, jak znakomicie ujął całą sytuację polski rysownik, nie obalono pomnika Saddama Husajna, ale pomnik jego sobowtóra? Z pewnością eks-prezydent Husajn żyje, ale żyje w świecie wirtualnym. Dołączył do Osamy Ben Ladena i obaj przebywają jako zjawy o niejasnym statusie ontologicznym w nieokreślonej strefie pomiędzy medialną iluzją a rzeczywistością, a raczej w medialnej rzeczywistości, która jest jedyną dostępną nam rzeczywistością. Nie są żywymi ludźmi, ale symbolicznymi personifikacjami Zła, medialnymi i geopolitycznymi konwencjami pozbawionymi ontologicznej treści. Zajmują oni odwrócone miejsce w łańcuchu przyczynowo-skutkowym: najpierw podjęta zostaje decyzja o interwencji w jakimś kraju, a następnie do tego kraju przemieszcza się Ben Laden lub Saddam Husajn, co sprawia, że interwencja jest usprawiedliwiona.

Właściwie wszystko, co wiemy o wojnie, jest jakby pomiędzy, wszystko jest zmieszane, niejasne, trudno uchwytne, żyjemy w świecie, w którym, jak pisał Guy Debord, każdy spiskowiec jest agentem, a każdy agent spiskowcem, w jedną „breję” zlewają się: informacja, dezinformacja i propaganda, prawda i kłamstwo jako elementy wojny psychologicznej, „strategiczne oszustwo” będące mieszanką prawdziwego kłamstwa i kłamliwej prawdy. Czegóż możemy być pewni w sytuacji, kiedy obraz wojny tworzony jest przez wojowników (dez)informacji, menedżerów percepcji, kontrolerów epistemologii, właścicieli środków produkcji prawdy, administratorów obrazów i słów?

Poznawcza niepewność, która towarzyszy nam, kiedy próbujemy dowiedzieć się, co naprawdę się działo i co nadal się dzieje, z konieczności ogarnia nas także wówczas, kiedy usiłujemy dociec, jakie były przyczyny i cele „wojny”. Jak odróżnić cele zasadnicze od drugo- i trzeciorzędnych, jak rozróżnić świadomie założone cele od ubocznych lub nieprzewidzianych skutków, które ex post uznaje się za właściwe cele? Niełatwo zorientować się w olbrzymiej masie komentarzy, spekulacji, domysłów i hipotez.

Uważa się na przykład, że wojnę wywołali chciwi amerykańscy nafciarze albo Pentagon, żeby móc testować nowe systemy broni i uzasadniać zwiększone wydatki na wojsko. Dramatyczne pytanie zadane przez b. sekretarza stanu Madeleine Albright − „mamy najwspanialszą armię na świecie, ale co ona ma robić?” − znalazło prostą odpowiedź: „Jak to co? Toczyć wojny”. Rzecz jasna, trzeba mieć, z kim toczyć wojny, a znalezienie tego kogoś nie jest wcale proste. Już w 1991 roku zdawał sobie z tego sprawę Colin Powell, kiedy ostrzegał: „Think hard about it. I’m running out of demons. I’am runnig out of villains” (cyt. za: David N. Gibbs, Washington’s New Interventionism: US Hegemony and Inter-Imperialist Rivalries, „Monthly Review”, wrzesień 2001). Kiedy ma zajęcie armia, znika groźba bezrobocia w sektorze zbrojeniowym, w którym pracuje kilka procent obywateli amerykańskich (szacuje się, że w branżach i sektorach związanych lub orientujących się na przemysł zbrojeniowy pracuje prawie 30% siły roboczej w USA).

Są tacy, którzy twierdzą, że prezydent Bush poszedł na wojnę, żeby odwrócić uwagę społeczeństwa od rozmaitych problemów wewnętrznych. Według innych to spece od politycznego marketingu wymyślili wojnę, żeby pomogła Republikanom i prezydentowi w wyborach. Pisarz Kurt Vonnegut wysunął przypuszczenie, że chodziło o wielkie wydarzenie medialne i dostarczenie masom rozrywki – zatem wojna jako „reality show”. Zdaniem innego pisarza Normana Mailera wojna ma służyć jako środek moralnej odnowy, tak jak ją sobie wyobrażają środowiska prawicy amerykańskiej. Chodziłoby zatem o wytworzenie „jedności moralno-politycznej narodu”, zagrożonej przez hedonizm, przez partykularyzm grup etnicznych i rasowych. Są tacy, którzy podejrzewają, że chodzi o przesunięcie środków w budżecie z wydatków socjalnych na wojskowe, bo według republikańskiej prawicy wydatki socjalne demoralizują społeczeństwo. Inni uważają, że to wojna religijna i ideologiczna. Jeszcze inni, że za wybuch wojny odpowiedzialna jest wrodzona, genetycznie uwarunkowana agresywność i brutalność Anglosasów, którzy co jakiś czas „muszą rzucić jakimś państwem o mur”. Wskazuje się na wpływową grupę neokonserwatystów będącą czołową siłą „partii wojny” – dla nich każda wojna prowadzona przez USA jest dobra, bo wtedy wzrasta popyt na ich usługi, gdyż cieszą się dużym uznaniem jako propagandyści i intelektualiści potrafiący bardzo umiejętnie uzasadniać słuszność i celowość każdej wojny.

Niektórzy komentatorzy mówią o „teatralnym militarnym show”, o pokazie siły, który ma wywołać „szok i przerażenie” u potencjalnych rywali i u poddanych światowego imperium, o wysłaniu ostrzegawczego sygnału do wszystkich, którzy chcieliby się sprzeciwić woli globalnego suwerena.

Są tacy, którzy doszukują się źródeł decyzji o wojnie w psychologicznych relacjach ojciec-syn: syn chce udowodnić ojcu, że potrafi lepiej – tam ten nie był na tyle zdecydowany, żeby zająć Bagdad: Bush młodszy chce pokazać ojcu i całej rodzinie, że potrafi: „przyniosę Ci, my dear daddy, skalp Saddama, żeby ci sprawić radość i abyś był ze mnie dumny”. Inni znowu twierdzą, że motywem była chęć zemsty: „Saddam chciał zabić mojego tatę”. Pojawiła się nawet teoria, że prezydent Bush, który miał w przeszłości problemy z nadużywaniem alkoholu, ciągle walczy z tymi problemami, dlatego jego otoczenie stara się czymś go zająć, wciągnąć w wir wydarzeń, aby nie powrócił do nałogu – wojna byłaby więc elementem terapii odwykowej.

Wszystkie te teorie – nieraz naiwne, nieraz zabawne i złośliwe, a niekiedy zapewne zawierające ziarno prawdy – nas tutaj nie interesują, gdyż chcemy patrzeć na wojnę w Iraku poprzez pryzmat „absolutnej” geopolityki, geostrategii i geoekonomii, pozostawiając na boku kwestie ideologiczne, psychologiczne, wewnątrzpolityczne, społeczne etc. Przyjęta przez nas perspektywa wyklucza, rzecz jasna, akceptację przyczyn i celów wojny wymienianych publicznie przez prezydenta Busha i jego współpracowników. Gdybyśmy je bowiem zaakceptowali, zmuszeni bylibyśmy w konsekwencji uznać prezydenta Busha, wiceprezydenta Cheneya, sekretarza obrony Rumsfelda, sekretarza stanu Powella za durniów, „oszołomów” i nieodpowiedzialnych żółtodziobów całkowicie pozbawionych politycznych kwalifikacji do sprawowania władzy. Ponieważ jednak uważamy, że są to doświadczeni, odpowiedzialni, inteligentni politycy, to musimy wykluczyć, że chodziło im o likwidację irackiego arsenału broni masowego rażenia zagrażającej Stanom Zjednoczonym, o obalenie tyrana i wyzwolenie spod jego władzy ludu irackiego, o udzielenie Irakijczykom błogosławieństwa takich wartości jak „wolność”, „demokracja”, „prawa człowieka” itp.

Jest sprawą oczywistą, że Irak nie posiadał broni masowego rażenia, a nawet, jeśli jakimiś jej zasobami dysponował, to i tak nie był w stanie jej użyć. Gdyby było inaczej, to czy tak odpowiedzialny polityk jak prezydent Bush zdecydowałby się na atak? Oczywiście, że nie. Przy podejmowaniu decyzji o wojnie prezydent Bush musiał zakładać, że Irak broni masowego rażenia nie posiada. Gdyby był przekonany, że Irak dysponuje bronią masowego rażenia, której rzeczywiście jest w stanie użyć, to oznaczałoby to, że życie tysięcy lub nawet dziesiątków tysięcy żołnierzy amerykańskich jest mu obojętne, że nie liczy się z możliwością ogromnych strat w ludziach. Należało przecież spodziewać się, że właśnie w przypadku rozpoczęcia wojny, prezydent Saddam Husajn, przyparty do ściany, zapędzony w ślepy róg, zdesperowany, zagrożony utratą władzy, a nawet śmiercią może zdecydować się na użycie broni masowego rażenia. Jest zatem sprawą oczywistą, że prezydent Bush musiał posiadać informacje wywiadowcze mówiące jasno, że Irak nie dysponuje bronią masowego rażenia. Wolno zakładać, że jednym z powodów, dla których w 1991 roku prezydent Bush starszy postanowił nie zajmować Bagadadu, była obawa, iż prezydent Saddam Husajn może dysponować bronią masowego rażenia i będzie w stanie jej użyć. W 2003 roku taka obawa była bezpodstawna, dlatego wojna mogła wybuchnąć i Bagdad został zajęty.

Decyzja o wojnie z Irakiem, państwem słabym, które w 2003 roku nie przedstawiało żadnego realnego niebezpieczeństwa nawet dla Kuwejtu, była jednak obciążona wielkim politycznym ryzykiem. Łatwo było przewidzieć koszty polityczne: wzrost antyamerykańskich nastrojów na całym świecie, rozpad tzw. koalicji antyterrorystycznej, spory, konflikty etc. Do tego dochodzą koszty sfinansowania wojny, okupacji i odbudowy Iraku. Odpowiedzialny polityk taki jak prezydent Bush nie ryzykowałby poniesienia takich kosztów politycznych i finansowych, gdyby nie bardzo istotne powody geostrategiczne, geopolityczne i geoekonomiczne. Jest absurdem przypuszczać, że polityczne kierownictwo Stanów Zjednoczonych poświęci życie własnych żołnierzy i wyda miliardy dolarów w imię ideologiczno-moralnych chimer nazwanych „demokratyzacją”, „wyzwoleniem narodu irackiego”, „obaleniem tyrana”, „prawami człowieka” etc. Takich wojen i interwencji Stany Zjednoczone nie podejmują, gdyż są to wojny niesprawiedliwe. Wojna z Irakiem była wojną sprawiedliwą właśnie dlatego, że jej celem nie było „obalenie tyrana”, „zaprowadzenie demokracji”, „wyzwolenie narodu irackiego” etc. Była wojną sprawiedliwą, gdyż służyła osiągnięciu realnych, niezwykle ważnych celów politycznych.

Günter Grass w polemicznej furii nazwał prezydenta Busha politycznym psychopatą. Trudno doprawdy o większą pomyłkę – prezydent Bush i pozostali członkowie kierownictwa politycznego USA to doświadczeni i odpowiedzialni politycy, najwyższej klasy gracze polityczni: ich decyzję o wszczęciu wojny poprzedziły długie narady, chłodny namysł i staranne, przeprowadzone na zimno kalkulacje. Jednak działając w politycznych ramach masowej demokracji nie mogli oni publicznie wyjawić prawdziwych celów wojny, gdyż i tak nie zostałoby to zrozumiane przez tzw. opinię publiczną, która nie potrafi postrzegać wojennego konfliktu jak tylko w kategoriach moralnych, czyli walki Dobra ze Złem. Dlatego fakt, że kierownictwo polityczne USA używa propagandy, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, nie powinien stać się okazją do formułowania moralnych oskarżeń pod jego adresem. Istotne jest tylko to, żeby się nią nie sugerować, jeśli chce się dotrzeć do prawdziwych powodów i celów wojny w Iraku (pośrednio odczytać je możemy z książek, memorandów, raportów Zbigniewa Brzezińskiego, Richarda Perle’a, Paula Wolfowitza i innych).

Dodajmy na marginesie, że ani prezydent Bush nie jest politycznym psychopatą, jak sądzi autor Blaszanego bębenka, ani politycznym psychopatą nie był (jest) prezydent Husajn. Twarde rządy Saddama Husajna, jego bezwzględne tłumienie przejawów opozycji i buntu, oznacza, że nie kierowały nim irracjonalne motywy i samobójcze impulsy, lecz spotęgowana wola utrzymania się przy władzy i dla realizacji tego celu racjonalnie dobierał środki odpowiednie dla sytuacji, w jakiej się znajdował.

William A. Douglas w wydanej w 1972 roku i poświęconej powojennej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych książce Developing Democracy przytacza ujawnione po latach i dostępne dziś dla badaczy dokumenty pokazujące wewnętrzne dyskusje w najwyższych kręgach władzy, podczas których debatowano, co i gdzie należy promować w świecie – demokrację czy formy rządów autorytarnych. Tu widać jasno, jak mało zewnętrzna retoryka, oficjalna ideologia i propaganda ważą przy podejmowaniu istotnych decyzji politycznych. George Kennan w studium planowania politycznego Departamentu Stanu z 1948 roku pisał: „Musimy obywać się bez jakiegokolwiek sentymentalizmu, musimy przestać myśleć o prawach człowieka, podnoszeniu standardu życia i demokratyzacji”, a przecież tenże sam Kennan i politycy czytający jego rady, kiedy występowali przed radiową czy telewizyjną publicznością, mówili właśnie o prawach człowieka, demokratyzacji etc.

Prof. John Mearsheimer, doradca prezydentów Reagana i Busha seniora, w książce The Tragedy of Great Power Politics (Nowy Jork 2001) napisał: „Za zamkniętymi drzwiami, elity, które robią narodową politykę bezpieczeństwa, mówią najczęściej językiem władzy, a nie zasad, i Stany Zjednoczone działają w systemie międzynarodowym zgodnie z tym, co dyktuje logika realizmu. W istocie, widoczna przepaść oddziela publiczną retorykę od rzeczywistego prowadzenia amerykańskiej polityki zagranicznej”.

Niektórzy mają za złe sekretarzowi obrony Donaldowi Rumsfeldowi, że 20 lat temu w grudniu 1983 roku jako specjalny wysłannik prezydenta Reagana przybył do Bagdadu, spotkał się z prezydentem Husajnem, wymienił z nim przyjacielski uścisk dłoni i zapewnił go o przyjaźni USA i dalszym materialnym wsparciu dla Iraku, będącym wówczas zaprzyjaźnionym państwem, kluczowym buforem i strategicznym atutem dla Stanów Zjednoczonych, które wcale nie potępiły prezydenta Saddama Husajna za agresję na Iran, wręcz przeciwnie, przez całe dziesięć lat wojny pomagały mu na wszelkie możliwe sposoby. Oburzeni krytycy potępiają Donalda Rumsfelda za to, że kiedyś gawędził sobie przyjaźnie z „rzeźnikiem z Bagdadu”, natomiast dziś na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych nie znajduje słów moralnego oburzenia dla irackiego tyrana. Możemy być jednak pewni: sekretarz stanu czyni tak wyłącznie na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych. Jest mu bowiem głęboko obojętne, czy prezydent Husajn był tyranem, który zjadał troje dzieci na śniadanie. Ważne jest dlań tylko to, czy Saddam Husajn przeszkadza, czy też pomaga w realizacji ważnych celów politycznych Stanów Zjednoczonych. W 1983 roku pomagał, w 2003 roku przeszkadzał – oto proste wyjaśnienie faktu, dlaczego w 1983 roku prezydent Husajn był „sojusznikiem”, a w 2003 roku – „wrogiem”.

To właśnie niesamowita elastyczność elity politycznej USA, jej niesłychana wprost umiejętność czysto instrumentalnego traktowania ideologiczno-propagandowych uzasadnień, jej posunięty do granic absolutnego cynizmu realizm polityczny przewyższający znacznie „perfidię Albionu”, jej drapieżna bezwzględność i spotęgowana wola władzy, jej nie mający sobie równych w dziejach świata makiawelizm, jej brak jakichkolwiek skrupułów przy desygnowaniu na wrogów dawnych sojuszników i zawierania sojuszy z dawnymi wrogami sprawiły, że odniosła tak ogromny polityczny sukces.

Dlatego też celem poniższej analizy nie jest oskarżanie amerykańskiej elity o stosowanie „podwójnych standardów”, demaskowanie jej hipokryzji („Mówią Biblia, a myślą bawełna”) czy też dyktowany opozycyjną postawą wobec USA moralno-polityczny atak na to państwo i jego polityczne kierownictwo. Problemy polityczne należy rozpatrywać na zimno i bez uprzedzeń, a strategiczne cele i środki wielkiej polityki rozpatrywać „poza dobrem i złem” (jak to ktoś żartobliwie ujął „Jenseits von Bush und Böse”).

Powiadają niektórzy, że na ścianach klas szkolnych w USA wisi Deklaracja Niepodległości, ale polityką kieruje Machiavelli. Wykazywanie, że istnieją spore różnice pomiędzy Deklaracją Niepodległości a realną polityką prowadzoną przez USA, jest zajęciem całkowicie jałowym (co nie znaczy, że nie można traktować Deklaracji Niepodległości jako znakomitego posunięcia polityczno-propagandowego, które było częścią realnej polityki). Dlatego przyjmujemy zasadnicze formuły imperialne w erze masowej demokracji takimi, jakie są: wróg to diabeł, interwencja wojskowa i narzucenie przyjaznego rządu to wyzwolenie i odbudowa demokracji, inkorporowanie do swojej strefy wpływów to przyłączenie do wolnego świata, akcja imperium jest zawsze reakcją na zagrożenie, każda interwencja imperium jest działaniem w samoobronie, każdy atak imperium jest kontratakiem etc. Nie zamierzamy tracić czasu na rozważanie, czy owe formuły są „prawdziwe”, czy też „nieprawdziwe”, nie interesują nas debaty nad tym, czy wojna była legalna, czy nielegalna, bo cóż po prawniczych dyskusjach i dyplomatycznych rytuałach, konsultacjach i negocjacjach, rezolucjach i formalnych argumentach w sytuacji, kiedy globalny suweren już dawno podjął decyzję, ustalił dzień i godzinę ataku oraz określił formę wojny i jej zasięg. Interesuje nas wyłącznie to, co Anglosasi nazywają „power politics”, a Niemcy „Machtpolitik”, czyli w tym przypadku wielka planetarna strategia Waszyngtonu, której celem jest zdobycie władzy nad światem (ustanowienie imperium światowego), celem, który jedynie skalą różni się od celów takich jak zdobycie władzy nad Związkiem Działkowców czy nad powiatem złotoryjskim.

REWOLUCYJNI NEOKONSERWATYŚCI, CZYLI NOWA IMPERIALNA PRAWICA

Przy okazji wojny w Iraku w prasie amerykańskiej i światowej pojawiło się wiele komentarzy oraz artykułów na temat środowiska neokonserwatystów tworzącego intelektualne zaplecze obecnego rządu USA. Neokonserwatyści, z których kilkunastu otrzymało dość ważne stanowiska w instytucjach rządowych, uznawani są za najgorętszych zwolenników obalenia siłą prezydenta Saddama Husajna, wojny z Irakiem i „rekonstrukcji” politycznej na Bliskim Wschodzie, do czego namawiali rządzących Ameryką od wielu lat. Niewielu z nich popierało Busha w czasie prezydenckich prawyborów. Wspierali senatora Johna McCaina do momentu, kiedy stało się jasne, że to Bush otrzyma nominację. Szczęśliwa dla nich okazała się okoliczność, że jeden z ich politycznych patronów Richard Cheney jako wiceprezydent miał wolną rękę w okresie przejściowym pomiędzy wyborami w listopadzie 2000 roku a objęciem urzędu przez Busha w styczniu 2001. Cheney wykorzystał sytuację, aby wprowadzić do administracji grono swoich neokonserwatywnych sojuszników. Należą do nich m.in. zastępca sekretarza obrony Donalda Rumsfelda Paul Wolfowitz (pieszczotliwie nazywany przez prezydenta „Wolfie”), szef gabinetu wiceprezydenta Cheneya Lewis „Scooter” Libby (są tam też jego dwaj koledzy Eric Edelman und John Hannah), odpowiedzialny za kontrolę zbrojeń w Departamencie Stanu John Bolton (Bolton jest zdecydowanym przeciwnikiem jakiejkolwiek kontroli zbrojeń, oczywiście poza kontrolą zbrojeń Iraku, Iranu i innych państw), asystent Boltona David Wurmser stojący na czele wydziału spraw bliskowschodnich neokonserwatywnego American Enterprise Institute (AEI), zastępca sekretarza stanu Richard Armitage, przewodniczący (do wiosny 2003 roku) działającego przy Departamencie Obrony Defense Policy Board Richard Perle, specjalny pełnomocnik prezydenta do kontaktów z iracką opozycją Zalmay Khalilzad, trzeci w kolejności urzędnik w Departamencie Obrony Douglas Feith, specjalista od Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej pracujący dla Narodowej Rady Bezpieczeństwa Elliott Abrams, szef specjalnej komórki wywiadowczej w Pentagonie powołanej przez „trojkę” Rumsfeld/Feith/Wolfowitz Abram Shulsky. W Departamencie Obrony znaleźli się także neokonserwatyści Stephen Cambone, Peter Rodman, Dov Zackheim, Michael Rubin.

Drugą grupę neokonserwatystów stanowią pisarze polityczni, komentatorzy, wykładowcy akademiccy, wydawcy, redaktorzy, publicyści, dziennikarze oraz działacze i funkcjonariusze fundacji i innych instytucji – granice są tutaj zresztą dość płynne i wielu neokonserwatystów porusza się pomiędzy sferą władzy politycznej a sferą idei politycznych. Najbardziej znaczącą postacią jest William Kristol, redaktor naczelny „The Weekly Standard” najważniejszego organu prasowego neokonserwatystów założonego przez Kristola i Richarda Perla, na założenie którego 10 mln dolarów wyłożył właściciel medialnego koncernu News Corporation Rupert Murdoch, którego doradcą jest neokonserwatysta Irvin Stelzer. Murdoch nazywany bywa niekiedy „finansowym ojcem chrzestnym” ruchu neokonserwatywnego. William Kristol – jeden z przywódców neokonserwatywnego kręgu w Waszyngtonie – zyskał pewien wpływ na prezydenta Busha, wiceprezydenta Cheneya i Donalda Rumsfelda (plotka głosi, że co tydzień 30 egzemplarzy „The Weekly Standard” idzie do biura wiceprezydenta). Inni prominentni neokonserwatyści to: Charles Krauthammer – komentator „Washigton Post”, „Time’a” i „The Weekly Standard”, Joshua Muravchik, George Will, David Frum (ten, który wymyślił „oś zła”), Robert Kagan, John Podhoretz, Morton Kondracke, Daniel Pipes, William Safire, Michael Novak, Francis Fukuyama, Bob McManus, Henry Sokolski, Victor Gilinski, Thomas Donelly, Michael Ledeen, Max Boot, pisarka polityczna Ann Coulter, pisarz religijno-polityczny, wydawca pisma „First Things. Journal of Religion and Public Life” ojciec Richard John Neuhaus, nazywany przez kolegów „teocon” (w dawnych czasach pisał przemówienia dla M. L. Kinga), William Bennett, Martin Peretz, Neal Kozodoy, Leon Wieselter, Stephen Schwartz (eks-trockista związany z Foundation for the Defence of Democracies), Eliot Cohen (w grudniu 2002 roku ogłosił na łamach „Wall Street Journal”, że Afganistan stanowi jeden z frontów IV wojny światowej), były żołnierz armii izraelskiej, publicysta i powieściopisarz Mark Helprin mocno zangażowany w sprawy obronności i bezpieczeństwa, Adrian Zackheim (w 1995 roku wydał Odnowić Amerykę Newta Gingricha), Jonah Goldberg z „National Review” – jego matka Lucianne Goldberg, agentka literacka, publicystka pisząca w „National Review”, ghost-writerka (napisała wspomnienia agenta FBI Gary Aldricha) to seniorka ruchu neokonserwatywnego, która najpierw popierała Lyndona Johnsona, potem w 1972 szpiegowała dla Nixona w sztabie McGoverna, inkasując 1000 dolarów tygodniowo, a w ostatnich latach stała się jedną z centralnych postaci afery Clinton-Lewinsky, doradzając Lindzie Tripp w operacji nagrywania jej rozmów telefonicznych z Moniką Lewinsky. Zapytana raz o neokonserwatystów odpowiedziała: „Ma pan na myśli ludzi, którzy lubią zabijać ludzi i łamać meble. To ja!”.

Frank Gaffney kierujący neokonserwatywnym Center for Security Policy (CSP) pisze dla „Washington Times”: „ta gazeta, w której neokonserwatyści raczej dominują, należy do czcigodnego Sun Myung Moona będącego również właścicielem agencji informacyjnej UPI”. UPI jest obecnie kierowana przez Johna O’Sullivana, niegdyś autora przemówień dla Margaret Thatcher, który pracował jako wydawca dla kanadyjskiego magnata prasowego lorda Conrada Blacka, do którego w latach 90. należało ponad 50% wszystkich kanadyjskich gazet. Neokonserwatysta Black, członek Institute for Strategic Studies, Hudson Institute i założonego przez Margaret Thatcher Centre for Policy Studies jest sponsorem innego pisma kontrolowanego przez neokonserwatystów „The National Interest” i właścicielem trzeciego największego imperium prasowego na świecie Hollinger International Inc., w skład którego wchodzą m.in.: konserwatywne „Daily Telegraph”, „Sunday Telegraph”, „The Spectator”, pro-Likudowski „Jerusalem Post” i „International Jerusalem Post” (w zarządzie Hollingera zasiada Richard Perle). Neokonserwatyści należą do czołowych komentatorów politycznych „Wall Street Journal” (ze względu na swoje gorące poparcie dla wojny w Iraku nazywanego niekiedy „War Street Journal”), kontrolują „New Republic”, nadają ton w „The American Spectator” i w „National Review” Williama Buckleya, dominują na kanale telewizyjnym FoxNews należącym do sieci Fox Ruperta Murdocha. Również nowy dziennik „New York Sun” jest neokonserwatywną gazetą, którą wydają i redagują Ira Stoll i Seth Lipsky (20 milionów dolarów wyłożył na nią Conrad Black). Warto też zwrócić uwagę na takie postaci jak agentka teatralna i publicystyczna Eleana Benador, do której klientów należą neokonserwatyści Daniel Pipes, Richard Perle, James Woolsey, Max Boot. Inną ważną z punktu widzenia PR jest agencja reklamowa prowadzona przez Glenna Hartleya i Lynn Chu, do której klientów należą neokonserwatyści David Brooks, Max Boot, Robert Kagan, Migde Decter.

Neokonserwatyści nie są szerokim ruchem politycznym, ale stosunkowo wąskim acz wyjątkowo prężnym środowiskiem intelektualno-politycznym powiązanym mocnymi związkami polityczno-towarzysko-rodzinnymi. Ojcem-założycielem neokonserwatyzmu jest Irving Kristol, wywodzący się jeszcze z przedwojennych środowisk trockistowskich (Kristol i jego żona Gertruda Himmelfarb byli we frakcji shermanitów nazywanej tak od partyjnego pseudonimu Hermana Phillipa Selznicka urodzonego jako Phillip Szechter). Brał udział we wspieranej przez CIA wojnie kulturalnej przeciw ZSRR we wczesnych latach Zimnej Wojny (Kongres na rzecz Wolności Kultury), popierał wojnę w Wietnamie. To on zdefiniował główne wątki myśli neokonserwatywnej. Również Gertruda Himmelfarb miała istotny wpływ na rozwój ideologii neokonserwatywnej. William Kristol jest ich synem. Irving Kristol wpłynął mocno na Richarda Perle’a, odgrywającego istotną rolę w głównym neokonserwatywnym think-tanku American Enterprise Institute (AEI). Innym mentorem Perle’a, jak również Paula Wolfowitza i Jamesa Woolseya (b. dyrektora CIA) eks-trockista i matematyk był Albert Wohlstetter (zm. 1997), który stał się strategiem nuklearnym i jednym z twórców doktryny nuklearnej USA. Wohlstetter był współzałożycielem RAND Corporation i wykładał na kilku uniwersytetach. Zięciem Wohlstettera jest Richard Perle. Wohstetter pomógł swojemu zięciowi i jego koledze Wolfowitzowi w starcie w Waszyngtonie. Wohlstetter przedstawił Perle’a demokratycznemu senatorowi Henry’emu „Scoopowi” Jacksonowi, twardemu „cold warrior”. Woolsey (który określa sam siebie jako Demokratę w typie „Scoopa” Jacksona), poznał Wohlstettera w 1980 roku, kiedy obaj brali udział w jednej z grup dyskusyjnych w Pentagonie. Innymi protegowanymi Wohlstettera byli Zalmay Khalilzad i Ahmad Chalabi kierujący iracką emigracyjną opozycją antyhusajnowską. O Wohlstetterze Woolsey powiedział, że jest kluczem do myślenia jego, Perle’a i Wolfowitza. Perle, Wolfowitz i Woolsey są od dawna bliskimi przyjaciółmi i sąsiadami w Chevy Chale (Maryland). Współpracowali w Pentagonie, zasiadali razem w najrozmaitszych radach, komitetach i komisjach, i brali udział w tych samych konferencjach. Protegowanym Perle’a jest Douglas Feith, który współpracował z nim w administracji Reagana. Kenneth Adelman, były urzędnik w administracji Forda i Reagana, przyjaciel Perle’a, Wolfowitza i Woolseya, jest w bliskich stosunkach z Cheneyem i Rumsfeldem. Cheneyowie i Adelmanowie co roku wspólnie obchodzą rocznice ślubu. Długoletni współpracownik Perl’a filozof i historyk idei Michael Ledeen z AEI ma za żonę Barbarę Ledeen, założycielkę i prezeskę Independent Women’s Forum (IWF), która odgrywa ważną rolę w republikańskim przywództwie w Kongresie. Lynne Cheney, żona wiceprezydenta Cheneya należy do zarządu AEI. Doradcą Cheneya w kwestiach narodowego bezpieczeństwa jest Victoria Nuland – żona Roberta Kagana, głównego towarzysza broni Williama Kristola. Ojciec Roberta Kagana prof. Donald Kagan, jest hisorykiem w Yale, który w latach 70. dokonał konwersji z liberalnego Demokraty na twardego neokonserwatystę. W czasie wyborów prezydenckich 2000 roku Donald Kagan i jego syn Frederick opublikowali tekst Dlaczego Ameryka śpi – mocne wezwanie do wzrostu wydatków na zbrojenia (oprócz Donalda Kagana trzeba wymienić jeszcze dwóch ważnych profesorów – politologa Aarona Friedberga i historyka Freda Siegela). Elliott Abrams współpracował ściśle z Robertem Kaganem już w erze Reagana. Abrams jest zięciem Normana Podhoretza, długoletniego redaktora naczelnego wpływowego neokonserwatywnego pisma „Commentary” wydawanego przez American Jewish Comittee (Elliot Cohen, który założył „Commentary” w 1946 roku, był w latach 30. trockistą). Również żona Normana Podhoretza Midge Decter jest ważną postacią w środowisku neokonserwatywnym. Norman Podhoretz, podobnie jak Irving Kristol stał u narodzin neokonserwatyzmu na przełomie lat 60. i 70. Podhoretz jest nie tylko teściem Abramsa, ale również ojcem Johna Podhoretza, komentatora z pisma „New York Post” (własność Ruperta Murdocha) i częstego gościa na kanale Fox News (własność Ruperta Murdocha), który propaguje wersję neokonserwatyzmu dostosowaną do intelektualnego poziomu publiczności telewizyjnej.

Jako redaktor „Commentary” Norman Podhoretz publikował przez ponad 30 lat na łamach pisma wschodzące gwiazdy ruchu neokonserwatywnego. Jego protegowanymi są m.in. była amabsador przy ONZ Jeane Kirkpatrick i Richard Pipes, doradca Reagana w sprawach „Imperium Zła”. Synem Richarda jest Daniel Pipes, autor książki o teoriach spiskowych, który podobnie jak ojciec zwalcza nowe „Imperium Zła” pod postacią wojującego islamu. W 2002 roku Norman Podhoretz otrzymał przyznawaną przez American Enterprise Institute nagrodę Irvinga Kristola, co było swego rodzaju symbolem jedności dwóch pokoleń neokonserwatystów. Opisaliśmy tutaj tylko niewielki wycinek towarzysko-rodzinno-politycznych powiązań i koneksji w środowisku neokonserwatywnym, ale i on pozwala dostrzec, że siłą tego środowiska jest zwartość i lojalność, które cementują stworzony przez nie „network of power”.

Mocna pozycja neokonserwatystów w obecnej administracji, ich wieloletnie działania polityczno-propagandowe na rzecz wojny z Irakiem spowodowały, że zaczęto wobec nich wysuwać najrozmaitsze zarzuty i oskarżenia. Jednym z często spotykanych jest zarzut „rewolucjonizmu” połączony niekiedy ze wskazywaniem na trockistowskie, czy szerzej, lewicowe korzenie szczególnie pierwszego pokolenia neokonserwatystów. Na łamach „New Statesman” brytyjski filozof polityczny John Gray uznał ich wręcz za „kierujących się utopijną ideologią jakobinów”. Podobnie Claes G. Ryn opisując ideologię amerykańskiego imperium w książce Cnotliwa Ameryka. Kryzys demokracji i poszukiwanie imperium (2003) nazwał neokonserwatystów neojakobinami. Zarzuty te są całkowicie nietrafne. W przypadku neokonserwatystów mamy bowiem do czynienia z bardzo elastycznym pod względem ideowym środowiskiem, do którego należą zaprawieni w bojach weterani frakcyjnych i koteryjnych walk politycznych i ideologicznych, znawcy waszyngtońskich układów, bywalcy salonów politycznych, wytrawni gracze polityczni, którzy dobrze poznali korytarze władzy, jej gabinety i jej zamknięte konwentykle, doświadczeni organizatorzy medialnych kampanii, ludzie znakomicie poruszający się w „szarej strefie” pomiędzy Pentagonem, służbami specjalnymi i kompleksem zbrojeniowym.

Jeden z najbardziej wpływowych neokonserwatystów nazywany „księciem ciemności” i „Oberjastrzębiem” Richard Perle to weteran waszyngtońskiej polityki, o którym tygodnik „Die Zeit” napisał, że „uprawia dyplomację z pistoletem przyłożonym do głowy”. Perle mający opinię człowieka o wielkiej wiedzy, niezwykle gościnnego, hojnego, oddanego i lojalnego wobec przyjaciół i kolegów, jest wraz z Henrym Kissingerem i Geraldem Paulem Hillmanem współwłaścicielem spółki Trireme Partners LP, która inwestuje w firmy pracujące na rzecz „bezpieczeństwa wewnętrznego” i obronności, otrzymujące rządowe kontrakty w ramach „zwalczania terroryzmu”. Wcześniej Perle związany był z inną firmą pracującą na rzecz obronności Abbington Associates i promował sprzedaż amerykańskiej oraz izraelskiej broni do Turcji. Był też wysoko opłacanym konsultantem firmy zbrojeniowej, którą kierował jego kolega Douglas Feith (obecnie w Departamencie Obrony). Szefuje jednemu z wydziałów w Hollinger Corporation Conrada Blacka. Jego dobrym znajomym i partnerem w interesach jest znany saudyjski multimilioner i handlarz bronią Adnan Kashoggi, który odegrał pewną rolę w operacji Iran-kontras. W styczniu 2002 roku Perle spotkał się w Marsylii z Kashoggim i urodzonym w Iraku saudyjskim biznesmenem Harbem Zuhairem, którzy mieli pozyskać dla Trireme Partners LP 100 milionów dolarów od saudyjskich książąt i byznesmenów na inwestycje. Ten splot osobisto-byznesowych, politycznych i ideologicznych wątków u Perle`a z pewnością nie czyni z niego „jakobina”.

Przypomnijmy, że Richard Armitage i Elliot Abrams należeli do uczestników operacji Iran-kontras. Abrams współpracował ściśle z generałem Secordem i pułkownikiem Oliverem Northem w Ameryce Środkowej i był pośrednikiem w kontaktach z siatkami izraelskich przemytników broni. Podobnie Michael Ledeen, który pomagał „dopiąć” deal organizując spotkania pomiędzy handlarzami bronią i Izraelem (irański handlarz bronią, były agent tajnej policji szacha SAVAK mający doskonałe kontakty z wywiadem izraelskim Manichur Ghorbanifar pozostał do dziś jego dobrym kolegą). Były dyrektor CIA James Woolsey pracował dla dwóch rządów republikańskich i dwóch demokratycznych. Lewis „Scooter” Libby przez 18 lat był osobistym prawnikiem Marka Richa amerykańsko-żydowskiego odpowiednika Felixa Krulla z powieści Tomasza Manna. To Lewis Libby oraz finansista-ilioner Michael Steinhardt, (sponsor Demokratów, który stał przez pewien czas na czele Democratic Leadership Council i Progressive Policy Institute, oraz partner Richa w skomplikowanych inwestycyjno-finansowych operacjach, aktywnie i skutecznie działali na rzecz ułaskawienia Richa (ostatecznie ułaskawiony przez prezydenta Clintona Rich uciekł przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości za granicę i skazany został in absentia za oszustwa podatkowe i „handlowanie bronią z wrogiem” czyli z Iranem pod rządami ajatollaha Chomeiniego).

W świetle powyższego jest rzeczą dość śmieszną oskarżanie insiderów w rodzaju Perle`a, Armitage`a, Abramsa, Woolsey`a czy Lewisa Libby`ego o „utopijny jakobinizm”. Twierdzenie, że Wolfowitz czy Ledeen, nie wspominając już o sympatyzujących z koncepcjami neokonserwatystów Cheney`u czy Rumsfeldzie, czyli ludzie od lat stykający się z realnymi dylematami władzy i polityki, mogą się kierować jakimś naiwnym rewolucjonizmem, jest niepoważne. Paul Wolfowitz, który zaczynał karierę polityczną pod koniec lat 60., działał w administracji Forda, Cartera, Reagana i Busha seniora, zarobił w ostatnich latach 300.000 dolarów od Hughes Electronics, 247.000 jako profesor i dziekan na John Hopkins University, jako ekspert od spraw obronności otrzymał 55.000 występując w Hudson Institute, Heritage Foundation, Syracuse University, J. P. Morgan. Jako płatny konsultant pracował dla firmy naftowej BP Amoco, dla zbrojeniowego giganta Northrop Grumman, dla The Limited Service Corporation, zasiadał w kierowniczych gremiach Hasbro i kompanii usług finansowych Dreyfus – w sumie 130.000 dolarów (w Hasbro ma 250.000 dolarów odłożonej rekompensaty). Świadczy to raczej o jego rozwadze, dalekowzroczności i twardym stąpaniu po ziemi niż o młodzieńczym niedojrzałym radykalizmie napędzanym przez myślenie utopijne. To samo można powiedzieć o innych neokonserwatywnych osobistościach, które zarabiają rocznie po kilkaset tysięcy dolarów i zawsze mogą skutecznie starać się o więcej u fundacji typu John M. Olin Foundation czy Harry and Linde Bradley Foundation. Rocznie od filantropijnych fundacji wspierających prawicę neokonserwatyści zbierają ponad 30 milionów dolarów. I to mają być „intelektualiści-rewolucjoniści”, jak ich określa Gray? Warto tu przypomnieć, że wypromowany przez neokonserwatystów nieżyjący już Allan Bloom, autor Umysłu zamkniętego otrzymał od Olin Foundation granty w wysokości trzech milionów dolarów. Allana Blooma opisal w swojej powieści z kluczem Ravelstein Saul Bellow, którego syn Adam związał się z prawicą, był redaktorem w nieistniejącym już neokonserwatywnym wydawnictwie Free Press. Obecnie jest redaktorem w wydawnictwie Doubleday, gdzie ostatnio rekomendował do publikacji książkę neokonserwatysty Stephena Schwartza Dwie twarze islamu. Schwartz kiedyś członek młodzieżowej grupy trockistowskiej nazywający się „towarzysz Sandalio” jest dziś ostrym krytykiem islamu, choć, jak twierdzą lubiący szperać w biografiach, był w jego życiu okres, kiedy podawał się za muzułmanina i nazywał się Sulejman Ahmad. Dzisiaj Schwartz określa się jako „New age`owy prawicowiec”.

Godny uwagi jest skład Defence Policy Bard (DPB), którego Richard Perle był przewodniczącym, gdyż silne związki z establishmentem wojskowym i byznesem zbrojeniowym to jedno ze źródeł siły politycznej neokonserwatystów. W DPB debatuje się nad długofalowymi celami polityki obronnej, również nad tym, jakie nowe typy broni mają być rozwijane i stosowane przez Pentagon. Perle uplasował w DPB swojego partnera w interesach biznesmena Gerarda Paula Hillmana jak i swoich dwóch neokonserwatywnych przyjaciół Jamesa Woolseya i Kennetha Adelmana. Innymi członkami DPB są: działacz Partii Republikańskiej i sojusznik neokonserwatystów Newt Gingrich, b. wiceprezydent Dan Quayle (pracował dla niego w okresie wiceprezydentury William Kristol), byli sekretarze obrony Harold Brown, James R. Schlesiger i Henry Kissinger (członek międzynarodowej rady programowej firmy Hollinger Inc., Conrada Blacka, z którą związany jest Perle). Z 30 członków DPB co najmniej dziewięciu ma związki z firmami, które w 2001 i 2002 zdobyły kontrakty z Pentagonem w wysokości ponad 76 miliardów dolarów. Są tu reprezentowane zarówno firmy wielkie jak Boeing, TRW, Northrop Grumman, Lockheed Martin, Booz Allen Hamilton i mniejsi gracze jak Symantec Corp., Technology Strategies and Alliance Corp., Polycom Inc. Ważną postacią DPB jest emerytowany admirał David Jeremiah, b. wiceprzewodniczący Połączonych Szefów Sztabu, (ponad 38 lat służby w marynarce). Admirał Jeremiah jest dyrektorem lub doradcą przynajmniej pięciu korporacji, które w 2002 roku otrzymały zamówienia od Pentagonu na ponad 10 mld dolarów. Admirał Jeremiah zasiada również w zarządzie Getronics Government Solutions, firmy, która została kupiona przez DigitalNet w grudniu 2002 i jest znana obecnie jako DigitalNet Government Solutions (Richard Perle jest związany z DigitalNet Holdings Inc.). Inny członek DPB emerytowany generał lotnictwa Ronald Fogleman zasiada w zarządach lub radach nadzorczych kilku firm, które w 2002 roku otrzymały zamówienia rządowe na ponad 900 ml dolarów. Z kolei emerytowany generał Jack Sheehan wszedł do firmy Bechtel w 1998 roku po 35 latach w Marines. Bechtel, jedna z największych firm inżynieryjno-konstrukcyjnych na świecie zawarła w 2001 roku kontrakty z Pentagonem na 650 mln dolarów i ponad milliard w 2002 r. Przyjaciel Perle’a James Woolsey jest dyrektorem w Paladin Capital Group, firmy, która podobnie jak Trireme Partners Perle`a, zbiera pieniądze na inwestycje w bezpieczeństwo wewnętrzne. W lipcu 2002 roku Woolsey wszedł do firmy konsultigowej Booz Allen Hamilton jako wiceprezes. Firma dostała w 2002 roku kontrakty z Pentagonem na ponad 680 mln dolarów. Wymieńmy na koniec Williama Owensa, także były wojskowego, związanego z kilkom firmami zbrojeniowymi Jest on jednym z architektów tzw. Revolution in Military Affairs (RMA) polegającej na zastosowaniu najbardziej zaawansowanych systemów technologicznych w operacjach wojskowych, co ma być największą zmianą w strukturze, priorytetach budżetowych i technologii amerykańskich sił zbrojnych od czasu II wojny światowej.

Nie bez przyczyny neokonserwatyści nazywani w skrócie „neocons” zasługują na nieco inny skrót, a mianowicie „Pentacons”, gdyż ich związki z Pentagonem i kompleksem zbrojeniowym są bardzo ścisłe. Kierują oni dwiema organizacjami zajmującymi się problematyką bezpieczeństwa narodowego i obronności. Są to Jewish Institute of National Security Affairs (JINSA) oraz Center for Security Policy (CSP). Z JINSA związani byli (lub są nadal) Richard Cheney, John Bolton, Douglas Feith, James Woolsey, Richard Perle, Michael Ledeen, Jeane Kirkpatrick, Eugene Rostow. JINSA zainteresowana jest szczególnie kontaktami z establishmentem wojskowym Izraela i izraelskimi producentami broni będąc swego rodzaju kanałem komunikacji pomiędzy nimi a amerykańskimi producentami broni, którzy robią interesy z Pentagonem i z Izraelem. Trzeba pamiętać, że wielomiliardowa pomoc wojskowa USA dla Izraela to lukratywny biznes dla amerykańskich firm zbrojeniowych, które kierują się zasadą „przyjaciele nie opuszczają przyjaciół na polu bitwy, szczególnie jeśli jest interes do zrobienia i parę dolarów do zarobienia”

Do firm wspierających JINSA należą mniejsze firmy takie jak prywatna firma najemnicza Military Professional Resources International, sprzedawca broni i doradca wojskowy Cypress International oraz SY Technology, współpracująca z jedną z agend Pentagonu, która z nadzoruje kilka wspólnych projektów z Izraelem. W JINSA są także reprezentowane behemoty branży zbrojeniowej. W skład komitetu doradczego JINSA wchodzą emerytowani wojskowi adm. Leon Edney i adm. David Jeremiah związani z firmą Northrop Grumman i jej odnogami. Northrop Grumman budował statki dla marynarki wojennej Izraela, sprzedawał F-16 i samoloty E-2C Hawkeye dla izraelskiego lotnictwa wojskowego, jak również systemy radarowe dla armii izraelskiej wykorzystywane w trakcie jej ataków helikopterowych, oraz współpracował z Israeli Aircraft Industries w produkcji bezzałogowego pojazdu lotniczego. Najważniejszą postacią z JINSA jest znany z Defense Policy Board adm. David Jeremiah – prezes Technology Strategies & Alliances Corporation opisywanej jako firma strategicznego doradztwa i firma inwestycyjno-bankowa w dziedzinie przemysłu przestrzeni powietrznej, obronności, telekomunikacji i elektroniki. Admirał Jeremiah zasiada w kierowniczych gremiach jednej z filii Northrop Grumman oraz giganta zbrojeniowego Alliant Techsystems, który w spółce z izraelskim TAAS – robił interesy w dziedzinie produkcji amunicji. Inny gigant przemysłu zbrojeniowego wspierający JINSA to Lockheed Martin, który od 1999 roku sprzedał za ponad 2 miliardy F-16 do Izraela, jak również symulatory lotów, systemy rakietowe i ciężkie torpedy Seahawk. Dla Lockheed Martin pracowali dwaj inni członkowie komitetu doradczego JINSA emerytowany generał-porucznik Charles May, emerytowany generał-porucznik Paul Cerjan oraz emerytowany admirał Carlisle Trost zasiadający także w radzie nadzorczej General Dynamics, którego jedna z filii zawarła kontrakt wartości 206 milionów dolarów na dostawy samolotów do Izraela.

Jedynym z wielkich dostawców dla Pentagonu, który nie ma swoich przedstawicieli w komitecie doradczym JINSA jest Boenig od 30 lat współpracujący z Israeli Aircraft Industries. Boenig sprzedaje do Izraela samoloty F-15 oraz, razem z Lockheed Martin, helikoptery bojowe Apache. Wydawałoby się, że Boening powinien być obecny w JINSA, ale nie jest. Kiedy jednak przyjrzymy się drugiej instytucji należącej do neokonserwatystów a mianowicie Center for Security Policy to w jej komitecie doradczym znajdziemy b. członków kierownictwa Boeniga Stanley`a Ebnera i Andrew Ellisa. Jest również Carl Smith wcześniej współpracujący z jedną z komisji senackich ds. uzbrojenia, który jako prawnik pracuje dla Boeniga. JINSA i CSP to w rzeczywistości siostrzane organizacje z wieloma personalnymi zależnościami. Doradcy JINSA Jeane Kirkpatrick, Richard Perle i Phyllis Kaminsky są również w komitecie doradczym CSP, obecny szef komitetu doradczego JINSA David Steinmann zasiada w radzie dyrektorów CSP. Douglas Feith zanim nie powrócił do Pentagonu, zasiadał zarówno w JINSA, jak i w CSP. Szereg osób związanych z CSP jak Elliott Abrams, Ken De Graffenreid, Paula Dobriansky, Sven Kraemer, Robert Joseph, Robert Andrews i J. D. Crouch zajmowało lub zajmuje dziś ważne stanowiska w establishmencie bezpieczeństwa narodowego. Główną postacią CSP jest Frank Gaffney, założyciel centrum i jego prezes. Gaffney to protegowany Richarda Perle`a z czasów, gdy byli w sztabie demokratycznego senatora Henry Jacksona i gdy pracowali razem w Pentagonie.

Oprócz Boeniga w CSP jest reprezentowany Lockheed Martin (wiceprezes d/s przestrzeni okołoziemskiej i rakiet strategicznych Charles Kupperman oraz dyrektor ds. systemów obronnych Douglas Graham). Firma Raytheon ma w CSP byłego kongresmana i lobbystę Roberta Livingstona. Ball Aerospace & Technologies główny dostawca satelitów dla NASA i Pentagonu jest reprezentowany przez byłego sekretarza marynarki wojennej Johna Lehmana, podczas gdy producent systemów komputerowych dla rakiet obronnych Hewlett-Packard jest reprezentowany przez George`a Keywortha.

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że neokonserwatyści to po prostu tuba Pentagonu lub firma PR wynajęta przez przemysł zbrojeniowy (złośliwi nazywają „The Weekly Standard” „prywatnym biuletynem Pentagonu”). Tak jednak nie jest: neokonserwatyści są samodzielnym i niezależnym środowiskiem ideowo-politycznym, które doskonale rozumie, że siła militarna jest jedynym instrumentem, który może zapewnić imperium światowemu rzeczywistą przewagę nad innymi państwami i blokami regionalnymi. Ulokowali się w Pentagonie słusznie przeczuwając, że tam bije źródło władzy na najbliższe dziesięciolecia. Równocześnie zdają oni sobie sprawę z tego, że bez poparcia establishmentu związanego z bezpieczeństwem narodowym i bez wsparcia ze strony producentów broni nie będą w stanie odegrać roli politycznej na miarę swoich ambicji. Dlatego neokonserwatyści wszystkie swoje bardzo liczne analizy, raporty, memoranda, komentarze i artykuły prasowe etc. opierają na kilku podstawowych „dogmatach”: zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego zawsze rosną, budżet zbrojeniowy jest zawsze za mały w stosunku do zagrożeń i potrzeb, unowocześnianie sił zbrojnych jest zawsze zbyt powolne, wojna prowadzona przez imperium jest zawsze dobra i sprawiedliwa (dlatego mimo, iż należeli do zaciekłych krytyków prezydenta Clintona to jego akcję wojskową przeciw Serbii gorąco poparli).

Neokonserwatyści wierzą, że idee polityczne i moralne są sprężyną historii, ale tylko wówczas, gdy są sprzężone z siłą. I tej siły poszukiwali, zmieniając po drodze koncepcje ideowe. W pierwszym pokoleniu, zanim przeszli na prawo, startowali jako komunistyczno-trockistowscy, lewicowi lub liberalni antystalinowcy (z pewnością mocny antystalinizm i antysowietyzm np. Irvinga Kristola był po części motywowany psychologicznie chęcią zemsty na dawnych wrogach-mordercach Leona Dawidowicza Bronsteina). Zniechęceni „wypaczeniami” reform Wielkiego Społeczeństwa, rozczarowani ekscesami Nowej Lewicy i kontrkultury, coraz bardziej wrodzy wobec pacyfizmu i izolacjonizmu lewicy, atakujący jej opozycję wobec wojny w Wietnamie i jej poparcie dla prosowieckich reżimów i ruchów w Trzecim Świecie, przeszli pomiędzy latami 50. i 70. dwudziestego wieku na antykomunistyczny liberalizm, potem zbiegli z Partii Demokratycznej do Republikanów, bo uznali za wiarygodną jej antykomunistyczną i antysowiecką politykę, przedarli się do pierwszego szeregu „reaganowskiej rewolucji”, kontynuowali swoją działalność ideowo-polityczną za prezydentury Busha seniora, przetrwali nie bezczynnie prezydenturę Clintona, by w końcu stworzyć globalistyczną, imperialną prawicę, która nie ma precedensu w amerykańskiej kulturze politycznej i politycznej historii USA. Nie są ani ideologicznymi fanatykami, ani szukającymi wyłącznie osobistego interesu oportunistami. Występując publicznie głoszą z przekonaniem i żarliwym zapałem swoje tezy i argumentują zawsze z punktu widzenia zasad lub ideałów. Jeśli te zasady i ideały zgodne są z interesami establishmentu wojskowego a ich realizacja w praktyce przynosi wymierne zyski producentom broni, to tym lepiej dla tych zasad i ideałów. Są ideowymi zwolennikami amerykańskiego imperium światowego, jego potęga i chwała to ich najwyższy cel. Przeszli na prawo, bo rozumieją, że sekularystyczny liberalizm, relatywizm i nihilizm kulturalny i obyczajowy, narkotyki, rozpad rodziny, propagowanie homoseksualizmu, aborcjonizm etc. moralnie rozkładają imperium od wewnątrz i osłabiają je. Przeszli na prawo, ale nie poszli na Starą Prawicę, lecz stworzyli coś trzeciego. Ich ideologiczny zapał dla demokracji oznacza tyle, że „demokracja” to dla nich władza imperium – słusznie uważają, że wewnątrz imperium światowego musi istnieć pewien poziom homogenizacji ideologiczno-politycznej, jeden język polityczny, podobne instytucje polityczne, choćby tylko jako demokratyczne fasady. Poza tym „realna demokracja” jest dla nich najlepszym ustrojem z tego prostego powodu, że pokonała inne ustroje – zwycięska siła jest jej największą zaletą. Nie należy naiwnie sądzić, że poważnie myślą oni o zaprowadzeniu „demokracji” w Iraku. Idzie o propagandowe wykorzystanie głęboko zakorzenionego w kulturze politycznej USA demokratycznego mesjanizmu. Czy w Iraku powstanie „demokracja kierowana” czy też rozpadnie się on na kilka religijno-etnicznych państewek jest sprawą drugorzędną z punktu widzenia imperium. Państwo demokratyczne oznacza dla neokonserwatystów tyle, co państwo lojalne wobec imperium, „demokratyzacja” Bliskiego Wschodu oznacza tyle, co wykreślenie nowej mapy politycznej regionu (neokonserwatyści doskonale rozumieją, że właśnie „prawdziwa” demokracja może przynieść jeszcze większą wrogość wobec imperium).

Neokonserwatyści nazywają niekiedy swoje koncepcje „wilsonizmem”, w którym wilsonowskie „samostanowienie narodów” oznacza poddanie narodów pod dobrotliwą władzę imperium. Już ponad dziesięć lat temu umieli dostrzec, że nadchodzi nowy etap dla globalnej strategii USA i zrozumieli, że USA jako imperium światowe potrzebować będą nowej ideologicznej i propagandowej legitymizacji. Odważnie i zdecydowanie podjęli polityczne ryzyko i zostali wyniesieni w górę jako ci, którzy najwcześniej, najgłośniej i najusilniej propagowali koncepcję ustanowienia amerykańskiego imperium światowego jako celu amerykańskiej klasy rządzącej. To dwaj z nich Paul Wolfowitz i Lewis Libby opracowali w 1992 roku dokument Pentagonu „Defense Planning Guidance”, w którym postulowali zastąpienie doktryny odstraszania nową strategią globalnej hegemonii czyli ustanowienia poprzez dominację w Eurazji amerykańskiego imperium światowego.

W 1997 roku neokonserwatyści powołali do życia instytucję o nazwie Project for The New American Century (PNAC), której celem było sformułowanie i propagowanie strategii dla osiągnięcia globalnej hegemonii USA – prezesem PNAC jest William Kristol, dyrektorem – Gary Schmitt (w administracji Reagana specjalista ds. wywiadu). Deklarację Zasad PNAC podpisali m.in. Elliott Abrams, William Bennett, Jeb Bush, Richard Cheney, Midge Decter, Francis Fukuyama, Lewis Libby, Norman Podhoretz, Peter Rodman, Donald Rumsfeld, Paul Wolfowitz. PNAC działał skutecznie na rzecz scementowania sojuszu pomiędzy prawicą republikańską reprezentowaną przez Cheney`a i Rumsfelda, chrześcijańską prawicą i neokonserwatystami w imię imperium światowego i jego militarnej dominacji. We wrześniu 2000 roku PNAC ogłosił niezwykle ważny dokument zatytułowany „Rebuilding Americas Defenses”, w którym przedstawione zostały zasadnicze postulaty przebudowy amerykańskich sił zbrojnych tak aby służyły one władzy imperium. Tezy i koncepcje zawarte w tym dokumencie są dzisiaj podstawą nowej strategii bezpieczeństwa narodowego gabinetu prezydenta Busha. To neokonserwatyści dostrzegli, że potrzebny jest nowy „rollback”, już nie w stosunku do sowieckiego komunizmu, ale wobec wszystkich niezależnych od imperium regionalnych skupień siły geopolitycznej i geoekonomicznej, które chciałyby zrównoważyć potęgę imperium.

Konsekwentni, uparci, wielce inteligentni, dobrze zorganizowani, zdecydowani, obdarzeni silnym poczuciem misji, znakomicie operujący propagandą, autoreklamą i autopromocją, wykazujący wielką kreatywność w dziedzinie nowych pojęć politycznych, haseł i sloganów, potrafiący skupiać się na dobrze wybranych problemach i trafnie określać priorytety polityczne, wiedzący czego chcą, zdolni do przemyślanego i długofalowego działania, potrafiący pozyskiwać pieniądze na swoje liczne inicjatywy i instytucje oraz zdobywać zaufanie możnych protektorów, odważni, obdarzeni polityczną wyobraźnią neokonserwatyści odbyli swój długi marsz przez instytucje, zrealizowali w dużej mierze zalecenia Gramsciego i osiągnęli hegemonię ideologiczno-kulturalną na prawicy amerykańskiej, przejęli jej instytucje, fundacje i media oraz stworzyli własne. Wypełnili próżnię polityczną po Starej Prawicy, która nie pojmując dynamiki procesów historycznych i nie chcąc pogodzić się ze zmianą politycznego paradygmatu „starej, dobrej republiki amerykańskiej” na paradygmat imperium (vide manifest Pata Buchanana Republika, nie Imperium), pozostała na pozycjach „izolacjonistycznych” i dokonała samomarginalizacji.

Neokonserwatyści zdawali sobie sprawę z tego, że wojna w Iraku wyniesie ich w górę i umocni ich wpływy. Nie należy jednak przeceniać tych wpływów i demonizować neokonserwatystów, przypisując im nadmierne znaczenie wewnątrz amerykańskiej klasy rządzącej czy wręcz oskarżając o „spisek” lub o to, że dokonali „zagarnięcia” polityki zagranicznej USA. Należy zawsze pamiętać o tym, że polityka Waszyngtonu jest wypadkową dążeń i interesów rozmaitych potężnych frakcji w łonie klasy rządzącej, zatem całkowicie błędne jest przekonanie, iż polityka obecnego rządu amerykańskiego to „aberracja” jakiejś grupy ludzi sprawujących aktualnie władzę czy mających wpływ na władzę. Polityka ta bowiem wynika z bardziej ogólnej i spójnej koncepcji, która w żadnym razie nie jest wyłącznie neokonserwatywnym projektem, realizowanym przez mały sektor klasy rządzącej, nie wychodzący poza jedną z frakcji Partii Republikańskiej i popierany przez sektor wojskowy i naftowy. Nadmierne skupianie uwagi na neokonserwatystach i podkreślanie ich wyjątkowego znaczenia dla obecnej polityki prowadzi do iluzji, że istnieją poważne podziały wewnątrz klasy rządzącej co do zasadniczych celów geostrategicznych, geopolitycznych i ekonomicznych (takie podziały mogą wystąpić dopiero wówczas, kiedy imperium zacznie przeżywać poważne trudności lub nawet ponosić polityczne klęski).

Neokonserwatyści nie wytyczyli jakiegoś zasadniczo nowego kierunku polityce USA, ta bowiem wykazuje ciągłość od wielu już dziesięcioleci, ale potrafili dobrze wykorzystać moment historyczny, w jakim znalazły się Stany Zjednoczone i świat na przełomie XX. i XXI. wieku, i dostarczyć polityce USA (szczególnie jej sektorowi wojskowemu i zbrojeniowemu) nowego języka, nowych kategorii intelektualnych, nowych instrumentów ideologiczno-propagandowych, które służą do tworzenia kamuflaży, racjonalizacji i moralno-intelektualnych osłon dla geopolitycznych i ekonomicznych akcji imperium.

Neokonserwatyści wyrażają w nowy sposób konsensus panujący w amerykańskiej klasie rządzącej, konsensus zakorzeniony we wspólnym interesie tej klasy i w dynamice politycznej imperium. Umieli oni zdynamizować to, co było już tam od dawna obecne, nadać nowy impet głębszym tendencjom politycznym. Odważnie podjęli ryzyko otwartej obrony koncepcji imperium światowego (William Kristol: „Jeśli ludzie chcą mówić, że jesteśmy potęgą imperialną, to świetnie”) i stawiając, by tak rzec, do jego dyspozycji swoje serca i umysły, pragną pełnić swoją misję zarówno wówczas, kiedy zajmują określone funkcje i urzędy w sferze realnej władzy jak i wówczas, kiedy pracują jako propagandyści i ideolodzy imperium. Są w pewnym sensie „konserwatywnymi rewolucjonistami”, gdyż dla nich oś czasu obróciła się i nie może zostać cofnięta wstecz. Muszą iść do przodu porzucając, przynajmniej na płaszczyźnie intelektualnej i ideologicznej, dawne formuły, struktury, instytucje, języki jeśli nie służą one imperium. Zaobserwować można obecnie, że zaczynają nawet dystansować się od samego określenia „neokonserwatyści”, zapewne odczuwając je jako zbyteczny w nowej sytuacji balast. Dokonują kolejnej zmiany etykiet, wytyczają nowe fronty ideologiczne, wywołują semantyczne zamieszanie i uciekają spod obstrzału wrogów.

Warto tutaj wspomnieć o roli filozofa polityki Leo Straussa (1899-1973), którego poglądy w wielkiej mierze określiły ideowo-filozoficzne oblicze neokonserwatyzmu (stąd zamiast „neocons” mówi się niekiedy „leocons). Filozofia polityczna Straussa była i jest stale obecna na łamach „National Review”, „Commentary”, „The Weekly Standard”. Szerszej publiczności przyswoił je uczeń Straussa Allan Bloom w swoim bestsellerze Umysł zamknięty z 1987 roku. To, co nas tu interesuje to nie skomplikowane interpretacje i egzegezy Platona, Arystotelesa czy Mojżesza Majmonidesa, których dokonywał Strauss, ale wpływ jego niektórych idei politycznych na neokonserwatyzm oraz jego rola jako przekaźnika europejskiej myśli politycznej do środowiska neokonserwatystów, myśli, która jest o wiele bardziej przydatna dla imperium niż poglądy np. Edmunda Burke`a. Dla nowej imperialnej prawicy mniej istotny jest Arystoteles czy Platon a bardziej myśliciele, którymi zafascynowany był Strauss, choć fascynacja ta nie była nazbyt ostentacyjna (Strauss mieszkając i nauczając w USA musiał działać ostrożnie, żeby nie narazić na szwank swojej uniwersyteckiej kariery, jego koncepcja ukrytej „ezoterycznej” treści u filozofów i myślicieli politycznych była odbiciem jego własnej sytuacji filozofa polityki na „demokratycznym” uniwersytecie). Myśliciele ci to Makiawel, Tomasz Hobbes, Fryderyk Nietzsche i Carl Schmitt. Pojęciu polityki tego ostatniego poświęcił Strauss pochwalną recenzję, zaś Schmitt w 1932 roku polecił Straussa Fundacji Rockefellera, za co Strauss mu podziękował listownie. Dodać tu można jeszcze Martina Heideggera, którego Strauss uważał za najwybitniejszy umysł filozoficzny XX wieku, i z którym dzielił najwyższą niechęć do postoświeceniowego liberalizmu. Neokonserwatyści widziani jako amerykańska odmiana europejskich konserwatywnych rewolucjonistów odpowiadają dokładnie swojemu karykaturalnemu i przerysowanemu portretowi, jaki stworzyli im (i ich mistrzowi duchowemu Leo Straussowi) wrogowie z lewicy i „paleokonserwatyści” ze Starej Prawicy. Według nich neokonserwatyści to przeciwnicy egalitaryzmu, którzy uważają, że bronią społeczeństwa przed rozkładowymi tendencjami liberalizmu, ale równocześnie nie atakują wprost liberalno-lewicowych struktur władzy, lecz starają się je obejść, wykorzystać lub przezwyciężyć poprzez imperialną politykę. Neokonserwatyści zgadzają się z twardym antykomunistą Straussem, że istnieje jawne podobieństwo pomiędzy ostatecznymi celami liberalizmu i komunizmu, i że liberałowie podzielają główne założenie marksizmu. Neokonserwatyści używają języka liberalnej demokracji, bo jest to dziś konieczne, ale w głębi duszy żywią dla niej tylko pogardę, „demokratyczny pluralizm” jest według nich o tyle dobry, że łatwo nim manipulować. Uważają, że rozumiana dosłownie liberalna demokracja jest oczywistym nonsensem i może służyć wyłącznie jako maska dla rządów wąskiej elity. Są postmodernistycznymi aktywistami, którzy nie żywią sentymentów wobec tradycji, lecz używają jej jako składnicy rozmaitych elementów, spośród których wybierają te uznane przez siebie za użyteczne dziś dla imperium, są zwolennikami elitarystycznych koncepcji społecznych (według Straussa nierówność jest niemożliwym do wykorzenienia aspektem ludzkiej kondycji) przedkładającymi oświeconą oligarchię ponad mięczakowatą liberalną anarchię prowadzącą do chaosu, której najlepszym wcieleniem jest dla nich tak samo jak dla Straussa moralnie słaba i niezdolna do przetrwania Republika Weimarska. Ich pochwała amerykańskiej konstytucji wynika stąd, że uważają oni, iż nakłada ona wędzidła na rządy motłochu. Neokonserwatyści podobnie jak niektórzy radykalni lewicowcy nie wierzą w ostateczną prawdę, ale w kontrolę nad dyskursem władzy – ten kto kontroluje dyskurs władzy, ten wygrywa (prawda ostateczna nie istnieje, zaś rozmaite prawdy o człowieku, polityce i władzy powinny być skrywane, gdyż są demoralizujące dla maluczkich). Niezależnie od swoich indywidualnych religijnych przekonań – mogą być ateistami, teistami, agnostykami, wyznawcami judaizmu, chrześcijanami, poganami – i od negatywnego stosunku do nadużyć sekularyzacji, uważają, że nasza epoka jest epoką po „śmierci Boga”.

Leo Strauss – wielbiciel Brytyjskiego Imperium i jego trzeźwej i dalekowzrocznej polityki, przekonany, że możliwy jest „dobry cezaryzm”, nie będący tyranią, cynik, który uważał religię za opium dla mas, ale opium użyteczne politycznie, bo dyscyplinujące moralnie masy, zwolennik silnego przywództwa i rządów elity, która kieruje się stoickim kodem moralnym, polityczny realista, który rozumiał, że polityczne (szlachetne) kłamstwo i propaganda są nieusuwalnymi instrumentami sprawowania władzy, radykalny antyutopista wierzący, że jedynym prawem naturalnym jest prawo silniejszego oraz prawo mądrych ludzi „wyższego typu” do rządzenia głupszymi i słabszymi ludźmi „niższego typu”, że skażona natura ludzka wymaga, aby istniało kierownictwo duchowo-moralne i władza – ten „ezoteryczny” Strauss reprezentuje „ponurą, cyniczną, autorytarną, elitarystyczną” filozofię polityczną, która, jak zauważył jeden z jego krytyków – sprzeczna jest ze wszystkim, w co wierzą Amerykanie. I to ten Strauss może być duchowym patronem dla amerykańskich imperialnych „konserwatywnych rewolucjonistów”, choć jako uczestnicy nowoczesnej polityki nie mogą podzielać oni jego radykalnej krytyki projektu nowoczesności. Z pewnością jednak ci „drapieżni makiaweliści” rozumieją doskonale, że imperium światowe ma niewiele wspólnego z (krytykowaną przez Straussa) nowoczesną liberalną koncepcją uniwersalnego homogenicznego społeczeństwa złożonego z równych narodów tak samo rozwiniętych pod względem produkcyjnym, technologicznym i naukowym, z których każdy jest z kolei złożony z wolnych i równych mężczyzn i kobiet.

Neokonserwatyści zajmują „Trzecią Pozycję” – poza Starą Prawicą i liberalną lewicą, czerpią z obu, ale idą własną „trzecią drogą”, tworząc „imperialne centrum”, które zachowuje dobre kontakty z Demokratami, liberałami i umiarkowaną lewicą. Być może pasowałaby do nich definicja faszyzmu Zeeva Sternehella: „ani prawica ani lewica”. Jeśli wbrew Starej Prawicy i libertarianom godzą się na istnienie „welfare state”, to nie w imię socjalliberalnej ideologii, ale, jak to zręcznie zrobił George Will, w imię tradycji Arystotelesa i Burke`a oraz koncepcji konserwatywnego państwa opiekuńczego reprezentowanej w przeszłości przez brytyjskich torysów czy „białego rewolucjonistę” Ottona Bismarcka. Poprzez Straussa docierają do nich idee jego przyjaciela Alexandre`a Kojeve (którego Allan Bloom wielokrotnie odwiedzał w Paryżu), jego heglowska koncepcja „końca historii”, która zainspirowała Francisa Fukuyamę (pracownika RAND Corporation i ucznia Blooma). Fukuyamę inny uczeń Blooma Paul Wolfowitz ściągnął w 1981 roku do swojego zespołu, kiedy pracował w administracji Reagana), jego pochwała jakobinizmu (a jednak jakobini, tyle że z prawa!) i bonapartyzmu. Od brytyjskiej konserwatywnej prawicy uczą się pochwały brytyjskiego imperializmu i kolonializmu, zafascynowani są „mistyką” Imperium Brytyjskiego i jego wyidealizowanym obrazem, propagują mit Churchilla. Na łamach „National Review” Richard Lowry napisał: „wszyscy jesteśmy dziś kolonialistami”, i musimy „otwarcie studiować przykład brytyjski i uczyć się jego lekcji”.

Wbrew amerykańskiej tradycji neokonserwatyści głoszą, że władza i państwo są czymś dobrym, ich bohaterami są wielcy mężowie stanu, wojenni dyktatorzy i wodzowie: Disraeli, Lincoln, Wilson, Churchill, F. D. Roosevelt, Truman, Reagan. Nie mają nic przeciwko temu, aby prerogatywy prezydenta w dziedzinie wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa były tak szerokie jak prerogatywy brytyjskiego monarchy, przeciwko któremu buntowali się amerykańscy koloniści, amerykański patriotyzm potrafią użyć dla celów imperium światowego, wojnę uznają za dobry sposób na utrzymanie ducha lojalności i jedności wspólnoty, ich ideałem jest połączenie spartańskiej demokracji wojskowej z imperialną demokracją ateńską.

Przeciwnicy neokonserwatystów wypominają im trockistowskie korzenie, cytują Irvinga Kristola, który w 1983 roku napisał, że jest dumny z tego, iż w 1940 roku był członkiem IV. Międzynarodówki, przypominają, że Ben Wattenberg, Jeane Kirkpatrick i Elliot Abrams działali w posttrockistowskiej młodzieżówce Socjalni Demokraci założonej przez przywódcę jednej z trockistowskich frakcji Maxa Shachtmana, że Joshua Muravchik był członkiem trockizującej Partii Socjalistycznej w latach 60. To neokonserwatyści lansowali książkę o Iraku Republika strachu, której autorem jest iracko-amerykański trockista Kanan Makiya. Jeśli jednak gdzieś trwa w tym środowisku tradycja trockizmu, to jest to tradycja, którą uosabia Trocki, ale, co oczywiste, nie jako komunistyczny ideolog, lecz jako wojskowy strateg, organizator Armii Czerwonej i człowiek o żelaznej woli politycznej.

Jeden z czołowych neokonserwatystów Michael Ledeen, związany z American Enterprise Institute, członek rady programowej JINSA, piszący regularnie dla „National Review”, redaktor „National Review Online” napisał nie tylko książkę Makiawel o współczesnym przywództwie: dlaczego żelazne reguły Makiawela są tak samo aktualne i ważne dziś jak były pięć wieków temu, ale również Wolność zdradzoną (aluzja do Rewolucji zdradzonej Trockiego), w której pragnął udowodnić, że to prawica jest rewolucyjna. W jednym ze swoich niedawno opublikowanych tekstów Ledeen głosi pochwałę „twórczego zniszczenia” (nietzscheańskie „schöpferische Zerstörung”) – typową formułę „konserwatywnej rewolucji”. Ledeen opublikował w 1972 roku pracę Uniwersalny faszyzm, w której rozróżniał pomiędzy „reakcyjnym reżimem Mussoliniego” a dynamicznym „ruchem faszystowskim”. W pracy Ledeena, wielkiego admiratora konserwatywnego rewolucjonisty Gabriele d`Annunzia, pojawiają się: Camillo Pellizi (jedną z jego książek Ledeen określa jako „fundamentalne i poruszające dzieło”), dla którego państwo faszystowskie miało być „generatorem energii i kreatywności”, członek redakcji faszystowskiego pisma „L`Universale” Berto Ricci – autor, według Ledeena, „znakomity”, człowiek będący „przykładem entuzjazmu i niezależności”, który wzywał do stworzenia nowego imperium opartego na „unikalnym geniuszu włoskiej cywilizacji”, Giuseppe Bottai, „człowiek o wielkiej energii i autonomii”. Nie wiemy, czy to wpływ Ledeena, jak sugeruje brytyjski autor John Laughland, spowodował, że sekretarz obrony Donald Rumsfeld podzielił Europę na „starą” i „nową”, idąc śladem Asvero Gravelliego, który w pracy W kierunku Faszystowskiej Międzynarodówki pisał: „Albo stara albo nowa Europa. Faszyzm jest grabarzem starej Europy. Dziś wstępują w górę siły Faszystowskiej Międzynarodówki”. W tym kontekście warto wspomnieć o książce Roberta D. Kaplana Warrior Politics: Why Leadership Demands Pagan Ethos (Nowy York 2002), w której wzywa on polityków amerykańskich do studiowania kronik starożytnych imperiów, szczególnie rzymskiego, oraz polityki imperium brytyjskiego, aby znaleźć tam wskazówki pomocne w prowadzeniu polityki zagranicznej. Rzym, jest zdaniem Kaplana, właściwym modelem władzy hegemonialnej, używającej rozmaitych metod, by zaprowadzić nieco ładu w chaotycznym świecie. Propagowanie „pogańskiego etosu” przez Kaplana wprowadza do neokonserwatyzmu idee europejskiej Nowej Prawicy i zamienia „neocons” w „Panteocons”.

Wolno stwierdzić, że tym, co stanowi jądro neokonserwatyzmu jest przefiltrowana przez idee Leo Straussa europejska prawicowa myśl polityczna różnych odcieni zmieszana z typowymi ideologemami i sloganami amerykańskiej religii obywatelskiej. Neokonserwatyzm to ideologia „realnego straussizmu” – czego symbolem może być fakt, że obecny szef nowej komórki wywiadowczej Pentagonu filozof Abram Shulsky, który zrobił u Straussa doktorat, oraz Gary Schmitt (dyrektor PNAC i ekspert ds. wywiadu) napisali w 1999 roku pracę Leo Strauss i świat wywiadu, w której wskazywali na podobieństwa metody filozoficznej Straussa i metody pracy wywiadowczej, porównywali Straussa do bohatera powieści Johna le Carré`go Johna Smiley`a i używali Straussa jako narzędzia krytyki CIA.

Neokonserwatyzm jest zarazem reakcyjny i rewolucyjny, jakobiński i cezarystyczny, lewicowy i prawicowy, faszystowski (na przykład w stylu Włodzimierza Żabotyńskiego – podziwiał go młody Leo Strauss) i liberalny, autorytarny i demokratyczny, etc. etc. Jest amerykańską wersją postmodernistycznego konserwatyzmu, konserwatyzmu po „końcu historii”, który wybiera z przeszłych ideologii to, co jest przydatne dla imperium. Nowatorstwo i oryginalność neokonserwatystów wynika stąd, że zrozumieli oni, iż ideologia antyimperialna ze wszystkimi swoimi przydatkami, która stała u narodzin USA, staje się powoli bezużyteczna dla imperium, że rewolucyjne i antykolonialne dziedzictwo Amerykańskiej Republiki to dzisiaj ideologiczny balast. Walczą z awersją Amerykanów do słowa „empire” wynikającą z tradycji rebelii skierowanej przeciw Imperium Brytyjskiemu, grzebią antyimperialny mit założycielski Stanów Zjednoczonych tak wzruszająco i podniośle opiewany w Patriocie Mela Gibsona .

William Kristol i Robert Kagan w artykule Neoreaganowska polityka zagraniczna („Foreign Affairs” lipiec/sierpień 1996) napisali, że konserwatywna wizja Ameryki jako „miasta na wzgórzu” odeszła w przeszłość. Odrzucają oni jako całkowicie anachroniczne ostrzeżenie Johna Quincy Adamsa z 1823 roku, że Ameryka nie powinna iść „za granicę, w poszukiwaniu potworów, które należy zniszczyć”. Teraz, piszą Kristol i Kagan, Ameryka musi niszczyć potwory na całym świecie, a więc sprawować globalną, imperialną hegemonię. Oczywiście USA już wcześniej szły w świat, aby „niszczyć potwory”, ale zawsze przy antykolonialnej i antyimperialnej retoryce. Ta retoryka mogła być użyta przeciw Rzeszy Niemieckiej i Austro-Węgrom w czasie I wojny światowej, przeciw Niemcom i Japonii w okresie II wojny światowej, przeciw europejskim mocarstwom kolonialnym i wreszcie przeciw Związkowi Sowieckiemu, ale dziś jest już ona nieaktualna. Budowanie imperium światowego odbywało się pod hasłami antyimperialistycznymi, ale w momencie, kiedy po upadku ZSRR imperium światowe zostało praktycznie zbudowane, to ideologia ta w nowym paradygmacie politycznym stała się bezużyteczna jako narzędzie polityczne. Neokonserwatyści są tymi, którzy podjęli się stworzenia nowych ideologicznych instrumentów potrzebnych imperium światowemu i uczynienia narracji o „American Empire” dominującą narracją najbliższych dziesięcioleci.

ŻYDOWSKA WOJNA?

W krajach mułzumańskich, w środowiskach opozycyjnej prawicy w USA i w Europie jak również w niektórych kręgach lewicowo-liberalnych popularna stała się teza, że wojna z Irakiem to wojna w interesie Izraela. Próbowano nawet udowadniać, że to koła rządzące w Izraelu wojnę tę wykoncypowały i wywarły nacisk na prezydenta Busha, aby wysłał do Iraku wojsko, obalił rządy prezydenta Saddama Husajna i rozbroił Irak. Oczywiście, jeśli brać pod uwagę fakt, że Irak rządzony przez prezydenta Saddama Husajna był wrogo nastawiony wobec Izraela, to akcja amerykańska przyniosła w rezultacie zniszczenie tego wroga, a tym samym, można zakładać, wzmocniła pozycję Izraela i polepszyła jego bezpieczeństwo. Trudno też przekonać kogoś, że wojna nie była w interesie Izraela, skoro od lat opowiadało się za nią środowisko bardzo wpływowych dzisiaj i mocno proizraelskich neokonserwatystów, wśród których jest wielu pochodzenia żydowskiego i których łączą z Izraelem rozliczne więzi. Za wojną była większość ludności pochodzenia żydowskiego w USA. Poparł ją mocno najbardziej znany polityk żydowski w Stanach Zjednoczonych – Demokrata Joseph Lieberman. I wreszcie premier Izraela Ariel Szaron także bardzo mocno opowiedział się za wojną. Ta zgodność każe przypuszczać, że zakładano, iż wojna jest w interesie Izraela (czy na pewno jest, to sprawa do dyskusji). Wszystko to jednak w żadnym razie nie oznacza, że interes Izraela był motywem pierwszoplanowym przy podejmowaniu decyzji o wojnie, decyzji, która, jak zobaczymy, dotyczyła zasadniczych interesów USA jako imperium światowego. Wolno przypuszczać, że pewne nagłośnienie „śladu izraelskiego” było elementem kolejnej prezydenckiej kampanii wyborczej. Z jednej strony na łamach „Los Angeles Times” (1. 12. 2002) Sandy Tolan i Jason Felch pisali, że w wojnie z Irakiem chodzi o zapewnienie Izraelowi lokalnej supremacji, z drugiej zaś sekretarz stanu Colin Powell oficjalnie zaprzeczał, że idzie o interes Izraela. Na dwa sposoby (poprzez potwierdzenie i poprzez zaprzeczenie) wyborcy żydowscy, których rola dzięki ich skupieniu w kilku stanach jest większa niż wynika to z ich liczebności, oraz bogaci żydowscy sponsorzy byli zapewniani, że obecny prezydent dba o interes Izraela i prowadzi „żydowską wojnę”. Należy pamiętać o tym, że w wyborach 2000 roku 79% Żydów amerykańskich głosowała na Gore`a, a tylko 19% na Busha. Żydzi amerykańscy stanowią ponad połowę głównych sponsorów Partii Demokratycznej i 20-30% głównych sponsorów Partii Republikańskiej. Sondaże wskazują nieodmiennie, że w polityce wewnętrznej przeważająca część amerykańskich Żydów działa, daje pieniądze i głosy na rzecz tej części spektrum polityczno-ideologicznego, które rozciąga się od centrum w lewo. Dlatego pozyskanie większej liczby głosów żydowskich i więcej pieniędzy na prezydencką kampanię wyborczą w 2004 roku jest ważnym celem strategów politycznych Busha. Stąd hasło „wojna w obronie Izraela” można potraktować jako element propagandy nakierowanej na amerykańskich Żydów, która ma ich odciągnąć od popierania (głosami i pieniędzmi) Demokratów podzielonych w kwestii wojny z Irakiem. Nie jest wykluczone, że hasło to może być wygodne również z tego względu, że jego prostota i pewna pozorna oczywistość kamuflują głębsze i prawdziwe motywy ataku na Irak.

W każdym razie należy odrzucić tezę, że to interes Izraela był głównym czy bardzo istotnym motywem wojny. Teza ta wynika z całkowicie błędnej oceny stosunków amerykańsko-izraelskich przedstawianych obrazowo jako kierowanie przez ogon (Izrael) psem (Stany Zjednoczone). Jednak sytuacja, że ogon kieruje psem nie zdarza się w polityce. Na łamach „The American Conservative”, organu Starej Prawicy spod znaku Patryka Buchanana, jeden z autorów napisał, że wielkie państwa potrafią skłonić mniejsze państwa, aby walczyły w ich interesie, natomiast, jego zdaniem, jest to pierwszy przypadek w historii, żeby wielkie państwo (USA) prowadziło wojnę w interesie małego państwa (Izrael). Byłby to rzeczywiście pierwszy przypadek tego typu w historii, tyle tylko, że przypadek istniejący jedynie w wyobraźni owego autora, któremu antyizraelskie (antyżydowskie) uprzedzenia mącą racjonalny osąd i dyktują oceny niezgodne ze wszystkim, co znamy z historii politycznej świata. To raczej wojny prowadzone przez Izrael były wojnami zastępczymi Stanów Zjednoczonych, które wysyłały do boju żołnierzy izraelskich. Traktowanie wojny w Iraku jako wojny zastępczej Izraela, w której Tel Aviw wysyła do boju amerykańskich marines via Pentagon wynika albo z całkowicie błędnego widzenia sytuacji albo jest elementem antyizraelskiej propagandy i argumentem w wewnętrznej walce politycznej w USA.

Izrael jest pod względem ekonomicznym, wojskowym, politycznym i dyplomatycznym całkowicie zależny od poparcia USA. Gdyby to poparcie zostało wycofane, Izrael przestałby istnieć. Twierdzenie, że akcja wojskowa USA w Iraku miała na celu m.in. stworzenie Izraelowi bezpiecznego otoczenia a nawet zapewnienie supremacji w regionie Bliskiego Wschodu może być z pewnego punktu widzenia prawdziwe, ale w niczym nie zmienia to faktu, że to władze imperium światowego decydują o tym, kto i jak ma być bezpieczny, kto ma mieć supremację regionalną czy lokalną. Izrael może być potęgą regionalną, ale nie dlatego, że takie są ambicje premiera Szarona, ale wyłącznie dlatego, że takie mogą być zamysły i kalkulacje władz imperium światowego. Większa lub mniejsza rola Izraela pochodzi wyłącznie z nadania imperium, to ono rozstrzyga o tym, jaką rolę ma pełnić Izrael w ramach imperium. Nigdy jeszcze w historii politycznej świata nie został odwrócony stosunek pomiędzy „bezpieczeństwem” a „posłuszeństwem”, nikomu nie udało się i nigdy się nie uda złamać żelaznego prawa polityki, które mówi, że ten kto zapewnia protekcję, otrzymuje w zamian za to posłuszeństwo protegowanego.

„Specjalne stosunki” Izraela ze Stanami Zjednoczonymi wynikały i wynikają nie z tego, że proizraelskie lobby ma olbrzymie wpływy (choć ma spore) w stolicy imperium i „gubernator” Szaron ma tam „mocne wejścia”, ale z tego, że Izraelowi została wyznaczona określona rola w globalnej strategii politycznej USA (w tym sensie nie są to żadne „specjalne stosunki”, ale zupełnie normalne stosunki pomiędzy patronem a jednym z jego państw-klientów). Rola, jaką wyznaczono Izraelowi miała w przeszłości dwa wymiary: bliskowschodni i ten wynikający z konfrontacji USA-ZSRR. Od momentu swojego powstania państwo żydowskie traktowane było jako ważny czynnik polityki USA na Bliskim Wschodzie zaliczanym do „wielkich obszarów” o kluczowym znaczeniu strategicznym. Pozycja Izraela uległa wzmocnieniu, kiedy Bliski Wschód stał się polem konfrontacji USA i ZSRR. W obu przypadkach Izrael położony w niezwykle istotnym z geostrategicznego i geoekonomicznego punktu widzenia miejscu na ziemi, w obszarze traktowanym przez niektórych geopolityków jako archimedesowa dźwignia poruszająca świat, był lokalnym reprezentantem władzy Waszyngtonu i pełnił rolę utrzymywanej i finansowanej przez Waszyngton bazy wojskowej i centrum wywiadowczego na Bliski Wschód. Izrael był strategicznym przyczółkiem Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, ich lokalnym policjantem pilnującym amerykańskich interesów w regionie, gdzie część państw orientowała się na Moskwę oraz młotem używanym do rozbijania arabskiego nacjonalizmu zagrażającego innym bliskowschodnim klientom USA. Był też kanałem przerzutowym pieniędzy i broni amerykańskiej, pełnił rolę swego rodzaju pośrednika i podwykonawcy: zlecano mu pewne zadania polityczno-wojskowo-finansowe wtedy, gdy z rozmaitych względów Waszyngtonowi „nie wypadało” bezpośrednio i oficjalnie się angażować np. w Republice Południowej Afryki. Mossad i inne służby specjalne były agendami CIA, a armia izraelska, choć luźno, włączona była w ogólną infrastrukturę militarną USA. Jeśli imperium uzna, że usługi państwa żydowskiego nie są mu już potrzebne lub że państwo to jest dla niego politycznym obciążeniem to „specjalne stosunki”, uznane za dysfunkcjonalne, zostaną po prostu rozwiązane, tak jak dowództwo rozwiązuje kontrakt z żołnierzem zawodowym.

Jedynym sensem i legitymizacją istnienia Izraela jest służyć interesom geopolitycznym i ekonomicznym imperium światowego. Sądzić, że imperium narażałoby swoje globalne interesy, aby wspierać lokalne i regionalne ambicje władz państwa, które jest jego klientem, to śmieszny absurd. Ci, którzy jak Patryk Buchanan, uważają, że wojna w Iraku miała na celu zapewnienie bezpieczeństwa Izraelowi, błędnie interpretują polityczną rzeczywistość, nie uwzględniając podstawowego faktu, że imperium jak najbardziej może zadbać o bezpieczeństwo Izraela, ale tylko wówczas, gdy zgodne to jest z ogólniejszym, nadrzędnym interesem (bezpieczeństwem) imperium. Z faktu, że premier Szaron, wielu prominentnych Żydów amerykańskich, organizacje żydowskie w USA, sympatycy Izraela w USA popierali wojnę, można wnioskować, że sądzą oni, iż wojna w Iraku leży w interesie imperium, a tym samym w interesie Izraela, gdyż to imperium jest źródłem siły państwa żydowskiego. Jeśli imperium będzie się miało dobrze to i Izrael będzie się miał dobrze, jeśli imperium osłabnie, to upadnie Izrael, który nie może przetrwać bez jego wsparcia.

Dziś Izrael nie odgrywa już swojej roli jako wysuniętego antysowieckiego przyczółka USA na Bliskim Wschodzie, pozostała mu rola na Bliskim Wschodzie, która zależna będzie od tego, jakie plany wobec tego regionu będzie realizować imperium po wojnie w Iraku. Jest możliwe, że rola ta będzie maleć o tyle, o ile imperium będzie chciało bez pośredników „zarządzać” tym regionem i umocnić w nim swoją obecność wojskową. Gorączkowa i bardzo widoczna działalność loby proizraelskiego w USA jest najlepszym dowodem na to, że nie jest wcale pewne, że Izrael będzie nadal „strategicznym” a nie tylko taktycznym „sojusznikiem” USA w regionie. Musi ono, podobnie zresztą jak władze w Tel-Aviwie, stale udowadniać, jakim ważnym, niezawodnym i niezastąpionym „sojusznikiem” USA jest Izrael w nowym globalnym układzie sił, musi bezustannie przekonywać o jego przydatności i poszukiwać usprawiedliwienia dla stałej pomocy ekonomicznej, finansowej, wojskowej i politycznej przeznaczonej dla państwa żydowskiego – gdyby ta przydatność Izraela była dziś tak oczywista dla każdego, jak była w okresie Zimnej Wojny, to cała ta działalność nie byłaby potrzebna.

Natomiast z pewnością Izrael przydaje się jako obiekt, na który USA skierowują gniew, niechęć czy nienawiść tzw. arabskiej ulicy. Gdyby nie istnienie Izraela, te uczucia w większym stopniu kierowałyby się ku samym Stanom Zjednoczonym i ich bliskowschodniej polityce. Dzięki istnieniu Izraela Waszyngton może skuteczniej „zarządzać” napięciami na Bliskim Wschodzie i je rozgrywać, zawsze rezerwując sobie rolę ostatecznego rozjemcy i arbitra.

Dzisiaj, kiedy wojska imperium wkroczyły bezpośrednio do centrum Bliskiego Wschodu, przydatność Izraela wcale nie jest oczywista. Izrael wiele znaczył w strategii globalnej i bliskowschodniej Waszyngtonu, ale teraz, by użyć biznesowej retoryki, boss osobiście wziął sprawy w swoje ręce i zaczął robić porządek w terenie, co zmieniło sytuację kierownictwa izraelskiej filii. Jej rola i pozycja zależeć będą od tego, jak długo boss zamierza tam zostać, jaki porządek chce zaprowadzić, ile swobody da kierownictwu izraelskiej filii w realizacji jej planów, jaką rolę wyznaczy nowej irackiej filii, jak chce zreorganizować całą firmę etc. Nie jest wykluczone, że imperium zechce po wojnie w Iraku powierzyć Izraelowi ważne zadania. Dzięki idącej w miliardy dolarów pomocy gospodarczej i wojskowej Izrael ma czwartą armię świata, doskonałe lotnictwo, broń nuklearną, chemiczną i biologiczną, posiada największą i najlepszą agencję wywiadowczą na Bliskim Wschodzie, która świadczy usługi na rzecz imperium. Jest państwem garnizonowym, gdzie realna władza spoczywa w rękach służb specjalnych, wewnętrznego aparatu bezpieczeństwa, wojska i sektora zbrojeniowego. Stanowi zatem siłę, która przydaje się jako element strategii kontroli Bliskiego Wschodu, choć pamiętać należy, że w przeszłości Izrael w sumie na niewiele się przydał, gdy upadała władza szacha Iranu lub gdy toczyła się pierwsza wojna z Irakiem. Imperium światowe może nadal posługiwać się Izraelem ściśle współpracującym z Turcją i nowym Irakiem, aby trzymać w szachu inne państwa regionu, dyscyplinować je i karać przy pomocy „odwetowych uderzeń”. Czy jednak zezwoli na zbudowanie Wielkiego Izraela ze stolicą w niepodzielonej Jerozolimie, na „transfer” Palestyńczyków do Jordanii lub północnego Iraku etc.? To się okaże w przyszłości.

Warto tu jeszcze przyjrzeć się stosunkowi neokonserwatystów do Izraela, bo to ich, ze względu na żydowskie pochodzenie części z nich, często oskarża się o to, że prowadzą „żydowską wojnę” i kierują się zasadą „Israel First”. W artykule opublikowanym w „New York Observer” (28. kwietnia 2003) Joe Hagan cytuje wypowiedź redaktora „The Weekly Standard” Davida Brooksa, który z właściwym neokonserwatystom poczuciem humoru zauważa autoironicznie: „Jedyną różnicą pomiędzy konserwatystą i neokonserwatystą jest obrzezanie. Zaczęliśmy to nazywać `Osią Obrzezania`”. Związana z neokonserwatystami, zaciekła polemistka i autorka prawicowych bestsellerów atakująca bezpardonowo wszystkich „zdradzieckich liberałów” Ann Coulter na pytanie, czy jest neokonserwatystką odpowiedziała żartując „Nie, jestem gojką”. I dodała, że w języku liberałów „neokonserwatysta” to epitet oznaczający „żydowskiego konserwatystę”.

Neokonserwatyści stanowczo odrzucają oskarżenie, że wojna w Iraku, do której od tak dawna i tak głośno wzywali, jest „wojną za Izrael”. Jak autorytatywnie stwierdził związany z ich środowiskiem Newt Gingrich, „wojna w Iraku nie ma nic wspólnego z Izraelem”. Jednak dobrze znany i szeroko komentowany jest fakt, że związki środowiska neokonserwatystów z Izraelem a szczególnie z izraelską prawicą są bardzo ścisłe, tak ścisłe, że jeden z ojców-założycieli powojennego amerykańskiego konserwatyzmu, autor fundamentalnej pracy Umysł konserwatywny Russell Kirk występując w 1988 roku w Heritage Foundation nieco złośliwie zauważył: „nierzadko wydaje się, iż niektórzy znani neokonserwatyści błędnie uważają Tel Aviw za stolicę USA”. Neokonserwatyści manifestują mocno swoją przyjaźń z Izraelem, są bardzo wyczuleni na krytykę państwa żydowskiego i jego polityki i każdą taką krytykę neutralizują grając rutynowo kartą antysemicką (zręcznie posługują się tą kartą także po to, aby atakować przedstawicieli Starej Prawicy takich jak Patryk Buchanan, Joseph Sobran czy Russell Kirk, którego wyżej cytowaną uwagę Migde Decter automatycznie uznała za „antysemicką”).

Ważną rolę w kontaktach, szczególnie z izraelskim establishmentem wojskowym odgrywa wspominana wcześniej, kierowana przez neokonserwatystów organizacja Jewish Institute for National Security Affairs (JINSA). W 1996 roku znani neokonserwatyści Richard Perle (osobisty przyjaciel Ariela Szarona), James Colbert z JINSA, Charles Fairbanks z John Hopkins University i od wielu lat bliski kolega Paula Wolfowitza, Jonatan Torop z Washington Institute for Near East Studies utworzonego przez American Israel Public Affairs Comittee, Douglas Feith, David Wurmser (szef wydziału studiów bliskowschodnich American Enterprise Institute) i jego żona Meyrav Wurmser współpracowali przy stworzeniu pod auspicjami izraelskiego think-tanku Institute for Advanced Strategic and Political Studies dokumentu zawierającego strategię polityczną dla Benjamina Netanyahu i nowego rządu partii Likud. Dokument zatytułowany “A Clean Break: A New Strategy for Securing the Realm” był swego rodzaju amerykańsko-izraelskim neokonserwatywnym manifestem. Richard Perle osobiście wręczył dokument premierowi Netaniahu. Neokonserwatyści z USA występowali więc jako doradcy rządu Izraela.

Członkini neokonserwatywnego Hudson Institute Meyraw Wurmser była również współzałożycielką wraz z pułkownikiem Yigalem Carmonem, który wcześniej pracował dla wojskowych służb specjalnych Izraela, Middle East Media Research Institute. Hillel Fradkin był dyrektorem neokonserwatywnego Ethics and Public Policy Center i pracował dla neokonserwatywnego American Enterprise Institute. W 1994 roku wraz z Yoramem Hazoney`em Fradkin założył izraelski odpowiednik AEI Shalem Center sponsorowane przez milionerów i prawicowych syjonistów Ronalda Laudera (dziedzic fortuny magnatów kosmetycznych, mecenas sztuki, prezes Jewish National Fund, były przewodniczący Konferencji Organizacji Żydowskich w USA, sponsor partii Likud i Benjamina Netaniahu, urzędnik Departamentu Obrony i ambasador USA w Austrii za prezydentury Ronalda Reagana) i Rogera Hertoga, wiceprzewodniczącego Alliance Capital Management. Hertog, o którym Mark Gerson, prezes firmy inwestorskiej Gerson Lehrman Group, wydawca „The Essential Neoconservative Reader” i czlonek rady powierniczej American Enterprise Institue powiedział, że jak nikt inny przyczynił się finansowo do zaistnienia ruchu neokonserwatywnego, jest członkiem zarządu American Enterprise Institute i innej neokonserwatywnej instytucji Manhattan Institute of Policy Research. Hertog jest razem z Conradem Blackiem i finansistą – milionerem Michaelem Steinhardtem (założycielem Jewish Life Network – fundacji wspierającej wiele nowych żydowskich inicjatyw i organizacji) współwłaścicielem neokonserwtywnego dziennika „New York Sun”, i razem z Martinem Peretzem oraz Michaelem Steinhardtem współwłaścicielem sympatyzującej z neokonserwatystami „The New Republic” – redaktor tego pisma Lawrence Kaplan i William Kristol (przyjaciel Rogera Hertoga) opublikowali książkę promującą wojnę z Irakiem. Obywatela Wielkiej Brytanii Conrada Blacka, który nawet niektórych publicystów pisujących w jego „The Spectator” uznał za „antysemitów”, torysowski polityk lord Gilmour oskarżył o uprawianie „jadowitej propagandy izraelskiej”. Michael Steinhardt wykupił połowę udziałów znanej żydowskiej gazety „Forward”, która jeszcze kilkanaście lat temu była wydawana w jidysz. Partnerem w interesach i przyjacielem Steinhardta jest Bruce Kovner, finansista z Wall Street, właściciel Caxton Corporation, numer 303 na liście najbogatszych magazynu „Forbes”, który zainwestował też w nekonserwatywny „The New York Sun” oraz w „The New Republic”. Kovner wspiera finansowo American Enterprise Institute, gdzie jest przewodniczacym rady powierniczej (wiceprzewodniczącym jest Lee R. Raymond z Exxon Mobil Company), i Manhattan Institute, gdzie jest członkiem zarządu. Wydawca i redaktor „The New York Sun” Seth Lipsky, który redagował wcześniej „Forward”, został na łamach „New Yorkera” określony jako „syjonista w typie Żabotyńskiego”. Hilel Fradkin był studentem ucznia Leo Straussa Allana Blooma. Jego partner z Shalem Center Yoram Hazoney pisał przemówienia dla premiera Beniamina Netaniahu i uchodził za zwolennika nieżyjącego już rabina Meira Kahane, skrajnie prawicowego żydowskiego działacza politycznego, założyciela Jewish Defense League i ruchu Kach. Neokonserwatysta William Bennett kieruje grupą Americans for Victory over Terrorism, którą sponsoruje żydowski developer-milioner Lawrence Kadish z Nowego Jorku – gorący zwolennik Likudu i przewodniczący Republican Jewish Coalition. Kadish sponsoruje też Center for Security Policy (CSP) kierowane przez Franka Gaffney`a. Do sponsorów zarówno JINSA, jak i CSP należy żydowski milioner i żarliwy syjonista Irving Moskovitz z Kalifornii (właściciel salonów gry w bingo). Moscovitz wspiera milionami dolarów prawicowych osadników w Izraelu na przykład ultraortodoksyjną grupę Aterel Cohanim, daje pieniądze na wykup ziemi od Arabów w Jerozolimie. Moskovitz sfinansował również ponowne otwarcie w 1996 roku tunelu pod Temple Mount/Haram al-Sharif. Innym sponsorem Gaffney`a jest Poju Zabludowicz, stojący na czele międzynarodowego konglomeratu, w skład którego wchodzi izraelski producent broni Soltam (gdzie zatrudniony był kiedyś Richard Perle), i sponsorujący londyńskie Britain-Israel Communication and Research Centre. Paul Wolfowitz ma rodzinę w Izraelu i w okresie rządów Busha seniora pełnił rolę łącznika pomiędzy rządem a główną żydowską organizacją lobbystyczną w USA American Israel Public Affairs Committee (AIPAC). Bliski współpracownik Wolfowitza wspomniany wyżej Douglas Feith jest wyznawcą prawicowego syjonizmu. Kontynuuje on tradycje rodzinne – jego ojciec, byznesman z Filadelfii Dalck Feith był w latach 30. w Polsce zwolennikiem lidera syjonistów-rewizjonistów Włodzimierza Żabotyńskiego. Obaj Feithowie zostali uhonorowani w 1997 roku nagrodą przez prawicową Zionist Organization of America (ZOA), która uznała Feitha za „proizraelskiego aktywistę” (niektóre źródła twierdzą, że Douglas Feith jest członkiem ZOA). Feith był przez pewien czas prezesem powstałej w 1994 roku National Unity Coaliton for Israel (NUCI), która skupiła najbardziej „prawicowe” elementy społeczności żydowskiej w USA i organizacje chrześcijańskich syjonistów budując kontakty z Kongresem i neokonserwatywnymi think-tankami w Waszyngtonie. Lewis „Scooter” Libby wraz z Markiem Richem działali aktywnie na rzecz Ariela Szarona montując polityczną intrygę, która miała osłabić jego konkurenta wyborczego z lewicy. Współpracownikami Libby`ego przy akcji mającej na celu ułaskawienie Marka Richa byli Michael Steinhardt, oraz identyfikowani przez niektóre źródła jako ex-funkcjonariusze Mossadu, Zwi Rafiah i Avner Azulay, który stoi na czele Marc Rich Foundation. Przypomnijmy tutaj, że Rich (dawniej Marc Reich), finansista, handlarz złotem i cennymi metalami był w bliskich kontaktach z Hillary Rodham Clinton i jej zaufanym przyjacielem Vincem Fosterem, odegrał dużą rolę w tzw. aferze rublowej z poczatku lat 90., podejrzewany jest o przetransferowanie na rzecz rodziny Clintonów 30 milionów dolarów.

Finansowy patron neokonserwatystów, właściciel medialnego koncernu News Corporation, urodzony w 1931 roku w Melbourne Rupert Murdoch jest bliskim przyjacielem Ariela Szarona i gorąco popiera partię Likud. Matka Murdocha była ortodoksyjną Żydówką, on sam biorąc za żonę Elizabeth Joy Greek wżenił się w bogatą i ustosunkowaną australijską rodzinę żydowską. Na należącym do Murdocha kanale Fox News pojawia się często jako komentator Beniamin Netaniahu. Medialny magnat jest blisko związany z Ligą przeciw Zniesławianiu, sponsoruje charytatywną organizację United Jewish Appeal, która w 1997 roku wyróżniła go tytułem „filantropa roku”.

Wymienić by można jeszcze wiele innych przykładów bliskiej i korzystnej dla obu stron współpracy neokonserwatystów z izraelską prawicą, z izraelskimi kołami wojskowymi i izraelską zbrojeniówką, z aparatem bezpieczeństwa państwa żydowskiego i z prawicowymi organizacjami syjonistycznymi etc. Jednak oskarżenia wysunięte przez Patryka Buchanana w jego znanym artykule Czyja wojna? pod adresem neokonserwatystów i podjęte przez innych publicystów, sugerowanie, że to żydowskie pochodzenie wielu neokonserwatystów i ich związki z izraelską prawicą spowodowały, iż parli oni do wojny z Irakiem, należy zdecydowanie odrzucić, gdyż całkowicie zaciemniają one obraz sytuacji. Nazywanie Richarda Perle`a, Paula Wolfowitza, Douglasa Feitha i innych neokonserwatystów „likudnikami” jest zręcznym posunięciem na użytek publicystycznej polemiki, ale nie trafia w sedno: wbrew temu co sądził Russell Kirk, centralnym punktem uniwersum neokonserwatystów, nie jest Jerozolima czy Tel Aviw, ale Waszyngton, ich pierwszą i podstawową lojalnością nie jest lojalność wobec Izraela, ale wobec imperium. Mogą oni żywić do państwa żydowskiego sentyment z rodzinnych, kulturalnych czy innych względów, mogą okazywać mu specjalną uwagę i sympatię, ale tylko tak długo, jak długo zgodne to jest z interesem imperium. Gdyby w jakimś napadzie irracjonalnego zaćmienia umysłów zechcieli oni swoje sentymenty lub interesy ideologiczno-kulturalne związane z Izraelem postawić wyżej niż interes imperium zostaliby natychmiast wyeliminowani z jego kierowniczych gremiów. Ich spojrzenie na Izrael musi być i jest spojrzeniem z perspektywy ośrodka kierowniczego imperium światowego i rozpatrywać muszą oni problem Izraela w imperialnej, a nie wąskiej, partykularnej perspektywie.

Jest rzeczą całkowicie niewyobrażalną, aby którykolwiek z neokonserwatystów, gdyby zdarzyło mu się brać udział w zamkniętej naradzie kierownictwa imperium, na której dyskutowano wszystkie „za” i „przeciw” wojnie z Irakiem, mógł posłużyć się argumentem, że należy wysłać wojska amerykańskie do Iraku, bo to jest „w interesie Izraela”. Ba, nie mógłby tego argumentu nawet „wyartykułować”, bo nie mieści się on w języku, w systemie kategorii politycznych i strategicznych używanych przez kierownictwo imperium światowego. Jedyne co mógłby zrobić to udowodnić, że wojna jest potrzebna, aby umocnić Izrael jako ważną placówką imperium.

Jest absolutnie niemożliwe, żeby w sytuacji, gdyby interes Izraela okazał się sprzeczny z interesem imperium, neokonserwatyści wyżej postawili „interes Izraela” niż interes imperium. Oznaczałoby to bowiem, że „interes Izraela” stawiają oni ponad swoją własną władzę i swój własny egzystencjalny interes polityczny, które są ściśle związane z losem imperium. Musielibyśmy ich uznać za potencjalnych pacjentów ośrodków terapeutyczno-psychiatrycznych, gdyby okazało się, że narażają władzę nad światem, w której mają dziś swój udział, dla interesów Izraela będącego dla wielu z nich „małą ojczyzną”. To tak, jakby przypuszczać, że prezydent Bush mógłby postawić interes Teksasu, który jest jego „małą ojczyzną”, ponad interes imperium światowego, którym rządzi. Absurdalność takiej supozycji nie jest oczywista tylko dla tych, którzy kierują się antyżydowskimi czy antyizraelskimi uprzedzeniami.

POLITYKA APOKALIPSY

Drugim obok neokonserwatystów środowiskiem, które wpływa na politykę rządu Busha i Partii Republikańskiej jest chrześcijańska prawica w jej protestanckim „ewangelicznym” wydaniu. Tworzą ją kościoły, sekty i ruchy charyzmatyczne propagujące specyficzną millenarystyczną apokaliptyczną teologię, która z kolei tworzy podstawę teologii politycznej przełożonej następnie na konkretne koncepcje i działania polityczne mające pewne znaczenie w kontekście polityki bliskowschodniej i polityki wobec Izraela.

Dla określenia tych odległych od protestanckiej i luterańskiej ortodoksji nurtów używa się takich terminów jak „premillenaryści”, „ewangelicy”, „fundamentaliści”, „dyspensjonaliści”, „teologowie Czasów Ostatecznych”, „apokaliptycy”, „protestanccy syjoniści”, „chrześcijańscy syjoniści”, „armagedoniści”.

Nie wchodząc w teologiczne zawiłości i spory pomiędzy różnymi odłamami apokaliptyków streśćmy najważniejsze wątki ich wizji Czasów Ostatecznych opartej na interpretacji proroctw Daniela, Micheasza, Ezechiela, Jeremiasza, Izajasza i Zachariasza, eschatologicznych zapowiedzi zawartych w Ewangeliach i Objawienia Św. Jana. Żyjemy w czasach końca, proroctwa wypełniają się na naszych oczach, niedługo Jezus przybędzie w obłokach i wskrzesi chrześcijan z martwych. Wszyscy prawdziwi chrześcijanie unikną fizycznej śmierci i z ciałem zostaną wzięci (porwani) w niebo (w obłoki) jak Eliasz – tzw. rupture, grec. „harpazo” – zgodnie z tym, co pisze św. Paweł w pierwszym Liście do Tessaloniczan (4:16-17): „Gdyż sam Pan na dany rozkaz, na głos archanioła i trąby Bożej zstąpi z nieba; wtedy najpierw powstaną ci, którzy umarli w Chrystusie; Potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w obłokach w powietrze, na spotkanie Pana; i tak zawsze będziemy z Panem” (cyt. według Biblii wydanej przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1975). „Porwanie w obłoki” nastąpi to na trzy i pół roku przed momentem, kiedy na ziemi rozpocznie się siedmioletni czas zamętu, utrapienia, cierpień i mąk (ang. tribulation). Ci wierzący chrześcijanie, którzy umrą przed „porwaniem”, powstaną z martwych i również zostaną „wzięci w obłoki”, aby spotkać tam Jezusa. Narody świata wystąpią przeciw Izraelowi, (który na ziemi zastąpi chrześcijan wziętych w obłoki), aby go zniszczyć, Antychryst wkroczy do odbudowanej Świątyni w Jerozolimie i zażąda, aby czczono go jako Boga. Żydzi, którzy w tym okresie uwierzą w Jezusa staną się męczennikami. W okolicach Jerozolimy na polach Armagedonu rozegra się ostateczna apokaliptyczna bitwa bitew, Żydzi, którzy nie uwierzą w Jezusa Chrystusa zginą w tej bitwie, Jezus Chrystus zejdzie z chmur wraz z „wziętymi” chrześcijanami, zwycięży szatańskie moce, odbuduje tron Dawida w Jerozolimie, która będzie stolicą świata, zasiądzie na nim jako król żydowski i będzie rządził tysiąc lat w pokoju i sprawiedliwości razem z „wziętymi” chrześcijanami, którzy przebywać będą na ziemi w ponadnaturalnych, uświęconych ciałach. Żydzi, którzy przeżyją czas zamętu i prześladowań i uznają Jezusa jako Zbawiciela staną się Jego prawą ręką i będą Mu pomagać w zarządzaniu ziemią. Po tysiącu lat sprawiedliwych rządów Jezusa nastąpi Sąd Ostateczny, na którym Szatan i wszyscy niewierzący zostaną strąceni do piekieł.

W apokaliptycznym fundamentalizmie kluczowa rola w wydarzeniach prowadzących do Drugiego Przyjścia Jezusa Chrystusa przypada Izraelowi. Korzenie tej koncepcji tkwią w brytyjskim protestantyzmie XVII. wieku, żeby wymienić tu choćby sir Henry Fincha, wybitnego prawnika i członka parlamentu, który w 1621 roku napisał traktat wzywający Brytyjczyków i rząd brytyjski do wsparcia osadnictwa żydowskiego w Palestynie, aby „pomóc” w ten sposób w spełnieniu się biblijnych proroctw. W XIX. wieku były anglikański ksiądz z Irlandii John Nelson Darby (1800-1882) założyciel sekty Plymouth Brethren, który przez wiele lat podróżował i nauczał w Europie i w Ameryce Północnej popularyzując i systematyzując watki eschatologiczne, rozwinął nową szkołę myślenia teologicznego nazywaną „przyszłościowym premillenaryzmem” lub „dyspensjonalizmem”. Darby, uznawany za najbardziej wpływową postać protestanckiego syjonizmu, uważał, że biblijne proroctwa winny być interpretowane zgodnie z hermeneutyką, która traktuje je literalnie i uznaje ich ważność jako spełniających się przepowiedni. Na przykład zapowiedź Jezusa zburzenia Świątyni w Jerozolimie nie odnosi się, tak jak nauczał tego i naucza Kościół katolicki, do zburzenia Świątyni przez Rzymian w 70. roku, ale do zburzenia jej w naszych czasach (najpierw trzeba ją oczywiście odbudować, aby mogła zostać zburzona).

Według Darby`ego chrześcijanie winni traktować historię w świetle siedmiu epok lub „dyspensacji”, w których za każdym razem Bóg inaczej objawia się ludzkości. Drugie Przyjście Jezusa dokona się jakby w dwóch fazach, pierwsza to tajemne przyjście dla „świętych” czy „prawdziwych chrześcijan” w momencie „wzięcia”, które Darby interpretował jako wzięcie z ciałem „w powietrze”, druga w chwili objęcia przez Jezusa rządów na ziemi. Darby uważał, że naród żydowski przyjmie rolę najważniejszego narzędzia Boga w historii. Niektórzy znawcy tematu twierdzą, że Darby znalazł zalążek koncepcji „porwania” w napisanej około 1791 roku i wydanej po hiszpańsku w roku 1812 książce The Coming of Messiah in Glory and Majesty, której autorem był hiszpański jezuita Manuel Lacunza uznający się za przechrzczonego Żyda i występujący pod nazwiskiem Juan Jozafat Ben Ezra, który z kolei nawiązywał do koncepcji innego hiszpańskiego jezuity z 16. wieku Francisco Ribeiry. Dzieło Lacunzy przełożył na angielski współwyznawca Darby`ego Edward Irving. Zgodnie z teologią Darby`go przymierze Boga z Abrahamem jest wiążące na zawsze i wszystkie obietnice odnoszące się do narodu żydowskiego i dotychczas niespełnione zostaną spełnione w okresie tysiącletnich rządów Jezusa na ziemi. W pewnym sensie teologia Darby`ego jest odwróceniem tradycyjnej teologii zastępstwa mówiącej, że to Kościół zastąpił biblijny Izrael. W nieprzerwalnej i nieodwoływalnej relacji Przymierza Boga z Izraelem Kościół jest tylko parentezą. U Darby`ego Izrael zastępuje Kościół, oczywiście nie chodzi o Kościół katolicki, gdyż ten jest odstępcą od prawdziwej wiary i wymaga nawrócenia, ale Kościół będący zgromadzeniem prawdziwie wierzących czyli tych, którzy przeżyli wewnętrzne doświadczenie nawrócenia, zaakceptowali Jezusa jako swojego osobistego zbawiciela i zobowiązali się żyć „świętym” życiem chrześcijańskim. Można Darby`ego uznać za prekursora tzw. pozytywnej teologii judaizmu, gdyż twierdził on, że chrześcijanie i naród żydowski mają dwa odrębne powołania i dwie odrębne drogi do zbawienia.

Uczniem Darby`ego był William Blackstone, biznesmen z Illinois, który w 1882 roku napisał bestseller Jesus is Coming i przyczynił się mocno do popularyzacji dyspensjonalizmu. Blackstone nie chciał czekać bezczynnie na powstanie państwa żydowskiego, ale działał politycznie i propagandowo na rzecz jego odbudowania. W 1891 roku Blackstone z poparciem J. P. Morgana, Johna D. Rockefellera, Charlesa B. Scribnera zorganizował wielką kampanię prasową wzywającą prezydenta Beniamina Harrisona do wsparcia idei utworzenia w Palestynie państwa żydowskiego. Dodajmy, że pod wpływem dyspensjonalizmu byli sprzyjający syjonizmowi znani przedstawiciele brytyjskiego życia politycznego: lord Palmerstone, lord Ashley Cooper (siódmy hrabia Shaftesbury), lord Artur Balfour i David Lloyd George.

Najważniejszym źródłem współczesnego anglosaskiego dyspensjonalizmu jest wydana w 1909 roku przez ucznia Darby`ego Cyrusa Ingersona Scofielda Biblia Króla Jakuba, opatrzona przez niego obszernymi komentarzami i przypisami, w których mowa jest o roli Żydów i Izraela. Biblia Scofielda będąca najbardziej popularną w USA Biblią z komentarzami, stała się narzędziem upowszechnienia dyspensjonalizmu wśród szerokich mas i zdefiniowała system dyspensjonalistyczny na następne 90 lat. Przedmiotem sporów jest udział wczesnych syjonistów np. Samuela Untermeyera (1858-1940) w sfinansowaniu wymagającej wiele czasu, energii i pieniędzy pracy Scofielda nad Biblią (Untermeyer –wybitny prawnik – stanął później na czele American Jewish Comittee i był prezesem American League of Jewish Patriots). Co ciekawe Biblia Scofielda mimo swojej teologicznej ekscentryczności opublikowana została w 1930 roku przez renomowane wydawnictwo Oxford University Press i sprzedała się w milionie egzemplarzy. Nadmienić tu można, że w 1910 roku czyli w rok po ukazaniu się pierwszego wydania Biblii Scofielda założyciel Union Oil Lyman Stewart wydał 250.000 dolarów na sfinansowanie druku i dystrybucji serii broszur zatytułowanej „The Fundamentals”, która propagowała dyspensjonalistyczny i premillenarystyczny punkt widzenia. 3 miliony egzemplarzy tych broszur zostało rozprowadzonych w kościołach na obszarze całych Stanów Zjednoczonych

To zasadnicza rola Żydów i Izraela w dyspensjonalizmie i premillenaryzmie sprawiła, że określany jest on również mianem „chrześcijańskiego syjonizmu”. W Biblii Scofielda wydarzenia wyczytane z Biblii zogniskowane są wokół przeszłości, teraźniejszości i przyszłości Izraela. Według Scofielda Jezus Chrystus nie powróci na ziemię, zanim Żydzi nie powrócą do Palestyny, nie odzyskają kontroli nad Jerozolimą i nie odbudują Świątyni. Z tych samych przesłanek wychodzą współcześni amerykańscy chrześcijańscy syjoniści, którzy skupiają swoją uwagę na Bliskim Wschodzie, bo uważają, że zgodnie z Biblią to Bliski Wschód będzie sceną ostatecznej bitwy i Drugiego Przyjścia Jezusa Chrystusa, i że chrześcijanie nie powinni biernie czekać na wypełnienie się proroctw ale być ich aktywnymi wykonawcami. Winni działać jak katalizator, który przyśpieszy Drugie Przyjście.

Kiedy w 1948 roku utworzone zostało państwo żydowskie, najważniejszy kawałek profetycznego puzzla wskoczył na swoje miejsce, tykać zaczął zegar biblijnych proroctw, pojawił się „niezaprzeczalny dowód”, że dyspensjonalistyczne czy premillenarystyczne odczytanie Biblii jest prawidłowe. Narodziny Izraela uznano za znak, że wypełniają się biblijne proroctwa i zaczynają się Dni Ostatnie. Flaga z gwiazdą Dawida łopocząca nad Palestyną inauguruje erę mesjańską i zapowiada Drugie Przyjście Chrystusa. Rok 1948 to początek odliczania do Armagedonu – żadne inne wydarzenie nie byłoby znakiem, że count-down się rozpoczął. Państwo żydowskie ulokowane jest teraz w centrum biblijnych profecji, staje osią eschatologicznego dramatu. W Izraelu spełnia się przeznaczenia świata, Żydzi w Izraelu są instrumentem realizacji mesjańskich obietnic.

Kolejnymi wydarzeniami, które miały dramatyczny wpływ na postawy premillenarystycznych chrześcijańskich syjonistów wobec Izraela, były wojna sześciodniowa w 1967 roku i przejęcie przez Żydów politycznej kontroli nad Jerozolimą. Było to polityczno-militarne wydarzenie, które dostarczyło potężnego paliwa profetycznym spekulacjom i wzmocniło przekonanie, że Izrael powstał, aby wypełnić istotną misję w historii, i odegra ważną rolę w procesie, który poprzedzi przyjście Mesjasza. Redaktor „Christianity Today”, teść znanego kaznodziei Billy Grahama L. Nelson Bell napisał wówczas: „Po raz pierwszy od ponad 2000 lat Jerozolima jest znowu całkowicie w rękach Żydów, co przejmuje do głębi każdego studiującego Biblię i odnawia jego wiarę w jej dokładność i ważność”.

Po 1967 roku przekonanie, że państwo żydowskie ma zasadnicze znaczenie w przygotowaniu gruntu dla nadejścia ery mesjańskiej, zaczyna dominować w całej propagandzie religijno-politycznej chrześcijańskich syjonistów i określać ich stosunek do Izraela oraz Żydów. Hal Lindsey, jedna z najważniejszych postaci chrześcijańskiego syjonizmu w USA, nazywany „Jeremiaszem swojego pokolenia”, autor wielu książkowych bestsellerów, napisał, że Żydzi są „cudem historii”, wyjątkowym narodem, że Jerozolima – to najważniejsze miasto na planecie, które będzie duchowym centrum całego świata, dokąd wszyscy ludzie z całej planety będą co roku przyjeżdżać, aby czcić Jezusa, która zasiądzie tam na tronie. Izrael, pisał Lindsay, jest przeznaczony do tego, aby odgrywać główną rolę w świecie, państwo żydowskie będzie pełne wielkiego bogactwa, władzy i prestiżu w Dniach Ostatnich. Izrael, zdaniem Lindsey`a przesuwa się ku centralnemu miejscu na politycznej i ekonomicznej scenie świata.

Polityczna teologia chrześcijańskich syjonistów wywodzona z Pisma Świętego zawiera następujące składniki mające istotne implikacje polityczne: obietnice dane Abrahamowi są wieczne, bezwarunkowe i nieodwoływalne i rozciągają się na wszystkich Żydów w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, Bóg dał Żydom Palestynę na zawsze, do nich należy każdy milimetr kwadratowy tej ziemi, łącznie ze Strefą Gazy, Wzgórzami Golan, Judeą i Samarią (najbardziej radykalni chrześcijańscy syjoniści postulują odtworzenie Wielkiego Izraela w granicach od Nilu do Eufratu), niepodzielona Jerozolima jest stolicą państwa żydowskiego, wrogość wobec Izraela jest próbą przeszkodzenia w realizacji planu Bożego, antysemityzm ma szatańskie źródła. To wszystko czyni chrześcijańskich syjonistów najbardziej zagorzałymi przyjaciółmi państwa żydowskiego, którzy każdy akt polityczny przez nie dokonany uznają za dostrojony do planu Boga i jako taki nie podlegający krytyce, chyba że idzie o akty typu „ziemia za pokój”, wstrzymanie osadnictwa żydowskiego na Ziemiach Okupowanych, ustępstwa polityczne wobec Palestyńczyków czy krajów arabskich itp. Te bowiem oznaczają, że Żydzi nie chcą nieść brzemienia nałożonego na nich przez Boga, nie chcą wypełniać swojego mesjańskiego obowiązku, odmawiają odegrania swojej roli w eschatologicznym dramacie, co jest niewybaczalną zdradą wobec ludzkości.

Teologia polityczna chrześcijańskich syjonistów przekłada się na konkretną działalność polityczną, propagandową i filantropijną. Zebrali oni miliony dolarów na popieranie osadnictwa żydowskiego na Terytoriach Okupowanych, nieodmiennie opowiadają się za trwałą wojskową i finansową pomocą USA dla Izraela, popierają inkorporację Terytoriów Okupowanych do Izraela, są przeciwnikami jakichkolwiek ustępstw wobec Arabów, usprawiedliwiają moralnie i politycznie wszystkie akcje armii izraelskiej i służb specjalnych wobec Palestyńczyków, prowadzą stałą agitację na rzecz partii Likud i innych prawicowych ugrupowań w Izraelu etc. Popierają również przejęcie Góry Świątynnej przez Żydów, działają na rzecz odbudowy Świątyni w Jerozolimie, wspierają próby wyhodowania „czerwonej jałówki bez skazy” opisanej w Księdze Liczb, aby „wymusić” spełnienie proroctw.

Mamy do czynienia ze spirytualną geopolityką i „eschatologiczną polityką”, w której religijne proroctwa i teologiczne interpretacje dyktują konkretne posunięcia i działania polityczne. Chrześcijańscy syjoniści opowiadali się np. za emigracją Żydów z ZSRR do Izraela i współfinansowali ją, bo wierzą, że im więcej Żydów zbierze się w Izraelu, tym szybciej wypełnią się proroctwa. Hal Lindsey powołując się na proroka Jeremiasza, napisał, że Bóg uczynił obietnicę Izraelowi a Bóg dotrzymuje obietnic, dlatego każdy, kto odmawia Izraelowi prawa do istnienia, ten walczy z Bożą obietnicą. Inny chrześcijański syjonista republikański senator James Inhofe z Oklahomy oświadczył, że konflikt izraelsko-palestyński to nie walka polityczna, ale spór o to, czy słowa Boga są prawdziwe czy nie. Ci, którzy naciskają na powstanie państwa palestyńskiego, działają wbrew zamiarom Boga, premier Rabin został zamordowany ponieważ działał przeciw woli Bożej. Właściwa jest tylko taka polityka, która nie „tamuje” nurtu proroctw spełnianych w Izraelu – zwiastunie Dni Ostatnich. Każdy, kto, tak jak premier Rabin, działa wbrew profetycznym zapowiedziom, ściąga na siebie wielkie niebezpieczeństwo. Izrael musi być broniony za wszelką cenę, bo gdyby został militarnie pokonany lub wręcz gdyby państwo żydowskie upadło, nadejście mesjańskiej epoki oddaliłoby się w niewiadomą przyszłość a wraz z tym nadzieja na uniknięcie fizycznej śmierci. Należy tutaj dopowiedzieć, że premillenarystyczna koncepcja zakładająca „wzięcie” czy „porwanie” (ciekawe, że termin „rupture” występuje również w subkulturze UFO) prawdziwych chrześcijan z ciałem do nieba rozwiązuje dla jej wyznawców odwieczny dylemat zawarty w powiedzeniu: „każdy chce pójść do nieba, ale nikt nie chce umierać”. „Porwanie”, które wkrótce nastąpi – musi nastąpić wkrótce, a nie np. za tysiąc lat, bo za tysiąc lat ci, do których adresowane jest apokaliptyczne przesłanie nie będą już żyli – pozwoli prawdziwym chrześcijanom uniknąć mąk i cierpień okresu „Tribulation” i pójść do nieba bez umierania. Ta wiara w uniknięcie fizycznej śmierci jest doktrynalnie zabezpieczona poprzez zapowiedzianą w mesjańskich proroctwach sekwencję wydarzeń mesjańskich aż po zagładę w bitwie na polach Armagedonu. Dlatego Izrael jako konieczny wehikuł na mesjańskiej drodze musi być broniony za wszelką cenę, trzeba podtrzymywać ze wszystkich sił jego egzystencję i zapewniać mu bezpieczeństwo. Jeśli Izrael upadnie, to wraz z nim upadnie nadzieja na to, że chrześcijanie nie umrą i zostaną żywi wzięci do nieba. Żydzi muszą przetrwać jako „ciało Izraela” do momentu rozpoczęcia okresu „Tribulation” po to, aby większość z nich mogła zginąć w tym okresie. John F. Walvoord, jeden z czołowych teologów dyspensjonalizmu, który przez trzy dekady stał na czele Seminarium Teologicznego w Dallas – głównego ośrodka teologicznego ruchu, powołując się na proroctwo Zachariasza (13:8,9) stwierdził w swojej książce Israel in Prophecy (1962), że w okresie „Tribulation” zginie dwie trzecie Żydów, a pozostała jedna trzecia doczeka powtórnego przyjścia Chrystusa, które przepowiedziane jest w następnej części Księgi Zachariasza. Armagedonista Timothy Dailey w swojej książce The Gathering Storm (1992) przewiduje, że Tel Aviw zniszczony zostanie przez bombę atomową wysłaną z Syrii. Trzeba chronić Żydów, bo śmierć dwóch trzecich z nich przewidziana jest w apokaliptycznym scenariuszu. Jeśli Żydzi nie przetrwają, to nie będą mogli odegrać swojej roli w scenariuszu ergo scenariusz nie będzie mógł się zrealizować.

Sojusz amerykańskich chrześcijańskich syjonistów z Izraelem jest swego rodzaju polityczno-teologicznym „dealem”: premier Szaron, partia Likud czy szerzej klasa rządząca Izraela (jak również establishment żydowski w USA) wykorzystuje premillenarystów dla swoich celów politycznych, ci zaś wykorzystują Izrael i Żydów dla swoich celów teologicznych, dla Izraela chrześcijańscy syjoniści są instrumentem politycznym, dla nich zaś Izrael jest narzędziem metafizycznym, aktorem niezbędnym dla odegrania apokaliptycznego scenariusza. Dodatkowo izraelska prawica z partii Likud widzi w chrześcijańskich syjonistach źródło finansowego wsparcia wyrównującego straty, jakie wynikają ze zmniejszenia sponsoringu od amerykańskiej społeczności żydowskiej, która, w większości o liberalno-lewicowych poglądach i niechętna rosnącemu wpływowi małych partii ortodoksyjnych będących w koalicji z Likudem i radykalnego ruchu osadniczego, obcięła datki na Jewish National Fund i inne instytucje w USA wspierające Izrael. Te rachuby prawicy izraelskiej nie są, jak pisaliśmy wcześniej, pozbawione podstaw. Na przykład w drugiej połowie lat 90. International Fellowship of Christians and Jews kierowana przez rabina Yeckhiela Ecksteina z Chicago zebrała 5 milionów dolarów prawie w całości pochodzących od chrześcijańskich syjonistów. W 1998 roku pastor John Hagee z San Antonio w Teksasie zebrał wśród członków swojego kościoła (Cornerstone Church) milion dolarów dla Izraela. Poza tym chrześcijańscy syjoniści organizują liczne wycieczki i pielgrzymki do Izraela, które przez izraelskie Ministerstwo Turystyki traktowane są jako ważny segment rynku turystycznego i źródło wpływów do budżetu państwa.

Na marginesie dodajmy, że instrumentalne traktowanie Żydów i Izraela przez chrześcijańskich syjonistów wywołuje pewne ideologiczne zamieszanie, gdyż nie dają się oni zaklasyfikować ani jako filosemici, ani jako antysemici. Na płaszczyźnie praktycznej polityki i propagandy są filosemitami, ale na płaszczyźnie moralno-teologicznej można ich uznać za antysemitów, gdyż redukują Izrael i Żydów do bytów wyłącznie funkcjonalnych, do narzędzia popychającego historię ku momentowi Powtórnego Przyjścia. Współcześni Żydzi są wprawdzie dziedzicami biblijnego Izraela i obiektem proroctw o odbudowie Królestwa Dawidowego w epoce mesjańskiej, ale jedynie chrześcijanie „born again in Christ” mogą być zbawieni i cieszyć się życiem wiecznym. Ponieważ Żydzi nie akceptują Jezusa, dlatego są moralnie i duchowo pozbawieni czegoś najważniejszego. Jest więc tu obecna pewna ambiwalencja, która widoczna jest także w kwestii nawracania Żydów. Propagowanie chrześcijaństwa wśród Żydów to nauczanie tego boskiego narodu jego roli w historii i warunek ocalenia części z nich w czasie Wielkiego Zamętu. Praca misyjna wśród Żydów jest konieczna, bo Żydzi potrzebują Jezusa. Z drugiej jednak strony istnieje teoretyczne wprawdzie, ale jednak, niebezpieczeństwo, że Żydzi zbyt wcześnie nawrócą się en masse na chrześcijaństwo. Staliby się wówczas chrześcijanami i tak jak inni chrześcijanie zostaliby „porwani” w niebo, zanim rozpocząłby się okres „tribulation”, a wtedy proroctwa by się nie spełniły, bo nie byłoby Żydów, którzy walczyliby, byliby prześladowani i ginęliby w tym okresie. Ten nierozwiązywalny w istocie rzeczy dylemat jest rozwiązywany w ten sposób, żeby raczej zrezygnować z nawracania Żydów niż narażać profetyczny scenariusz na to, że się nie spełni. Chrześcijańscy syjoniści wolą poświęcić dusze Żydów nie nawracając ich na wiarę w Chrystusa, niż ryzykować, że dzień „wzięcia” z ciałem „w obłoki” oddali się w nieodgadnioną przyszłość.

Z punktu widzenia establishmentu żydowskiego w USA i klasy rządzącej w Izraelu spekulacje teologiczne i wynikająca z nich dualistyczna perspektywa w widzeniu Izraela i Żydów nie mają większego znaczenia – liczą się wymierne korzyści polityczno-propagandowe, które przynosi strategiczne partnerstwo z chrześcijańskimi syjonistami, i ich praktyczno-polityczny filosyjonizm i filosemityzm. Fakt, że chrześcijańscy syjoniści chcą chronić Izrael za wszelką cenę po to, aby mógł on zostać zniszczony w okresie „Great Tribulation”, nie przeszkadza im z tej prostej przyczyny, że nie są wyznawcami tej eschatologicznej wizji (jeśli wierzą, to w swoją własną, w której rola i przeznaczenie Żydów są oczywiście całkiem inne).

Dla premillenarystycznych chrześcijańskich syjonistów, którzy widzą siebie jako aktywistów wielkiej sprawy, a właściwie sprawy największej ze wszystkich: pracy nad nadejściem epoki mesjańskiej i ustanowienia Królestwa Bożego na ziemi, to, co dzieje się w Izraelu i wokół Izraela to nie pragmatyczne i racjonalne decyzje polityczne, lecz decyzje o kosmicznych implikacjach, które mogą zahamować realizację boskiego planu ludzkiego zbawienia, to nie posunięcia polityczne, ale realizowanie ról rozpisanych w scenariuszu eschatologicznego dramatu. To, co robi Ariel Szaron – robi on w imię Boga i jego nakazów przyspieszając nadejście powrotu Chrystusa, to, co robi Jaser Arafat – robi on w imię Szatana i jego nakazów, opóźniając Drugie Przyjście Chrystusa. Chrześcijańscy syjoniści nie rozpatrują konfliktu żydowsko-palestyńskiego i szerzej konfliktu Izraela z państwami islamskimi w kategoriach politycznych, w kategoriach prawa międzynarodowego etc. ale interpretują go jako współczesny wyraz biblijnej rywalizacji pomiędzy Izaakiem i Izmaelem o prawo pierworodnego syna Abrahama i jego błogosławieństwo. Hal Lindsey pisał o starożytnej nienawiści pomiędzy Izmaelem i Izaakiem, nienawiści, która trwa od 4.000 lat i ma swoje źródło w zazdrości Izmaela wobec Izaaka. Izmael i jego potomkowie pożądają błogosławieństwa, które otrzymał Izaak, i nigdy nie będą usatysfakcjonowani tym, co mają. To, co zaczęło się od Izmaela trwa u jego potomków – muzułmanów. Tu nie może być porozumienia i politycznego kompromisu, Boskie kości zostały rzucone tysiące lat temu: Żydzi wygrywają, Palestyńczycy (mułzumanie) przegrywają. Ostateczną instancją pozostaje Biblia, zgodnie z którą Liban=Tyr, Syria=Asyria, Arabowie=Filistyni etc. etc.

Polityka wobec Izraela i Bliskiego Wschodu zakorzeniona jest zatem w głębokiej strukturze teologicznej, która wojnę przeciw wrogom państwa żydowskiego czyni spirytualną wojną z siłami szatańskimi. W ten sposób widziana jest również wojna przeciw Irakowi rządzonemu przez prezydenta Saddama Hussajna. Już pierwsza wojna z Irakiem w 1991 roku traktowana była jako znak Dni Ostatnich. Od czasu tamtej wojny chrześcijańscy syjoniści z USA prowadzili stałą religijną kampanię propagandową przeciw Irakowi i Husajnowi. Wymieńmy charakterystyczne tytuły książek i filmów z lat 90.: Mark Hitchcock Drugie powstanie Babilonu, Charles Dyer Powstanie Babilonu. Czy Irak jest centrum ostatecznego dramatu?, Babilon: Irak i nadchodzący kryzysbliskowschodni – droga do Armagedonu i dalej, Arno Froese Tajemny Babilon Saddama (książka z 1998 roku przewidująca drugą wojnę w Zatoce Perskiej), Joseph Chambers Pałac Antychrysta. W książkach, broszurach, na stronach internetowych chrześcijańskich syjonistów prezydent Saddam Husajn prezentowany jest jako ten, kto ma wszystkie cechy, którymi Szatan obdarza swoich władców. Saddam Husajn to wcielenie Nabuchodonozora, który odbudowuje Babilon i wznosi Pałace Antychrysta. Staje się on jako esencja Zła jedną z centralnych postaci w profetycznych wyobrażeniach, tym, kto przygotowuje drogę dla Bestii z Apokalipsy św. Jana, opętanym zdobywcą, który chce ruszyć na podbój świata, władcą takim jak Haman, faraon, Herod i Hitler – wszyscy mianowani przez Szatana, który nimi i poprzez nich rządzi, wszyscy – marionetki w rękach szatańskich sił. Jak pisał jeden z autorów o prezydencie Husajnie: „Dzisiaj ten arcybuntownik rozpoczął odbudowę starożytnych ruin Babilonu i swojej starożytnej chwały. Ta ziemia, gdzie Szatan podburzył i zdeprawował człowieka stworzonego przez Boga, stanie w obliczu zniszczenia na niewyobrażalną skalę. Z pewnością Saddam Hussajn to człowiek nominowany przez Szatana, aby wypełniać jego rozkazy”. Wojna z Irakiem jest zatem religijną krucjatą przeciw nowemu Babilonowi (czy Babilon będzie siedzibą nadchodzącego Antychrysta to w kręgach dyspensjonalistów sprawa sporna), przeciw Irakijczykom – ”narodowi szatańskiemu”. Antyiracka propaganda chrześcijańskich syjonistów wbudowana jest w szerszą wizję całej „szatańskiej infrastruktury na Bliskim Wschodzie”, „islamu wybranego przez Szatana”, religii, której założycielem był „opętany przez demony pedofil” jak jeden z przywódców Konwencji Południowych Baptystów nazwał proroka Mahometa.

Armia amerykańska jest przeto instrumentem w rękach Boga, to ona po zburzeniu wież World Trade Center przez „szatańskich islamistów” (cztery samoloty tak jak czterech Jeźdźców Apokalipsy) zniszczyła talibów i Al-Kaidę w Afganistanie sprawiając, że Bóg zdjął przekleństwo z tego kraju, to ona obalając Saddama Husajna pokonała śmiertelnego wroga państwa żydowskiego, który mógł je zniszczyć przy pomocy broni masowego rażenia a wówczas Izrael przedwcześnie uległby zagładzie, co zakłóciłoby naturalny bieg nurtu mesjańskich proroctw (dla chrześcijańskich syjonistów argument, że iracka broń masowego rażenia nie zagraża Stanom Zjednoczonym, ale jedynie Izraelowi, jest jeszcze mocniejszym argumentem za wojną z Irakiem). Wojna z Irakiem była zatem „wojną o ocalenie i bezpieczeństwo Izraela” w tym sensie, że wymagał tego „interes teologiczny” chrześcijańskich syjonistów. Chodziło bowiem o to, aby zapobiec podważeniu roli, jaką Izraelowi i Żydom wyznacza profetyczny scenariusz Dni Ostatecznych. Atak na Irak był słuszny, gdyż według chrześcijańskich syjonistów Stany Zjednoczone zobligowane są przez Boga do tego, aby chronić Izrael i Żydów.

Cytowany już Hal Lindsey napisał, że los USA zależy od traktowania Żydów – kiedy Stany Zjednoczone dobrze traktują Żydów i popierają Izrael, to rozkwitają, kiedy tego nie czynią, podupadają. USA dlatego cieszą się specjalną protekcją Boga, ponieważ stały za narodem żydowskim w trudnych dla niego chwilach, pomagały Żydom, zwalczały ich prześladowców, udzieliły schronienia Żydom i umożliwiają im przetrwanie. Lindsey stwierdził: “Bóg powiedział do Abrahama, ojca wszystkich Żydów: `I będę błogosławił błogosławiącym tobie, a przeklinających cię przeklinać będę`. Ta obietnica została rozciągnięta na wszystkich potomków Abrahama, Izaaka i Jakuba. Sadzę, że jeśli USA odwrócą się do Izraela, przestaniemy istnieć jako naród. Nie lekceważcie tego, gdyż w historii powstanie i upadek imperiów są bezpośrednio związane z tym, jak traktowały Żydów”. Na Trzeciej Międzynarodowej Konferencji Chrześcijańskich Syjonistów w lutym 1996 roku w Jerozolimie 1500 delegatów z Europy i Ameryki przyjęło deklarację: „Pan w jego zazdrosnej miłości dla Izraela i narodu żydowskiego błogosławi i przeklina i osądza narody zgodnie z tym, jak traktują naród wybrany Izraela.” Tak więc Bóg błogosławi Ameryce, bo ona błogosławi Żydom i państwu żydowskiemu. Podobnie znany telewangelista wielebny Jerry Falwell oświadczył, że Bóg był życzliwy Ameryce jedynie dlatego, że Ameryka była życzliwa Żydom. Republikański senator James Inhofe (Oklahoma) stwierdził, iż jedną z przyczyn, dla których „otwarte zostały duchowe wrota” do zamachu na wieże WTC, była polityka rządu amerykańskiego polegająca na stawianiu żądań wobec Izraela i wywieraniu nań nacisku, aby nie dokonywał mocnego odwetu za terrorystyczne zamachy Palestyńczyków. Sens słów senatora jest jasny: Ameryka przestała być życzliwa Żydom, dlatego Bóg przestał jej być życzliwy i spotkała ją kara w postaci zburzenia wież WTC i śmierci wielu Amerykanów.

Ameryka ma specjalną rolę i misję w Boskim planie dla ludzkości, rolę współczesnego Cyrusa mającego pomóc Żydom w odbudowie Syjonu. Bóg wybrał Amerykę ze względu na jej moralną wyższość nad innymi narodami i Ameryka będzie osądzana zgodnie z tym, jak wypełnia tę misję. Obalenie siłą rządów Saddama Husajna było potwierdzeniem, że Stany Zjednoczone są swojej misji wierne.

Ewangeliczne sekty, ruchy i kościoły łączą swoje teologiczne spekulacje i rozumienie drogi ludzkiej historii z poczuciem mesjanistycznego amerykańskiego patriotyzmu, którego dyskurs pełen jest zresztą odniesień do historii biblijnego Izraela. Chociaż chrześcijańscy syjoniści są krytyczni wobec współczesnej kultury amerykańskiej, to pozostają lojalni wobec USA jako politycznej wspólnoty a ich teologia polityczna zgodna jest z celami politycznymi imperium światowego i jego klasy rządzącej.

Byli oni zawsze i są nadal przeciwnikami ograniczenia zbrojeń. Hal Lindsey, zbierając zapewne aplauz w Pentagonie, pisał: „uważam, że Biblia wspiera koncepcję budowy potężnej siły militarnej. Biblia mówi nam, że Stany Zjednoczone powinny znowu stać się silne. Jest czas, aby użyć naszej wielkiej i wspaniałej technologii, aby stworzyć najsilniejszą potęgę militarną na świecie”. Broń nuklearna jest bronią czasu Apokalipsy i zostanie użyta w bitwie Armagedonu, dlatego nie należy dążyć do atomowego rozbrojenia. Widać jasno, że mesjańskie cele armagedonistów i towarzysząca im propaganda religijna mogą być instrumentem wpływania przez władze imperium na umysły obywateli USA, aby akceptowali oni wzrost wydatków na zbrojenia. Chrześcijańscy syjoniści są użyteczni przy desygnowaniu wrogów imperium i stwarzaniu ich negatywnego wizerunku tak jak widzieliśmy to na przykładzie Saddama Husajna. Wrogowie imperium są równocześnie ich wrogami. Do upadku ZSRR głównym wrogiem był sowiecki komunizm, z którego zrodzić się miał Antychryst. Dzisiaj metafizycznym wrogiem mogą być chińscy komuniści, islam lub Europa (Unia Europejska).

Unia Europejska uważana jest przez chrześcijańskich syjonistów za wcielenie imperium rzymskiego i Świętego Cesarstwa Rzymskiego, zjednoczona Europa to nowe imperium, konfederacja 10 królestw, którą przepowiada Biblia w Księdze Daniela i w Apokalipsie, znak nadciągających rządów Antychrysta. Cytowany już Hal Lindsay, najbardziej wpływowy przedstawiciel chrześcijańskiego syjonizmu w XX wieku, pisał: „wierzę, że gdzieś w Europie żyje przywódca, który zawarł pakt z Szatanem, być może już jest on członkiem Parlamentu Europejskiego”. Antychryst wyjdzie z Europy i będzie, jak twierdzi Lindsay, dyktatorem Europy, największym jakiego do tej pory oglądał świat, w porównaniu z nim Adolf Hitler i Józef Stalin to członkowie chłopięcego chóru.

Na płaszczyźnie propagandowej armagedoniści demonizują Europę jako ojczyznę Antychrysta, a jednocześnie popierają jej zjednoczenie, bo pomaga to wypełniać się proroctwom. Ale to poparcie jest ostrożne, gdyż Unia Europejska liczy już 15 państw członkowskich i chce się rozszerzać, tymczasem wedle proroctw tylko 10 królestw utworzy konfederację przeciw Izraelowi. Stąd należy oczekiwać, że Unia Europejska nie przetrwa w dotychczasowym kształcie, część państw z niej wystąpi i ostatecznie pozostanie w Unii 10 państw członkowskich, co będzie potwierdzeniem biblijnych przepowiedni.

Interpretacje proroctw w pewnej mierze ewoluują wraz z zmieniającą się sytuacją na świecie i zgadzają się, jak do tej pory, z polityką Stanów Zjednoczonych. Obojętnie czy jest to Związek Sowiecki (Rosja), Unia Europejska czy świat islamu – każde skupienie sił geopolitycznych i geoekonomicznych aspirujące do większej niezależności od imperium lub uznane za potencjalnego rywala może zostać włączone jako „czarny charakter” do religijno-politycznej propagandy. Armagedoniści reagują zresztą bardzo szybko na aktualne wydarzenia polityczne i na przykład Hal Lindsey w 2002 roku, kiedy narastał konflikt wokół ewentualnej interwencji w Iraku, opublikował „Bliski Wschód – gotowy do wojny”, w której pokazuje, jak „napędzane przez żądzę zysku” kraje – Rosja, Chiny, Francja, Niemcy i Północna Korea – sprzedają broń masowej zagłady dla „islamskiej machiny wojennej”, co oczywiście zgodne jest według niego z profetycznymi zapowiedziami.

Premillenarystyczni chrześcijańscy syjoniści są dziś drugim obok neokonserwatystów środowiskiem, które odgrywa istotną rolę w tym sektorze klasy rządzącej występującej pod nazwą „Republikanie”, przy czym neokonserwatyści są generałami i wyższymi oficerami, zaś ci pierwsi tworzą pospolite ruszenie i dostarczają niższej kadry oficerskiej (odwołując się do znanej w Polsce terminologii można to interpretować jako sojusz „chamy”-„Żydy”). Ich polityczna mobilizacja zaczyna się w połowie lat 70. kiedy wychodzą ze stanu pewnej politycznej bierności i zaczynają coraz mocniej angażować się w sprawy legislacyjne i wyborcze. Im w znacznej mierze zawdzięcza Ronald Reagan swój wybór na prezydenta w 1980 i 1984 roku. W tym czasie umacniają swoje wpływy w Partii Republikańskiej i po raz pierwszy zyskują dostęp do kręgów rządowych i wojskowych. Liderzy fundamentalistów biorą udział w seminariach i briefingach organizowanych przez administrację Reagana. W przemówieniach samego Reagana pobrzmiewały pewne tony „ewangeliczne” – to, że to doradcy prezydenta i autorzy jego przemówień świadomie je tam umieszczali, żeby chrześcijańska prawica będąca ważnym ogniwem reaganowskiej koalicji czuła się usatysfakcjonowana, nie zmienia faktu, że były one potrzebne ze względu na rosnącą siłę polityczną środowisk, kościołów i sekt ewangelicznych, które stawały się istotnym komponentem bazy wyborczej Republikanów a wywodzący się z nich kaznodzieje, aktywiści społeczni, publicyści i autorzy książek polityczno-propagandowym ramieniem partii. Warto tu przypomnieć, że przed laty „Jerusalem Post” przytoczyła słowa Ronalda Reagana skierowane do dyrektora American-Israel Public Affairs Committee Toma Dine`a: „Zwróciłem się do waszych starożytnych proroków w Starym Testamencie i ku znakom zapowiadającym Armagedon, i zastanawiałem się, czy jesteśmy pokoleniem, które zobaczy, jak to się staje”. Nie wystarczy to wprawdzie, żeby Ronalda Reagana zaklasyfikować jako armagedonistę z krwi i kości, ale pokazuje do jakiego stopnia dyspensjonalistyczna wersja chrześcijaństwa przenika nawet do ludzi na samych szczytach władzy politycznej.

W wyborach prezydenckich 2000 roku na Busha głosowało 15 milionów białych ewangelicznych chrześcijan, co nie było najlepszym wynikiem – spodziewano się 19 milionów. Tak czy inaczej jednak chrześcijańska prawica stanowi jeden z kluczowych bloków politycznych i wyborczych Partii Republikańskiej. Dlatego strateg wyborczy i doradca polityczny Busha Karl Rove stwierdził, że chrześcijańska prawica to elektorat, któremu trzeba poświęcić więcej czasu i energii, a to może oznaczać, że prezydent Bush walcząc o reelekcję będzie się musiał jeszcze bardziej z nią liczyć. Warto podkreślić, że szereg ważnych polityków republikańskich to chrześcijańscy syjoniści. Wymienić tu można senatora Jesse Helmsa, senatora Jamesa Inhofe z Oklahomy, członka Izby Reprezenatów Toma DeLay`a (Teksas) – lidera większości Republikańskiej w Kongresie, senatora Brownbacka z Kansas, senatora Hutchinsona z Arkansas, prokuratora generalnego Johna Ashcrofta (wcześniej senatora z Missouri) oraz cały szereg innych senatorów i kongresmanów takich jak Dick Armey, Lindsey Graham, Orrin Hatch, Roy Blunt, Henry Brown. Charyzmatyczną postacią chrześcijańskich syjonistów jest pułkownik Oliver North, bohater akcji Iran-kontras, o którym jeden z izraelskich generałów powiedział, że jest “bardziej izraelski niż my Izraelczycy”.

Niegdyś dyspensjonaliści byli lekceważeni i uważani za religijną subkulturę, ale ta subkultura dawno już wyszła z getta, dąży do ekspansji i ma coraz większy wpływ na kościoły, w ramach których działają dyspesjonaliści, i poza nimi. Jest to zasługą niezwykle prężnej i dynamicznej działalności propagandowej kaznodziejów telewizyjnych, pisarzy, publicystów, dziennikarzy, aktywistów społecznych takich Pat Robertson, Jerry Falwell, Ralph Reed, James Dobson, Jerry Falwell, Billy Graham, Jimmy i Tammy Bakker, Jack Impe, Tim LaHaye i jego żona Beverly LaHaye, która stoi na czele organizacji Concerned Women for America, Hal Lindsey, Cal Thomas, piosenkarz Pat Boone, Don Argue (prezes Krajowego Związku Ewangelików), Brandt Gustavson (prezes Krajowych Nadawców Religijnych – organizacji, która skupia ok. 90 procent chrześcijańskich nadawców radiowych i telewizyjnych w Ameryce Północnej), Donald Wildmon (prezes Amerykańskiego Związku Rodzin).

Wspominany już Hal Lindsey ożywił apokaliptyczne spekulacje w wydanym w 1970 roku bestsellerze The Late Great Planet Earth, w którym ogłosił, iż powstanie państwa żydowskiego w 1948 roku jest znakiem, że rozpoczęły się Dni Ostatnie. Książka miała do dziś ponad 100 wydań i sprzedała się w łącznym nakładzie kilkunastu milionów egzemplarzy (była najlepiej sprzedającą się książką w latach 70.), a na jej podstawie nakręcono dwa filmy. Lindsey jest autorem ponad 20 książek, które, jak się szacuje, sprzedane zostały w łącznym nakładzie 50 milionów egzemplarzy. Są to m.in. Szatan żyje i ma się dobrze na planecie Ziemia (1973); Nadchodzi nowy świat. Profetyczna odysea (1973); Wyzwolenie planety Ziemi (1974); Ostatnia godzina świata: ewakuacja czy wymarcie? (1976); Lata osiemdziesiąte: odliczanie do Armagedonu (1981); Wzięcie: prawda i konsekwencje (1983); Ostatnie pokolenie (1983); Profetyczna wędrówka przez Ziemię Świętą ( 1983); Izrael i dni ostatnie (1983); Droga do Holocaustu (1989); Ostateczna bitwa (1995); Kod Apokalipsy (1997); Planeta Ziemia: Ostatni rozdział (1998). Wieloczęściowa seria powieściowa zatytułowana Left Behind autorstwa Timothy`ego LaHaye i Jerrego B. Jenkinsa lansująca premillenarystyczną wersję chrześcijaństwa sprzedała się w łącznej ilości ponad 50 milionów egzemplarzy. W 2001 roku ostatnia część serii Desecration pobiła Johna Grishama sprzedając się w ciągu roku w prawie 3 milionach egzemplarzy. Ósma książka tej serii The Mark zajęła drugie miejsce na liście bestsellerów w 2000 roku, a siódma Assassins była 3 w 1999 roku. Wpływ tego typu publikacji na amerykańską kulturę popularną jest tak duży, że istnieją w USA katoliccy fani Left Behind, którzy są zdumieni, kiedy się dowiadują, że ich Kościół nie wierzy w „rupture”.

Nie należy zapominać o imponującej produkcji filmów, kaset wideo, broszur i innych publikacji, o prawie 200 stronach internetowych, o sieci szkół, wydawnictw, sieci telewizji kablowych, lokalnych stacji radiowych etc. Podczas gdy Kościół katolicki i protestanckie wyznania „głównego nurtu” słabną, zarówno gdy chodzi o liczbę wiernych jak i budżet, ruchy i kościoły ewangeliczne stają się najszybciej rosnącym odgałęzieniem północnoamerykańskiego chrześcijaństwa. O sile ich oddziaływania świadczy fakt, że w szczytowym momencie swojej popularności program telewizyjny kaznodziei Jimmy`ego Bakkera był oglądany codziennie w 6 milionach domów, a Jimmy`ego Swaggarta w 4,5 milionach domów.

Badania opinii publicznej, ankiety i sondaże wykazują że kilkanaście milionów Amerykanów podziela w pełni interpretacje biblijnych proroctw i apokaliptyczne wizje wyznań ewangelicznych, a kilkanaście następnych milionów – częściowo. Widać wyraźnie, że siła tych kościołów i ich wpływ na politykę rośnie. Na marginesie dodajmy, że niektórzy obserwatorzy właśnie we wzroście tych wpływów widzą źródło ataku na Kościół katolicki polegającego na nagłaśnianiu afer pedofilskich i wytaczaniu procesów o „molestowanie seksualne” duchownym katolickim w ostatnich kilku latach, które osłabiają finansowo Kościół katolicki w USA, a pośrednio Kościół katolicki w ogóle. Nie należy zapominać, że antyrzymskie, antypapieskie i szerzej antykatolickie nastawienie, słabe dziś w głównym nurcie protestantyzmu, nadal obecne jest u „prawdziwych biblijnych chrześcijan”, dla których Kościół katolicki nie przestał być „babilońską wszetecznicą”, zaś papież w każdej chwili może się pojawić na liście kandydatów na Antychrysta (sprzeciw Jana Pawła II wobec wojny z Irakiem z pewnością nie uszedł ich uwadze).

Otwartą pozostaje kwestia, czy dla prezydenta Busha kościoły ewangeliczne są tylko rezerwuarem głosów wyborczych czy też czuje się on osobiście, emocjonalnie i teologicznie związany z „dyspensjonalistami”. Wiadomo, że Goerge Bush junior należy do chrześcijan „narodzonych na nowo w Chrystusie”, że zbliżył się do teksańskiego baptyzmu i duże znaczenie miała dla niego przyjaźń z drem Tonym Evansem, pastorem z Dallas z ruchu Promise Keepers i reprezentantem tzw. dominionizmu, który przejęcie władzy politycznej przez „ludzi Boga” widzi jako jedyny środek, dzięki któremu świat może zostać ocalony. Nie ulega wątpliwości, że język i przemówień i wojenna retoryka Busha wywołują skojarzenia z kazaniami, w które wplatane są frazy mile brzmiące w uszach ewangelików. Na przykład w orędziu o stanie państwa umieszczona została parafraza fragmentu jednego z hymnów „revivalistycznych” z końca XIX wieku – jest to swego rodzaju zaszyfrowany sygnał zrozumiały tylko dla „ewangelików”, którzy odczytują to jako przesłanie wysłane przez prezydenta specjalnie do nich.

Nie można wykluczyć, że prezydent USA pragnie realizować „dominionistyczną” koncepcją „przywrócenia Bogu kontroli nad Ziemią”. Z drugiej strony chrześcijańska prawica narzuca mu rolę mesjańskiego przywódcy, nowego króla Dawida łączącego świecką wizję narodu i potęgi państwa z duchowo-religijnymi aspiracjami. Mamy do czynienia z syntezą imperialnej Realpolitik i mesjańskiej wizji, religijna ideologia współgra z praktycznymi celami polityki globalnej, imperialna strategia zgadza się z „Wielkim Planem Boga Wszechmogącego”, chłodnej kalkulacji towarzyszy mesjanistyczny zapał, Pentagon pełni rolę najważniejszego instrumentu w walce ze Złem.

Wojna z Irakiem mogła zatem mieć uzasadnienia wynikające z teologii politycznej chrześcijańskiej prawicy, ale tylko dlatego, że nie stoi ona w sprzeczności z racjonalną kalkulacją i politycznymi celami imperium. Gdyby stała w sprzeczności, to nawet prezydent nie przewalczyłby wówczas oporu technokratów, biurokracji i aparatu wojskowego. Zachodzi jednak pytanie, czy teologia polityczna apokaliptycznych premillenarystów nie będzie w przyszłości balastem dla władz imperium. Do tej pory wykazywała ona pewną elastyczność i potrafiła dokonywać przesunięcia wroga zgodnie z przesunięciami w globalnej sytuacji politycznej. W okresie Zimnej Wojny proroctwa zapowiadały, że to siły sowieckie będą głównym sojusznikiem Szatana w ataku na Izrael i uczestnikiem bitwy na polach Armagedonu, dziś nastąpiło przesunięcie w kierunku „szatańskiego islamu”. Ale jeden element pozostaje niezmienny: Izrael. Tutaj nie ma odwrotu, premillenaryści nie poprą żadnej polityki imperium, która zakłócałaby wypełnianie się profetycznych zapowiedzi w stosunku do państwa żydowskiego. Możliwe jest dokonywanie korekt w apokaliptycznym scenariuszu i interpretowanie pokolenia biblijnego jako dłuższego niż zwykłe („Zaprawdę powiadam wam, że to pokolenie nie przeminie, aż wszystko to się stanie”, Mateusz 23:34) i przesuwanie momentu odliczania – najpierw od 1948 roku czyli od powstania państwa żydowskiego a później od 1967 roku czyli od przejęcia Jerozolimy, ale nie jest możliwe wsparcie przez chrześcijańskich syjonistów jakichkolwiek posunięć ograniczających pomoc dla Izraela, idących w kierunku powstania państwa palestyńskiego etc. W przeciwieństwie do swoich sojuszników neokonserwatystów, którzy patrzą na Izrael przede wszystkim jako na element globalnej strategii imperium, chrześcijańscy syjoniści nie mogą tu sobie pozwolić na żadną elastyczność, bo przekroczyli point of no return, żadna teologiczna wolta nie jest już możliwa. To raczej oni, a nie do neokonserwatyści wyznają zasadę „Israel First”. Dlatego każda próba zdobycia poparcia Arabów poprzez wywieranie presji na Izrael, każdy zwrot w polityce bliskowschodniej dokonany ze szkodą dla pozycji politycznej Izraela może kosztować Republikanów utratę głosów i politycznego poparcia ewangelików. Prawe skrzydło klasy rządzącej staje się w pewnym stopniu zakładnikiem tej części elektoratu, która biblije proroctwa stawia wyżej niż wytyczne Departamentu Stanu, a przecież władze imperium muszą mieć swobodę politycznego manewru i nie mogą mieć rąk związanych interpretacjami biblijnych proroctw. Oznacza to, że takiego ewentualnego zwrotu mogłoby dokonać tylko lewe skrzydło klasy rządzącej występujące pod nazwą „Demokraci”, choć oczywiście w tym skrzydle z kolei ważną rolę odgrywają organizacje i środowiska żydowskie o liberalno-lewicowym nastawieniu, reprezentujące w większości stanowisko proizraelskie. Ale nie są one związane biblijnymi proroctwami.

ROPA NAFTOWA JAKO BROŃ POLITYCZNA

6 lutego 2003 Rzecznik Białego Domu Ari Fleischer zapewnił dziennikarzy, że wojna z Irakiem nie ma nic wspólnego z ropą, Fleischer powtórzył to za sekretarzem obrony Donaldem Rumsfeldem, który 14 listopada 2002 roku powiedział w telewizji, że wojna nie ma nic, dosłownie nic, wspólnego z ropą. Przemawiając do członków parlamentu brytyjskiego premier Wlk. Brytanii Tony Blair powiedział: „Pozwólcie mi, że skomentuję ideę teorii spiskowej, że idzie o ropę. Gdyby chodziło o ropę, to nieskończenie prościej byłoby dogadać się z Saddamem Husajnem”. Jeśli premier Blair odpierał argumenty zwolenników „teorii spiskowej” mówiące, że rządy USA i Wlk. Brytanii potrzebują koniecznie irackiej ropy dla siebie lub pragną pomóc w napełnieniu portfeli właścicielom koncernów naftowych, to możemy mu, choć z pewnymi zastrzeżeniami, przyznać rację. Były ważniejsze powody, które skłoniły, przede wszystkim prezydenta Busha, do wysłania wojsk nad Eufrat, aby wyzwoliły one złoża irackiej ropy naftowej spod tyranii prezydenta Saddama Husajna. Wyzwolenie to było przygotowane już wcześniej, gdyż po wojnie 1991 roku USA „przesunęły” granicę Kuwejtu, aby przejąć kontrolę nad polami naftowymi Rumaila w południowym Iraku, co pozwoliło Kuwejtowi podwoić wydobycie. Również sankcje nałożone na Irak, których pilnowały Stany Zjednoczone i Wielka Brytania, służyły temu, aby w pewnym zakresie wyjąć z rąk rządu w Bagdadzie możliwość samodzielnego decydowania o wydobyciu i handlu iracką ropą. Trudno nie przyznać racji prof. Arno Meyerowi, który na łamach „Monthly Review” stwierdził nieco zgryźliwie, że gdyby w Iraku hodowano jedynie tulipany na eksport, to nie byłby on takim przedmiotem zainteresowania Waszyngtonu. Prof. Meyer sparafrazował zresztą wypowiedź jednego z urzędników Departamentu Stanu z 1991 roku, który powiedział: „gdyby Kuwejt hodował marchewkę, guzik by nas to obchodziło”.

Przypomnijmy, w Iraku znajdują się drugie co wielkości (potwierdzone) zasoby ropy na świecie. Wielu ekspertów uważa ponadto, że Irak posiada jeszcze nieodkryte rezerwy ropy, co zbliża go do Arabii Saudyjskiej i znacznie wyprzedza wszystkie inne państwa – zasoby Iraku to suma zasobów USA, Kanady, Meksyku, Zachodniej Europy, Australii, Nowej Zelandii, Chin i całej nie bliskowschodniej Azji .

Iracka ropa jest wysokiej jakość, a koszty jej wydobycia są bardzo niskie: znajduje się ona na małej głębokości i tworzy wielkie złoża, co powoduje, że produkcja jednej baryłki kosztuje od 1 do 1,5 dolara. Poza tym przez długi czas z powodu dziesięcioletniej wojny z Iranem a potem trwających 10 lat sankcji nałożonych przez ONZ złoża irackie, w przeciwieństwie do złóż w innych krajach, nie były mocno eksploatowane. Tylko w 15 z 74 odkrytych pól naftowych wydobywa się ropę, tylko w 125 z 526 znanych złóż dokonano wierceń. Przewiduje się, że w ciągu 10-15 lat iracka ropa będzie zyskiwała na znaczeniu w globalnej gospodarce energetycznej, choć potrzebne będą wielkie inwestycje, aby odbudować i unowocześnić infrastrukturę służącą do wydobycia i dystrybucji ropy.

Przejęcie kontroli nad ropą iracką należy widzieć w szerszym kontekście celów i interesów geopolitycznych i geoekonomicznych. Kiedy skupiamy się na ropie w jej aspekcie czysto komercyjnym, kiedy widzimy właścicieli koncernów naftowych zacierających ręce z radości, że im bankowe konta rosną, to dostrzegamy drzewa, ale nie widzimy lasu. Traktując ropę iracką jako towar, którego handlowa wartość stanowić ma przemożny motyw pchający USA do wojny, widzimy symptom, a nie widzimy głębszych przyczyn. Dlatego hasło na transparentach antywojennych demonstracji „Ani kropli krwi za ropę” jest w znacznym stopniu zwodnicze i wprowadzające w błąd. Maskuje ono prawdziwą naturę wojny i jej celów. Nie znaczy to, że interesy wielkich koncernów naftowych nie odgrywały żadnej roli w podjęciu decyzji o wojnie. Pamiętać trzeba, że w wydobyciu i handlu ropą nigdy nie obowiązywały zasady rynkowe, zawsze istniał tu splot politycznych i ekonomicznych interesów, zawsze manipulowano tu wydobyciem, cenami, kosztami etc. „Od samego początku” istniały silne związki pomiędzy firmami naftowymi i rządami: relatywnie mała liczba firm kontrolowała produkcję i ceny ropy, i zawsze firmy te ściśle współpracowały z rządami. Rządy pomagały utrzymać dobre warunki rynkowe i zyskiwać nowe źródła ropy, współuczestniczyły w zarządzaniu cenami, zapewniały polityczne wsparcie i ochronę. Tak było od 1870 roku, kiedy John Rockefeller założył Standard Oil Trust i tak jest do dzisiaj. Nigdy żadne autonomiczne prawa wolnego rynku nie miały racji bytu w dziedzinie wydobycia i handlu ropą – szczególnie od lat 30. zeszłego wieku, kiedy to ropę zaczęto postrzegać jako surowiec strategiczny o ogromnym znaczeniu dla funkcjonowania armii, państwa i gospodarki.

Funkcjonariusze wielkich amerykańskich koncernów naftowych to często quasi-dyplomaci rządowi, koncerny naftowe (podobnie jak zbrojeniowe) posiadają swego rodzaju paradyplomację, która rekrutuje się z urzędników administracji rządowej. Takie giganty jak (zbankrutowany) ENRON działają jako operacyjne ramię rządu i jako broń w walce gospodarczej i politycznej.

Zawsze też w polityce USA polityczne koncepcje w mniejszym czy większym stopniu musiały zgadzać się z interesami wielkiego biznesu. Strategia polityczna, wojskowa i ekonomiczna są ze sobą wzajemnie powiązane, promocja interesów amerykańskich korporacji jest jednym z ważnych obowiązków państwa, które prowadzi swoją politykę zagraniczną także via korporacje przemysłowe i banki.

Nie ma w USA ścisłego rozdziału pomiędzy sferą polityczną i gospodarczą: cały system funkcjonuje w ten sposób, że koła polityczne, administracja państwowa, korporacje przemysłowe i finansowe oraz aparaty bezpieczeństwa (agencje wywiadowcze, wojskowe etc.) w praktyce zlewają się w jeden aparat rządzący, wspólnie planują akcje polityczne, gospodarcze i wojskowe, między elitą polityczną i wielkim biznesem, między sektorem publicznym i prywatnym zachodzi stały przepływ ludzi w obie strony. Widać to choćby w przypadku relacji CIA i Wall Street – żeby wymienić Clarka Clifforda, który w 1947 roku napisał National Security Act powołujący CIA (bankier i prawnik z Wall Street), Allana Dullesa (partner dużej firmy prawniczej pracującej dla Wall Street), Billa Casey`a (dyrektor CIA za Reagana, makler i prawnik Wall Street), Dave`a Roherty`ego (wiceprezes nowojorskiej giełdy i emerytowany pracownik CIA), Johna Deutcha (były dyrektor CIA i jeden z szefów Citigroup), Norę Slatkin (była członkini kierownictwa CIA i wyższy urzędnik Citigroup). Takich przykładów pokazujących związki pomiędzy sferą finansów i służbami specjalnymi jest oczywiście o wiele, wiele więcej.

W ekipie prezydenta Busha ludzie powiązani z sektorem naftowym i energetycznym są bardzo silnie reprezentowani, żeby wymienić wiceprezydenta Cheney`a, który kierował gigantem w przemyśle naftowym firmą Halliburton w latach 1995-2000, sekretarza handlu Dona Evansa, wysokiego rangą dyplomatę Zalmay`a Khalizada czy wreszcie doradczynię prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Condoleezzę Rise, która 10 lat przepracowała w zarządzie Chevron Texaco (firma uhonorowała jej zasługi nadając jednemu ze swoich tankowców imię „Condoleezza”). Sam prezydent Bush zanim wszedł do polityki założył w 1978 roku firmę Arbusto Energy, którą kupiła w 1983 roku firma Spectrum 7 Energy Corporation kupiona z kolei w 1986 przez giganta energetycznego Harken Energy Corporation, gdzie George Bush junior był jednym z dyrektorów w latach 1986-1990. Te rozmaite zależności i powiązania najlepiej widać na przykładzie b. sekretarza stanu w rządzie Ronalda Reagana George`a Shultza, kierującego grupą doradczą Komitetu Wyzwolenia Iraku, organizacji, która bardzo mocno opowiadała się za wojną, a równocześnie będącego jednym z dyrektorów konglomeratu przemysłowego Bechtel, który walczy o lukratywne kontrakty na odbudowę Iraku. Należy jednak zawsze mieć na uwadze to, że prezydent Bush czy wiceprezydent Cheney są przede wszystkim politykami i interes polityczny państwa jest dla nich interesem nadrzędnym.

W przemyśle naftowym dominuje pięć koncernów, w tym dwa amerykańskie – Exxon Mobil (1 miejsce) i Chevron-Texaco (4 miejsce), dwa w przeważającej mierze brytyjskie – Royal Dutch Shell (2 miejsce) i British Petroleum (3 miejsce – faktycznie od 1988 roku część amerykańskiego kompleksu naftowego) oraz francuski – TotalFina Elf (piąte miejsce). W USA mają swoje siedziby największe firmy zajmujące się poszukiwaniem, wydobyciem i handlem ropą oraz firmy przodujące w budowie rurociągów i instalacji naftowych. Stąd trudno uznać za przypadek fakt, iż to właśnie USA i Wlk. Brytania praktycznie same działały jako wykonawcy sankcji ONZ nałożonych na Irak, sprzeciwiały się ich zniesieniu i w końcu dokonały interwencji zbrojnej w Iraku.

Amerykańskie i brytyjskie firmy miały już swój udział w ¾ produkcji ropy irackiej, ale utraciły swoją pozycję po nacjonalizacji w 1972 roku. Wówczas zaczęły działać w Iraku firmy francuskie i sowieckie. W latach 90. rosyjskie korporacje Łukoil, Zarubieżnieft, Slavnieft, chińska Narodowa Korporacja Naftowa i francuska TotalFinaElf prowadziły negocjacje z rządem irackim na temat planów eksploatacji irackich złóż po zniesieniu sankcji i zawarły z nimi wielkie kontrakty. Firmy amerykańskie i brytyjskie były tym bardzo zaniepokojone, gdyby bowiem te kontrakty doszły do skutku, ich rywale mogliby się umocnić na rynku a nawet uzyskać w przyszłości przewagę w światowym biznesie naftowym. Sankcje, na straży których stały USA i Wlk. Brytania, pozwalały blokować rywali. Firmy amerykańskie i brytyjskie liczyły, że reżim się załamie, co pozwoli im uzyskać lepszą pozycję u nowego posthussajnowskiego rządu. Kiedy jednak embargo stawało się coraz bardziej dziurawe, prezydent Saddam Hussajn trwał przy władzy, i odzywały się coraz silniejsze głosy za zniesieniem sankcji, amerykańskie i brytyjskie firmy zaczęły się obawiać, że zostaną wyeliminowane z gry o iracką ropę. W czerwcu 2001 roku Francja i Rosja zaproponowały zniesienie ograniczeń w inwestycjach zagranicznych w iracki przemysł naftowy, a ponieważ amerykańskie firmy miały prawny zakaz inwestowania w Iraku, kontrakty przypadłyby innym krajom.

Wolno zatem podejrzewać, że firmy lobbowały u swoich rządów za bezpośrednią interwencją zbrojną, choć zarazem obawiały się zaburzeń i destabilizacji w regionie. Obecnie po 30 latach koncerny amerykańskie i brytyjskie mają szansę odzyskania dawnej pozycji w Iraku i umocnienia swojej przewagi nad firmami z innych krajów. Z pewnością ułatwieniem lobbingu był fakt, że firmy naftowe i inne energetyczne giganty oficjalnie wsparły kampanię wyborczą Busha kwotą kilku milionów dolarów.

Jest sprawą znaną, że USA zaoferowały Francji, Rosji i Chinom udział w powojennym wydobyciu ropy w Iraku, aby skłonić je do poparcia w Radzie Bezpieczeństwa rezolucji w sprawie Iraku. We wrześniu 2002 w wypowiedzi dla „Washington Post” były dyrektor CIA James Woolsey stwierdził, że jeśli Rosja i Francja chcą partycypować w wydobyciu i sprzedaży irackiej ropy, to powinny również uczestniczyć w „zmianie reżimu” w Iraku. Jeśli nie, to będą, jak się wyraził obrazowo Woolsey, mogły jedynie „kontemplować statki w Zatoce”. W wyniku zakulisowych negocjacji Rosja, Francja i Chiny poparły rezolucję 1441, która była kompromisem i zostawiała sprawę otwartą, grożąc Irakowi „poważnymi konsekwencjami” ale nie wojną. Ostatecznie jednak do porozumienia w sprawie irackiej ropy nie doszło – widocznie Rosja, Francja i Chiny uznały, że dostaną za mało, i nie poparły projektu następnej rezolucji grożącej wojną. Jest zatem bardzo prawdopodobne, że zostaną wyeliminowane z Iraku, gdyż trudno przypuścić, aby nowe władze Iraku honorowały w pełni kontrakty zawarte przez rząd Saddama Husajna z zagranicznymi firmami naftowymi. Co prawda zgodnie z prawem międzynarodowym kontrakty powinny być respektowane, ale prawo to ustąpi przed siłą. Niezależnie od tego, w jakim zakresie kontrakty będą honorowane przez nowe władze, sytuacja zmieni się na korzyść firm amerykańskich i brytyjskich, która po 30 latach wrócą do Iraku. Do tego być może dojdzie prywatyzacja przemysłu naftowego w Iraku, co motywuje się tym, że bez własności prywatnej nie ma wszak demokracji, którą chce się wprowadzić w Iraku. Prywatyzacja w Iraku mógłby zapoczątkować falę denacjonalizacji na całym świecie – obecnie państwowe korporacje posiadają znaczącą większość światowych zasobów ropy a firmy naftowe pracują pod nadzorem rządów tych krajów, które eksportują ropę. Szeroka fala prywatyzacji w światowym przemyśle naftowym oznaczałaby odwrócenie trendu z początku lat 70. i wzmocnienie pozycji koncernów naftowych, szczególnie amerykańskich i brytyjskich.

W komentarzach poświęconych motywom wojny z Irakiem zwracano uwagę na pragnienie USA, aby zapewnić sobie „bezpieczeństwo energetyczne”, którego warunkiem jest swobodny „dostęp” do ropy, tak aby jej przepływ do Ameryki nie był narażony na zakłócenia z powodów politycznych. Ten argument przemawia szczególnie do wyobraźni zwykłych obywateli USA, których łatwo przekonać o tym, że Saddam Husajn mógłby sprawić, iż na stacjach benzynowych w USA zabrakłoby paliwa.

W kwietniu 1997 roku raport opublikowany przez Instytut Polityki Publicznej Jamesa A. Bakera przy Rice University zajmujący się „bezpieczeństwem energetycznym” Stanów Zjednoczonych (patron Instytutu James Baker był sekretarzem stanu za prezydentury G. Busha seniora) stwierdzał, że Stany Zjednoczone są w coraz większym stopniu zagrożone brakami w dostawach ropy naftowej, nie dotrzymujących kroku światowemu popytowi (ludność Stanów Zjednoczonych to jedna dwudziesta populacji świata, która konsumuje jedną czwartą światowej energii). Raport zwracał w szczególności uwagę na zagrożenie ze strony Iranu i Iraku dla swobodnego przepływu ropy z Bliskiego Wschodu. Raport uznawał Saddama Husajna za zagrożenie dla bezpieczeństwa Bliskiego Wschodu, i przypisywał Irakowi potencjał wojskowy zdolny do działania poza jego granicami. Po objęciu władzy przez Georg`a Busha juniora ukazał się drugi raport tego samego instytutu na temat „bezpieczeństwa energetycznego” wykonany na zlecenie wiceprezydenta Richarda Cheney`a . Raport zatytułowany był „Strategiczne wyzwania w dziedzinie polityki energetycznej w 21. wieku”. Raport ten, współsponsorowany Radę Polityki Zagranicznej, która bardzo intensywnie zajmuje się dostępem USA do zagranicznych zasobów ropy, zawierał stwierdzenia, że Irak pozostaje czynnikiem destabilizującym przepływ ropy naftowej z Bliskiego Wschodu na międzynarodowe rynki i że Saddam Husajn okazał skłonność do używania ropy jako broni i do wykorzystywania swojego własnego programu eksportu do manipulacji rynkami ropy. Dlatego Stany Zjednoczone winny dokonać przeglądu polityki wobec Iraku w dziedzinie wojskowej, energetycznej, gospodarczej i polityczno-dyplomatycznej.

Raport sporządzony w maju 2001 roku przez National Energy Policy Development Group kierowaną przez Richarda Cheney`a przewidywał, że wydobycie ropy w USA spadnie o 12% w następnych 20 latach, a zwiększy się zależność od eksportu – w 1983 USA importowały 1/3 ropy, dziś 50%, w roku 2020 – 2/3. Cheney oświadczył, że „bezpieczeństwo energetyczne” jest sprawą centralną dla amerykańskiej polityki zagranicznej. Przyjazny Stanom Zjednoczonym Irak jako jeden z głównych dostawców ropy na świecie takie bezpieczeństwo ma zapewnić, szczególnie, że konsumpcja ropy na świecie będzie stale rosła. Przewiduje się, że w ciągu 20 lat wzrośnie o jedną trzecią – ani nowe złoża w regionie Morza Kaspijskiego, w Rosji, w Afryce Zachodniej, pod wodami Atlantyku, choć ważne, nie zastąpią wielkich zasobów na Bliskim Wschodzie. Dlatego „bezpieczeństwo energetyczne” Stanów Zjednoczonych zależy od swobodnego dostępu do ropy bliskowschodniej. Ta swoboda ograniczona była nie tylko poprzez reżim Saddama Husajna, ale także poprzez istnienie kartelu naftowego czyli OPEC-u. Przypomnijmy, że w sierpniu 2000 roku z oficjalną wizytą w Bagdadzie gościł prezydent Wenezueli Hugo Chavez, pierwsza głowa państwa odwiedzająca Bagdad od czasu pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Chavez oświadczył potem prasie, że rozmawiał długo z prezydentem Husajnem o tym, jak wzmocnić rolę OPEC-u. Była to część dłuższej podróży prezydenta Chaveza mająca na celu skonsolidowanie OPEC-u przeciw naciskowi kierowanemu przez USA, aby zmniejszyć ceny ropy – wówczas prawie 30 $ za baryłkę (zaangażowanie Chaveza w różne kwestie polityczne i jego niektóre posunięcia prawie doprowadziły do „zmiany reżimu” w Wenezueli). Skonsolidowanie OPEC-u sprzeczne jest oczywiście z interesami i celami politycznymi USA. Przejęcie kontroli nad iracką ropą ma zapobiec konsolidacji OPEC-u, co więcej, może pomóc w osłabieniu OPEC-u a nawet w jego rozbiciu dokonanemu poprzez zlikwidowanie całego systemu kwotowego, na którym opiera się istnienie kartelu. Iracka ropa jest zatem nie tyle „money maker”, co „OPEC breaker”. Dzięki irackiej ropie USA mogłyby zrealizować cel, o którym od dawna marzą: rzucić OPEC na kolana. Jak otwarcie napisał dziennikarz „New York Timesa” Thomas Friedman: „kup dwa w jednym: zniszcz Saddama i OPEC za jednym zamachem: kup jedno, drugie dostaniesz za darmo”.

Według Amerykańskiego Departamentu Energii OPEC kontroluje dwie trzecie światowych zasobów ropy i dostarcza 40% ropy na rynki światowe, a ponieważ, jak się przewiduje, w krajach NONOPEC (Wlk. Brytania, Norwegia, Ameryka Płd. etc.) będzie następował w najbliższych dziesięcioleciach spadek wydobycia, to OPEC zyskiwałby na znaczeniu i wpływach.

Gdyby OPEC jako siła geoekonomiczna został zniszczony, wówczas próżnię polityczną jaką pozostawiłby po swoim zniknięciu wypełniłyby Stany Zjednoczone – iracka ropa jest instrumentem ekonomiczno-politycznym, przy pomocy którego Waszyngton osłabia lub niszczy (względnie) niezależne do siebie skupienie siły politycznej. I w tym aspekcie należy przede wszystkim rozpatrywać cele, dla których obalono tyranię Saddama Husajna nad złożami ropy.

Prof. Michael Klare stwierdził we wrześniu 2002 roku na łamach „The Nation”: „ktokolwiek zdobędzie kontrolę nad złożami ropy irackiej, ten będzie wywierał olbrzymi wpływ na globalne rynki energetyczne w XXI wieku”. A ten, kto będzie wywierał wpływ na rynki energii, będzie wpływał na wszystkie inne rynki bo ropa (energia) jest i będzie w najbliższych dziesięcioleciach zasadniczym czynnikiem określającym koszty/ceny wszystkiego. Gospodarka światowa oparta jest na ropie, ropa jest najbardziej cennym zasobem naturalnym na naszej planecie i podstawowym surowcem energetycznym, materiałem niezbędnym dla nowoczesnego przemysłu (w tym, co bardzo ważne, dla przemysłu chemicznego i farmaceutycznego) i transportu. Przemysł naftowy jest najpotężniejszą gałęzią światowej gospodarki, ropa określa kształt i wydajność współczesnego rolnictwa a co za tym idzie w dużej mierze decyduje o wyżywieniu ludności świata, przepływy kapitału inwestowanego w przemysł naftowy mają poważny wpływ na światowy system finansowy, ropa jest niezbędna dla wojska i dla prowadzenia wojny, ropa rozstrzyga o geoekonomicznym układzie świata.

Dyrektor programu energetycznego w Center for Strategic and International Studies Robert Ebel, który nadzorował powstanie raportu „Geopolityka energii w XXI. wieku” stwierdził: „Ropa naftowa napędza władzę militarną, narodowe skarbce i międzynarodową politykę. Nie jest już towarem kupowanym i sprzedawanym w ramach ograniczeń tradycyjnej równowagi pomiędzy podażą a popytem. Przekształciła się w czynnik określający dobrobyt, narodowe bezpieczeństwo i międzynarodową władzę”. I z tego punktu widzenia należy rozpatrywać kwestię ropy irackiej. Dzięki kontroli nad tą ropą USA chcą dyktować politykę energetyczną w skali światowej – to jest cel, dla którego warto było zaryzykować wojnę.

We wrześniu 1990 roku ówczesny sekretarz obrony Richard Cheney uzasadniając konieczność wojny z Irakiem, oświadczył że, jeśli Saddam Husajn zajmie pola naftowe Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu będzie „trzymał za gardło” amerykańską i światową gospodarkę. Jak zawsze bywa w polityce, narzędzie polityczne, które komuś służy, nie ma ulec zniszczeniu, ale przejęciu przez innych („odłóż miecz, abym ja mógł się nim posłużyć”) – minęło 13 lat i ktoś inny chce mieć instrument, aby „trzymać za gardło” gospodarkę światową.

W cytowanym wyżej raporcie sporządzonym na zlecenie wiceprezydenta Cheney`a stwierdzano, że prezydent Saddam Husajn okazywał skłonność do „używania ropy jako broni” i do wykorzystywania swojego własnego programu eksportu do „manipulacji rynkami ropy” – teraz ktoś inny chce mieć w ręku narzędzie, aby móc „używać ropy jako broni” i „manipulować rynkami ropy”.

Republikański senator z Iowy Charles Grasley, zacięty krytyk OPEC oświadczył, że ten kartel trzyma w „duszącym uścisku” gospodarkę USA. Rozbicie OPEC i kontrola USA nad światowym systemem energetycznym spowoduje odwrócenie ról: to USA będą mogły trzymać gospodarkę światową w „duszącym uścisku”.

W styczniu 2003 roku Zaki al Jamani – b. saudyjski minister ds. ropy naftowej, który kieruje obecnie pracami Centrum Studiów nad Globalną Energią w Londynie udzielił wywiadu tygodnikowi „Der Spiegel” (13. 01. 2003). Na pytanie: „OPEC pod Pańskim kierownictwem zastosował ropę naftową jako broń polityczną. Czy te czasy minęły bezpowrotnie?”, Zaki al Jamani odpowiedział: „Bojkotu nie da się już zorganizować, gdyż arabskie rządy są za słabe. Ropa może jednak znowu stać się bronią – tym razem w rękach wszechpotężnych Amerykanów” – i to jest odpowiedź, która wyjaśnia, dlaczego zdecydowano się na akcję militarną przeciw Irakowi – idzie o ropę jako broń (prawdziwą broń masowego rażenia), jako instrument politycznego nacisku, idzie o kontrolę nad surowcem mającym strategiczne znaczenie dla światowego systemu energetycznego czyli dla gospodarki światowej czyli dla całego globalnego systemu politycznego (imperium światowego kierowanego przez Stany Zjednoczone). Zdobycie tej broni jest celem najważniejszym, interesy konkretnych korporacji naftowych drugorzędnym, aczkolwiek co oczywiste imperium działa w ten sposób, aby na płaszczyźnie komercyjno-handlowej sprawowanie tej kontroli przypadło jego korporacjom. Na opanowanie irackiej ropy należy zatem patrzeć nie jako na cel sam w sobie, ale przede wszystkim jako na środek do pewnego celu. O tym, jak tego środka można było używać w przeszłości, dowiadujemy się z książki Petera Schweizera Zwycięstwo: w walce ze Związkiem Sowieckim USA razem z Arabią Saudyjską działały w kierunku obniżki cen ropy, aby zredukować sowieckie rezerwy twardej waluty, a tym samym przyspieszyć rozpad Związku Sowieckiego.

Broń polityczna uzyskana dzięki opanowaniu ropy, która ma pomóc w rozbiciu OPEC-u, ma również posłużyć do „rekonstrukcji” politycznej całego Bliskiego Wschodu. Kto bowiem panuje nad ropą iracką, ten w pewnym zakresie panuje nad całą ropą Bliskiego Wschodu, gdzie znajduje się 65% znanych zasobów ropy na świecie a tym samym nad Bliskim Wschodem, bo ropa rządzi wszystkim, co ma znaczenie na Bliskim Wschodzie – tylko ten, kto ją ma, kto ją produkuje, kto ją kontroluje, kto ustala jej ceny, ten się liczy. Ropa w regionie jest ważna dla sił zbrojnych tego regionu – kto kontroluje ropę w danym regionie, ten kontroluje strategiczny surowiec potrzebny dla armii tego regionu, ten kontroluje armie a tym samym kontroluje region.

Budżety wielu państw Bliskiego Wschodu są zależne wyłącznie od eksportu ropy i pozbawienie ich możliwości utrzymywania cen na odpowiednio wysokim poziomie, wpłynie bezpośrednio na ich politykę wewnętrzną. Na przykład w Arabii Saudyjskiej niska cena ropy w latach 90. osłabiła gospodarkę saudyjską, wywołała wzrost bezrobocia, obniżenie poziomu życia i niezadowolenie społeczne.

Dla Iranu (czwarty producent ropy na świecie) dochody z eksportu ropy to 80% wszystkich przychodów z eksportu i 40-50% przychodów budżetu państwa. Kto kontroluje ropę na Bliskim Wschodzie, ten kontroluje budżety wielu państw arabskich przede wszystkim Arabii Saudyjskiej i Iranu – kluczowych państw OPEC-u i najważniejszych aktorów tego regionu a tym samym może wpływać na ich politykę i podporządkować sobie inne, mniejsze kraje.

Iracka ropa ma być geoekonomiczną dźwignią nie tylko wobec Bliskiego Wschodu, ale także wobec Chin, Rosji i Europy, jak również wobec Japonii, gdyby chciała się bardziej usamodzielnić (70% japońskiego importu ropy pochodzi z Bliskiego Wschodu). To Bliski Wschód, Chiny, Rosja, Europa (Francja, Niemcy) i Japonia mają być „trzymane za gardło”.

Chiny dysponują tylko niewielkimi zasobami ropy i zależne są od jej importu, przede wszystkim z Bliskiego Wschodu. Według szacunków amerykańskiego Departamentu Energii w 2020 roku ok. 2/3 ropy wydobywanej nad Zatoką Perską będzie szło do Azji, a ropa stamtąd będzie stanowić cztery piąte ropy importowanej przez Azję. W ciągu 20 lat popyt na energię w Azji podwoi i stanie się ona największym centrum popytu na energię w świecie – na Chiny z ich wielką liczbą ludności i rozwijającą się gospodarką przypadnie zasadnicza część tego popytu.

Azja ma wprawdzie wystarczające zasoby węgla, ale jej popyt na energię może zaspokoić tylko olbrzymi import ropy i gazu ziemnego. Chiny gorączkowo dążą do osiągnięcia „bezpieczeństwa energetycznego”. Wydały duże sumy na poszukiwanie ropy i gazu na swoim terytorium (Morze Południowo-Chińskie jest potencjalnym obszarem wydobycia ropy i już dochodzi tam do sporów w kwestii szerokości pasa przybrzeżnego), na kupno pól naftowych (np. w Indonezji) i innych urządzeń poza granicami, inwestują w niekonwencjonalne źródła energii etc. Ale ropa z Bliskiego Wschodu będzie dla Chin, które już dzisiaj są trzecim po USA i Japonii konsumentem ropy, podstawowym źródłem energii: import chiński z rejonu Zatoki Perskiej wzrośnie z 0,5 miliona baryłek dziennie w 1997 roku do 5,5 miliona baryłek dziennie w 2020 roku.

Chińska klasa rządząca zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że bez zapewnienia sobie „bezpieczeństwa energetycznego” Chiny nie zachowają gospodarczej stabilności, co z kolei stanie na przeszkodzie ich politycznym aspiracjom, przede wszystkim jako regionalnego lidera w Azji, a potem jako samodzielnego aktora na światowej scenie politycznej. Wiedzą o tym doskonale także stratedzy w Waszyngtonie, którzy chcą kontrolować bazę energetyczną Chin na Bliskim Wschodzie i zapobiec umocnieniu więzi gospodarczo-politycznych pomiędzy oboma tymi regionami, które byłyby korzystne dla obu stron, wzmacniałyby je politycznie i uniezależniały od USA. Ten sam cel chcą USA osiągnąć w przypadku Europy, która, aby zrealizować własne ambicje polityczne, musi mieć swoją bazę energetyczną nie podlegającą kontroli USA, a taką bazą jeśli chodzi o ropę, może być tylko Bliski Wschód. Alternatywą jest ropa rosyjska i rosyjski gaz, które na rynkach europejskich odgrywają coraz większą rolę.

W stosunku do Rosji, która jest eksporterem ropy, gdyż podobnie jak w krajach Bliskiego Wschodu poziom konsumpcji ropy jest tam niski, i której budżet w wielkim stopniu pochodzi z eksportu ropy i gazu ziemnego, USA mogą zastosować presję polityczną grożąc obniżeniem cen ropy, gdyż wysokie (i rosnące) koszty wydobycia rosyjskiej ropy sprawiają, że przy cenie za baryłkę niższej niż 25 dolarów wydobycie może okazać się nieopłacalne. W październiku 2002 roku przewodniczący komisji obrony w Dumie Rosyjskiej Aleksiej Arbatow przestrzegał, że budżet Rosji może się załamać, jeśli w wyniku rzucenia na rynki irackiej ropy cena jej znacznie spadnie. Pośrednio zatem USA mają w swoim ręku instrument kontroli budżetu Rosji. Należy tutaj jednak zrobić ważne zastrzeżenie: celem opanowania irackich zasobów ropy nie jest spowodowanie, żeby cena ropy była niska. Nie jest też tym celem spowodowanie, żeby cena wysoka. Takie widzenie sprawy jest błędne. Konsumenci w USA i Wielkiej Brytanii mogą sobie życzyć niskich cen a nafciarze z USA i Wielkiej Brytanii – wysokich. Jeśli cena ropy spadnie do zbyt niskiego poziomu to nie tylko złoża rosyjskie, ale także złoża w USA i złoża brytyjskie na Morzu Północnym przestaną przynosić zyski, dla krajów importujących ropę takich jak Francja, Niemcy, Japonia i Chiny niska cena jest korzystna ze względów politycznych i makroekonomicznych (dotyczy to również gospodarki USA), dla krajów eksportujących ropę – Rosji, Arabii Saudyjskiej i Iranu – jest niekorzystna. Niska cena ropy może uczynić nieopłacalnymi już rozpoczęte inwestycje w branży naftowej, zahamować wydobycie ropy, wyeliminować potencjalne dochody z położenia nowych rurociągów etc. W każdym przypadku to, co dla jednych jest korzystne, dla drugich jest niekorzystne i na odwrót. Opanowanie złóż irackich nie służy tedy ani obniżeniu ani podwyższeniu ceny ropy, ale zdobyciu narzędzia, które pozwoli w zależności od sytuacji politycznej odpowiednio manipulować podażą a co za tym idzie ceną ropy po to, aby osiągnąć cele polityczne uznane w danym momencie za priorytetowe (kto ma ropę, ten ma władzę – tak uważają stratedzy w Waszyngtonie). Nie to, czy cena jest niska czy wysoka, jest najważniejsze, ale to, że USA pragną dla siebie zarezerwować prawo podjęcia ostatecznej decyzji, jaka ma być podaż i cena ropy. Móc trzymać rękę na kurku z ropą i kontrolować jej podaż przykręcając kurek lub go odkręcając w zależności od sytuacji, móc w sytuacjach krytycznych zamykać „śluzy” w przepływie ropy i ewentualnie odmówić dostępu innym – temu miała służyć wojna z Irakiem. Jest to zwornik całego systemu kontroli nad światowym wydobyciem i handlem ropą, dodany do kontroli militarnej szlaków morskich, cieśnin i przesmyków, która umożliwia kontrolę nad trasami tankowców z ropą. Ten system kontroli nie ogranicza się do mórz i oceanów, ale obejmuje również kontrolę nad lądowymi kanałami przesyłu ropy i gazu ziemnego. Dotyczy to pierwszym rzędzie Azji Środkowej i Zakaukazia, gdzie nie przypadkiem w latach 90. USA stopniowo wzmacniały swoją obecność wojskowo-polityczną, i gdzie występuje wielowymiarowy splot geopolitycznych i ekonomicznych interesów USA, Rosji i Chin.

W dawnych środkowoazjatyckich republikach sowieckich, w rejonie Morza Kaspijskiego miało znajdować się według wcześniejszych szacunków nawet 16% światowych zasobów ropy. Eksperci różnią w szacunkach zarówno jeśli chodzi o wielkość zasobów jak i ich jakość. Również problemy transportowe zmniejszają atrakcyjność ropy z tamtego regionu, co powoduje, że panująca tam po 1991 roku „gorączka ropy” zaczęła od 2000 roku nieco opadać. Ale i tak zasoby te są najprawdopodobniej drugie co do wielkości po Bliskim Wschodzie. Zatem dostęp do nich czyli kontrola dostępu czyli kontrola nad nimi to kontrola nad bardzo ważnym ogniwem światowego systemu energetycznego. Trudno też nie zauważyć, że Azja Środkowa jest szeroko otwarta na Syberię, która kryje w sobie rozmaite bogactwa naturalne.

Interwencję w Afganistanie i „zmianę reżimu” w Kabulu trzeba widzieć w tym kontekście, jak również interwencję przeciw Serbii i „zmianę reżimu” w Belgradzie – celem było wejście polityczno-militarne na Bałkany, aby opanować strefę od Morza Czarnego do Adriatyku (Bułgaria-Macedonia-Albania), gdzie przebiega trasa transbałkańskiego rurociągu z bułgarskiego Burgas do portu Vlora na albańskim wybrzeżu Adriatyku, i zamknąć zachodni kraniec korytarza transportowego znad Morza Kaspijskiego do Morza Śródziemnego. Nie chodzi tylko z ropę, ale o złoża gazu ziemnego w Azji Środkowej, przede wszystkim w Turkmenistanie, gdzie są trzecie co do wielkości (po Rosji i Iranie) złoża. Także inne republiki postsowieckie (Uzbekistan, Kirgistan, Kazachstan, Tadżykistan) dysponują dużymi zasobami gazu ziemnego. Zajęcie Afganistanu przez USA było m.in. podyktowane jego położeniem geograficznym jako potencjalnym miejscem tranzytu dla ropy i gazu ziemnego z Azji Centralnej do wybrzeży Morza Arabskiego i do Pakistanu. Kiedy w końcu lat 70. Rosjanie odkryli nowe złoża ropy naftowej w regionie Morza Kaspijskiego podjęli próbę opanowania Afganistanu, aby zbudować system rurociągów do przesyłu ropy przez Afganistan i Pakistan nad Ocean Indyjski. Wtedy rozpoczęła się trwająca 10 lat wojna sowiecko-afgańska.

Zasoby ropy i gazu ziemnego w Azji Środkowej są daleko od mórz i oceanów i największym problemem jest transportowanie tych surowców na duże odległości. Gazociągi i rurociągi mogą iść albo przez Iran do Turcji i Europy, albo do Chin (zbyt duża odległość), albo przez Afganistan do Pakistanu i być może do Indii. Ważnym ogniwem jest Iran zarówno jeśli chodzi o ropę jak i o drugie co do wielkości złoża gazu ziemnego (po Rosji). Nic dziwnego, że Iran znalazł się obok Iraku w „osi zła” – idzie zarówno o jego własne zasoby ropy i gazu, jak o jego rolę jako terytorium tranzytowego dla gazociągów i rurociągów oraz ważne położenie geograficzne: Iran łączy (albo dzieli) oba naftowe regiony – w Azji Środkowej i w Zatoce Perskiej. Dopóki w Iranie nie nastąpi „zmiana reżimu”, USA nie będą chciały dopuścić do tego, żeby rurociągi czy gazociągi z Azji Środkowej przebiegały przez terytorium tego kraju. Ta „geopolityka rurociągów i gazociągów” (niezależnie od tego, jakie będą ich ostateczne trasy) jest ważna również dla zrozumienia motywów i celów akcji wojskowych podejmowanych przez USA.

Stany Zjednoczone poprzez interwencję w Afganistanie i umocnienie swojej obecności wojskowej w Azji Centralnej chcą pozbawić Rosję monopolu na transport ropy i gazu ziemnego, i osłabić jej wpływy w postsowieckich republikach na Zakaukaziu i w Azji Środkowej. Amerykanie sa obecni w Gruzji, przez której terytorium przebiegałby rurociąg do portu Ceyhan w Turcji, w bogatym w ropę Azerbejdżanie, i w Armenii. W Czeczenii trwa walka o kontrolę nad rurociągiem, który biegnie z Baku do Noworosyjska nad Morzem Czarnym. Waszyngton chce zablokować Chinom niezależny tzn. nie kontrolowany przez USA dostęp do ropy i do gazu ziemnego. Od połowy lat 90. Chiny próbują realizować projekt rurociągu z rejonu Morza Kaspijskiego do Chin – z inicjatywy Chin uformowała się grupa tzw. sznghajska piątka – Chiny, Rosja, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan – potem dołączył jako szósty Uzbekistan. Ta inicjatywa została storpedowana w wyniku akcji w Afganistanie. Waszyngtonowi udało się również zablokować chińskie naftowe inicjatywy w Indonezji. Wreszcie Chiny zawarły kontrakty na różne projekty w ropie z Irakiem, Iranem, Libią i Sudanem. Akcja przeciw Irakowi była niejako zwieńczeniem amerykańskich wysiłków mających na celu uniemożliwienie Chinom zdobycie niezależnej bazy energetycznej dla swojej gospodarki.

Bałkany, Arabia Saudyjska, Irak, Iran, Afganistan, rejon Morza Kaspijskiego, Zakaukazie, Turkmenistan, Uzbekistan, Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan: w tym obszarze toczy się Wielka Gra o panowanie nad zasobami energetycznymi Eurazji i nad systemem energetycznym świata. Do tego dochodzi także zaangażowanie w Zachodniej Afryce, skąd, jak się przewiduje, USA będą w ciągu dekady importować 25% całej ropy sprowadzanej z zagranicy – istotne jest tutaj, że instalacje wydobycia i przesyłu ropy są w bezpośrednim zasięgu amerykańskiej marynarki działającej na Atlantyku. USA naciskają też na Nigerię (szósty producent ropy na świecie), aby wycofała się z OPEC-u. Pojawiają się informacje, że „Al-Kaida” wspiera narodowe i plemienne konflikty w Afryce Zachodniej, co może być wstępem do przeniesienia tam „wojny z terroryzmem”. Może to dotyczyć również Algierii, Libii, Egiptu i Angoli – po Nigerii największych producentów ropy w Afryce. Dodajmy jeszcze rosnące zaangażowanie wojskowe w Ameryce Południowej, szczególnie w Kolumbii, a pośrednio u jej sąsiadów – w Ekwadorze i Wenezueli (na te kraje przypada znacząca część eksportu ropy do USA).

Cytowany wyżej Michael Klare, autor książki Wojna o zasoby. Nowy krajobraz globalnego konfliktu (2001), uważa, że „wojna z terroryzmem” proklamowana przez prezydenta Busha wpisana jest w ów globalny konflikt o zasoby i jest instrumentem służącym do uzyskania kontroli nad światowym systemem energetycznym (na marginesie dodajmy, że jeśli chodzi o Irak to jeszcze jedne zasoby tego kraju znajdą się pod kontrolą amerykańską: prof. Michael Klare w swojej książce przewidywał, że kraje z głównymi arteriami wodnymi mogą znaleźć się w kręgu walki o zasoby i wymieniał w tym kontekście Nil, Indus oraz Jordan, a także…. Tygrys i Eufrat , niezwykle ważne dla gospodarki wodnej Bliskiego Wschodu rzeki, z których woda „rurociągami pokoju” do krajów Zatoki Perskiej i do Izraela).

Amerykański autor Frank Viviano napisał: („San Francisco Chronicie”, 26 września 2001): ”Mapa azylów terrorystów i mapa celów na Bliskim Wschodzie oraz w Azji Środkowej jest, w dużym stopniu, mapą głównych źródeł energii na świecie. To obrona tych energetycznych zasobów a nie zwykła konfrontacja pomiędzy islamem a Zachodem będzie głównym zapłonem w globalnym konflikcie następnych dziesięcioleci” (dodajmy tutaj, że koncepcja „wojny cywilizacji” bez uwzględnienia czynników geopolitycznych, geostrategicznych i surowcowych jest albo naiwna albo celowo wprowadzająca w błąd).

W tym sensie „wojna z terroryzmem”, która, jak stwierdził wiceprezydent Cheney, „nie zakończy się za naszego życia” a której fragmentami są interwencje w Afganistanie i Iraku, jest wojną o przejęcie kontroli nad wszystkimi pozostałymi jeszcze na naszej planecie rezerwami ropy naftowej i gazu ziemnego i ustanowienie amerykańskiego „petroimperium”.

Michael Klare dowodzi, że zgodnie z mapą surowców energetycznych dokonywana jest „dyslokacja” żołnierzy, doradców wojskowych, baz i lotnisk, następują przesunięcia kierunków pomocy wojskowej, sprzedaży broni, transferu wyposażenia wojskowego itd.

Atak na Irak i przejęcie irackich pól naftowych pokazuje, że amerykańskie imperium światowe chce być obecne politycznie i militarnie (wykluczając lub ograniczając tym samym obecność innych) wszędzie tam, gdzie znajdują się złoża ropy i gazu ziemnego, gdzie przebiegają i krzyżują się rurociągi i gazociągi, gdzie biegną lądowe i morskie szlaki transportowe, i gdzie znajdują się „wąskie gardła” przepływu ropy, chce określać przebieg nowych rurociągów i gazociągów, wpływać na ich budowę, na kierunki przepływu surowców energetycznych, określać zyski z ich sprzedaży, regulować ruch „czarnej krwi”, czyli kontrolować krwioobieg światowej gospodarki energetycznej. Potrzebne jest to także po to, aby pewnym zakresie kontrolować politykę wewnętrzną wszystkich krajów świata (wszystkie są albo konsumentami albo producentami ropy i gazu). Nie może tego czynić, przynajmniej na dłuższą metę, tak jak czyniły to dawne imperia kolonialne to znaczy poprzez bezpośrednią widoczną kontrolę administracyjną i polityczną. Imperium światowe nie może bezpośrednio określać konstytucji, praw, podatków, systemu edukacyjnego itd. krajów, nad którymi sprawuje władzę, pragnie zatem wpływać na politykę wewnętrzną tych krajów poprzez kontrolę nad światowym systemem energetycznym, pozwalającą w pewnym zakresie kontrolować gospodarki wszystkich krajów świata a w konsekwencji ich politykę wewnętrzną. „Bitwa o dominację energetyczną”, jak zatytułowali swój artykuł na łamach „Foreign Affairs” (marzec/kwiecień 2002) Edward L. Morse i James Richard, toczy się i nasila (Morse i Richard jako uczestników bitwy wymieniają Rosję i Arabię Saudyjską, nie wspominając, zapewne przez skromność, o swoim własnym kraju). Ropa pozostaje źródłem strategicznej władzy i materialnego bogactwa. Dwaj amerykańscy autorzy stwierdzili ponad 10 lat temu: „Nie ma żadnego innego surowca, który miałby tak kluczowe znaczenie jak ropa; nie ma paraleli wobec zależności rozwiniętych i rozwijających się od zasobów energetycznych Zatoki Perskiej; te zasoby są skoncentrowane na obszarze, który pozostaje relatywnie niedostępny i wysoce niestabilny, a posiadanie ropy dostarcza nieporównywalnej z niczym bazy finansowej, która pozwoli ekspansjonistycznej władzy realizować jej agresywne zamiary” (Robert W. Tucker, David C. Hendrickson Imperial Temptation 1992). Opanowanie irackiej ropy i kontrola nad ropą Bliskiego Wschodu uniemożliwi innym „ekspansję” i „realizowanie agresywnych zamiarów”, natomiast pozwoli na „ekspansję” i „realizowanie agresywnych zamiarów” Stanom Zjednoczonym – przy czym w obu przypadkach „ekspansję” i „agresywne zamiary” należy rozumieć w kategoriach politycznych (osiągnięcie lub utrzymanie przewagi polityczno-militarnej), a nie moralnych.

Cytowany wyżej Michael Klare napisał, że „jeśli USA będą kontrolować pola naftowe nad Zatoką Perską, będą miały w uścisku gospodarkę światową”. Zdaniem Klare`a Waszyngton ma nadzieję, że kontrola ropy nad Zatoką Perską połączona z przewagą 10 lat w technologiach militarnych nad wszystkimi innymi głównymi państwami świata zagwarantuje supremację Ameryki na następne 50-100 lat. Dla osiągnięcia takiego celu warto było pójść na Bagdad i przelać trochę krwi. Jak wiadomo ropa jest gęstsza i cenniejsza niż krew, która w przeciwieństwie do ropy jest surowcem odnawialnym.

EURO KONTRA DOLAR

Prof. Randall Henning z amerykańskiego Instytutu Gospodarki Międzynarodowej występując w październiku 1997 roku przed Komisją Budżetową Senatu Stanów Zjednoczonych stwierdził, że europejska unia monetarna będzie oznaczać najgłębszą transformację międzynarodowego systemu walutowego w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Stworzy ona, stwierdził Henning, nowego walutowego aktora i silniejszego partnera w negocjacjach niż jakikolwiek z tych, z którymi USA miały do czynienia w okresie powojennym. Bez wątpienia, przewidywał Henning, unia walutowa zapoczątkuje nową erę w międzynarodowych stosunkach walutowych.

Laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii Robert Mundell napisał na łamach „Wall Street Journal” (1998, 24 i 25 marca), że wprowadzenie euro oznacza najbardziej dramatyczną zmianę międzynarodowego systemu walutowego od czasu wycofania się prezydenta Nixona z pokrycia dolara złotem w 1971 roku. Euro, pisał Mundell, rzuci wyzwanie pozycji dolara i to może być najbardziej znaczącym wydarzeniem w historii międzynarodowego systemu walutowego od czasu, kiedy dolar odebrał funtowi rolę dominującej waluty. Taką samą opinię wyraził dyrektor Instytutu Gospodarki Międzynarodowej prof. Fred Bergsten, który pisał na łamach „Foreign Affairs” (marzec/kwiecień 1999) w artykule „Ameryka – Europa: zderzenie tytanów?”, że wprowadzenie euro to największa zmiana w globalnych finansach od czasu, kiedy w okresie międzywojennym dolar zastąpił funta sterlinga w roli głównej waluty świata.

Dlaczego pojawienie się euro ma tak wielkie znaczenie dla gospodarki a w konsekwencji dla polityki światowej? Prof. Fred Bergsten pisał na łamach „Foreign Affairs”: „Wprowadzenie euro rysuje perspektywę nowego dwubiegunowego międzynarodowego porządku gospodarczego, który może zastąpić hegemonię Ameryki trwającą od czasu II. wojny światowej”. Euroland, pisał Bergsten, będzie równy lub przewyższy USA we wszystkich kluczowych wskaźnikach siły ekonomicznej. 1 stycznia 1999 roku powstał blok gospodarczy o jednej walucie, w którym, jeśli objąłby on wszystkie kraje piętnastki a potem rozszerzył się o inne kraje, to liczyłby dwa razy tyle ludności, co USA, a jego PKB byłby, zdaniem Bergstena, o 20% wyższy niż PKB USA. Euroland jest największą potęgą handlową na świecie – stąd pochodzi 1/6 eksportów (z USA – 1/8, z Japonii 1/13). Euro jako waluta dużego i gospodarczo równego USA bloku gospodarczego, w którym panuje większa równowaga finansowa niż w USA, stało się realną alternatywę dla dolara i wyzwaniem dla jego hegemonii. Jak pisał Bergsten, euro to pierwszy realny konkurent dla dolara od momentu osiągnięcia przezeń globalnej dominacji walutowej. Euro to zapowiedź „ruchów sejsmicznych” w światowym systemie walutowym, konkludował Bergsten.

Wiele rządów, banków centralnych, instytucji finansowych, towarzystw ubezpieczeniowych, inwestorów, osób prywatnych z ich oszczędnościami powitało z radością powstanie walutowej alternatywy, gdyż euro dawało szansę dywersyfikacji rezerw i lokat oraz zmniejszenie ryzyka przy operacjach finansowych. Do tego mogły również dochodzić względy polityczne, chęć uniezależnienia się od USA lub zyskania większej swobody manewru w stosunkach z Waszyngtonem.

Według szacunków ekspertów z Deutsche Bank udział euro w rozliczeniach handlowych, rezerwach walutowych, lokatach etc. miał sięgnąć w 2010 roku średnio 30-35%. Mielibyśmy do czynienia z powstaniem faktycznego duopolu walutowego czyli przejściem od hegemonii dolara do podziału na dwa bloki walutowe. Unia Europejska miałaby szansę stać się drugą obok USA potęgą finansową świata a Europejski Bank Centralny rywalem lub równorzędnym partnerem Wall Street i FRF. Problem polega jednak na tym, że taki dwubiegunowy system dwóch równorzędnych potęg walutowych nigdy jeszcze nie istniał. Prof. Fred Bergsten stwierdził: „Nigdy jeszcze nie było tak, żeby grupa (choćby tylko dwóch) równorzędnych mocarstw kierowała skutecznie reżimem walutowym. Większość historycznych prób podejmowanych dla osiągnięcia takiego wspólnego kierownictwa zakończyła się niepowodzeniem”.

Martin Feldstein były szef prezydenckiej komisji doradców ekonomicznych wyraził na łamach „Foreign Affairs” (listopad/grudzień 1997) opinię, że walutowa integracja Europy może zmienić polityczny charakter Europy w sposób, który może spowodować konfrontację ze Stanami Zjednoczonymi. Feldstein przewidywał, że europejska unia monetarna może prowadzić do świata „całkiem odmiennego i niekoniecznie bezpieczniejszego”. Prof. Bergsten prognozował w 1999 roku, że jeśli w ramach tzw. wspólnoty transatlantyckiej nie dojdzie do kooperacji finansowej USA i Europy jako dwóch równorzędnych partnerów, to Europa i Stany Zjednoczone będą się od siebie oddalać jak tektoniczne płyty a bilateralne stosunki będą ewoluować niebezpiecznie w kierunku kryzysu. Henrik Müller, dziennikarz niemiecki specjalizujący się sprawach gospodarczych opublikował w 1999 roku książkę Mocarstwo euro. Ładunek wybuchowy podłożony pod gospodarkę światową? Pisał w niej m.in., że w nadchodzącej erze dolara-euro dojdzie do transatlantyckiego antagonizmu, i że jeśli obie strony nie uzgodnią pewnych ekonomiczno-politycznych warunków współistnienia, to wprowadzenie euro doprowadzi do konfliktów o trudnym jeszcze do oszacowania wymiarze. Powstała bowiem nowa strategiczna sytuacja, kiedy dwaj mniej więcej równi pod względem ekonomicznym gracze, obydwaj uzbrojeni w broń walutową stanęli naprzeciwko siebie i rozpoczęli grę o walutowy podział świata. Ta sytuacja przypomina pod pewnymi względami sytuację z lat 1918-1939, kiedy Wielka Brytania utraciła swoją rolę światowego lidera a wraz z tym utracił swoją rolę brytyjski funt. Nie było jednak nikogo, kto przejąłby tę rolę – istniało tylko kilka mocarstw o porównywalnej sile: USA, Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Japonia. Dopiero II wojna światowa przyniosła rozstrzygnięcie zarówno w sferze wojskowo-politycznej jak i gospodarczo-walutowej: powstał system Bretton Woods. Przypomnijmy krótko jego pouczającą historię.

W czasie drugiej wojny światowej, kiedy jeszcze na wszystkich frontach trwały walki, w małej wiosce Bretton Woods w stanie New Hampshire spotkali się amerykańscy i brytyjscy politycy i ekonomiści, aby zaprojektować nowy powojenny porządek monetarny. Jak długo imperium brytyjskie było niekwestionowaną potęgą obowiązywał klasyczny standard złota. W 1914 roku system ten załamał się i w okresie międzywojennym, w fazie mniej więcej równowagi pomiędzy mocarstwami zapanowała „walutowa anarchia”. System zaprojektowany w Bretton Woods pojawił się w momencie, kiedy Stany Zjednoczone zaczęły odgrywać dominującą rolę w gospodarce i polityce światowej. Widać tu jasno, że władza polityczna i władza nad systemem walutowym idą ze sobą w parze. Zasadniczym elementem nowej koncepcji była wymienialność dolara na złoto, aczkolwiek dolar nie był wymienialny na złote monety, tak jak to było w okresie autentycznego parytetu złota, lecz jedynie w dużych i ciężkich sztabkach wartych wiele tysięcy dolarów, i jedynie rządy i banki centralne mogły wymieniać dolary na złoto. Walutą „przewodnią” dla świata miał być dolar zamiast brytyjskiego funta. Dolar miał w przyszłości służyć innym krajom zamiast złota jako rezerwa walutowa. USA zobowiązały się utrzymać wartość dolara oraz kupować lub sprzedawać złoto po 35 dolarów za uncję. Równocześnie miał obowiązywać stały parytet innych walut w stosunku do dolara. W tym sensie inne waluty świata były związane z rezerwami złota Stanów Zjednoczonych. System Bretton Woods był systemem niesymetrycznym to znaczy USA stojąc na jego straży nie były zobligowane do przestrzegania jego reguł. Pozostawiał on Stanom Zjednoczonym otwartą możliwość tworzenia nowego pieniądza „z niczego”. USA mogły w wymianie z innymi państwami wydawać więcej pieniędzy niż realnie miały. System z Bretton Woods mógłby funkcjonować, gdyby USA utrzymywały deficyty w bilansie płatniczym w pewnych granicach. Dolar jako godny zaufania międzynarodowy środek płatniczy dodatkowo mający pokrycie w złocie był bardzo potrzebny dla rozwijającego się po wojnie handlu światowego. Jednakże USA zaczęły wykorzystywać swoją przewagę. W systemie Bretton Woods Stany Zjednoczone były jedynym krajem na świecie, który własną walutą mógł płacić na całym świecie i pokrywać deficyty w bilansie płatniczym wobec zagranicy przy użyciu swoich pras drukarskich (z kolei w oparciu o dolara rządy innych krajów budowały własną inflację). Te deficyty pojawiły się szybko i rosły z roku na rok. Stosownie do tego rosła ilość dolarów krążących po całym świecie. W okresie prezydentury Johnsona i Nixona nałożyły się na siebie dwa procesy – wielce kosztowna budowa tzw. Wielkiego Społeczeństwa i wojna wietnamska (której koszty zwiększały i tak już wysokie koszty zimnowojennych zbrojeń). W tym okresie świat został zalany dolarami, które powstały z niczego (tzw. fiat money). USA kupowały za nie na całym świecie dobra i usługi potrzebne dla prowadzenia wojny. Sprzedający otrzymywali dolary, które wkrótce miały znacznie spaść na wartości. Było do przewidzenia, że prędzej czy później USA zniosą swoje zobowiązanie wobec zagranicznych banków do wymiany dolarów na złoto po określonym kursie. Złoto wypływało z USA przez dwie dekady od początku lat 50. W tym czasie amerykańskie rezerwy złota spadły z ponad 20 miliardów dolarów do 9 miliardów. Deficyty płatnicze USA i rosnąca ilość dolarów w obiegu stale rosły równolegle do eskalacji wojny w Wietnamie. Cały świat zaczął współfinansować wojnę wietnamską (i budowę Wielkiego Społeczeństwa).

Ustalone w 1944 roku relacje pomiędzy dolarem i innymi walutami przestały odpowiadać nowej sytuacji. W końcu lat 60. w Europie było 80 mld niechcianych dolarów (eurodolary), których kraje europejskie chciały się pozbyć wymieniając je w USA na złoto. Szczególnie gorącym zwolennikiem takiego posunięcia był gen. de Gaulle. USA wywarły olbrzymią presję polityczną na rządy europejskie, aby nie wymieniały dolarów na złoto. Być może w tym kontekście należałoby widzieć wydarzenia majowe 68 roku we Francji i odejście od władzy gen. de Gaulle`a. Oprócz szlachetnego idealizmu młodych rewolucjonistów działały mniej widoczne siły polityczne, które dążyły do usunięcia gen. de Gaulle`a. W każdym razie system Bretton-Woods zaczyna rozpadać się gwałtownie od 1968 roku. W 1971 roku, kiedy stał się nie do utrzymania, Waszyngton zniósł wymienialność dolara na złoto („oddłużając” Stany Zjednoczone) i uwolnione zostały kursy wymiany walut. 15 sierpnia 1971 roku prezydent Nixon zlikwidował te resztki parytetu złota, które obowiązywały wcześniej, i na oścież otwarte zostały śluzy dla tworzenia z niczego kredytu i pieniądza, dla gospodarki deficytów i spekulacji. Po raz pierwszy w historii cały świat zaczął żyć w jednym systemie papierowego pieniądza bez pokrycia. Z pewnością tu leży przyczyna tego, że jak podaje Richard Duncan, autor niedawno wydanej książki Kryzys dolara, w okresie od 1980 do dziś było 40 poważnych kryzysów bankowych w różnych krajach, rzecz praktycznie nie znana w okresie Bretton Woods.

Wprowadzenie euro, jak pisał Robert Mundell, stało się najważniejszym wydarzeniem w dziedzinie walutowej od czasu upadku systemu Bretton Woods. Już samo pojawienie się euro stanowiło wyzwanie dla hegemonii dolara (prof. Bergsten oceniał, że wywoła to przesunięcie na euro od 500 miliardów do 1 biliona dolarów). Ale USA mogłyby ewentualnie zgodzić się na istnienie swego rodzaju quasiduopolu dolar-euro pod warunkiem zachowania asymetrii światowego systemu walutowego. To znaczy euro pozostałoby walutą (lub walutą „kierunkową”) dla krajów Europy Zachodniej, Europy Środkowo-Wschodniej i dla krajów afrykańskich. Natomiast dolar zachowałby swoją hegemonialną pozycję, co oczywiste, w krajach NAFTY i Ameryki Południowej, a także w krajach skupionych w OPEC, w krajach Azji i w Rosji. USA nie byłyby również zainteresowane tym, aby Wielka Brytania znalazła się w strefie euro i wolałyby, żeby funt pozostał jako swego rodzaju bufor pomiędzy dolarem i euro. Musiałoby zatem dojść do negocjacji na szczycie, podziału stref wpływów, kompromisu w sprawie waluty rozliczeniowej w handlu ropą i do osiągnięcia jakiegoś konsensusu w kwestii budowy nowego systemu finansowego świata (nowe Bretton Woods). Do tego jednak nie doszło. Duopol walutowy okazał się (na razie) niemożliwy. Stało się tak dlatego, że w latach 1999-2002 zaczęły zachodzić procesy, które wywołały silny antagonizm pomiędzy „dolarem” i „euro” grożąc, że hegemonia dolara może zostać złamana, i że powstanie quasiduopol czyli asymetryczny układ dwubiegunowy, ale z przewagą euro. Takiej sytuacji Stany Zjednoczone nie mogły zaakceptować. Na pytanie Freda Bergstena, „czy zderzenie tytanów?” zadane cztery lata na łamach „Foreign Affairs”, możemy odpowiedzieć twierdząco. Ten sam autor w tytule referatu wygłoszonego na spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Ekonomicznego w styczniu 2002 postawił pytanie: „Euro przeciw dolarowi: czy będzie walka o dominację?”. Również i na to pytanie możemy już dziś odpowiedzieć twierdząco. Do „zderzenia tytanów”, do „walki o dominację” doszło. Dlaczego?

Od końca lat 90. pojawiały się rozmaite inicjatywy w dziedzinie walutowej, których celem jest wymknięcie się spod monopolu dolara. Wszystkie one sygnalizują, że dokonują się wewnętrzne przesunięcia w światowym systemie walutowym, które osłabiają pozycję dolara. W Azji Południowo-Wschodniej mówi się o stworzeniu Azjatyckiego Funduszu Walutowego, a nawet o stworzeniu wspólnej waluty na wzór euro. Chińczycy proponują, żeby wspólną walutą był ich juan, który może zdominować handel w Azji i w basenie Pacyfiku, pojawiają się postulaty stworzenia tzw. złotego dinara islamskiego, aby zastąpić dolara jako walutę wymiany handlowej pomiędzy krajami islamskimi, a potem ewentualnie rozszerzyć jego użycie na inne kraje. Wielkim orędownikiem takiego posunięcia był premier Malezji Dr. Mahathir bin Mohamad. Za ideę godną rozważenia uznał wprowadzenie dinara Bijan Latif, prezes Centralnego Banku Iranu. Malezja jest krajem muzułmańskim i inne kraje muzułmańskie mogłyby się przyłączyć do tej inicjatywy. Ale jedyną realną alternatywą dla dolara stało się euro, dla którego rośnie poparcie także w krajach europejskich pozostających poza strefą euro np. w Szwecji i Danii. W październiku 2001 prasa brytyjska podaje informację, że rząd brytyjski planuje na wiosnę 2003 roku referendum o przystąpieniu do euro. Przez cały rok 2002 trwają w Anglii debaty na temat wejścia do strefy euro. Pojawiają się oznaki, że akceptacja dolara przez OPEC zaczyna wykazywać pewne oznaki erozji. Nie kto inny jak prezydent Saddam Husajn jako pierwszy w krajów OPEC w listopadzie 2000 roku podjął decyzję o przejściu Iraku w rozliczeniach za ropę na euro i dokonał konwersji swoich rezerw dolarowych na euro – od tej pory cały iracki eksport ropy w ramach ONZ-owskiego programu „Ropa za żywność” był rozliczany w dolarach. Było to bardzo groźne z punktu widzenia Stanów Zjednoczonych posunięcie – jeden z brytyjskich bankierów nazwał decyzję Iraku o przejściu na euro w rozliczeniach za ropę wypowiedzeniem wojny dolarowi czyli wypowiedzeniem wojny Stanom Zjednoczonym. Decyzja prezydenta Saddama Husajna była zachętą wysłana w kierunku Francji i Niemiec, aby aktywniej działały na rzecz zniesienia sankcji nałożonych na Irak. Rząd w Bagdadzie, jak wiemy, zawarł wielomiliardowe kontrakty na wydobycie ropy z Rosją, Francją, Chinami, aby zachęcić je do opowiedzenia się za zniesieniem sankcji. Teoretycznie rozwój wydarzeń mógł wyglądać następująco: Irak przechodzi na euro w rozliczeniach za ropę, wzmaga się nacisk w ONZ na zniesienie sankcji, sankcje zostają zniesione, prezydent Husajn utrzymuje się przy władzy, dziesięć lat polityki amerykańskiej wobec Iraku idzie na marne, Irak powraca na światowy rynek ropy, drugie co wielkości złoża ropy na świecie wchodzą w strefę euro, naśladując Irak inne państwa OPEC przechodzą na euro w rozliczeniach na ropę. Przypomnijmy, że w sierpniu 2000 roku prezydent Wenezueli Hugo Chavez odwiedził prezydenta Husajna w Bagdadzie (jako pierwsza głowa państwa od 1991 roku), gdzie rozmawiał z nim, jak wzmocnić rolę OPEC. Wenezuela czwarty co do wielkości producent ropy naftowej przeszła w handlu ropą na wymianę barterową z Kubą i 12 innymi krajami Ameryki Łacińskiej eliminując dolara. Według niektórych źródeł czynniki dyplomatyczne Wenezueli mówiły o przejściu tego kraju na euro w rozliczeniach na ropę – było to na rok przed nieudanym zamachem stanu, który miał obalić prezydenta Chaveza. Indonezja zapowiada przejście na euro w handlu ropą. Libia zachęca, aby rozliczenia za ropę prowadzić w euro zamiast w dolarach. Jesienią 2001 roku przywódcy chińscy poinformowali odwiedzającego Pekin kanclerza Gerarda Schroedera, że euro zajmie w przyszłości więcej miejsca w skarbcach ich banku centralnego. 31 grudnia 2001 roku AFP doniosła, że Iran uważa euro za sposób „wyzwolenia się” od dolara. Gazeta „Iran News” z 29 grudnia 2001 wezwała do przejścia na euro w rozliczeniach za ropę i w handlu światowym. Wydanie „Europartnership News“ z 7 stycznia 2002 roku zamieściło komentarz zatytułowany „Euro kontynuuje rozszerzanie swojego globalnego wpływu”. W styczniu 2002 roku podczas spotkania z odwiedzającym Chiny ministrem finansów Niemiec Hansem Eichelem, który miał tam kilka wykładów na temat roli euro w światowym systemie walutowym, chiński minister finansów Xiang Huiacheng stwierdził: „jest to nieuchronna tendencja, że euro stanie się rezerwową walutą wielu państw świata” i przewidywał, że euro dojdzie do równowagi z dolarem. W kwietniu 2002 roku w Arabii Saudyjskiej pojawiają się głosy postulujące przejście na euro w rozliczeniach za ropę. W maju 2002 roku na europejsko-rosyjskim szczycie w Moskwie przedstawiciele Unii Europejskiej namawiali Rosjan, aby zaakceptowali euro zamiast dolara w wymianie handlowej z Unią. 17 lipca 2002 roku gubernator Banku Japonii oświadczył prasie, że całkiem spore jest prawdopodobieństwo porzucenia dolara w skali światowej. Moskiewska „Prawda” pytała w lipcu 2002 „Euro kontra dolar – kto zwycięży?” W irańskim piśmie „Iranian Financial News” z 25. 08. 2002 ukazała się informacja, że połowa rezerw walutowych Iranu została przeniesiona na euro. Jeden z przedstawicieli władz w Teheranie stwierdził, że idzie o eliminację monopolu walutowego w handlu światowym. W 2002 roku Chiny zaczęły dywersyfikować swoje rezerwy dolarowe konwertując ich część na euro. Podobnie postąpiły Tajwan, Hongkong i Korea Południowa. „Business Week” z 17. 02. 2003 podał, że w poprzednim roku Rosyjski Bank Centralny podniósł do 20% udział euro w swoich rezerwach walutowych – obecnie ok. 30% wymiany handlowej Rosji to handel z Eurolandem – ten udział wzrośnie o kilkanaście procent po rozszerzeniu Eurolandu, co mogłoby skłonić Rosję do zaakceptowania euro jako oficjalnego środka płatniczego w relacjach handlowych i finansowych z Europą, co jest szczególnie istotne ze względu na rolę Rosji jako eksportera ropy. „Business Week” napisał: „Podobnie dzieje się w innych częściach świata. Ludzie działający na rynku walutowym mówią, że tak różne instytucje jak Bank Kanady, Bank Ludowy Chin, Centralny Bank Tajwanu zaczynają przywiązywać coraz większą wagę do euro”. Banki azjatyckie posiadające lwią część rezerw walutowych świata mają 1,5 biliona dolarów rezerw w większości zainwestowanych w amerykańskich obligacjach i papierach wartościowych – Tajwan podniósł udział euro w rezerwach walutowych z 20 do 35%, Singapur do 1/3.

W grudniu 2002 roku Korea Północna wprowadziła euro jako oficjalną walutę w handlu zagranicznym – gest nie mający większego znaczenia ekonomicznego, ale o symbolicznej politycznej wymowie. W styczniu 2003 roku Kanada część rezerw walutowych w konwertuje na euro. Niektórzy eksperci przewidują, że pod koniec roku 2003 euro może pokrywać już 20% światowych rezerw walutowych. Rok wcześniej udział euro wynosił 10%. W ciągu 2002 roku euro zaczęło stopniowo stawać się zagrożeniem dla pozycji dolara. Na początku 1999 roku wielkie banki centralne miały w skarbcach 5,8 razy więcej dolarów niż euro, w 2002 roku już tylko 4,6 razy więcej.

Rozszerzenie Unii Europejskiej w latach 2004 a w konsekwencji rozszerzenie strefy euro wzmocniłoby jeszcze pozycję euro i zachęciło OPEC do przejścia na euro. W przyszłości tendencja ta mogłaby ulec wzmocnieniu, kiedy do strefy euro weszłyby Wielka Brytania, Norwegia, Dania i Szwecja – kluczowe znaczenie miałaby oczywiście Wlk. Brytania. Rozszerzenie Unii Europejskiej w latach 2004, a w konsekwencji rozszerzenie strefy euro spowodowałoby, że cały obszar euro miałby ludność konsumującą ropę o 33% liczniejszą niż USA. Ponad połowa ropy z OPECU byłaby sprzedawana do Unii Europejskiej. Kraje strefy euro importowałyby więcej ropy z krajów OPEC niż USA, więc naturalne byłoby przejście OPEC w rozliczeniach z nimi na euro – jednym z powodów dlaczego w handlu ropą operuje się dolarami jest to, że USA, mimo iż same produkują ropę, są wielkim importerem ropy, ale teraz kraje strefy euro stałyby się większym importerem niż USA. Zatem nawet z czysto ekonomicznych i walutowych powodów (powody polityczne mogłyby odegrać dodatkową rolę), OPEC miałby zachętę, żeby przejść na euro. Innymi słowy euro nabierało coraz większego znaczenia dla wielu banków centralnych, dolar słabł a euro wzmacniało się. Było możliwe, że kraje OPEC również zaczną dywersyfikować swoje rezerwy walutowe. W kwietniu 2002 roku Javad Yarjani – szef departamentu analizy rynku naftowego OPEC przebywający w Hiszpanii na zaproszenie hiszpańskiego ministra gospodarki wygłosił w Oviedo na seminarium poświęconym międzynarodowej roli euro, wykład zatytułowany „Wybór waluty w rozliczeniach za ropę”. Yarjani był dość ostrożny i wskazywał na to, że cały system globalnego handlu ropą jest zbudowany wokół dolara i że ta sytuacja nie może się zmienić z dnia na dzień. Równocześnie jednak podkreślił, że OPEC jest głównym dostawcą ropy do Europy a 48% całego importu krajów OPEC z Bliskiego Wschodu pochodzi z Europy, co czyni europejską walutę naturalnym środkiem wymiany pomiędzy OPEC i Europą. Europa jest głównym partnerem handlowym krajów Bliskiego Wschodu, który z kolei potrzebuje europejskich inwestycji. Yarjani stwierdził, że tak czy inaczej będą zachodzić zmiany w światowym biznesie naftowym i nie wykluczył, że w przyszłości OPEC może przejść na euro – raczej nie przed rokiem 2004 ale bardzo możliwe, że w ciągu najbliższej dekady – kwestią nie było zatem „czy”, ale „kiedy”. Momentem przełomowym byłoby, według niego, wejście europejskich krajów eksportujących ropę czyli Wlk. Brytanii i Norwegii do strefy euro. Yarjani zauważył, że zabiegi, aby zredukować globalną rolę dolara już mają miejsce i mogą jedynie nabierać tempa, życzył euro sukcesu i mówił o zacieśnieniu gospodarczych więzów Europy z Bliskim Wschodem, Europy, jak podkreślał, zintegrowanej i silnej gospodarczo. Coraz bardziej prawdopodobne stawało się, jako iż kraje strefy euro mają większy udział w handlu światowym niż USA, że kraje handlujące z Unią Europejską, w tym kraje eksportujące ropę porzucą dolara na rzecz euro. Świadectwem tego, że w światowym systemie finansowym zaczynają się przesunięcia było to, że w latach 2001-2002 następował spadek sprzedaży w USA zarówno akcji jak i obligacji rządowych. Kraje azjatyckie dokonują nadal zakupów amerykańskich papierów wartościowych wypełniając lukę, jaka powstała po zmniejszeniu zakupów przez kraje europejskie, ale spadek zakupów jest zauważalny, Dodajmy, że w tym okresie cena złota skoczyła do 300 dolarów za uncję (w stosunku do złota dolar stracił na wartości o 30%).

Na horyzoncie, zapewne dość odległym, ale bliższym niż się można było spodziewać, zaczęła majaczyć groźna dla USA sytuacja, w której euro przejmuje handel ropą (zamiast petrodolarów mamy petroeuro), wchodzi jako środek płatniczy na szerokie obszary handlu międzynarodowego i umacnia swoją pozycję jako waluta rezerwowa. W 1998 roku eksperci finansowi przewidywali, że w ciągu kilku lat euro osiągnie status równy dolarowi, co będzie wielkim problem dla USA, bo zmniejszy popyt na dolary. Prof. Fred Bergsten skonstatował w końcu 2001 roku, że dwubiegunowy międzynarodowy rynek finansowy już istnieje, choć nie istnieje dwubiegunowy międzynarodowy system walutowy. Gdyby jednak ta tendencja się utrzymała i nabrała przyspieszenia, to mogłoby w końcu dojść do tego, że powstałby asymetryczny quasiduopol walutowy ale z przewagą euro nad dolarem. Hegemonia dolara zostałaby złamana. Skutki takiego rozwoju wydarzeń byłyby dramatyczne dla USA i dla całego świata.

Upadek systemu Bretton Woods i odejście od parytetu złota w 1971 roku nie zmieniły sytuacji w tym sensie, że dolar nadal pozostał najbardziej istotnym globalnym instrumentem walutowym, i jedynie USA mają monopol na jego produkowanie. Pozycja dolara wynika zarówno z gospodarczej potęgi USA jak i z ich potęgi polityczno-wojskowej. Ale to siła polityczna Stanów Zjednoczonych powoduje, że cały świat akceptuje i używa ich krajowej waluty. To z kolei multiplikuje ich siłę, ponieważ są w stanie ściągać pośrednio „podatek” z dolarowych transakcji w skali całego świata. Obecna wartość dolara jest nieuzasadniona z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Utrzymuje się dzięki politycznym okolicznościom, a najważniejszą jest ta, że sprzedaż całej ropy wydobywanej przez OPEC jest rozliczna w dolarach (zostało to zagwarantowane poprzez tajną umowę pomiędzy Arabią Saudyjską a USA w połowie lat 70.)

Jedną z głównych przyczyn tego, że dolary są czymś więcej niż zielonymi papierkami, jest fakt, iż wszystkie kraje świata potrzebują ich dla zakupu ropy. Każdy akceptuje dolary, bo ropę trzeba kupować za dolary. Hegemonia dolara polega na tym, że amerykańskie mennice oferują całemu światu doskonały produkt: zielone papiery z wizerunkiem Waszyngtona, a w zamian za nie otrzymują różne pożyteczne towary i usługi. Ponieważ eksport z USA jest niższy od importu o ok. 50%, to oznacza to, że ludzie z całego świata kupują zielony papier amerykański za swoje towary i usługi warte 400-500 mld dolarów – Amerykanie mają „free lunch” warty pół biliona dolarów. W wyniku tej produkcji dolarów ilość zielonych papierków, które nie są oparte na parytecie złota, znacznie przekracza udział USA w produkcji, handlu etc. świata – te papierki nie mają rzeczywistego pokrycia. Pod koniec lat 90. ponad 4/5 transakcji walutowych i połowa światowego eksportu rozliczane były w dolarach. Dolar jest podstawową jednostką rozliczeniową i środkiem płatniczym na świecie, medium wymiany i środkiem tezauryzacji. Jako globalny środek wymiany używany jest w transakcjach, w których nie uczestniczą ani instytucje amerykańskie ani inne amerykańskie podmioty gospodarcze. Banki centralne wszystkich krajów na całym świecie utrzymują rezerwy dolarowe dla chronienia swojej własnej waluty. Dolar stanowi prawie 70% światowych rezerw walutowych. Wszystkie banki centralne trzymają dolary, którymi trzeba płacić za miriady transakcji rozliczanych w dolarach i jako rezerwę odpowiednio do ilości swojej własnej waluty w obiegu, aby bronić jej wartości. Ilość dolarów, które stanowią rezerwy w bankach, służą do rozliczeń w transakcjach poza USA etc. jest cztery razy wyższa niż udział USA w globalnym PKB i wymianie handlowej. Więcej fizycznych dolarów jest drukowanych dla obiegu zagranicznego niż dla krajowego. 100-dolarówka jest najbardziej używanym banknotem na świecie – po świecie krąży ich dwa do trzech razy więcej niż w USA. Dolar fizyczny czyli w postaci gotówki jest poszukiwany w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, Afryki i wielu innych mniej rozwiniętych lub pogrążonych w kryzysie krajach świata, których ludność ucieka od miejscowej waluty (ocenia się, że np. w Rosji w rękach obywateli jest od 30 do 50 mld dolarów w gotówce). Dzięki hegemonii dolara mające monopol na jego drukowanie Stany Zjednoczone mogą kupować u reszty świata wiele towarów i usług za taką cenę, jaka wynosi koszt drukowania i dystrybucji dolara. Dzięki hegemonii dolara USA ściągają niewidoczną dziesięcinę od każdej baryłki ropy konsumowanej przez każde państwo importujące ropę.

Można powiedzieć, że obligacje i papiery wartościowe nominowane w dolarach oraz znajdujące w obiegu poza USA dolary (we wszystkich formach) stanowią dla USA de facto nieoprocentowaną pożyczkę bez terminu spłaty. Ważnym elementem hegemonii dolara jest to, że dolar jest, jak go określił, Richard Duncan autor książki Kryzys dolara, „walutą bumerangową”: najpierw dolar idzie za granicę (niekoniecznie w sensie fizycznym) jako dolar uzyskany przez zagranicznych eksporterów dzięki sprzedaży Amerykanom dóbr i usług, ale nie wydany przez nich na amerykańskie dobra i usługi, następnie te setki miliardów dolarów (w tym petrodolarów) gromadzone przez banki centralne są inwestowane w akcje amerykańskich firm, w obligacje rządowe i inne papiery wartościowe, nieruchomości w USA etc. – przed upadkiem systemu Bretton Woods kraje mające nadwyżkę w handlu z USA mogły wymieniać dolary na złoto i lokować je w swoich skarbcach. Dzisiaj mają tylko dolary – wymieniając swoje zarobione dolary na obligacje rządowe otrzymują jedynie dolary w innej postaci. Kupując za swoje zarobione dzięki pracy, produkcji i usługom a więc realne dolary akcje przedsiębiorstw kupują wprawdzie pewną wartość, ale jest ona często o wiele niższa niż ta zapisana na akcji. Około półtora miliarda dolarów zaoszczędzonych przez innych wpływa dziennie do systemu finansowego USA podwyższając kurs akcji i finansując deficyt handlowy oraz budżetowy. Ponieważ podaż dolara jest w 80% tworzona przez emisję rządowych obligacji, to każdy kto używa dolara finansuje za darmo budżet USA – fakt, że te obligacje są oprocentowane niczego nie zmienia, gdyż odsetki od nich są wypłacane w wydrukowanych dolarach, co tylko dodaje kolejne miliardy do rezerw walutowych. Mechanizm „waluty bumerangowej” powoduje, że im więcej drukuje się dolarów, tym bardziej rośnie wartość amerykańskich akcji i obligacji. Przez trzydzieści lat od upadku systemu Bretton Woods, USA nie mając takiego hamulca jak parytet złota, drukowały dolary bez ograniczeń i stworzyły finansową piramidę (Richard Duncan podaje, że w okresie Bretton Woods czyli wówczas kiedy panował quasi-parytet złota, rezerwy walutowe wzrosły w latach 1949-69 o 50%, zaś od roku 1980 do dziś o 2000%). Wciągnąwszy świat w obsługę tej rozliczanej w dolarach finansowej piramidy, USA nie mogą tak po prostu zatrzymać tego procesu. Muszą stale generować popyt na dolary, pchając innych bez końca w refinansowanie ich starych długów i finansowania nowych. W miarę jak finansowa piramida rośnie, staje się to coraz trudniejsze, ponieważ aby dolar był stabilny, popyt na dolary musi rosnąć szybciej niż zadłużenie USA. Wolumen „wolnych” dolarów stale rośnie na świecie i groźba, że może runąć na realny amerykański rynek, staje się coraz bardziej prawdopodobna. Ale naprawdę realna stała się ona wraz z pojawieniem się euro. W tym momencie narodził się bowiem konkurent, który może aspirować do roli światowej waluty rezerwowej i roli międzynarodowego środka płatniczego, a tym samym może zagrozić hegemonii dolara i spowodować załamanie się finansowej piramidy zbudowanej z kilku bilionów dolarów emitowanych przez trzydzieści lat. Po wypowiedzeniu układu Bretton Woods USA zmusiły całą gospodarkę światową do uznania standardu dolara bez jakiegokolwiek pokrycia w złocie. Każdy dolar z finansowej piramidy jest obietnicą wypłaty i roszczeniem do realnych dóbr gospodarczych i dochodów z gospodarki USA. Dopóki popyt na dolary trwa, dopóki hegemonia dolara pozostaje nienaruszona, dopóty roszczenia te pozostają w zawieszeniu i ukryty jest fakt, że dłużnik jest niewypłacalny. Gdyby jednak trwały nadal i nasilały się opisane wyżej procesy zainicjowane przez pojawienie się euro, gdyby OPEC (na przykład podejmując zbiorowo taką decyzję) porzucił dolara na rzecz euro w rozliczeniach za ropę, gdyby rezerwy walutowe wielu państw na świecie ulegały dalszej dywersyfikacji i gdyby trwała ucieczka od dolara, spełniłby się koszmar, który zapewne śni się Alanowi Greenspanowi po nocach. Kraje eksportujące i importujące ropę i ich banki centralne zaczęłyby swoje rezerwy przenosić na euro. Dolary zaczęłyby wracać do domu. Wcześniej były jak gdyby czekami, które wystawiały USA, a inni musieli posługiwać się nimi w swoich transakcjach. I tych czeków nie realizowali, więc wystawiający czeki mógł się czuć bezpiecznie. Ale kiedy oni zaczęliby posługiwać się innymi czekami (euro) i akceptować je w transakcjach, to przestaliby potrzebować tych pierwszych czeków i postanowiliby je zrealizować tam, gdzie zostały wystawione. Wtedy okazałoby się, że są to czeki bez pokrycia, albo są o wiele mniej warte niż to, co na nich zapisano (jedynie 4% dolarów w obiegu ma pokrycie w amerykańskim złocie i amerykańskich rezerwach walutowych). Zaczęto by wyprzedawać dolara, pozbywać się dolarowych obligacji i innych papierów wartościowych, Na całym świecie spadłby popyt na dolary, rząd amerykański nie mógłby już eksportować inflacji (hegemonia dolara umożliwiała normalnie niemożliwą do zaistnienia sytuację, a mianowicie taką, że drukowanie wielkiej ilości dolarów przez rząd USA, nie powodowało podwyżek cen na terytorium USA). Strumień dolarów „powracających” do kraju zamieniłby się w rwącą rzekę, potem w powódź a na końcu w potop. Dolar mógłby wówczas stracić nawet połowę swojej wartości, wybuchłaby hiperinflacja, co nakręciłoby spiralę ucieczki wszystkich zagranicznych lokat od dolara czyli ucieczki z akcji, obligacji i papierów wartościowych nominowanych w dolarach. Pękłaby bańka na rynku akcji i nieruchomości. Budżet USA załamałby się pod ciężarem długu wewnętrznego wynoszącego dziś prawie 500 mld dolarów rocznie (w sumie ponad 6 bilionów dolarów). Warto w tym kontekście przypomnieć, że całe zadłużenie Ameryki tzn. dług rządu i wszystkich związanych z nim agend, długi stanowe i lokalne, długi przedsiębiorstw i instytucji finansowych, wreszcie długi obywateli wynoszą razem 34 biliony dolarów, podczas gdy w roku 1957 – 693 miliardy dolarów.

Załamanie się hegemonii dolara mogłoby spowodować finansowo-gospodarczą zapaść USA, które są najbardziej zadłużonym krajem na świecie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Obnażona zostałaby wewnętrzna i zewnętrzna nierównowaga finansowa USA. Ustałby dopływ tanich dóbr z importu, do czego Amerykanie się przyzwyczaili, i nastąpiłby spadek cen akcji, które dziś z dużym zyskiem USA eksportują. Bez potężnego dopływu funduszy zagranicznych Amerykanie musieliby zacząć oszczędzać, zamiast płacić dolarami obcokrajowcom, aby to za nich robili. Nastąpiłby znaczący spadek konsumpcji i inwestycji. Choćby po to, aby zdobyć euro na import ropy USA musiałyby mieć nadwyżkę lub co najmniej równowagę w handlu zagranicznym (USA mają subsydiowaną ropę w tym sensie, że płacą mniej za ropę niż wynosi jej faktyczna wartość rynkowa, co jest formą imperialnego trybutu). A tymczasem od 1985 roku ich deficyt handlowy urósł do prawie 4 bilionów dolarów. USA musiałyby zacząć spłacać długi realnymi dobrami i usługami. Realna siłę nabywczą ma bowiem dolar jedynie w USA – jeśli za granicą, załóżmy teoretycznie, nikt nie chciałby przyjmować dolarów, to mogłyby one być wydane tylko w USA, gdzie są krajową walutą. W ostatecznym rozrachunku dolary są wymienialne tylko na dobra amerykańskie.

Stany Zjednoczone, których gospodarka tak ściśle związana jest z dolarem jako światową walutą rezerwową, weszłyby w okres bolesnych strukturalnych reform społeczno-ekonomicznych związanych z dotkliwym obniżeniem poziomu życia obywateli USA. Dlatego ci zwolennicy wojny z Irakiem, którzy mówili, że służy ona „obronie American Way of Life”, mówili prawdę.

Gdyby zatem ucieczka od dolara przekroczyła masę krytyczną, amerykański system finansowy by tego nie wytrzymał, gdyby ucieczka ta stała się ucieczką na skalę globalną, USA przestałyby być subsydiowane przez świat, bo nie mogłyby ściągać „imperialnego trybutu” z całego świata, bankructwo USA stałoby się faktem. Stabilność amerykańskiej waluty jest całkowicie zależna od popytu na dolary. Odejście od dolara na dużą skalę oznaczałoby upadek światowego systemu finansowego i walutowego opartego na dolarze. Dotknęłoby to olbrzymie rzesze ludzi na całym świecie, którzy swoje oszczędności trzymają w dolarach. Właściciele krążącego po świecie i gorączkowo szukającego możliwości lokaty fikcyjnego kapitału dolarowego zobaczyliby, że ostatnia podpora ich spekulacyjnych oczekiwań czyli „zielony” nie potrafi utrzymać swojego stosunku wartości do innych ważnych i mniej ważnych walut świata, i że fikcyjna wartość wszystkich dolarowych lokat na świecie może ulec destrukcji. Ponieważ dolar jest globalną walutą rezerwową i tworzy zatyczkę osi całej globalnej gospodarki, w tym rynków finansowych i handlu międzynarodowego, to jego nagły upadek miałby niezwykle poważne konsekwencje dla całego światowego systemu finansowego. Bankructwo finansowego bastionu świata czyli USA stworzyłoby oczywiście bardzo trudną sytuację dla wszystkich krajów mających rezerwy w dolarach, gdyż znacznej części tych rezerw nie zdążyłyby upłynnić, zamienić na inne waluty etc. i pozostałyby ze zdewaluowaną walutą i pozbawionymi wartości obligacjami i akcjami. Dlatego scenariusz gwałtownego załamania się dolara i jego nagłego wyparcia przez euro jest mało prawdopodobny ze względu na to, że zbyt wiele interesów różnych stron zostałoby naruszonych. Istnieje skomplikowana sieć globalnych powiązań i zależności gospodarczych, która taki czarny scenariusz czyni trudnym do spełnienia. Ani Europa ani Azja nie życzą sobie załamania gospodarki amerykańskiej i ekonomicznych wstrząsów na wielką skalę. Także producenci ropy mogą obawiać się zmiany walutowego status quo.

Dla eksportu azjatyckiego bardzo duże osłabienie dolara byłoby katastrofalne. Dla Chin posiadanie nadwyżek w handlu z USA jest korzystne o tyle, że powoduje, iż amerykańskie firmy fizycznie przenoszą się do Chin przynosząc ze sobą nowe technologie. Poza tym dolar ma naturalną przewagę nad euro jako waluta, która już jest w powszechnym użyciu. Wszystko to nie zmienia jednak zasadniczego faktu, że dolar jest dziś papierowym tygrysem, któremu zagraża nawet częściowe lecz znaczące przesunięcie międzynarodowych rezerw walutowych. Wartość papieru, z którego zrobiony jest dolarowy tygrys, ma niewiele wspólnego z potęgą i rozkwitem gospodarczym USA, ale opiera się wyłącznie na akceptacji i zaufaniu świata do dolara. Akceptacji i zaufaniu, które mają swoje źródło także i w tym, że za dolarem stoi jego menniczy – rząd Stanów Zjednoczonych – najpotężniejszy rząd świata.

Nawet jeśli trudno wyobrażalne jest gwałtowne załamanie się hegemonii dolara, choć trzeba pamiętać, że w kwestiach walutowych trudne do przewidzenia i kontrolowania czynniki psychologiczne i polityczne odgrywają ogromną rolę, to sytuacja, w której monopol dolara zostałby choćby częściowo podważony przez euro, oznaczałaby poważne zmiany w światowym systemie finansowym i gospodarczym. Istnienie euro stworzyło tak czy inaczej nową, niebezpieczną dla dolara sytuację, gdyż konkurencja euro jest realna. Wprowadzenie euro sprawiło, ze powstało nowe środowisko dla dolara. Wcześniej wobec groźby dewaluacji dolara jego posiadacze byli bezsilni, ponieważ nie mieli alternatywy – ani złoto, ani marka niemiecka ani frank szwajcarski ani funt brytyjski takiej alternatywy nie tworzyły. Teraz mają dokąd uciekać. Dlatego cytowany wyżej prof. Bergsten uważa, że groźba dewaluacji dolara przy konkurencji euro może wywołać bardzo istotne, wręcz historyczne, systemowe zmiany porządku walutowego i makroekonomicznego na świecie. Wprowadzenie euro wywołało dynamiczne procesy czysto ekonomiczne i finansowe, które wzmocnione czynnikami politycznymi i psychologicznymi mogłyby dzięki „efektowi domina” doprowadzić do upadku hegemonii dolara.

Upadek tej hegemonii miałby zasadniczy wpływ na pozycję polityczno-militarną USA, gdyż rząd amerykański musiałby dokonać zasadniczych cięć budżetowych. Potęga USA jako światowego imperium opiera się na dwóch filarach – na dolarze i na Pentagonie (+propaganda, która tworzy wokół nich ideologiczną otoczkę), oba są od siebie zależne, oba nawzajem się wspierają, siła jednego zależy od siły drugiego i vive wersa, razem stoją, razem upadają. Dodatkową podporą jest ropa, nie tylko najważniejszy produkt w handlu międzynarodowym ale życiodajna krew dla wszystkich uprzemysłowionych gospodarek. Dzięki hegemonii dolara w handlu ropą USA mają częściową kontrolę nad całym światowym rynkiem ropy a tym samym nad systemem energetycznym świata. Z jednej strony więc kontrola nad ropą jest konieczna, aby utrzymać hegemonię dolara, z drugiej hegemonia dolara czyni bardziej sensowną i opłacalną kontrolę nad ropą – gdyby handel ropą był rozliczany w euro, to dążenie Waszyngtonu do kontroli nad ropą byłoby o wiele słabsze. Ropa, dolar, Pentagon – energia, waluta, siła militarna są nierozerwalnie ze sobą związane, przenikają się nawzajem i warunkują.

Upadek dolara i związane z tym cięcia budżetowe uniemożliwiłyby USA sfinansowanie ambitnych projektów w dziedzinie militarnej. A koszty utrzymania imperium rosną. Obecnie wydatki na zbrojenia kształtuja się na poziomie 360-380 mld dolarów rocznie, w 2007 roku mają wynieść 451 mld dolarów. Dla porównania w okresie Zimnej Wojny USA wydawały na zbrojenia średnio 347 mld w dzisiejszych dolarach. Rozwinięcie siły wojskowej poza granicami USA zależy od mocnego dolara, którym trzeba pokrywać koszty utrzymania baz, dostaw, logistyki i innych wydatków wojskowych. Armia potrzebuje ropy i wielu innych rzeczy produkowanych za granicą. Nawet te które produkowane są w USA mają jakieś części sprowadzane z zagranicy itp. Dotyczy to także wysoko rozwiniętych technologii. Deficyt handlowy w technologii jest większy niż to się oficjalnie przyznaje. Słaby dolar to ograniczenie możliwości kupowania dla armii wielu rzeczy, których potrzebuje. Cała infrastruktura wojskowo-polityczna imperium światowego będzie nie do utrzymania, kiedy upadnie dolar.

Dolar musi zatem pozostać jako międzynarodowa waluta rezerwowa i międzynarodowy środek płatniczy, gdyż w przeciwnym razie upadnie drugi filar imperium – Pentagon. Dolar będzie walutą rezerwową tak długo, jak długo pozostanie środkiem płatniczym w handlu ropą. Kontrolując ropę USA tworzą jedyne realne pokrycie dla dolara. Ropa jest potrzebna USA jako kotwica ratunkowa dolara, jako wielofunkcyjna broń w walce z konkurencją monetarną.

Wojna z Irakiem była zatem konieczna, aby zapobiec zawczasu ucieczce od dolara w rozliczeniach za ropę, w handlu światowym i aby utrzymać pozycję dolara jako waluty rezerwowej, aby obronić monopol na bicie światowej monety i zachować „seigniorage” czyli dochód królewski z mennicy. Imperium światowe toleruje waluty lokalne, ale tylko do momentu, kiedy nie pojawi się taka waluta lokalna np. euro, która może zagrozić monopolowi waluty imperialnej. Siła militarna użyta przeciw Irakowi miała nakłonić czy też zmusić inne państwa do utrzymywania dolara na jego sztucznym poziomie i zaakceptowania jego roli jako waluty rezerwowej i międzynarodowego środka płatniczego. Wysyłając oddziały wojskowe do Iraku władze imperium światowego wysłały sygnał „Back to dolar” najpierw do Irakijczyków, potem do państw OPEC i wreszcie do wszystkich państw świata.

Monopol na drukowanie dolara będącego walutą światową zmusza inne państwa do subsydiowania USA. Stany Zjednoczone mają do dyspozycji instrument finansowy w postaci podatku emisyjnego ściąganego z całego świata. Ponieważ ich polityka jest globalna to i podatek musi być globalny. Stany Zjednoczone nie mogą same udźwignąć finansowo takiej polityki (ich baza gospodarczo-podatkowa jest zbyt mała) bez zmuszenia innych państw do finansowego partycypowania w utrzymaniu globalnego aparatu wojskowego i finansowaniu globalnej polityki imperium. Cały świat musi się „złożyć” na imperium światowe, sfinansować jego deficyty handlowe i budżetowe, podtrzymać silnego dolara etc. Jeśli ktoś rzuci wyzwanie światowemu suwerenowi podważając jego wyłączne prawo do bicia monety światowej, to suweren ma od tego armię, aby przywołać go do porządku. Suweren wie, że bez hegemonii walutowej imperium upadłoby – pozostałyby Stany Zjednoczone jako regionalne mocarstwo (niewykluczony byłby rozpad USA). Dlatego akcja zbrojna w Iraku miała przywrócić zaufanie do dolara i pokazać światu, że imperium ma wszystko pod kontrolą. Wojna była konieczna, gdyż USA nie mają ekonomicznych środków, aby utrzymać dolarowy filar. Jedyną możliwością jest polityczno-militarna kontrola nad podażą i popytem dolara. USA muszą robić wszystko, żeby pobudzać popyt na dolara i zablokować wszelkie zakrojone na szerszą skalę próby odejścia od dolara. W dziedzinie walutowej nie ma miejsca na multilateralizm. Unilateralizm, o którym często się mówi, jest przede wszystkim unilateralizmem dolara i będzie on broniony za wszelką cenę.

USA zdefiniowały swoje interesy globalnie i będą ich bronić w każdym zakątku globu. Każda próba ucieczki od dolara i spod finansowej piramidy będzie uznawana za akt wrogi wobec USA. Wojnę w Iraku i opanowanie irackiej ropy trzeba widzieć w tym kontekście – aby nie dopuścić do tego, żeby drugie co wielkości złoża ropy na świecie znalazły się w strefie euro, żeby euro wyparło dolara z rozliczeń za ropę a w konsekwencji pozbawiło go wyłączności w roli waluty rezerwowej i międzynarodowego środka płatniczego a być może w sprzyjających warunkach wręcz pozbawiło go tej roli. Rozbicie OPECU przy pomocy irackiej ropy ma uniemożliwić krajom skupionym w tej organizacji prowadzenie skoordynowanej polityki walutowej i porzucenie dolara.

Jeden ze sławnych bankierów miał powiedzieć „Dajcie mi kontrolę nad walutą kraju, a nie będę się martwił o to, kto stanowi prawo”. Tym razem chodzi o kontrolę nad walutą świata. Kontrola nad dolarem = kontrola nad walutą światową = kontrola nad światem. USA wciąż są największą gospodarką świata, a ich siła militarna przekracza sumę sił kilkunastu następnych w kolejności państw, a jednak cała budowla USA jako globalnego imperium i hiperpotęgi mogłaby się zachwiać nie w wyniku ataków terrorystycznych ale z powodu przesunięć na rynkach finansowych (władza imperium światowego oparta na „fiat money” jest z konieczności krucha). Euro mogło stać się „Bin Ladenem” dla dolara, który jako waluta rezerwowa jest tak samo ważnym elementem supremacji USA jak broń nuklearna, nowe technologie, sieci informacyjne etc.

Akcja militarna w Iraku była prewencyjnym uderzeniem skierowanym przeciw niemu. Stało się tak dlatego, że światowy system finansowy oparty na dolarze ma nie tylko wymiar ekonomiczny ale także wymiar geopolityczny. Dolar jest jednostką geopolityczną, funkcją strategicznego, militarnego i ideologicznego potencjału USA, walutą nierozerwalnie związaną z geopolityczną sytuacją świata w drugiej połowie XX. wieku. Taką samą jednostką geopolityczną jest euro zaprojektowane przez francuskich strategów, aby zrównoważyć światową hegemonię USA po upadku ZSRR.

Dolar i euro są finansową bronią i rezerwuarem władzy, ich starcie rozegrane na terytorium Iraku było walką o kontrolę nad tworzeniem pieniądza i kredytu, walką o panowanie nad światowym systemem finansowym, walką o to, kto będzie ostatecznym arbitrem globalnej polityki monetarnej: Skarb USA i Federalny Fundusz Rezerw czy Europejski Bank Centralny, było walką geopolityczną światowego imperium amerykańskiego przeciw jednoczącej się Europie. Euro jako broń walutowego rażenia zagrażająca hegemonii dolara, jako strzała wymierzona w achillesową piętę USA, miało zostać pokonane siłą militarną. „Zmiana reżimu” w Bagdadzie przez Stany Zjednoczone to nie ideologiczny kaprys, nie przejaw gorącej miłości do demokracji, strachu przed nieobliczalnym prezydentem Saddamem Hussajnem czy zatroskania ciężkim losem narodu irackiego, ale absolutna strategiczna konieczność w obliczu możliwości załamania się hegemonii dolara.

Prof. Thomas P. M. Barnett wykładowca na U.S. Naval War College w artykule Asia: The Military – Market Link („Proceedings” Instytutu Marynarki Wojennej, styczeń 2002) napisał: „Wymieniamy małe kawałki papieru (naszą walutę w formie deficytu handlowego) na wiele cudownych azjatyckich towarów i usług. Jesteśmy dość inteligentni, żeby wiedzieć, że byłby to bardzo nieuczciwy układ, gdybyśmy obok tych małych kawałków papieru nie oferowali czegoś o dużej wartości. Tym produktem jest silna Flota Pacyfiku, która sprawia, ze transakcja przebiega bez zakłóceń”. Jedynym uzupełnieniem do tego trafnego, acz nie pozbawionego łagodnej ironii, spostrzeżenia Thomasa Barnetta, byłoby zwrócenie uwagi na fakt, że transakcja, o której pisze nie opiera się na zasadach rynkowych. Produkt o nazwie „Flota Pacyfiku” będzie krążył niedaleko wybrzeży Japonii także wówczas, gdyby Japończycy nie zechcieli dalej uczestniczyć w wymianie swoich towarów na „kawałki papieru”, czyli odmówiliby, jak to ujmuję Barnett, eksportowania do USA „konsumpcji”, a importowania stamtąd „bezpieczeństwa”. Japończycy dobrze o tym wiedzą. Japonia posiada wielkie rezerwy dolarowe, ale nie wolno jej wymieniać dolarów na złoto (na początku lat 90. Japonia miała 754 tony złota). Szwajcarski finansista Ferdinand Lips w swojej książce Gold Wars cytuje członka rządu japońskiego, który tak mu powiedział: „Japonii tak długo nie wolno kupować złota, jak długo amerykańskie okręty wojenne krążą po Pacyfiku”. Kiedy Japonia chciała upłynnić sporą część swoich aktywów dolarowych (centralny bank japoński posiada obligacje państwowe USA warte 363 mld dolarów) otrzymała z Waszyngtonu wyraźny sygnał, że taka opcja nie wchodzi w grę. Innymi słowy Japonia nie może prowadzić takiej polityki walutowej, która podważałaby hegemonię dolara, ponieważ nie ma odpowiedniej ilości własnych okrętów wojennych. Flota Pacyfiku czuwa, aby „military-market link” nie został przerwany, nawet wówczas, gdyby Japończycy zapragnęli za swoje zielone papierki kupić całą Flotę Pacyfiku. Przypomnijmy, że kiedy w 1988 roku Tajwan chciał wymienić sporą część swoich wielkich rezerw dolarowych na złoto, Waszyngton powiedział „nie” i Tajwan musiał zrezygnować ze swoich zamiarów. Flota Pacyfiku była w pobliżu.

To jest także lekcja dla Europejczyków – wspólna waluta jest warunkiem suwerenności Europy, ale suwerenność polityczno-militarna jest równocześnie warunkiem siły (suwerenności) waluty. Europa stworzyła jeden filar swojej suwerenności i siły w postaci euro, ale nie stworzyła drugiego. A tak w przypadku dolara jak i euro waluta i siła polityczno-militarna warunkują się nawzajem. Waluta wyraża, w kategoriach wartości ekonomicznej, miejsce w hierarchii struktury politycznej. W przypadku euro jego potencjalna rola jako waluty światowej stanęła w sprzeczności z niewielką polityczno-militarną rolą Europy w świecie. Akcja USA przeciw Irakowi jasno tę sytuację unaoczniła – za dolarem stoi armia amerykańska, natomiast żadna armia nie stoi za euro.

Były kanclerz Niemiec Helmut Schmidt przewidywał w 1997 roku, że euro wywoła potężny konflikt polityczny i zmieni całą sytuację światową, tak że Stany Zjednoczone nie będą już mogły wzywać innych do płacenia wszystkich rachunków. Prezes Europejskiego Banku Centralnego Wim Duisenberg oświadczył w 1998 roku: „To, co Amerykanie uważają za swoje naturalne prawo a mianowicie zmuszać innych do finansowania swoich deficytów handlowych we własnej walucie, przestanie wkrótce być czymś oczywistym”. W lutym 1999 roku tygodnik „Der Spiegel” napisał, że bankierzy amerykańscy liczą się nawet z końcem światowego panowania dolara i że skończyły się czasy, kiedy USA mogły dla swoich wojen i swoich programów zbrojeniowych robić długi na całym świecie i oddłużać się dzięki manipulacji walutą. Jeden z prominentnych francuskich polityków/bankierów oświadczył: „Euro to nasza monetarna force de frappe”. Zbrojny atak na Irak był odpowiedzią na te zuchwałe przepowiednie. Jeden z ekspertów finansowych zatytułował swoje prognozy na temat dolara i euro „Król Dolar spotyka na swej drodze gilotynę”. King Dolar ruszył na Basrę i Bagdad, żeby rozwalić gilotynę.

WASZYNGTON PRZECIW ZJEDNOCZONEJ EUROPIE

Kontratak dolara przeciw euro jest przejawem głębszego politycznego konfliktu jednoczącej się Europy ze Stanami Zjednoczonymi, które dążą do ustanowienia swojej planetarnej hegemonii politycznej czyli zbudowania imperium światowego. Pokazał on, że nie wystarczy mieć Bank Centralny i ogólnoeuropejską walutę, aby zrealizować swoje polityczne aspiracje. Nie może być parytetu pomiędzy euro i dolarem, ponieważ Europa nawet nie posiada wspólnego Ministerstwa Skarbu lub/i Ministerstwa Finansów i nie ma prezydenta, który mógłby stanąć do rozmów z prezydentem USA mając za sobą potencjał całej Europy. Cytowany wcześniej Henrik Müller pisał w kontekście wprowadzenia euro, że Unia Europejska jest niepełnym, niedokończonym mocarstwem bez głowy, bez silnej centrali, która byłaby w stanie narzucić wewnętrzną dyscyplinę, negocjować i przeforsowywać swoje cele także w kwestiach walutowych. W USA, pisał Müller, jest jeden minister finansów i nie ma żadnych problemów z głosowaniem przy podejmowaniu decyzji walutowych. W Unii Europejskiej jest wspólna waluta, ale nie ma skrystalizowanej woli przywództwa i rzeczywistych ogólnoeuropejskich struktur władzy (egzekutywy). Słabość wewnętrzna Europy generuje jej słabość zewnętrzną. Dlatego unia walutowa i wprowadzenie euro, jak pisaliśmy wyżej, same z siebie nie spowodują, że Unia Europejska stanie się rzeczywistym globalnym aktorem politycznym. Wyjście spod kurateli Federalnego Funduszu Rezerw i Wall Street nie może się udać bez równoczesnego wyjścia spod kurateli Białego Domu i Pentagonu. Może to nastąpić tylko wówczas, kiedy nastąpi głębsza integracja Europy na płaszczyźnie polityki zagranicznej i wojskowej. Tak jak dolar i siła polityczno-militarna USA warunkują się nawzajem, tak nawzajem warunkują się suwerenność walutowa Europy i jej suwerenność polityczna. Ogłoszenie przez Unię Europejską suwerenności walutowej bez dysponowania odpowiednią siłą polityczno-wojskową spotkało się z wojskowo-polityczną ripostą USA w Iraku.

Prof. Fred Bergsten pisał, że jeżeli Europa chce rzeczywiście stanąć naprzeciw USA jak równy z równym przy dyskusjach na tematy walutowe i makroekonomiczne (oraz dodajmy, na wszystkie inne ważne tematy), to, być może, będzie musiała osiągnąć pełną integrację i stać się czymś na wzór Stanów Zjednoczonych. Innymi słowy tylko Imperium Europejskie może umożliwić narodom europejskim „wybicie się na niepodległość”.

Charles Kupchan w znanym artykule Czy koniec Zachodu? opublikowanym na łamach „Los Angeles Times” w listopadzie 2002 roku stwierdzał: „Historia zatacza koło. Po wyłamaniu się z imperium brytyjskiego Stany Zjednoczone zawiązały silną federację, stając się dla świata coraz silniejszym i ważniejszym krajem. W końcu przyćmiły wielkie europejskie potęgi. Tym razem kolej na Europę: musi się wybić na siłę i oderwać od Ameryki, która odrzuca podzielenie się swoimi przywilejami hegemona. Europa wyrośnie na głównego konkurenta Ameryki i od tej drogi nie ma odwrotu” – stratedzy w Waszyngtonie takiej przepowiedni („od tej drogi nie ma odwrotu”) nie mogą i nie chcą, rzecz jasna, zaakceptować. Ich ważnym celem jest nie dopuścić do powstania Imperium Europejskiego czyli struktury politycznej posiadającej wspólną walutę, własną armię i wspólny system bezpieczeństwa oraz prezydenta wyposażonego w mocne kompetencje. Jeśli ma rację, a ma, William Pfaff, który na łamach „International Herald Tribune” (07. 11. 2002) pisał, że „w oczach niektórych strategów w Waszyngtonie Europa może być jedyną siłą zdolną rzucić wyzwanie globalnej dominacji USA”, to spodziewać się należy, że uczynią oni wszystko, aby to zagrożenie oddalić. Uderzenie w euro i powstrzymanie jego ekspansji osiągnięte poprzez wojnę z Irakiem to równocześnie uderzenie w Europę (Unię Europejską) i próba poskromienia jej politycznych ambicji. W artykule z lipca 2003 roku Pfaff pisał, że jednym z częstych tematów w pismach neokonserwatystów jest Unia Europejska zdominowana przez Francję i Niemcy, przebudowywana według giscardiańskiej konstytucji i rozwijająca się w kierunku „supermocarstwa”, które stanowi „śmiertelne niebezpieczeństwo” dla USA. To neokonserwatywna „The New Republic” wzywała: „Ameryka musi się obudzić” co oznaczało, że USA winny dostrzec zagrożenie płynące z rozszerzonej i zjednoczonej Europy oraz jej nowej waluty. Mimo iż pod względem wojskowym USA mają olbrzymią przewagę nad Europą, mimo że Europa jest zależna od USA w kwestii logistycznego wsparcia, satelitów komunikacyjnych, komputerów wojskowych etc. etc., to USA widzą w zjednoczonej Europie zagrożenie. I widzą słusznie, gdyż wystarczy, że Unia Europejska stanie jako jedność w drugim rzędzie na globalnej scenie politycznej, a przyniesie to Stanom Zjednoczonym wiele problemów. Waszyngton zdawał sobie z tego doskonale sprawę od dawna. Tamtejsi geopolityczni stratedzy z pewnością podzielali opinię wyrażoną już wiele lat temu: „Utworzenie zjednoczonej Europy wymaga politycznego rozstrzygnięcia, które równoznaczne jest z wolą ku niezależności. W tym sensie zjednoczona Europa może powstać tylko przeciw interesom USA” (Ronald Steel Pax Americana, Nowy Jork 1967). Mamy zatem do czynienia z głębokim konfliktem politycznym, którego nie tłumaczą czynniki ideologiczne, kulturalne czy psychologiczne przejawiające się na powierzchni w groteskowym niekiedy „antyeuropeizmie” Amerykanów czy „antyamerykanizmie” Europejczyków. Geopolityczny spadek Zimnej Wojny nieodwołalnie ulega wyczerpaniu wyłania się i nowa konstelacja sił.

Ponad 10 lat temu w czerwcu 1990 roku były redaktor „Foreign Affairs” James Chace napisał na łamach „International Management. Europe’s Business Magazine”, że teza Servana-Schreibera o “wyzwaniu amerykańskim” staje dziś na głowie – mówić trzeba obecnie o “wyzwaniu europejskim”. Ewentualność, że Europejczycy stworzą paneuropejski system bezpieczeństwa, pisał Chase, zredukuje władzę i wpływy USA. Dwa miesiące później prezydent Saddam Husajn, dokonując inwazji Kuwejtu, dał prezydentowi George`owi Bushowi seniorowi sposobność do stawienia czoła „europejskiemu wyzwaniu”.

W 1991 roku austriacki geopolityk Heinrich Jordis von Lohausen opublikował na łamach niemieckiego pisma „Staatsbriefe” artykuł zatytułowany Czy wojna nad Zatoką Perską była wojną przeciw Europie?. I odpowiedział twierdząco na zadane w tytule pytanie. Poprzez położenie ręki na kurku z ropą bliskowschodnią, pisał Lohausen, chcą USA zapobiec wyłonieniu się zjednoczonej Europy. Wojna prowadzona przez George`a Busha seniora była, pisze Lohausen, strzałem ostrzegawczym, sygnałem wysłanym do Europejczyków, wtedy głównie Niemców będących w euforii po upadku Muru Berlińskiego, żeby nie próbowali głupich posunięć. Było to przywołanie do porządku, wskazanie miejsca w szeregu tym, którzy sobie roją, że mogą swobodnie harcować nie mając ani odpowiedniego poziomu zbrojeń, ani niezależnej bazy surowcowej, do której mogą sięgnąć w razie kryzysu. W 1992 roku pisał egipski politolog i ekonomista Samir Amin: „Jestem przekonany, że decyzja o wojnie w Zatoce Perskiej została przez Waszyngton podjęta z rozmysłem – jako dobra okazja, aby prewencyjnie przeciwdziałać powstaniu `europejskiego bloku`, osłabiając Europę (zaopatrzenie w ropę znajdzie się od tej pory pod wyłączną kontrolą USA), odsłaniając kruchość jej dążeń do unii politycznej i dodatkowo neutralizując Moskwę)”.

Należy przypomnieć, że USA popierały mocno integrację europejską w latach 50. i 60., mowa była nawet o wspólnej walucie. To poparcie było jeszcze dość silne w latach 70. Ale potem zaczyna powoli słabnąć a po upadku Związku Sowieckiego zanika, choć oficjalnie nikt tego mówi i poparcie dla integracji europejskiej pozostaje nadal częścią oficjalnej polityki USA. Dzieje się tak z jednego zasadniczego powodu: przestał istnieć Związek Sowiecki będący wcześniej najistotniejszym czynnikiem określającym relacje między USA i Europą. Amerykańska hegemonia nad Europą Zachodnią była prostą funkcją napięcia pomiędzy Wschodem i Zachodem, to podział świata dawał USA legitymizację do sprawowania kontroli nad Europą. Z chwilą upadku ZSRR USA utraciły swoją funkcję jako strategiczny protektor Europy przed konwencjonalnym i atomowym uderzeniem sowieckim. Europa miała ochronę dzięki strategicznemu potencjałowi nuklearnemu USA a w zamian za nią uznawała jako prawowitą amerykańską hegemonię (ten, kto zapewnia bezpieczeństwo ma naturalne prawo wymagać posłuszeństwa). Po 1989 roku strategiczny arsenał amerykański stał się dla Europy zbędny, co sprawiło, że i dawna rola NATO stała się zbędna, a tym samym upadła dotychczasowa struktura przywódcza USA w Europie. Kiedy protekcja przestała być potrzebna, obowiązek posłuszeństwa po stronie protegowanego utracił nie tylko swój naturalny charakter, ale wręcz swoje polityczne uzasadnienie, i dawny protegowany zaczął działać w kierunku zrzucenia ciążącego mu teraz coraz bardziej amerykańskiego protektoratu, stworzenia własnego centrum władzy i rozszerzenia swoich wpływów na wschód (dawne kraje Układu Warszawskiego plus Bałkany). Z kolei protektor, dla którego Europa była ważnym i cennym pomocnikiem w jego geopolitycznej i geostrategicznej konfrontacji ze Związkiem Sowieckim, przestał jej w tym względzie potrzebować. Jak słusznie zauważają Leo Panitch i Sam Gidin: „Koniec Zimnej Wojny uniezależnił Europę od amerykańskiego parasola militarnego i tym samym dał jej więcej swobody w realizacji własnych interesów, ale równocześnie ten sam koniec Zimnej Wojny sprawił, że USA mogły w większym stopniu ignorować europejskie `drażliwości`” (Leo Panitch, Sam Gidin, Global Capitalism and American Empire, „Socialist Register” 2003).

Upadek Sowietów miał zatem paradoksalny efekt: z jednej strony umocnił globalną potęgę USA, zaś z drugiej zniszczył polityczne struktury, na których opierał się system protektoratów stworzony przez USA w Europie i Azji Wschodniej po 1945 roku i pozbawił Stany Zjednoczone polityczno-ideologicznej broni, która dawała im możliwość kontroli tych dwóch kluczowych obszarów (najważniejszym wydarzeniem było oczywiście zjednoczenie Niemiec, gdyż to właśnie podział Niemiec stanowił główny powód obecności USA w Europie). To ta sprzeczność napędzała w dekadzie lat 90. strategię polityki światowej i polityki USA.

USA muszą zwalczać wszystkie projekty europejskie zbudowania struktur politycznych i wojskowych, które uniemożliwiłyby odbudowanie na nowych zasadach amerykańskiej dominacji w Europie. W obliczu faktu, że klamry spinające w latach 1945-89 tzw. „wspólnotę transatlantycką” poluzowały się lub nawet popękały USA realizują od początku lat 90. nowy program polityczny wobec Europy i nową strategię rekonstrukcji swojego przywództwa, aktywnie podminowują wszelkie posunięcia ku wspólnej polityce obronnej i zagranicznej Europy, zachęcając i naciskając na mniejsze państwa europejskie, aby w niej nie partycypowały. Kiedy w 1991 roku na konferencji w Maastricht przyjęto politykę „europejskiej tożsamości w dziedzinie bezpieczeństwa i obrony”, co zaowocowało powstaniem niemiecko-francuskiego eurokorpusu uważanego za embriona europejskiej armii, w Waszyngtonie posunięcie to mające celu uzyskania większej niezależności w polityce obronnej i zagranicznej zostało uznane za zagrożenie dla istnienia NATO a w konsekwencji dla dominacji USA w Europie. USA popierają wprawdzie wyższe wydatki na wojsko i uzbrojenie w Europie, popierają zwiększenie zdolności obronnych państw europejskich, ale tylko dopóty, dopóki wszystkie te plany są zakotwiczone w NATO.

Już w „Wytycznych Planowania Obronnego” opracowanych w Pentagonie pod kierownictwem Paula Wolfowitza w 1992 roku, stwierdzano, że USA powinny czynić wysiłki, aby przeszkodzić próbom uniezależnienia się Europy. W dokumencie argumentowano, że USA muszą zapobiec wyłonieniu się wyłącznie europejskich struktur bezpieczeństwa, które podcięłyby NATO, w szczególności zintegrowaną strukturę dowodzenia paktu.

W 1994 roku Służba Badawcza Kongresu stwierdziła, że europejska integracja miałaby „negatywne konsekwencje dla interesów USA”. USA pragną pozostać „potęgą europejską” i utrzymać NATO jako instrument swojej hegemonii w tym regionie świata. Jak słusznie zauważył były przedstawiciel Francji w NATO Gabriel Robin zasadniczym celem NATO jest dziś służyć jako „przyzwoitka Europy” i zapobiec ustanowieniu jej jako niezależnej fortecy a być może kiedyś – rywala. Jeśli Europa uzyskałaby własną niezależną siłę militarną, to tylko kosztem NATO, a wówczas jak stwierdził pod koniec 2000 roku na spotkaniu ministrów paktu w Brukseli, sekretarz obrony USA William Cohen, NATO stałoby się „reliktem przeszłości”. Tuż po nicejskim szczycie Unii Europejskiej w grudniu 2000 roku senatorowie Jesse Helms i Gordon Smith ostrzegli przywódców europejskich, aby starannie rozważyli motywacje leżące u podstaw europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony, która przez wielu traktowana jest jako instrument równoważenia siły i wpływu Ameryki w NATO. Senatorowie Helms i Smith stwierdzili, że ta polityka nie jest ani w interesie Europy ani Ameryki, gdyż podcina sprawdzone stosunki pomiędzy nimi na rzecz stosunków USA z europejskim superpaństwem, którego tworzenie jest po części napędzane antyamerykańskimi resentymentami. W kilka dni po nicejskim szczycie neokonserwatysta John Bolton, ówczesny wiceprezes American Enterprise Institute a dziś podsekretarz obrony nazwał europejską politykę bezpieczeństwa i obrony „sztyletem wymierzonym w serce NATO”.

Od czasu pierwszej wojny w Iraku, o której antyeuropejskim ostrzu pisali cytowani wyżej von Lohausen i Amin, Waszyngton konsekwentnie realizuje swoją strategię polegającą na redefiniowaniu roli NATO i utrzymaniu paktu jako struktury kontrolnej wobec Europy. Między innymi temu celowi miała służyć polityka na Bałkanach. Waszyngton nie wyzyskał swojej siły, aby zachować zjednoczoną Jugosławię w latach 1990-1991, wsparł niezależność Bośni-Hercegowiny, z niezwykłą zręcznością podsycał i inspirował konflikt bałkański dla własnych celów i wreszcie w 1999 poprowadził Unię Europejską do wojny z serbską Jugosławią. W 1999 roku jeden z redaktorów „New Left Review” Peter Gowan na łamach „CounterPuncha” opublikował znakomity artykuł Zmierzch europejskiego projektu, w którym, opisał misterną dyplomatyczno-polityczno-propagandowo-wywiadowczą grę prowadzoną przez Waszyngton na Bałkanach, której zaplanowanym i ściśle wykalkulowanym celem było doprowadzenie do wojny z Jugosławią i jej rozbicie. Planowanie ataku na Jugosławię rozpoczęto na czternaście miesięcy przed jego podjęciem i opracowano ze szczegółami uwzględniając wszelkie możliwe scenariusze zależne od reakcji Belgradu. Ta wojna ta nie miała absolutnie, ale to absolutnie nic wspólnego z losem mieszkańców Kosowa. Celem Waszyngtonu, pisał Gowan, było: wykazanie, że Europa jest niezdolna do działania nawet na swoim podwórku, wciągnięcie Europy do wojny pod swoim przywództwem, praktyczne przeformułowanie zadań NATO w kierunku dla siebie pożądanym, skonsolidowanie swojej nadwątlonej po upadku ZSRR dominacji nad Europą, zahamowanie rozszerzania politycznej strefy wpływów Unii Europejskiej na południowy wschód poprzez umocnienie swoich wpływów w państewkach postjugosłowiańskich, zakłócenie procesu wprowadzania wspólnej waluty europejskiej.

Rozpatrywane z perspektywy europejskiej wszystkie wojny i interwencje USA w ostatniej dekadzie (Irak, Serbia, Afganistan) służyły ponownemu podporządkowaniu Europy po upadku ZSRR. Druga wojna w Iraku była już w sposób oczywisty dla wszystkich wymierzona w Europę (Unię Europejską), w jej aspiracje polityczne, w jej walutę. Była ona, jeśli chodzi o Europę, powtórką pierwszej – jej celem jest ustawienie strażnika u źródeł energii niezbędnej Europie, źródeł, z których Europa czerpie 75% swojej energii, niedopuszczenie do tego, aby Europa wzmocniła się poprzez rozbudowywanie więzi polityczno-gospodarczych z państwami arabskimi, zatrzymanie procesu polityczno-wojskowej integracji Unii Europejskiej. Brytyjski historyk Eric Hobsbawm pisał w tym kontekście o świadomym sabotażu Unii Europejskiej, zaś Immanuel Wallerstein atak na Irak nazwał wprost atakiem na Europę i uznał, że Waszyngtonowi chodzi o destabilizację Europy i doprowadzenie do upadku euro.

Polityka amerykańska nakierowana jest, jak pisaliśmy wcześniej, na taką przebudowę NATO i przeformułowanie celów paktu, aby stał się instrumentem globalnych interwencji pod amerykańskim przywództwem, i gwarantował, że nie powstaną odrębne siły zbrojne Europy. Sojusz Północnoatlantycki musi być w stanie działać gdziekolwiek interesy USA są zagrożone, a Europa zamiast rozwijać własne zbrojenia i siły zbrojne powinna związać się w dziedzinie sprzętu, technologii wojskowych etc. z USA. Europejczycy mają stworzyć wyposażone w nowoczesne uzbrojenie siły uderzeniowe do prowadzenia akcji u boku Amerykanów w dowolnym punkcie świata czyli, jak ujął to William Pfaff, „samofinansującą się Legię Cudzoziemską Pentagonu”. Nazywając rzecz bez ogródek, możemy stwierdzić, że żołnierze europejskich armii mają pełnić rolę nowych Gurków czy sipajów wspierających militarne inicjatywy imperium na całym świecie i pełniących obowiązki policyjne w na terytoriach i w miastach zdobytych przez marines. Innymi słowy Europejczycy mieliby udział w ciężarach, kosztach, obowiązkach i w odpowiedzialności, ale nie w decyzjach i we władzy. Ale hasło „United We Stand, Divided We Benefit” jest trudne do zaakceptowania przez Europejczyków. Nie uciekną też oni przed wyborem, jaki w 2002 roku sformułował niemiecki polityk Egon Bahr: czy siły zbrojne Europy mają być mieczem Ameryki czy tarczą (dodajmy: i mieczem) Europy?

Z punktu widzenia Waszyngtonu NATO ma sens tylko wówczas, jeśli Europejczycy zmodernizują swoje siły zbrojne a równocześnie ich nowoczesne systemy i struktury dowodzenia będą zintegrowane z amerykańskimi systemami dowodzenia, kontroli i łączności. Rolą NATO jest być kanałem wpływu Stanów Zjednoczonych w Europie i środkiem ich partycypacji w sprawach bezpieczeństwa Europy po to, aby zapobiec wyłonieniu się czysto europejskiego systemu bezpieczeństwa czyli temu, aby Europa stała się niezależną siłą, zdolną do działania w wymiarze strategicznym: kontynentalnym i globalnym. Temu celowi służy też rozszerzanie NATO: chodzi o umocnienie wpływów USA w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowej i posługiwanie się nowymi członkami NATO, którzy są lub mają być członkami Unii Europejskiej, dla storpedowania prób budowy wspólnego potencjału militarnego Europy i w ogóle dla zahamowania procesu federalizacji Europy. NATO – po utracie swojej funkcji z okresu istnienia Związku Sowieckiego ma nadal służyć utrzymaniu krajów europejskich w systemie wojskowym kierowanym przez USA a tym samym ustaleniu ich politycznej orientacji na Waszyngton. Dawne NATO staje się anachronizmem, ale zarazem Europa jest ważnym elementem w całej geopolityce i geostrategii USA w Eurazji i bazą dla działań na południu i na wschodzie. NATO nie jest już potrzebne Europie jako ochrona przed strategicznym atakiem nuklearnym, ale nadal ma zachować swoją funkcję instrumentu politycznego USA czyli być częścią imperialnej struktury kontrolnej. Kiedyś posłuszeństwo Europy było ceną płaconą za protekcję, dziś i w przyszłości ma wynikać wyłącznie z przewagi militarno-politycznej USA.

Jest sprawą oczywistą, że celem strategii Waszyngtonu jest Europa luźno zintegrowana, podzielona na „starą” i „nową”, niezdolna do skupienia swoich militarno-politycznych potencjałów, izolowana od Rosji, Chin, Afryki i krajów arabskich, pozbawiona niezależnych źródeł energii. Waszyngton chce zapobiec temu, żeby Unia Europejska stała się silnym, godnym zaufania podmiotem geopolitycznym tak aby nie była w stanie wykorzystać euro jako broni politycznej i zdetronizować dolara (cytowany wcześniej Javad Yarjani mówił w Oviedo, ze szanse przejścia krajów OPEC na euro w rozliczeniach za ropę rosną w miarę politycznej integracji Unii Europejskiej). Europa jako twór labilny i „zlatynoamerykanizowany” ma pozostać politycznym karłem podporządkowanym USA. Coraz liczniejsze są w USA głosy otwarcie ten cel formułujące. W neokonserwatywnym „Commentary” z października 2001 roku Irwin M. Stelzer ogłosił artykuł zatytułowany Czy Europa jest zagrożeniem?, i uwzględniwszy wszystkie zastrzeżenia, odpowiedział twierdząco na sformułowane w tytule pytanie (czyli Wenusjanie zagrażają Marsjanom!). Stelzer stwierdzał, że USA nie mogą sobie pozwolić na ignorowanie wyzwań ze strony Unii Europejskiej rządzonej przez „supranacjonalistów” Chiraca i Schrodera ani pozostawać obojętne wobec rosnącej wyrwy we „wspólnocie transatlantyckiej” oraz prób demontażu lub co najmniej neutralizacji NATO czyli redukowaniu wpływów Ameryki w Europie. Stelzer cytował z aprobatą mało zawoalowaną pogróżkę wobec Unii Europejskiej zawartą w ostatniej książce Henry Kissingera Does America Need a Foreign Policy: „Niechaj ci, którzy poszukują swojej tożsamości w konfrontacji z Ameryką, nie łudzą samych siebie sądząc, że Stany Zjednoczone pozostaną na zawsze pasywne, kiedy ich polityka będzie z zasady kwestionowane”. Stelzer postulował, aby Stany Zjednoczone, posługując się Wielką Brytanią i państwami Europy Środkowo-Wschodniej, aktywnie działały na rzecz takiego kształtu Unii Europejskiej, jaki zgodny byłby z ich potrzebami i interesami. Neokonserwatysta Richard Perle mówił w lutym 2003 roku o „powstrzymywaniu” (conaintment) „naszego dawnego sojusznika Francji”. Perle świadomie użył terminu odnoszonego kiedyś do „powstrzymywania” Związku Sowieckiego. Należy to interpretować jako groźbę, że wobec Europy reprezentowanej przez „imperium franko-germańskie” mogą zostać zastosowane te same środki i metody, co wobec Związku Sowieckiego. Inny neokonserwatysta Michael Ledeen w marcu 2003 na łamach „National Review Online” oskarżył Francję a w drugiej kolejności Niemcy o to, że zawarły sojusz z radykalnym islamem i radykalnymi Arabami przeciw Stanom Zjednoczonym, że francusko-niemiecka strategia polega na użyciu islamskiego terroryzmu i ekstremizmu jako broni przeciw USA. Ledeen napisał, że prezydent Chirac sprzeciwiał się wojnie z Irakiem, gdyż związał swój los z radykalnym islamem i arabskimi ekstremistami, aby wspólnie z nimi zapobiec amerykańskiej dominacji. Francja, pisał Ledeen, broni Saddama Husajna, którego przeciwnikami są „cywilizowane kraje świata” sugerując tym samym, że Francja nie należy już do „cywilizowanych krajów świata”. W zakończeniu swojego artykułu Ledeen napisał: „Będziemy musieli przenieść wojnę z terroryzmem daleko poza granice Bliskiego Wschodu, do serca Zachodniej Europy”. Trudno o mniej zawoalowaną groźbę i o bardziej jasne zdefiniowanie „wolności” i „cywilizacji”– wolny i cywilizowany jest ten kraj, który popiera politykę Stanów Zjednoczonych. Tego rodzaju ataki na Francję płynące zza oceanu, oskarżanie jej m.in. o antysemityzm i skłonność do totalitaryzmu są na płaszczyźnie propagandowo-psychologicznej sygnałem dla wszystkich państw europejskich, że w razie konieczności mogą być tak samo potraktowane. Propaganda skupia się na Francji – jedynym państwie kontynentalnej Europy, które dysponuje bronią nuklearną i może, w przeciwieństwie do Niemców, pozwolić sobie na użycie języka siły i suwerenności – aby podważyć jej rolę lidera politycznego Europy, wyizolować ją i pozbawić polityczno-moralnego wsparcia ze strony pozostałych krajów europejskich. Należy jednak brać pod uwagę fakt, że stworzony i utrzymywany przez USA zespół wartości ideologiczno-politycznych i struktur symbolicznych zakorzenionych w zwycięstwie nad Niemcami w 1945 roku: „Monachium”, „Hitler”, „etniczny nacjonalizm”, „totalitaryzm” etc. kontra „wolność”, „demokracja”, „prawa człowieka” etc. dobrze służył dla ideologicznej kontroli Niemiec, ale nie jest już tak poręcznym narzędziem w stosunku do Francji. Być może nasilający się w latach 90. „rozrachunek z Vichy” był z punktu widzenia strategów waszyngtońskich „reprodukowaniem” owego zespołu wartości i struktur symbolicznych oraz tworzeniem u Francuzów „czułego miejsca”, w które można będzie uderzać.

W kontekście gróźb Perle`a i Ledeena warto wspomnieć o artykule Saula Zadki opublikowanym na łamach znanej izraelskiej gazety „Ma`ariv” w czerwcu 2003 roku. Zadka, były korespondent dziennika „Haaretz” w Wlk. Brytanii w latach 80. stwierdza w nim, że Unia Europejska raczej świadomie niż nieświadomie przekazuje Autonomii Palestyńskiej pieniądze, które są używane dla organizowania akcji terrorystycznych (przypomnijmy, że w kwietniu 2002 roku neokonserwatywny „New York Sun” oskarżył Austrię, Belgię, Francję, Hiszpanię, Portugalię i Szwajcarię o wspieranie palestyńskich zamachów terrorystycznych na izraelskich cywilów). Odmawiając poparcia politycznego Izraelowi, organizując bojkoty gospodarcze i wojskowe, UE nie pozwala Izraelowi bronić swoich obywateli przed morderczymi atakami, dostarcza środków bojowych państwom, które wzywają otwarcie do zniszczenia Izraela – Francja Syrii, Wielka Brytania Arabii Saudyjskiej. Niemcy, Francja, Rosja pomagają Iranowi rozwinąć broń atomową, która ma być zrzucona na Izrael. Zdaniem Zadki UE popiera Jasera Arafata, który po uszy tkwi w terrorze, toleruje na swoim terytorium mniejszości muzułmańskie, chociaż te szczują przeciw Izraelowi i nawołują do mordowania Żydów. UE jest pełna polityków, którzy nie cofają się przed żadnymi środkami, które mogłyby zachwiać egzystencją Izraela, wspierają inicjatywy mające izolować Izrael i uczynić go trędowatym w rodzinie narodów. Według Zadki niemiecko-francusko-belgijsko-holenedersko-skandynawsko-irlandzka oś stopniowo niecierpliwi się faktem, że Izrael istnieje już 50 lat. Jeżeli Izrael zostanie przyparty do muru, jeśli jego egzystencja będzie zagrożona, wówczas, napisał Zadka, nie będzie on miał innego wyboru jak użyć broni Sądu Ostatecznego czyli zaatakować cele w Europie przy pomocy broni atomowej, bo to Europejczycy dostarczyli wrogom Izraela potencjału dla budowy broni masowego rażenia. Zadka został wprawdzie usunięty z „Ma`ariv”, ale mógł, jak to sam później określił, na papierze wylać swój gniew na wszystko, co się rozciąga od Dublina do Lublina. Jak później wyjaśnił, jego artykuł był prowokacją, i nie chodziło mu o zaatakowanie Europy, ale postawienie takiego ataku jako możliwości, o ile wystąpią określone okoliczności tzn. wówczas, kiedy egzystencja Izraela będzie zagrożona i to zagrożona z powodu „wspólnictwa” Europejczyków. Być może artykuł Saula Zadki jest tylko dziwacznym wybrykiem, ale jednak wybrykiem wpisującym się doskonale w wojnę psychologiczną przeciw Unii Europejskiej (Europie) prowadzoną przez amerykańskich neokonserwatystów.

Dla „kwestii europejskiej” kluczowe jest stanowisko Wielkiej Brytanii. Największym zagrożeniem dla dominacji USA w Europie byłoby powstanie triumwiratu Londyn-Paryż-Berlin i wejście Wlk. Brytanii do strefy euro. Porzucenie funta na rzecz euro oznaczałoby, że w strefie euro znajdzie się największe centrum finansowe Europy, którym jest Londyn (drugie po Nowym Jorku centrum finansowe świata). Pozycja euro i jego atrakcyjność jako waluty rezerwowej znacznie by wzrosły, szczególnie, że Wlk. Brytania jest eksporterem ropy i jej wejście w strefę euro osłabiłoby rolę dolara w rozliczeniach za ropę.

Obecnie Wlk. Brytania jest rozrywana pomiędzy USA a Unią Europejską, tak jak funt pomiędzy dolarem i euro. Chce być najbardziej lojalnym sojusznikiem Waszyngtonu, ale taka rola bez zaplecza europejskiego może to być tylko subordynacją maskowaną sloganem o „specjalnych stosunkach”.

Wojna z Irakiem ujawniła, że Londyn skłania się ku USA, dryfując w kierunku anglosaskiego „twardego rdzenia” tzw. wspólnoty transatlantyckiej – w Wlk. Brytanii pojawiają się postulaty, aby weszła do NAFTA, odżyły nawet pomysły utworzenia Unii Angloamerykańskiej. Trzeba tu przypomnieć, że wojna z Serbią bardzo zintensyfikowała strategiczne, wojskowe i wywiadowcze więzi pomiędzy USA i Wielką Brytanią. Londyn uczestniczy w amerykańskim systemie szpiegowskim ECHELON, oba wywiady dzielą się ze sobą informacjami, ale nie dzielą się z nimi w takim zakresie z państwami europejskimi. Proces tej „anglosaskiej integracji” zaczął się już wcześniej. Po pierwszej wojnie w Iraku ówczesny sekretarz obrony USA William Cohen i jego brytyjski odpowiednik podpisali deklarację o „zasadach współpracy w dziedzinie obronności i przemysłu”, mających na celu „poprawę we współpracy w produkcji broni i ochrony tajemnic technologicznych”, oraz „ułatwiających wspólne przedsięwzięcia i fuzje w przemyśle obronnym”. Sekretarz Stanu Cohen oświadczył, że to porozumienie wzmocni współdziałanie pomiędzy przemysłami obronnymi obu krajów i pomoże uzgodnić stanowiska w takich kwestiach jak np. dzielenie się technologiami. Porozumienie zostało podpisane krótko po utworzeniu British Aerospace Systems (BAES) powstałej z fuzji British Aerospace z GEC Marconi. Głównymi partnerami BAES są dwaj najwięksi dostawcy broni dla Pentagonu w USA Lockheed Martin i Boenig. Następuje coraz silniejsza integracja brytyjskiego kompleksu zbrojeniowego z amerykańskim. BAES działa swobodnie na rynku amerykańskim poprzez swoją filię o nazwie British Aerospace Systems North America i jest obecnie piątym dostawcą dla Pentagonu. Oprócz tego ma miejsce ścisła współpraca w operacjach wojskowych i wywiadowczych, brytyjskie i amerykańskie Siły Specjalne przeprowadzają wspólne, także tajne, akcje w różnych częściach świata, znaczącej intensyfikacji uległa współpraca CIA i MI5. USA i Wielka Brytania w latach 90. wspólnie egzekwowały sankcje nałożone na Irak i wspólnie przygotowywały grunt pod interwencję zbrojną w tym kraju. To z kolei miało odbicie w starciu o zyski z irackiej ropy – amerykańskie i brytyjskie koncerny naftowe (British Petroleum jest praktycznie włączony do amerykańskiego kompleksu naftowego) postanowiły wyeliminować z gry europejski Total-Fina-Elf .

Wojna w Iraku wzmocniła więzy wojskowe pomiędzy USA i Wielką Brytanią, brytyjski sekretarz obrony Geoffrey Hoon oświadczył w lipcu 2003 roku, że chce zrestrukturyzować siły zbrojne, zreformować struktury dowodzenia w armii brytyjskiej tak, żeby były lepiej dopasowane do amerykańskich, gdyż, jak się wyraził jest wysoce nieprawdopodobne, aby Zjednoczone Królestwo angażowało się w zakrojone na szeroką skalę operacje wojskowe bez USA. Dlatego brytyjskie siły zbrojne muszą być tak zbudowane i wyposażone, aby spełnić wymagania dla wojen toczonych u boku Stanów Zjednoczonych. Przewiduje się, że BAES zostanie wchłonięty przez Boeniga stając się składową amerykańskiego kompleksu zbrojeniowo-militarnego i podlegając kontroli Pentagonu. Amerykanie chcą istniejące w Fylingdales (północne Yorkshire) urządzenia wczesnego ostrzegania przekształcić w element systemu antyrakietowego czyli „Gwiezdnych Wojen”. Ponieważ geografia militarna jest nadrzędna wobec geografii politycznej i administracyjnej, to ewentualne objęcie Tarczą Antyrakietową Wlk. Brytanii oznaczałoby de facto zniesienie odrębności terytorialnej obu państw czyli przyłączenie Zjednoczonego Królestwa do metropolitalnej prowincji imperium światowego.

Dodatkowym przęsłem „transatlantyckiego mostu” są brytyjsko-amerykańskie fuzje w sektorze finansowym i bankowym, świadczące o daleko zaawansowanej integracji brytyjskich finansowych i bankowych interesów z interesami Wall Street. Wspomnieć należy również o angloamerykańskiej integracji w dziedzinie mediów i informacji. W skład medialnych konglomeratów należących do Conrada Blacka i Ruperta Murdocha, którzy swoje główne siedziby mają w Ameryce Północnej i są ściśle związani elitą amerykańską, wchodzi duża część mediów brytyjskich. „Times”, „Financial Times”, Reuters, Sky TV to już dziś nie brytyjskie, lecz angloamerykańskie instytucje.

Paralelnie do integracji angloamerykańskiej postępowała integracja “franko-germańska”. Reakcją na powstanie angloamerykańskiej osi w przemyśle zbrojeniowym były fuzje w niemieckim przemyśle zbrojeniowym zdominowanym przez Daimlera, Siemensa i Kruppa oraz coraz silniejsza integracja francuskiego i niemieckiego kompleksu zbrojeniowego. Już w 1996 roku Paryż i Bonn powołały do życia wspólną agencję ds. zbrojeń, której zadaniem było zarządzać wspólnymi programami i oceniać na potrzeby obu rządów kontrakty w dziedzinie obronności. Francja i Niemcy kontrolują obecnie Airbusa (BEAS-owi pozostało w Airbusie 20% udziałów), który rywalizuje z Lockheed-Martin i Boenigiem. Niemcy współpracują z Francuzami w programie wynoszenia satelitów na orbitę okołoziemską Ariane oraz przy programach satelitarnych Galileusz, Helios i SAR-Lupe.

W końcu 1999 roku w odpowiedzi na „sojusz” British Aeorspace z Lockheed Martin francuska Aerospace-Matra połączyła się z daimlerowską DASA tworząc wraz z hiszpańską Construcciones Aeoronauticas największy europejski konglomerat zbrojeniowy European Aeronautic Defence nad Space Company (EADS). Mimo iż nadal istnieje kooperacja pomiędzy europejskimi i amerykańskimi firmami, to wyraźny stał się podział na dwie konkurujące grupy: amerykańską „Wielką Piątkę” (Lockheed Martin, Boenig, Raytheon, General Dynamics, Northrop Grumman) plus brytyjska BAES i europejską EADS. Obie grupy ostro rywalizują ze sobą m.in. w zakresie kontraktów na dostawy broni dla nowych członków NATO. Dodajmy, że francusko-niemiecki sojusz w dziedzinie produkcji zbrojeniowej w ramach EADS otwiera „boczną furtkę” do włączenia Niemiec we francuskie programy zbrojeń nuklearnych – francusko-niemiecki EADS produkuje m.in. rakiety balistyczne z głowicami nuklearnymi wystrzeliwanymi z okrętów podwodnych.

Nie ulega wątpliwości, że Waszyngton chce w najważniejszych z politycznego punktu widzenia dziedzinach (zbrojenia, armia, wywiad, finanse, media) związać ze sobą na trwałe Wielką Brytanię, wykorzystywać jej członkostwo w UE przeciw pogłębieniu integracji europejskiej, oddalić raz na zawsze niebezpieczeństwo powstania triuwmiratu Londyn-Paryż-Berlin, nie dopuścić do tego, aby Wlk. Brytania przystąpiła do sfery euro – przesunięcie przez Londyn terminu przystąpienia Wlk. Brytanii do Eurolandu na 2010 rok, może oznaczać, że do tego przystąpienia nigdy nie dojdzie. Zapobieżenie temu, aby Wlk. Brytania weszła do Eurolandu, jest kluczowym elementem amerykańskiej strategii okrążenia i „powstrzymywania” franko-germańskiego rdzenia Europy – jest to walutowy odpowiednik ewentualnej relokacji baz amerykańskich z Niemiec do krajów na obrzeżach Unii. Kraje te, którym przewodzić będzie Londyn, mają utrzymywać Europę w stanie chwiejnej równowagi, zapobiegać stworzeniu wspólnej europejskiej polityki wojskowej i zagranicznej, rozwodnić konstytucję europejską etc. – innymi słowy mają być egzekutorami polityki Waszyngtonu wobec Europy. Franko-germański rdzeń Europy ma zostać otoczony z flanki zachodniej dzięki Wlk. Brytanii, od południowej dzięki panowaniu nad Morzem Śródziemnym i wpływom w Hiszpanii i we Włoszech oraz od wschodniej dzięki rozszerzeniu NATO o nowe państwa. Mają one zapewnić Waszyngtonowi geopolityczną dźwignię na wypadek gdyby „imperium franko-germańskie” dokonało secesji z NATO. Estonia, Łotwa, Litwa, Polska, Słowacja, Czechy, Węgry, Rumunia, Bułgaria, Macedonia, Albania, Słowenia, Serbia, Chorwacja – z czysto militarnego punktu widzenia nie mają one wielkiego znaczenia, ale z geopolitycznego i politycznego tak: imperium światowe tworzy z nich pas okrążający imperium franko-germańskie, pas, który równocześnie pełni funkcję „kordonu sanitarnego” oddzielającego Rosję od imperium franko-germańskiego. Przejmując ten pas (Wrota do Serca Lądu) pod ścisłą kontrolę Waszyngton utrwala swój geopolityczny wpływ na kierunkach: Ukraina i Rosja, Azja Centralna i Bliski Wschód.

Jest rzeczą prawdopodobną, że obok Wielkiej Brytanii i być może Włoch, także Polska, Bułgaria i Rumunia wezmą udział w budowie amerykańskiej Tarczy Antyrakietowej, której stworzeniu sprzeciwia się imperium franko-germańskie. W krajach tych Pentagon rozmieści stacje nasłuchowe i radary, będące składnikami systemu wczesnego ostrzegania. W przyszłości na terytorium tych krajów mogą zostać rozmieszczone wyrzutnie antyrakiet. Budowa Tarczy Antyrakietowej, skierowanej początkowo przeciw dysponującym bronią nuklearną Rosji i Chinom, a obecnie także przeciw imperium franko-germańskiemu, oznaczałaby praktycznie koniec dawnego NATO.

Nadrzędnym celem Waszyngtonu w Europie jest osłabienie i rozbicie osi Paryż-Berlin stanowiącej karolińskie jądro Europy. Oś Paryż-Berlin, coraz silniejsza integracja obu państw w ramach Unii Europejskiej to proces, który w realnym a nie prawno-konstytucyjnym sensie prowadzi do Europy jako niezależnego podmiotu geopolitycznego, mówiącego własnym głosem i podejmującego pewne decyzje polityczno-wojskowe bez konsultacji z Waszyngtonem. Jeśli Anglia na trwałe wybierze „unię” z USA czyli zwróci się na zachód odrzucając stanowisko trzeciego triumwira europejskiego, automatycznie geopolityczne centrum Europy przesunie się na wschód. Wojna w Iraku posłużyła Waszyngtonowi do wyjęcia Anglii z europejskiego triumwiratu, obecnie albo nastąpi pogłębienie integracji francusko-niemieckiej i umocnienie imperium franko-germańskiego, które metodami hegemonialnymi zjednoczy Europę albo oś Paryż-Berlin się rozpadnie a wraz z jej rozpadem przestanie istnieć Unia Europejska w jej dotychczasowym kształcie. Celem USA jest teraz otoczyć, osłabić i rozbić imperium franko-germańskie, które, przesuwając się geopolitycznie na wschód, mogłoby zwrócić się w kierunku Rosji. Pewne oznaki zbliżenia europejsko-rosyjskiego pojawiły się już wcześniej. W ostatnich latach Francja, Niemcy i Rosja podjęły dyskusje na temat współpracy w produkcji zbrojeniowej, współpracy wojskowej oraz w badaniach kosmicznych. W końcu 1998 roku Paryż i Moskwa porozumiały się co do wspólnych ćwiczeń wojskowych piechoty i obupólnych konsultacji wojskowych. Moskwa chce pozyskać francuskich i niemieckich partnerów do uczestnictwa w rozwoju jej kompleksu wojskowo-przemysłowego. Na początku 2000 roku minister obrony Niemiec Rudolph Scharping odwiedził Moskwę w celu odbycia rozmów ze swoim rosyjskim odpowiednikiem. Podpisano porozumienie w sprawie 33 projektów współpracy wojskowej w tym dotyczące szkolenia rosyjskich specjalistów wojskowych w Niemczech. To porozumienie zostało zawarte poza ramami NATO i bez wcześniejszych konsultacji z Waszyngtonem. Warto też zauważyć, że Rosja podpisała porozumienie o długoterminowej współpracy wojskowej z Indiami w 1998 roku, a w kilka miesięcy później podobne porozumienie podpisała z Indiami Francja. Przewidywało ono m.in. transfer francuskiej technologii wojskowej do Indii i inwestycje francuskich korporacji w indyjski przemysł zbrojeniowy – te inwestycje miały obejmować urządzenia do produkcji rakiet balistycznych z głowicami nuklearnymi. Znaczący jest też fakt, że krótko po tym, jak USA dokonały akcji zbrojnej w Afganistanie w 2001 roku przejmując praktycznie kontrolę nad przestrzenią powietrzną Pakistanu i korzystając z pakistańskich urządzeń wojskowych, Francja i Indie przeprowadziły wspólne ćwiczenia wojskowe na Morzu Arabskim. W tym samym czasie do Indii napłynęły duże dostawy rosyjskiej broni dostarczone w ramach indyjsko-rosyjskiego porozumienia o współpracy wojskowej.

Widzimy, że Francja reprezentująca w aspekcie militarno-politycznym Europę, poszukuje przestrzeni dla politycznego manewru w stosunku do amerykańskiego imperium światowego, które aspiruje do planetarnej hegemonii. Podział, jaki ujawnił się pomiędzy USA i Wlk. Brytanią a Francją i Niemcami, wynikał z głębokich przyczyn politycznych, był starciem pomiędzy tymi, którzy chcą utrzymania politycznego status quo (USA i Wlk. Brytania) a tymi, którzy z trudem usiłują ponownie wejść na arenę historii i globalnej polityki („imperium franko-germańskie” reprezentujące na płaszczyźnie geopolitycznej Europę). Przed wojną z Irakiem coraz częstsze były w Europie głosy wyrażające polityczne ambicje Unii Europejskiej. Kanclerz Gerhard Schröder wezwał do bardziej zintegrowanej i rozszerzonej Europy, aby zrównoważyć hegemonię amerykańską, Romano Prodi oświadczył, że głównym celem UE jest stworzenie supermocarstwa na kontynencie europejskim, które stanie ze Stanami Zjednoczonymi jak równy z równym, premier Szwecji Göran Person stwierdził, że Unia Europejska jest jedną z niewielu instytucji, które może stworzyć przeciwwagę dla światowej dominacji Stanów Zjednoczonych, minister Joseph Fischer przestrzegł Waszyngton, aby nie mylił sojuszników z państwami satelickimi. Odpowiedzią Waszyngtonu był marsz na Bagdad. Reakcją Francji i Niemiec było podjęcie kroków mających umacniać imperium franko-germańskie. W listopadzie 2002 roku Chirac i Schröder wydali dokument, w którym proponowali przekształcenie Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony w Europejską Unię Bezpieczeństwa i Obrony: mówi się w nim o wzmocnionej współpracy, o wspólnej polityce w dziedzinie zbrojeń, klauzuli o wzajemnym przyjściu sobie z pomocą. W styczniu 2003 roku dwaj komisarze europejscy Niemiec Guenther Verheugen i Francuz Pascal Lamy zaproponowali utworzenie czegoś na kształt niemiecko-francuskiej konfederacji prowadzącej wspólną politykę gospodarczą, budżetową i podatkową. Konfederacja miałaby zajmować wspólne stanowisko w Unii Europejskiej, w MFW i Banku Światowym i we wszystkich instytucjach międzynarodowych, posiadać wspólne siły zbrojne, wspólne przedstawicielstwa dyplomatyczne, wspólne miejsce w Radzie Bezpieczeństwa. Dwaj politycy postulowali powołanie Kongresu złożonego z przedstawicieli parlamentów obu krajów, odbywanie wspólnych posiedzeń Rad Ministrów, stworzenie stałego sekretariatu i forum dla niemieckich i francuskich związków zawodowych, zrzeszeń i organizacji pozarządowych.

Z niemiecko-francuskich organizacji i środowisk intelektualnych płyną postulaty utworzenia Związku Niemiecko-Francuskiego, wprowadzenia podwójnego obywatelstwa niemiecko-francuskiego etc. W drugiej połowie września 2003 w Berlinie odbyło się wspólne posiedzenie rządów niemieckiego i francuskiego – nie dwustronne spotkanie ministrów ale wspólna Rada Ministrów, na której ministrowie poszczególnych resortów występowali w „tandemach”. Na posiedzeniu podjęto szereg konkretnych decyzji m.in. o połączeniu szybkich kolei francuskich (TGV) z niemieckimi (ICE).

Na łamach „AirbagMagazin” (nr 3, maj 2003) niemiecko-francuskiego kwartalnika strategii europejskiej Rudolf von Thadden w artykule „Czas międzynarodowych niepokojów i napięć” napisał: „Tak długo, jak długo nie wszystkie państwa Unii Europejskiej nie będą gotowe do samodzielnej polityki zagranicznej i obronnej w Unii, Francja i Niemcy będą szły naprzód same. Trzeba będzie najpierw utworzyć coś w rodzaju rdzenia Europy, do którego później przyłączą się inne państwa”. Tendencję do wyłonienia się bardziej zintegrowanej Europy przewidywał pięć lat temu były kanclerz Niemiec Helmut Schmidt, który recenzując na łamach „Foreign Policy” (wiosna 1998) książkę Zbigniewa Brzezińskiego Wielka szachownica napisał, że autor pisze o Europie tak jakby była ona klientem lub satelitą USA. Takie roszczenie to według Schmidta kolejny, dodatkowy powód, aby zbudować jeszcze silniejszą Unię Europejską, która zapewni regionowi prawo do samostanowienia. Ten sam Helmut Schmidt w swojej książce Die Selbstbehauptung Europas (2001) napisał, że na dłuższą metę wykształcenie się wewnętrznego rdzenia Europy jest nieuchronne, co, dodajmy, wynika z najbardziej elementarnego faktu, że Francja i Niemcy boją się Ameryki bardziej niż siebie nawzajem. Elity obu państw rozumieją także, że jakaś „renacjonalizacja” europejskiej polityki byłaby zgubna dla nich obu. Wyraził to już przed laty na łamach „Le Monde” (3 lutego 1995) fracuski geopolityk prof. Michel Korinman w artykule „Unia francusko-niemiecka jak najszybciej” stwierdzając, że jeśli taka unia nie powstanie, to w przyszłości mur dzielić będzie Strasburg.

Zbigniew Brzeziński w tekście „Atlantycka wspólnota wartości” („Rzeczpospolita”, 10 marca 2001) pisał: „Bez wsparcia Europy światowe przywództwo Ameryki byłoby kruche, a bez zaangażowania Ameryki Europa, ze swoimi tradycyjnymi konfliktami byłaby bardzo słaba. Więzy amerykańsko-europejskie są absolutnie decydujące”.

Ale ewentualne wyłonienie się twardego rdzenia Europy oznaczałoby, że podstawowy tradycyjny konflikt w Europie to znaczy konflikt niemiecko-francuski zostałby przezwyciężony a wraz z nim geopolityczna słabość Europy. Wówczas zaangażowanie USA jako arbitra sporów i konfliktów w Europie nikomu nie byłoby potrzebne, bo arbitrem byłoby „imperium franko-germańskie”. Pozostaje pytanie, jak bez jego wsparcia wyglądałoby światowe przywództwo Ameryki?

„Absolutnie decydujące” według Brzezińskiego więzy, które łączą USA i Europę są wprawdzie nadal bardzo mocne, być może silniejsze niż sprzeczne interesy, ale równocześnie głębsza dynamika polityczna rozluźnia je, co może doprowadzić do trwałego rozpadu tzw. wspólnoty transatlantyckiej i do zastąpienia jej nowym rodzajem stosunków politycznych, których dokładny kształt trudno jeszcze dzisiaj przewidzieć.

Zacytujmy na koniec jeszcze jedną opinię, której autor stawia ostatecznie kropkę nad „i” w kwestii przyszłej polityki Waszyngtonu wobec Europy. Gerard Baker (jeden z redaktorów „Financial Times”) opublikował artykuł zatytułowany Przeciw zjednoczonej Europie na łamach czołowego pisma neokonserwatywnego „The Weekly Standard” (22 września 2003 roku). Baker przypomina, iż Henry Kissinger skarżył się, że nie ma do kogo zadzwonić, kiedy chce rozmawiać z Europą. Niebezpieczeństwo polega na tym, pisze Baker, że przyszli Kissingerowie już nigdy więcej nie będą się mogli na to uskarżać. Baker stwierdza, że jeśli spokój ducha w kwestiach zjednoczenie Europy stanie się oficjalną polityką USA, będzie to głupotą najwyższego stopnia. Baker wskazuje na dynamikę polityczną pchającą Europę ku większej politycznej integracji, która jest swego rodzaju targiem pomiędzy Niemcami i Francją. Wlk. Brytania nie jest w stanie być liderem Unii, oprócz niej przeciw ściślejszej integracji są najsłabsze państwa europejskie, dlatego oś niemiecko-francuska w sojuszu z biurokracją brukselską wygra. Unia Europejska, pisze Baker, chce być strukturą o realnej władzy politycznej, jeśli nią się stanie, to nie będzie wprawdzie „superpower” lecz „sniperpower”, która będzie używać międzynarodowych instytucji, aby blokować władzę USA, odstrzeliwać kawałki tej władzy na całym świecie. Baker pyta, co się stanie, kiedy wspólna europejska linia przeciw USA zwycięży w gremiach NATO, albo gdy Unia rzuci na szalę swoją gospodarczy ciężar w Afryce lub Ameryce Południowej, gdy dysponując siłą militarną zażąda większego udziału w podejmowaniu decyzji podczas nowych kryzysów międzynarodowych. Dlatego nie można mówić: ”cóż możemy zrobić?”, ale trzeba działać. Waszyngton nie jest bezsilny, może zrobić wiele rzeczy: przede wszystkim, zaleca Baker, powinien przestać deklamować przestarzałą zimnowojenną ideę, że zjednoczona Europa leży w interesie Stanów Zjednoczonych. Czy ktokolwiek, pyta Baker, może na serio sądzić, że jedna polityka zagraniczna UE jest bardziej pomocna dla USA niż polityka polska, brytyjska lub hiszpańska? Po drugie należy wzmocnić polityczne i wojskowe więzi z Europą Wschodnią np. przesunąć oddziały z Niemiec do Bułgarii i Rumunii i ewentualnie do innych krajów, co byłoby tak samo mądrym posunięciem jak zaoferowanie Polsce ważnej roli w powojennym Iraku, po trzecie należy studzić entuzjazm dla rozwijania wojskowych zdolności Europy. Francusko-niemiecko-belgijsko-luksemburskie plany sojuszu militarnego w łonie UE łatwo mogą być wyśmiane, ale w dzisiejszych czasach, które są czasami próby, USA muszą być bardziej niż ostrożne w kwestii oddzielnej tożsamości europejskiej wewnątrz NATO. Po czwarte USA muszą sprzeciwić się zmianom członkostwa w multilateralnych instytucjach – na przykład jedno miejsce dla Unii Europejskiej w Radzie Bezpieczeństwa. Po piąte nie należy robić nic, co mogłoby popchnąć Wlk. Brytanię w stronę euro – nic nie byłoby bardziej brzemiennym w konsekwencje krokiem w kierunku europejskiej integracji niż przyłączenie się Wlk. Brytanii do tego projektu. Impet, jaki przystąpienie Wlk. Brytanii do euro, nadałoby tworzeniu europejskiej superpaństwowości jest trudny do przecenienia. Baker stwierdza dalej, że to europejskie elity chcą integracji ale nie „szary Europejczyk”, stąd, uważa on, integracja wywołuje polityczny niepokój, co wyraża się w poparciu dla skrajnie prawicowych partii we Francji, Włoszech, Niemczech a nawet Wielkiej Brytanii. Można z tego wnioskować, że przychodzi dobry czas dla partii narodowej prawicy w Europie, które otrzymają dyskretne polityczne wsparcie z Waszyngtonu, aby mogły uczestniczyć w demontażu Unii Europejskiej. W zakończeniu swojego tekstu Baker pisze, że nie jest jeszcze za późno dla USA, aby zastopować powstawanie europejskiego superpaństwa, zanim stanie się ono rzeczywistością.

Artykuł Bakera jest ważny dlatego, że prominentny członek angloamerykańskiego establishmentu mówi głośno i otwarcie coś, co już od dawna było znane politycznemu kierownictwu USA. Ta szczerość zapowiada trudny czas dla Europy, która, jak napisał w swoim artykule Ameryka przeciw reszcie świata (maj 2003) Charles Kupchan, jest zbyt silna, aby być wasalem Ameryki a zbyt słaba i zbyt podzielona, aby być skutecznym i godnym tego miana rywalem USA.

GEOPOLITYKA IMPERIUM MUNDI

Wojna z Irakiem i jego zajęcie są efektem długofalowej polityki i były przygotowywane przez wiele lat. Działo się to w ramach szerszego planu, którego celem jest podporządkowanie sobie Bliskiego Wschodu uznanego za „Wielki Obszar” (Grand Area, niem. Grossraum) o zasadniczym strategicznym znaczeniu dla globalnej władzy USA – koncepcja „Wielkich Obszarów” została wypracowana podczas spotkań planistów i strategów z Departamentu Stanu i Rady Stosunków Zagranicznych w latach 1939-45. USA miały przejąć schedę po imperium brytyjskim, wypchnąć Wielką Brytanię i Francję z Bliskiego Wschodu. Ważnym wydarzeniem było spotkanie w lutym 1945 roku na amerykańskim statku wojennym na Kanale Sueskim prezydenta Roosevelta z królem Abd al-Azizem ibn Saudem, założycielem powojennego reżimu w Arabii Saudyjskiej, gdzie ustalili zasady powojennego „sojuszu” i doszli do porozumienia w sprawie uprzywilejowanego dostępu USA do zasobów ropy. Doktryna Eisenhovera sformułowana w 1957 roku mówiła o pomocy, także zbrojnej, państwom regionu zagrożonym przez jakiekolwiek państwo kontrolowane przez „międzynarodowy komunizm”. Z kolei doktryna Nixona zalecała szukanie i popieranie na Bliskim Wschodzie państw – „klientów” i „protegowanych”. Od lat 50. USA były stale obecne na Bliskim Wschodzie, przeprowadzały tajne operacje, stały za zamachami stanu, obsadzały przyjazne rządy jak na przykład dynastię Pahlevi w Iranie.

Nowa faza zaczyna się w okresie prezydentury Cartera, kiedy to Zatoka Perska ogłoszona zostaje strefą żywotnych interesów amerykańskich, które mogą być bronione także za pomocą siły zbrojnej. Według doktryny Cartera wojska amerykańskie będą np. bronić władców Arabii Saudyjskiej, gdyby zagrożeni byli przez jakieś siły zewnętrzne. W okresie rządów Cartera rozpoczęto tworzenie Sił Szybkiego Reagowania, właśnie ze względu na ewentualną interwencję w Zatoce Perskiej. Doktryna Reagana rozszerzyła protekcję nad Arabią Saudyjską także na wypadek, gdyby doszło do próby wewnętrznego przewrotu. Za rządów Reagana utworzono tak zwane Central Command (Centcom) czyli dowództwo dla obszaru centralnego obejmującego region Zatoki Perskiej i region od wschodniej Afryki do Afganistanu.

W okresie wojny iracko-irańskiej USA oddały do dyspozycji Iraku swój wywiad satelitarny, dostarczały Saddamowi Husajnowi helikoptery, komputery, chemikalia. Amerykańskie krążowniki i lotniskowce pojawiły się w Zatoce Perskiej a wojska amerykańskie używały okresowo baz w Bahrajnie, na wyspie Diego Garcia na Oceanie Indyjskim, w Omanie i Arabii Saudyjskiej. W 1987 roku US Nawy stworzyła Joint Task Force Middle East, aby chronić tankowce pływające po Zatoce. Wszystko to oznaczało wzmożenie obecności wojskowej USA w rejonie Zatoki Perskiej, jakie nastąpiło po długoletniej wojnie iracko-irańskiej, która wyczerpała oba kraje, co było w interesie Stanów Zjednoczonych zajmujących pozycję „trzeciego śmiejącego się”, który zaciera ręce obserwując, jak dwa największe i najsilniejsze państwa regionu wzajemnie się wykrwawiają, aby w efekcie dojść do polityczno-wojskowego pata. Należy tu przypomnieć, że USA różnymi sposobami zachęcały Irak do inwazji Iranu m.in. w ten sposób, że przekazały Bagdadowi za pośrednictwem Saudyjczyków dane wywiadowcze, w których zdolności wojskowe Iranu zostały celowo zredukowane.

W 1990 roku zdesperowany z powodu trudnej sytuacji swojego państwa, zadłużonego i wyczerpanego prawie dziesięcioletnią wojną z Iranem (Irak miał kilkadziesiąt miliardów dolarów długów, ponad połowę z tego u państw znad Zatoki Perskiej), prezydent Saddam Husajn, nie mogąc uzyskać od innych państw naftowych ani pomocy ekonomicznej ani zgody na podwyżkę cen ropy ani na redukcję długów, najechał Kuwejt, do którego Irak zawsze rościł sobie pretensje terytorialne i który, zdaniem rządu irackiego, wykorzystał wojnę Iraku z Iranem, aby „kraść” iracką ropę (sporne pola naftowe Rumaila). Prezydent Husajn chyba dość naiwnie sądził, że jego dotychczasowy sojusznik Stany Zjednoczone, które niewiele miesięcy wcześniej same dokonały interwencji zbrojnej w małym państwie Panamie, aby zabezpieczyć tam swoje geostrategiczne interesy, pozwoli mu na akcję przeciw małemu państwu Kuwejtowi, szczególnie, że USA powinny, jak uważał, docenić jego zasługi w powstrzymaniu irańskiej rewolucji islamskiej. Prezydent Husajn szczerze wierzył, że za krew jego narodu przelaną w obronie państw nad Zatoką Perską należy mu się wdzięczność i odpuszczenie długów.

Gdyby USA stanowczo i wyraźnie sprzeciwiły się irackim planom inwazji Kuwejtu i zagroziły, że będą bronić kuwejckiej monarchii, Saddam Husajn byłby zmuszony z nich zrezygnować. Tymczasem Waszyngton wysyłał w kierunku Bagdadu niejasne lub sprzeczne sygnały. Z jednej strony w USA rozpoczęto przygotowania do wojny, z drugiej zaś oficjalnie taką ewentualność wykluczano. W styczniu 1990 roku dyrektor CIA William Webster ostrzegał przed rosnąca zależnością USA od ropy, szczególnie znad Zatoki Perskiej, w lutym tego roku generał Schwarzkopf stwierdził podczas przesłuchań w Senacie, że USA powinny wzmocnić obecność wojskową w regionie i zarysował plany ewentualnej interwencji, która wymaga założenia stałych baz wojskowych, w marcu pojawiają się informacje, że zbuntowani oficerowie irackiej armii chcą obalić Saddama Husajna i oczekują pomocy ze strony USA, w maju Center for Strategic and International Studies sporządziło raport, nad którym prace rozpoczęto dwa lata wcześniej, dotyczący możliwej wojny z Irakiem. Raport krążył w Kongresie i w Pentagonie. W tym samym miesiącu Narodowa Rada Bezpieczeństwa przedłożyła prezydentowi Bushowi dokument, w którym „przyjacielski Irak” zastępowany jest „wrogim Irakiem”. W pierwszej połowie 1990 roku przeprowadzono kilka gier wojennych opartych na założeniu inwazji Iraku na Kuwejt, w tym samym czasie USA nadal sprzedawały do Iraku komputery najnowszych generacji, na dzień przed inwazją Kuwejtu zaaprobowano w Waszyngtonie sprzedaż do Iraku wysokiej klasy urządzeń do przesyłu danych o wartości 695.000 dolarów. Zastępca sekretarza stanu ds. Bliskiego Wschodu John Kelly odwiedził w lutym 1990 roku Bagdad i oznajmił prezydentowi Husajnowi, że prezydent Bush chce dobrych stosunków z Irakiem opartych na zaufaniu. Kelly krytykował też głosy „nieprzyjazne Irakowi”. Kelly występując 26 kwietnia w Kongresie oświadczył, że polityka rządu prezydenta Busha wobec Iraku pozostaje niezmienna i pochwalił prezydenta Husajna za jego plany nowej konstytucji i rozszerzenia „demokracji uczestniczącej”. Ale w tym samym czasie sekretarz stanu James Baker kazał opracować plan sankcji gospodarczych wobec Iraku. W kwietniu, kiedy prezydent Husajn wystąpił z groźbami pod adresem Kuwejtu, do Bagdadu przybyła delegacja republikańskich senatorów z liderem mniejszości republikańskiej w Senacie Robertem Dole`m. Senator Dole zapewnił prezydenta Husajna, że nie będzie żadnych sankcji gospodarczych wobec Iraku, gdyż prezydent Bush jest im przeciwny. 19 lipca sekretarz obrony Richard Cheney powiedział prasie, że USA będą bronić Kuwejtu, jeśli zostanie zaatakowany. Ale zaraz potem jego rzecznik prasowy Pete Williams osłabił wymowę tej wypowiedzi, zaś Biały Dom przekazał sekretarzowi obrony, że oświadczenia w tej kwestii należą do niego i do Departamentu Stanu. 24 lipca Irak przesunął dwie dywizje nad granicę z Kuwejtem. Następnego dnia ambasador USA w Iraku April Glaspie w znanej rozmowie z prezydentem Husajnem poinformowała go, że Waszyngton nie ma opinii w sprawie arabsko-arabskich konfliktów takich jak konflikt graniczny Iraku i Kuwejtu. Pani ambasador dodała, że takie są wytyczne sekretarza stanu Jamesa Bakera. April Glaspie powiedziała prezydentowi Husajnowi, że prezydent Bush nie tylko życzy sobie lepszych i ściślejszych stosunków z Irakiem, ale pragnie, żeby Irak wniósł wkład w pokój i dobrobyt na Bliskim Wschodzie. Pytana później w Kongresie, czy powiedziała prezydentowi Husajnowi, że jeśli wkroczy do Kuwejtu, to USA będą walczyć, pani ambasador odrzekła: „Nie, nie powiedziałam tego”. 27 lipca CIA poinformowała senacką komisję ds. wywiadu, że wszystko wskazuje na to, iż Irak dokona inwazji Kuwejtu 2 sierpnia. 31 lipca John Kelly oświadczył w Kongresie, że USA nie mają traktatu obronnego z państwami nad Zatoką Perską i że w przypadku inwazji Iraku na Kuwejt USA nie muszą podejmował działań wojskowych. Saddam Husajn uznał ostatecznie, że USA wysyłają mu niewyraźne „zielone światło” dla działań wobec Kuwejtu, i w rezultacie wpadł jak dziecko w zastawioną przez Waszyngton pułapkę. Nie ulega dziś wątpliwości, że nieustępliwość Kuwejtu wobec wszelkich żądań Iraku a nawet jego pewna „gospodarcza agresywność” polegająca na zwiększeniu wydobycia ropy, co godziło w zadłużony i wyczerpany wojną Irak, którego połowa PKB i większość dochodów rządu pochodziła z wydobycia i sprzedaży ropy, miała swoje źródło w poparciu i zachęcie, jakie tamtejsze rody feudalne otrzymały z Waszyngtonu. Król Jordanii Husajn stwierdził potem, że Kuwejt i „zachodnie wywiady” (czyt. amerykański i brytyjski) prowadziły za kulisami kampanię ekonomiczną wymierzoną w interesy Iraku, która, dodajmy, była wykalkulowaną prowokacją.

Kiedy wojska irackie zajęły Kuwejt, Stany Zjednoczone, ku sporemu zaskoczeniu prezydenta Husajna, wystąpiły bardzo stanowczo w obronie suwerenności monarchii kuwejckiej. Zapewne dopiero wówczas, Saddam Husajn, który był zręcznym taktykiem, ale marnym strategiem, zrozumiał, że dał się przechytrzyć znakomitym strategom z Waszyngtonu.

Pomiędzy 2. sierpnia 1990 roku a 17 stycznia 1991 roku, kiedy Amerykanie rozpoczęli bombardowania, prezydent Husajn w obliczu trudnej sytuacji politycznej, w jakiej się znalazł, sześciokrotnie dawał wyraźnie do zrozumienia, że chce wynegocjować wycofanie się wojsk irackich z Kuwejtu. Waszyngton storpedował wszelkie próby wynegocjowania pokoju i wycofania się z wojsk irackich z Kuwejtu i odrzucił wszystkie propozycje pokojowego rozwiązania konfliktu składane zarówno przez władze irackie jak i przez inne kraje. 7 sierpnia wojska amerykańskie przybyły do Arabii Saudyjskiej, aby „jej bronić”. Ponieważ Arabia Saudyjska nie czuła się zagrożona przez Irak, Pentagon, aby ją przekonać o zagrożeniu, powołał się na zdjęcia satelitarne pokazujące oddziały irackie zgrupowane na granicy saudyjskiej i gotowe do inwazji. Była to, jak się potem okazało, zręczna mistyfikacja. Operacja „Pustynna Burza” zakończyła się wyparciemwojsk irackich z Kuwejtu i ich całkowitym rozgromieniem oraz restauracją suwerennej monarchii kuwejckiej. Amerykańskie wojska lądowe pojawiły się w Zatoce Perskiej i tam już pozostały. USA dokonały pierwszego bezpośredniego uderzenia na Bliskim Wschodzie, zbliżyły się militarnie do strategicznego terytorium od strony Oceanu Indyjskiego i ustanowiły przyczółki i bazy w Kuwejcie, Arabii Saudyjskiej, Katarze, Bahrajnie, tworząc zaplecze dla ewentualnej późniejszej akcji wojskowej przeciw Irakowi. W regionie pojawiły się oddziały wojskowe, ekipy budowlane, siły pomocnicze, wzrosła sprzedaż broni amerykańskiej do Arabii Saudyjskiej, broń za 16 mld dolarów poszła do Kuwejtu, Bahrajnu, Kataru i innych emiratów, odbywały się wspólne ćwiczenia, wizyty okrętów i szwadronów lotniczych. W 1996 roku w Katarze zbudowano 4,5 kilometrowy pas startowy, najdłuższy w rejonie Zatoki Perskiej, aby mogły tam lądować i startować wielkie amerykańskie transportowce.

Lata 1992-2002 to spokojne, systematyczne i konsekwentne przygotowywanie gruntu pod bezpośrednie wejście do Iraku osłabianego gospodarczo przez jedne z najbardziej surowych i restrykcyjnych sankcji w historii wojen gospodarczych, sankcji, których przestrzegania pilnują USA i Wlk. Brytania. Mają one, jak oświadczył prezydent Clinton w 1997 roku trwać tak długo, jak długo przy władzy trwać będzie Saddam Husajn. Ustanowiona zostaje strefa zdemilitaryzowana pomiędzy Irakiem i Kuwejtem, Irak traci suwerenność nad swoją przestrzenią powietrzną (ustanowienie tzw. „no-fly zones”), jego północne i południowe obszary są kontrolowane przez Amerykanów, z baz w Zatoce Perskiej co jakiś czas wyprowadzane są ataki lotnicze i rakietowe na terytorium Iraku – największe we wrześniu 1996 roku („Pustynne Uderzenie”) oraz w grudniu 1998 roku („Pustynny Lis”), kiedy to przeprowadzono bombardowania w południowym i środkowym Iraku. Metodycznie niszczone są instalacje irackiej obrony przeciwlotniczej, inne cele wojskowe oraz niektóre elementy cywilnej infrastruktury. Amerykańskie i brytyjskie samoloty wojskowe tysiące razy startowały z Kuwejtu przelatując przestrzeń ponad strefą zdemilitaryzowaną – czyli przestrzeń tej strefy. Była to najdłuższa kampania bombardowań od czasu II wojny światowej. „I wojna mezopotamska” w tym sensie się nie zakończyła w 1991 roku, ale była pierwszą fazą operacji, która trwała de facto 12 lat. Wojna 2003 roku była ostatnią fazą tej operacji, przeprowadzaną w chwili, kiedy Irak wyczerpany najpierw wojną z Iranem a potem wojną przez wojska USA, został gospodarczo i wojskowo osłabiony, praktycznie rozbrojony i osaczony z południa i z północy. Stał się słabym ogniwem na Bliskim Wschodzie dojrzałym do przerwania przy minimalnych stratach. Inspekcje przeprowadzone przez ONZ były również elementem tej operacji, służąc rozbrojeniu Iraku i rozpoznaniu wywiadowczemu. Uplasowani wśród inspektorów agenci CIA (i zapewne Mossadu) szukali nie broni masowego rażenia ale gromadzili informacje o irackiej broni konwencjonalnej, miejscach kryjówek prezydenta Husajna, rozpoznawali struktury jego osobistego bezpieczeństwa, co było przygotowaniem do „zmiany reżimu”. Cała sprawa była przez cały czas nadzorowana i rozgrywana przez ludzi z Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA, a Waszyngton używał inspektorów pod kątem swoich celów politycznych, manipulował inspekcjami, prowokował kryzysy np. poprzez żądania wpuszczenia inspektorów do pałaców prezydenta Husajna i do irackiego ministerstwa obrony, które następnie wykorzystywał do polityczno-propagandowych ataków na rząd Iraku. Trwała też nabierająca z upływem czasu coraz większej intensywności kampania propagandowa portretująca prezydenta Husajna jako personifikowane Zło, mająca przygotować psychologicznie tzw. opinię publiczną w USA do bezpośredniej interwencji. Częścią tej akcji propagandowej były też takie inicjatywy polityczne jak wystosowany w styczniu 1998 roku przez grupą neokonserwatystów list do prezydenta Clintona zachęcający go do podjęcia akcji militarnej przeciw Irakowi czy przyjęta w tym samym roku przez Kongres i podpisana przez prezydenta Clintona „ustawa o wyzwoleniu Iraku”.

17 września 2001 roku prezydent Bush podpisał rozkaz przygotowania ataku na Afganistan. Drugi, wówczas utajniony ustęp rozkazu nakazywał wojskowym przygotowanie scenariusza dla wojny z Irakiem. Wiadomo zresztą, że niektórzy ludzie z otoczenia prezydenta Busha domagali się, aby najpierw zaatakować Irak, ale uznano, że trzeba atak lepiej przygotować i wybrano Afganistan jako bardziej „miękką” opcję. To, co działo się pomiędzy wrześniem 2001 roku a marcem 2003 roku wokół Iraku było już tylko polityczno-propagandową grą pozorów.

Cele geopolityczne, jakie przyświecały operacji wojskowej w Iraku można zrozumieć tylko wówczas, jeśli widzi się ją zarówno w regionalnym jak i globalnym kontekście. Niemiecki geopolityk Heinrich von Lohausen opisując geopolityczny podział świata wskazywał na trójdzielność globu ziemskiego: pierwsze pasmo lądowe z północy na południe od Alaski do Ziemi Ognistej to Ameryka (Nowy Świat), drugie pasmo to Euroafryka od Przylądka Północnego do Przylądka Dobrej Nadziei stanowiąca zachodnie skrzydła Starego Świata, trzecie pasmo od Kamczatki poprzez Chiny, Południowo-Wschodnią Azję i Indonezję do Tasmanii to Australazja czyli wschodnie skrzydło Starego Świata. Pomiędzy drugim i trzecim pasmem lądowym, ale bliżej drugiego czyli Euroafryki, leży tak zwany Bliski Wschód, łączący oba skrzydła, skierowany na północy ku rosyjsko-syberyjskim masom lądowym, a na południu przylegający do Afryki. Tworzy on środek całego Starego Świata, a w środku tego środka, jako środek środka leży kraina nad Zatoką Perską. Region Zatoki Perskiej, pisał von Lohausen, jest piętą achillesową Starego Świata, miejscem, na którym upadł liść na plecach Zygfryda, i ma to związek nie tylko z ropą. Nigdzie indziej nie wdzierają się oceany tak głęboko w ląd euroafrykańskiego podwójnego kontynentu, Indyjski z Morzem Czerwonym i Zatoką Perską oraz Atlantyk z Morzem Śródziemnym. Pomiędzy nimi, pomiędzy rozciągniętymi brzegami Afryki i Azji tworzy stara kraina Ur na końcu Tygrysu i Eufratu ów środek środka, najczulsze miejsce całego podwójnego kontynentu. Każde z zewnątrz przychodzące uderzenie trafia całość i wywołuje drgania w całym Starym Świecie. I tak właśnie się stało. Mieliśmy do czynienia z mistrzowską partią bilarda – uderzona bila trafia w bilę z napisem „Saddam Husajn”, która rozbija skupisko innych bil wpadających do odpowiednich otworów. Kiedy patrzymy tylko na bilę „Saddam Husajn”, nie ogarniamy całej sytuacji na bilardowym stole. Kiedy patrzymy tylko na partię bilarda, która rozegrała się w 2003 roku nie dostrzegamy, że jest ona fragmentem partii rozgrywanej w przez całą dekadę lat 90., będącej fragmentem partii rozgrywanej poprzez ostatnie 50 lat, zaś ta z kolei fragmentem partii całego stulecia, bowiem od stu lat USA konsekwentnie realizują swoje cele geopolityczne i strategiczne. Nie oznacza to oczywiście, że jakiś jeden człowiek czy grupa ludzi w Waszyngtonie zaplanowała wszystko szczegółowo na sto lat z góry – idzie o to, że niezależnie od zmieniających się rządów, prezydentów i kongresów, trendów i mód ideologicznych istnieje elementarna ciągłość globalnej geopolityki i geostrategii USA.

Stany Zjednoczone po opanowaniu półkuli zachodniej rozpoczęły walkę o panowanie nad Starym Światem od wschodu i od zachodu. Na wschodzie najpierw dokonały „otwarcia” Japonii, potem w 1898 roku zajęły Filipiny a w 1900 roku przyłączyły Hawaje położone ponad 2.000 mil na zachód od San Francisco wchodząc tym samym daleko na Pacyfik. Na zachodzie weszły do europejskiej rozgrywki w latach 1914-1918, poparły Ententę i nie dopuściły do tego, aby Niemcy zdominowały Europę. Po raz kolejny weszły do akcji w latach 1941-45 stając po stronie Wielkiej Brytanii i Związku Sowieckiego, z którym zawarły strategiczny sojusz, aby pokonać Niemcy. Uderzyły od zachodu i wschodu uniemożliwiając podział Eurazji pomiędzy Rzeszę Niemiecką i Japonię. Jak to ujął Immanuel Wallerstein, lata 1914-1945 to przede wszystkim wojna 30-letnia pomiędzy USA i Niemcami (lata 1918-1939 nazwał amerykański historyk Walter LaFeber „pierwszą Zimną Wojną”). Peter Gowan na łamach „New Left Review” (lipiec-sierpień 2002) w artykule Calculus of Power napisał, że w XX. wieku USA dwukrotnie przeszkodziły w uformowaniu się bloku europejskiego pod kontynentalną hegemonią Niemiec, a w okresie Zimnej Wojny zapobiegły, żeby Rosja zdominowała jeden kraniec Eurazji a Chiny drugi.

Od momentu swojego wejścia do II wojny światowej, uważa Gowan, USA już w sposób bardzo wyraźny dążą do globalnej hegemonii. Johan Galtung w wywiadzie dla „Die Weltwoche” (2002 nr 39) powołał się na wytyczne z 1944 roku oznaczone JCS570/2, które nazwał strategiczną Biblią Waszyngtonu. Wszystko, co tam zostało napisane, twierdzi Galtung, zostało zrealizowane w ciągu następnych kilkudziesięciu lat. Efektem strategii przyjętej w okresie II. wojny światowej było opanowanie Europy Zachodniej, zablokowanie Związku Sowieckiego na Morzu Północnym i Śródziemnym a od wschodu podporządkowanie Japonii i zablokowanie Związku Sowieckiego od Pacyfiku. Stany Zjednoczone miały teraz pod swoją kontrolą oba wybrzeża Atlantyku i Pacyfiku, zapanowały nad oceanami, z których uczyniły swoje „wewnętrzne morza”, i zamknęły Związek Sowiecki w masach lądowych Eurazji.

W następnych dziesięcioleciach Stany Zjednoczone stosują „strategię anakondy”, która sprowadza się do oplatania Eurazji dwoma ramionami „państw brzegowych”, w których mają swoje bazy – pas zachodni ciągnie się od Grenlandii i Islandii po Pakistan, pas wschodni od Alaski po Filipiny i Płw. Malajski. Każda próba Związku Sowieckiego przedarcia się przez „pas brzegowy” jest powstrzymywana (Korea, Wietnam). Nie należy jednak błędnie sądzić, że w latach 1945-1980 celem USA było wyłącznie powstrzymanie (containtment) Związku Sowieckiego, bowiem żadna wielka strategia, a taką realizuje Waszyngton, nie może być pasywna lub defensywna. Musi być aktywna, nie może opierać się na reakcjach ale na akcjach, „atak-obrona-atak-obrona-atak” aż do pokonania wroga.

Pod koniec lat 70. rozpoczyna się kolejna faza walki o Eurazję. Jak ujawnił w swoich wspomnieniach From the Shadows były dyrektor CIA Robert Gates amerykańskie służby specjalne zaczęły w 1979 roku wspomagać oddziały mudżaheddinów w Afganistanie. 3 lipca tego roku prezydent Carter podpisał pierwszą dyrektywę o wydatkowaniu 500 mln dolarów na tajną pomoc dla przeciwników prosowieckiego reżimu w Kabulu oraz na tworzenie i popieranie ruchów antysowieckich w Azji Centralnej (tzw. operacja „Cyklon”). Doradca prezydenta Cartera Zbigniew Brzeziński ujawnił po latach w wywiadzie dla „Le Nouvelle Observateur” (15-21 stycznia 1998), że napisał wówczas notę do prezydenta, w której przewidywał, iż, jego zdaniem, pomoc dla antyrządowych sił w Afganistanie skłoni Sowiety do interwencji zbrojnej. Sowieci mieli oczywiście własne kalkulacje, które skłaniały ich do interwencji niezależnie od amerykańskich posunięć, ale akcja Waszyngtonu była świadomym działaniem mającym zwiększyć prawdopodobieństwo inwazji na Afganistan. 24 grudnia 1979 roku Armia Czerwona wkroczyła do Afganistanu. Zbigniew Brzeziński całkiem słusznie uważa, że tajne operacje USA w Afganistanie była znakomitą ideą, gdyż wciągnęły Sowiety w afgańską pułapkę. W dniu, kiedy wojska sowieckie przekroczyły granicę Afganistanu, Brzeziński napisał do prezydenta Cartera: „Mamy teraz okazję dać Związkowi Sowieckiemu jego własną wojnę wietnamską”. Ta wojna, zdaniem Brzezińskiego, walnie przyczyniła się do upadku Związku Sowieckiego. Trwająca przez 10 lat wojna dała też Waszyngtonowi możliwość oddziaływania na środkowoazjatyckie republiki sowieckie.

W latach 80. za prezydentury Ronalda Reagana Stany Zjednoczone wzmagają nacisk polityczno-militarny na Związek Sowiecki realizując w sposób „pokojowy” swój plan „Barbarossa”. Wojna na zbrojenia zakończyła się zniszczeniem pozycji Związku Sowieckiego jako światowego mocarstwa. Przyspieszone za prezydentury Reagana zbrojenia przewyższały we wzajemnych relacjach siły skutki niszczącej bitwy pod Mińskiem i Kijowem, wprowadzenie broni atomowej średniego zasięgu do Europy było porównywalne z zagrożeniem, jakie powstało po zwycięskich „kotłach” pod Wiaźmą i Briańskiem, początek realizacji programu Inicjatywa Obrony Strategicznej („Wojen Gwiezdnych”) był wstępem do bitwy pod Moskwą, bitwy, której Sowieci w przeciwieństwie do tej sprzed ponad 40 lat nie byli w stanie wygrać. Operacja „Barbarossa” zakończyła się całkowitym zwycięstwem, Układ Warszawski został rozwiązany, Związek Sowiecki zaczął się rozpadać, Stany Zjednoczone stanęły przed szansą zrealizowania swojego celu: zbudować imperium światowe.

Natychmiast, kiedy Związek Sowiecki zaczął się rozpadać, USA rozpoczęły geopolityczną ofensywę na wszystkich frontach (lata 90. to pierwsza faza przygotowania i przeprowadzania historycznie nowego globalnego porządku). Ledwo upadł mur w Berlinie dokonały interwencji w Panamie, która oprócz utrzymania kontroli nad Kanałem Panamskim i wysłania sygnału do innych krajów Ameryki Środkowej i Południowej, że na kontynencie nic się nie zmienia, miała ważny wymiar ideologiczno-propagandowy: była pierwszą po wojnie interwencją, której nie uzasadniano zagrożeniem ze strony komunizmu i Związku Sowieckiego lecz koniecznością „zmiany reżimu”. Po wygraniu z ZSRR na froncie europejskim, następuje uderzenie od południa na Irak, które, jak pisaliśmy wcześniej, jest bezpośrednim wkroczeniem do środka „Wielkiego Obszaru” o wielkim znaczeniu geostrategicznym, dobijającym ciosem w Związek Sowiecki i sygnałem ostrzegawczym dla jednoczącej się Europy. W następnych latach trwa ofensywa w Europie i w Azji Środkowej. Za prezydentury Clintona realizowany jest program Partnerstwo dla Pokoju, który w Europie przynosi w efekcie przesunięcie NATO na wschód. Krótko po przyjęciu do NATO Polski, Czech i Węgier następuje w 1999 roku uderzenie na Bałkanach, reorganizacja tego regionu i „zmiana reżimu” w Serbii, która jest ważnym obszarem całej przestrzeni naddunajskiej: Belgrad to brama do Bałkanów i miejsce, z którego panuje się nad szlakami komunikacyjnymi do Salonik i Stambułu, Serbia leży na geopolitycznej osi łączącej strategicznie Europę Zachodnią z Turcją. Bałkany to tarcza obrotowa pomiędzy Europą Środkową, Morzem Śródziemnym i Bliskim Wschodem.

Celem akcji USA na Bałkanach było osłabienie integracji europejskiej i zablokowanie wpływów Unii Europejskiej w Europie południowo-wschodniej, wypchnięcie Rosji z Bałkanów, przesunięcie NATO w kierunku południowo-wschodnim ku Bliskiemu Wschodowi, ku Izraelowi, ku Irakowi. Rosja odcięta już praktycznie od Bałtyku (poza enklawą kaliningradzką), miała zostać odcięta od szlaków Morza Czarnego.

Akcja przeciw Serbii zgodna była z logiką geopolitycznych zmian w Europie po 1989 roku. Wcześniej układ geopolityczny stworzony przez USA po 1945 roku opierał się w przestrzeni lądowej na Niemczech, w przestrzeni morskiej na Norwegii, która blokowała Związkowi Sowieckiemu wyjście na Morze Północne, i skąd blisko było do portu w Murmańsku, na Danii, która blokowała wyjście przez Bałtyk na Morze Północne, na Grecji i Turcji, która tworzyły pierwszą blokadę przy wyjściu z Morza Czarnego na Morze Śródziemne i na Włoszech i Gibraltarze, które zamykały wyjście na Atlantyk. Po upadku Układu Warszawskiego a potem po rozszerzeniu NATO na wschód Stany Zjednoczone odbiły z rąk Rosji Sowieckiej Wrota do Serca Lądu, ale pozostawała Jugosławia, w której Rosja miała nadal wpływy. Dlatego Jugosławia była systematycznie rozbijana od wewnątrz przez kilka lat a w 1999 roku USA zadały ostateczny cios, atakując resztkę Jugosławii z Serbią. Jugosławia przestała istnieć, Rosja została wypchnięta z tamtego regionu, zbałkanizowany obszar dostał się pod kontrolę amerykańską. USA zyskują dostęp do lotnisk, baz i poligonów w Bośni, Kosowie, Macedonii. W Rumunii do ich dyspozycji jest baza lotnicza, poligon w Babadag i wojskowy port Mangalia na Morzu Czarnym, w Bułgarii dwa lotniska wojskowe i dwa poligony.

Po opanowaniu Bałkanów USA mają pod swoją kontrolą Wrota do Serca Lądu – czyli pas od Przylądka Północnego po Turcję. „Anakonda” wzmacnia uścisk od zachodu i od południa, gdzie od połowy lat 90. w ramach „Partnerstwa dla Pokoju” umacnia się polityczna a w pewnym stopniu i wojskowa obecność USA na Zakaukaziu, w rejonie Morza Kaspijskiego i w Azji Środkowej, czyli na terytoriach do tej pory niedostępnych dla USA. Wysłannicy USA nawiązują kontakty wojskowe z postsowieckimi republikami w tamtym regionie, podpisywane są kontrakty na dostawy sprzętu wojskowego i broni. Zielone Berety odbywają ćwiczenia od 1996 roku w graniczącym od północy z Afganistanem Uzbekistanie, kilkudziesięciu uzbeckich oficerów przebywało od 1995 roku na szkoleniu w USA i studiowało na amerykańskich uczelniach wojskowych, w Taszkiencie działają firmy i instytucje związane z amerykańskimi służbami specjalnymi. W 1998 roku odbyły się ćwiczenia, w ramach których 500 żołnierzy 82 Airborne Division po 23 godzinach lotu z Fortu Bragg zrzuconych zostało na terytorium Kazachstanu. Powołano do życia Środkowazjatycki Batalion Utrzymania Pokoju, Rangersi szkolili siły specjalne Kirgistanu. W 1999 roku Kongres przyjął ustawę o Strategii Jedwabnego Szlaku, aby „wspierać gospodarczą i polityczną niezależność państw Południowego Kaukazu i Azji Środkowej”. Różne formy kooperacji wojskowo-politycznej zostały nawiązane z Gruzją, Armenią i Azerbejdżanem. W Gruzji na przykład przebywa 150 instruktorów wojskowych szkolących „siły szybkiego reagowania” które mają bronić strategicznych miejsc w Gruzji, szczególnie rurociągów.

USA tworzą zasuwę ryglującą Rosję na południowej flance, chcą kontrolować ważne szlaki transportowe. Rosja, napisał na łamach tygodnika „Der Spiegel” (5. VII. 1999) Christian Neff, ma zostać zamknięta za kordonem i zdegradowana do roli papierowego tygrysa.

Wejście USA w Azji Środkowej można traktować jako wstępną fazę do ataku na Afganistan, ataku będącego przemyślaną, wykalkulowaną, starannie zaplanowaną akcją. W wydaniu z 12 sierpnia 2002 roku Michael Elliot opublikował na łamach „Time Magazine” artykuł zatytułowany Oni mieli plan, w którym napisał, że w styczniu 2001 roku doradca prezydenta Clintona ds. bezpieczeństwa narodowego Sandy Berger zorganizował w Białym Domu serię briefingów, w których brała udział jego republikańska następczyni Condoleezza Rice i jej zastępca Stephen Hadley. Stojący na czele międzyagencyjnej Counter-Terrorism Group Richard Clarke, doświadczony biurokrata, który urzędował w okresie Busha pierwszego a potem za prezydentury Clintona, opracował strategiczny dokument, który zaprezentował Bergerowi i innym „przełożonym” od spraw bezpieczeństwa narodowego w grudniu 2000 roku. Berger postanowił przekazać tę sprawę swoim następcom z Partii Republikańskiej. Na wspomnianych wyżej briefingach Clarke przedstawił założenia swojego planu zwalczania terrorystycznej organizacji nazywanej Bazą – plan przewidywał m.in. zintensyfikowanie tajnych operacji w Afganistanie, wzmożenie pomocy dla Sojuszu Północnego, a ostatecznie akcje sił specjalnych i ataki z powietrza. Wiadomo, że CIA pierwsze kontakty z dowódcami klanów zwalczających talibów nawiązała w 1999 roku, aby w dwa lata później mogły one stać się częścią sił wojskowych zajmujących Afganistan. Od wiosny 2001 roku w Afganistanie działały tajne paramilitarne jednostki CIA z tzw. Special Activities Divison oraz tajne wojskowe jednostki wchodzące w skład niezależnego aparatu wywiadowczego Intelligence Support Activity (ISA) działające pod kryptonimem Gray Fox. W lipcu 2001 roku trzej byli urzędnicy Tom Simmons (b. ambasador USA w Pakistanie), Karl Inderfurth (były zastępca sekretarza stanu ds. Azji Południowej) i Lee Coldren (były ekspert Departamentu Stanu ds. Azji Południowej) spotkali się w Berlinie z przedstawicielami pakistańskiego i rosyjskiego wywiadu i poinformowali ich o tym, że USA planują militarne uderzenia przeciw Afganistanowi na październik. Tak się złożyło, że w dniach od 1 do 10 września w ramach zaplanowanych wcześniej ćwiczeń pod kryptonimem „Swift Sword” brytyjskie okręty wojenne popłynęły w kierunku Omanu w Zatoce Perskiej, gdzie 23.000 żołnierzy brytyjskich odbywało manewry. W tym samym czasie grupa amerykańskich krążowników przybyła do bazy floty wojennej w Zatoce Arabskiej, tuż przy pakistańskiej granicy, równocześnie 17.000 żołnierzy amerykańskich przybyło do Egiptu, aby wziąć udział w zaplanowanych wcześniej ćwiczeniach pod kryptonimem „Bright Star”. W październiku 2001 roku wprowadzony zostaje w życie plan Richarda Clarke`a. Po kampanii bombardowań lotniczych wojska amerykańskie zajmują Kabul i następuje „zmiana reżimu”. Akcja w Afganistanie to militarne uderzenie w centrum eurazjatyckich mas lądowych, kolejny krok na drodze ku penetracji i opanowaniu „Serca Lądu” (Heartland) i kolejna okazja, żeby umocnić swoją obecność wojskową w dawnych republikach sowieckich w Azji Środkowej – uścisk „anakondy” zacieśnia się.

Południe dawnego Związku Sowieckiego czyli 5 niepodległych “stanów” (Tadżykistan, Kirgistan, Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenistan) skłóconych ze sobą w najrozmaitszych kwestiach (zasoby, woda, energia elektryczna), mozaika narodów, plemion, klanów, grup etniczno-religijnych jest kluczowym obszarem dla opanowania Eurazji. USA, jak pisaliśmy wyżej były tam obecne już od połowy lat 90., co ułatwiło akcje w Afganistanie, który na północy graniczy z Turkmenistanem, Uzbekistanem i Tadżykistanem. W czasie i po kampanii afgańskiej USA zaczęły rozbudowywać swoją infrastrukturę wojskową w tamtym regionie. W Afganistanie Amerykanie mają pod swoją kontrolą pięć lotnisk, dostęp tego kraju do morza czyni go „korytarzem” prowadzącym do zamkniętych wewnątrz kontynentu „stanów” Azji Środkowej, z którego można korzystać bez konieczności negocjowania prawa przelotu. Do Kirgistanu przybyło 3.000 żołnierzy, uzupełniając 1.500 już będących w Uzbekistanie. Zawarto porozumienia w sprawie użycia tadżyckich i kazachskich lotnisk dla operacji wojskowych, Turkmenistan zgodził się na przelot samolotów wojskowych. Uzbekistan udostępnił swoją bazy lotniczą Hanabad w zamian za pomoc w 2002 roku wysokości 160 mln dolarów (Chińczycy zaoferowali Uzbekistanowi 600 mln dolarów pomocy gospodarczej, w ten sposób Uzbekistan bierze pieniądze zarówno do USA jak i Chin, co jest zgodne z taktyką pięciu „stanów”, które lawirują, grając na dwie strony). Przy porcie lotniczym Manas niedaleko stolicy Kirgistanu Biszkeku Amerykanie budują bazę lotniczą, gdzie będą mieli swoją administrację i magazyny amunicji. Baza Manas nadaje się zarówno do lotów wojskowych jak i innych, mogą tam lądować samoloty transportowe. Nowe bazy lotnicze powstaną w Tadżykistanie, Uzbekistanie i Kazachstanie. W marcu 2002 roku dożywotni prezydent Uzbekistanu Islam Karimow spotkał się z prezydentem Bushem w Białym Domu. Obaj mężowie stanu podpisali dokument nazwany „Deklaracją o strategicznym partnerstwie i zasadach współpracy”. Uzbekistan traktowany jest przez USA jako strategiczna oś regionu (dokładnie tak jak zalecał to Zbigniew Brzeziński w Wielkiej szachownicy). USA mają do dyspozycji bazy w Afganistanie (Baghram i Kandahar), które można wykorzystać do ewentualnych interwencji w głębi kontynentu, szczególnie w rejonie Morza Kaspijskiego i w ogóle w świecie islamu, a oprócz tego bazy Hanabad w Uzbekistanie oraz Manas w Kirgistanie. Waszyngton szuka też dostępu do dwóch baz wojskowych na południu Kazachstanu. USA planują również budowę nowej bazy lotniczej w Tadżykistanie. Wszystko to służy uzyskaniu przewagi powietrznej na całym tym obszarze i stworzeniu infrastruktury niezbędnej przy ewentualnym przerzucie wojsk w tamten rejon. W Azji Środkowej powstały „Bałkany”, łatwe do penetracji polityczno-wojskowej, skąd USA chcą całkowicie wypchnąć Rosję.

Po akcji w Afganistanie i umocnieniu się na „miękkim podbrzuszu” Rosji czyli w postsowieckich republikach środkowoazjatyckich Stany Zjednoczone w 2003 roku wyprowadzają kolejny atak od południa, dokonują „zmiany reżimu” w Bagdadzie i przejmują Irak pod swoją administrację. Jeśli nastąpi „zmiana reżimu” w Teheranie, to ramię „anakondy” zaciśnie się od Przylądka Północnego po Afganistan.

Opanowanie Iraku ma być pierwszym krokiem do „przemodelowania politycznego” całego Bliskiego Wschodu, które w najbardziej ambitnych projektach idzie aż do narysowania na nowo mapy całego regionu zgodnie z tezą jednego z przedstawicieli irackiej emigracji, że pojawiła się „historyczna okazja, taka sama jak przy upadku Imperium Otomańskiego”. Irak to trampolina dla przebudowy całego regionu, geopolityczna dźwignia do wyważenia pod hasłami „demokratyzacji” panującego tam układu polityczno-ideologicznego, baza logistyczna dla interwencji, działań wywiadowczych, dywersyjnych itp. w sąsiednich państwach – w Iranie, Arabii Saudyjskiej, Syrii.

Neokonserwatywny publicysta Charles Krauthammer napisał, że należy „zerwać diabelski pakt, jaki Ameryka zawarła ze światem arabskim kilka dziesięcioleci temu: wy dostarczacie nam ropę, a my nie wtrącamy się w wasze sprawy wewnętrzne”. Wynika stąd, że jeśli pakt zostanie zerwany, bo USA same będą kontrolować arabską ropę, to nic nie stanie na przeszkodzie „wtrącaniu się w sprawy wewnętrzne”, „demokratyzacji”, „zmianom reżimu” etc.

Jak pisaliśmy wyżej po zakończeniu II wojny światowej Departament Stanu i Rada Stosunków Zagranicznych rozwinęły koncepcję „Grand Area Planning”. Bliski Wschód był traktowany jako „Wielki Obszar” – czyli obszar „konieczny ze względów strategicznych dla kontrolowania świata”. Irak jest kluczem otwierającym bliskowschodni „Wielki Obszar” na polityczno-wojskową penetrację USA. „Droga na cały Bliski Wschód prowadzi przez Bagdad” stwierdził jeden z przedstawicieli amerykańskich sfer rządowych w sierpniu 2002 roku. Tą drogą przez Bagdad ruszyły pancerne kolumny.

Opanowanie Iraku daje możliwość oddziaływania na dwa poza Irakiem najważniejsze państwa regionu – Arabię Saudyjską i Iran. Arabia Saudyjska – wieloletni sojusznik USA, państwo, którego aparat bezpieczeństwa wewnętrznego był szkolony przez amerykańskich doradców, które przez dziesięciolecia dokonywało w USA wielkich zakupów broni i wyposażenia wojskowego – ma być bardziej politycznie jeszcze bardziej uległa, osłabiona poprzez rozbicie OPEC-u, którego była liderem, pozbawiona wpływu na sprawy regionu. Dzięki zajęciu Iraku USA zyskują swobodę manewru wobec Arabii Saudyjskiej, unikają konieczności traktowania jej jako strategicznego partnera, mogą poddawać ją zwiększonej politycznej presji, a przede wszystkim być blisko saudyjskiej ropy, tak aby w razie konieczności obalić rządzącą dynastię („zmiana reżimu”) pod pretekstem, że „wspiera terrorystów” i albo osadzić na tronie dynastię Haszemidzką, która obecnie rządzi w Jordanii albo stworzyć rządy wojskowe lub w ostateczności dokonać podziału kraju łącznie z wykrojeniem „samodzielnego” emiratu na obszarze, gdzie znajdują się główne pola naftowe, co dałoby kontrolę nad największymi zasobami ropy naftowej na świecie. Stany Zjednoczone przygotowują się też na wypadek, gdyby w Arabii Saudyjskiej zaszła niezaplanowana przez nie „zmiana reżimu” tzn. wybuchłaby „rewolucja islamska”. Wtedy wojska amerykańskie musiałyby przejąć bezpośrednią kontrolę nad saudyjskimi polami naftowymi (na marginesie dodajmy, że rząd USA może w ramach „wojny z terroryzmem” zamrozić ulokowane w bankach amerykańskich zagraniczne kapitały, co Arabii Saudyjskiej nakazuje szczególną ostrożność).

Obecność wojskowa USA w Azji Środkowej, w Afganistanie i w Iraku domyka okrążenie Iranu. Iran należący do „osi zła” jest teraz otoczony przez bazy amerykańskie: od północy z Azji Środkowej, od zachodu z Turcji i Iraku, od południa z Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej, Kataru i Omanu, od wschodu z Pakistanu i Afganistanu. Propagandowo przygotowuje się grunt pod „zmianę reżimu” w Teheranie oskarżając Iran o posiadanie broni masowego rażenia i eksport terroryzmu. USA pragną zmusić Iran do przerwania realizacji programu nuklearnego i rakietowego oraz rozbić „oś” Teheran-Moskwa, której przejawem jest współpraca w dziedzinie wykorzystania energii atomowej.

Syrię otoczoną przez Izrael, Irak, Turcję, Jordanię czeka „zmiana reżimu” lub groźba takiej zmiany. Poprzez zajęcie Iraku chcą USA mieć bicz na Arabię Saudyjską, Iran, Syrię, w dalszej kolejności na Egipt i Libię. Ważną okolicznością jest też to, że Irak jak klin dzieli świat islamski na dwie części: część zachodnią (arabską) od Atlantyku do Arabii Saudyjskiej oraz część wschodnią (persko-indyjską) od wyżyny Iranu przez Pakistan i Bangla Desz do Indonezji i Filipin. Ma to z pewnością znaczenie w aspekcie „georeligijnym”.

Położenie geograficzne Iraku, który leży w sercu Bliskiego Wschodu, graniczy z sześcioma ważnymi państwami i ma dostęp do morza, czyni z niego obszar o wielkim znaczeniu strategicznym. USA mają tu do dyspozycji cztery bazy – Międzynarodowe Lotnisko w Bagdadzie, port lotniczy Tallil koło Nasirii, lotnisko Bashur w północnym Kurdystanie, małe lotnisko H-1 w zachodniej części kraju.

Budowane dwa wielkie ośrodki wywiadowcze na północ od Mosulu i w pod Bagdadem umożliwią kontrolę Iranu i Syrii – instrumenty tych ośrodków sięgną do każdego zakątka tych krajów uzupełniając lub zastępując elektroniczne oczy i uszy umieszczone w płd. Turcji.

Zajęcie Iraku jest posunięciem geopolitycznym o wielkiej wadze, którego celem jest zyskanie kontroli politycznej nad jeszcze jednym „wielkim obszarem”, zapobieżenie jakimkolwiek próbom stworzenia „jedności” arabskiej lub muzułmańskiej, uniemożliwienie rozwijania ściślejszych więzi gospodarczo-politycznych państw regionu z Rosją, Chinami i Unią Europejską.

Dodajmy na marginesie, że zakładana „demokratyzacja” krajów islamskich i ich „otwarcie” na tzw. wartości i ideały zachodnie oprócz politycznego ma jeszcze jeden istotny, ekonomiczny aspekt, a mianowicie oznacza stworzenie nowych rynków zbytu dla amerykańskiego przemysłu kulturalnego, dla producentów filmowych i telewizyjnych, producentów gier komputerowych, dla branży muzycznej etc. Władztwo ideologiczne przekłada się na wymierne zyski dla amerykańskich korporacji. Jest to ważne z tego względu, że jak napisał Edwin Bendyk „kołem zamachowym rozwoju i siły Ameryki w miejsce samolotów, samochodów, chemikaliów stały się symbole, produkcja i usługi w sferze intelektualnej” (Złota klatka Matrixa, „Polityka”, 2003 nr 25). Oczywiste jest, że rozszerzanie amerykańskich zasad politycznych i popularyzacja amerykańskich wartości idzie w parze ze zwiększeniem sprzedaży symboli, z rozwojem produkcji i usług w sferze intelektualnej.

Opanowanie Bliskiego Wschodu oznacza geopolityczne osłabienie Chin i Rosji. Chiny jako ewentualny lider Azji Południowo-Wschodniej są uznawane w Waszyngtonie za potencjalne strategiczne zagrożenie dla USA. Coraz większa integracja Chin z gospodarkami Azji Południowo-Wschodniej i regionu Pacyfiku, gdzie powstaje największa strefa wolnego handlu na świecie z ponad dwoma miliardami ludzi, pojawienie się koncepcji powołania Azjatyckiego Funduszu Walutowego i wspólnej waluty, co byłoby ciosem w dolara i w Międzynarodowy Fundusz Walutowy – wszystko to sprawia, że kapitalistyczne Chiny bardziej niż Chiny komunistyczne zagrozić by mogły dominacji USA w Azji Wschodniej.

Przywódcy chińscy wielokrotnie wypowiadali się za nawiązaniem mocniejszej współpracy z krajami arabskimi – teraz będzie to utrudnione. USA odcinają Chiny od Bliskiego Wschodu i od swobodnego dostępu do ropy a zarazem blokują ich wpływy w Azji Środkowej. Baza lotnicza Manas w Kirgistanie – państwie graniczącym z Chinami, przystosowana też do stacjonowania wojsk lądowych, znajduje się 200 mil od chińskiej granicy, gdzie leży najdalej na zachód położona chińska prowincja Sinkiang – w ten sposób główne chińskie terytorium, gdzie dokonuje się testów z bronią nuklearną, może zostać błyskawicznie osiągnięte przez amerykańskie samoloty bojowe. Amerykanie szukają dostępu do bazy lotniczej niedaleko Semipałatyńska w Kazachstanie, która w czasach ZSRR była zaprojektowana jako wsparcie dla ewentualnych operacji przeciw Chinom. Wojskowa aktywność Amerykanów w Kazachstanie jest okryta tajemnicą, ale wiadomo, że tamtejszy rząd zgadza się na przeloty samolotów wojskowych, zapewnia prawo do tankowania i lądowania w sytuacjach kryzysowych.

Obecność wojskowa USA w Pakistanie, Afganistanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Kazachstanie oznacza okrążenie Chin od strony zachodnio-północnej, w obecność w Korei Południowej, w Indonezji, w Tajlandii, na Filipinach, na Tajwanie, w Japonii i Australii – od strony południowo-wschodniej. Na wyspie Guam na Pacyfiku ma stacjonować 150 myśliwców i 50 bombowców.

Kwestia Korei Północnej wchodzącej w skład „osi zła”, kwestia Morza Południowo-Chińskiego i 200 milowej strefy przybrzeżnej, której nie chcą uznać Stany Zjednoczone ma także wyraźny antychiński wymiar. Już dziś Waszyngton chce zapobiec temu, żeby w przyszłości zjednoczona Korea, Tajwan, Japonia i Chiny nie zaczęły gospodarczo i politycznie zbliżać się do siebie. Z pewnością Waszyngton udzieli poparcia dla formalnego uznania niepodległości Tajwanu. W komputerach i w segregatorach propagandystów czekają przygotowane od dawna żądania „demokratyzacji” Chin czyli „zmiany reżimu” (po raz ostatni zapewne może zostać ożywiona retoryka antykomunistyczna).

Rosja po zajęciu przez USA Iraku utraciła w dużej mierze wpływ na to dzieje się w regionie bliskowschodnim, jej partner Iran został zaliczony do „osi zła” i okrążony, równocześnie słabnie jej strategiczna pozycja w Azji Środkowej. Supertajne rosyjskie instalacje wojskowe w Azji Środkowej będące ważnym elementem infrastruktury bezpieczeństwa i systemu kosmicznego znajdą się w zasięgu wywiadowczym i lotniczym USA. W Kazachstanie znajdują się instalacje antyrakietowe i wielka stacja radarowa, której potężne radary są częścią rosyjskiego systemu wczesnego ostrzegania. W Kirgistanie znajduje centrum komunikacyjne rosyjskiej marynarki wojennej i poligon do testowania rakiet wystrzeliwanych z atomowych okrętów podwodnych na jeziorze Issyk-Kul, stacja obserwacji przestrzeni okołoziemskiej znajduje się w Tadżykistanie. Rosyjskie urządzenia do śledzenia przestrzeni okołoziemskiej znajdują się w Nurku w Tadżykistanie. W okresie Związku Sowieckiego północny Kazachstan i zachodnia Syberia były obszarami położonymi w samym środku mas lądowych Eurazji, były punktami na globie maksymalnie oddalonymi od jakichkolwiek militarnych urządzeń USA (lotnisk, baz, okrętów podwodnych, wyrzutni rakietowych). Tam mieściła się i mieści nadal ważna rosyjska infrastruktura bezpieczeństwa, infrastruktura wojskowa i przestrzeni okołoziemskiej, teraz obszar ten znalazł się w zasięgu amerykańskiego lotnictwa taktycznego i naziemnych urządzeń wywiadowczych.

W „Wytycznych Planowania Obronnego” opracowanych ponad 10 lat temu pod kierownictwem ówczesnego podsekretarza obrony Paula Wolfowitza wskazuje się na cztery „Wielkie Obszary” jako na potencjalne zagrożenia dla bezpieczeństwa (władzy) USA: „Naszym pierwszym celem jest zapobiec ponownemu pojawieniu się nowego rywala, czy to na terytorium byłego Związku Sowieckiego czy gdziekolwiek indziej, który stwarzałby zagrożenie tego rzędu co stwarzał Związek Sowiecki, to wymaga, aby zapobiec zdominowaniu przez wrogą potęgę regionu, którego zasoby, pod skonsolidowaną kontrolą, byłyby wystarczające, aby zrodzić potęgę globalną. Takimi regionami są Europa Zachodnia (czyt. Unia Europejska), Azja Wschodnia (czyt. Chiny, Japonia), terytoriumdawnego ZSRS (czytaj: Rosja) i Płd. Zach. Azja (czyt. Bliski Wschód). Musimy utrzymać mechanizm dla powstrzymania potencjalnych rywali od jakichkolwiek aspiracji do większej regionalnej lub globalnej roli”.

Europa, Bliski Wschód, Azja Południowo-Wschodnia (Chiny, Japonia), stanowią trzy „Wielkie Obszary” położone na zachodzie, południu i wschodzie Starego Świata, od strony Oceanu Atlantyckiego, Oceanu Indyjskiego i Oceanu Spokojnego. Do nich dochodzi czwarty „Wielki Obszar” czyli Rosja mająca wcześniej pod swoją kontrolą serce mas lądowych Eurazji. Uderzenie na Irak było równoczesnym atakiem na wszystkie te cztery obszary i ciosem w „miękkie podbrzusze” Starego Świata. Stany Zjednoczone stoczyły bój o Eurazję, bój, który rozpoczęły sto lat temu, a którego ostatni etap przypada na przełom XX. i XXI. wieku. Niezależnie od tego, czy patrzymy na globalną sytuację geopolityczną poprzez pryzmat geopolityki eurazjatyckiej czy geopolityki Starego Świata Heinricha Jordisa von Lohausena widać jasno, że Stany Zjednoczone, które panują już nad wszystkimi morzami i oceanami, chcą teraz zapanować nad wszystkimi lądami Ziemi. Zbałkanizowały Związek Sowiecki, opanowały od wschodu Wrota do Serca Lądu, penetrują zbałkanizowane Serce Lądu w Azji Środkowej, wzięły Rosję w kleszcze od zachodu i południa „zachodząc ją od dołu”, odpychając od Kaukazu, od rejonu Morza Kaspijskiego i od Iranu, „zaszły od tyłu” Chiny i okrążyły je, zacisnęły ze wszystkich stron ramiona „anakondy”, okrążyły „starą Europę”, opanowują „Wielki Obszar” Bliskiego Wschodu, rozdzieliły wschodnie i zachodnie skrzydło „Starego Świata”, przejmują pod kontrolę strategiczny korytarz wzdłuż 40-45 równoleżnika od Bałkanów, Morza Śródziemnego, Turcji, Morza Czarnego poprzez Gruzję, Armenię, Azerbejdżan, Morze Kaspijskie, południowy Kazachstan, północny Afganistan, Turkmenistan, Uzbekistan, Tadżykistan i Kirgistan aż po granice Chin.

Panowanie nad tym korytarzem skierowanym ku sercu Eurazji i przecinającym ją na część północną i południową, pozwala ryglować Rosję od południa, blokować zamiary Chin, które chciałyby podążać dawnym „Jedwabnym Szlakiem” na zachód, i kontrolować wielkie masy lądowe Eurazji także „od środka”. USA opanowały wszystkie najważniejsze z geostrategicznego punktu widzenia terytoria na naszej planecie, oddzieliły od siebie wszystkie „Wielkie Obszary”, aby je penetrować, kontrolować, powstrzymywać oraz uniemożliwić powstanie jakichkolwiek „osi” pomiędzy nimi, czy to na kierunku zachód-wschód, wschód-południe czy zachód-południe, dokonały planetarnego przegrupowania sił, porozstawiały figury wielkiej szachownicy Eurazji, aby nimi poruszać zgodnie polityką „równowagi sił”, przekształciły całą Ziemię w jeden globalny kontrolowany przez siebie „Grossraum” i zbudowały swoje Imperium Mundi. Ale „amerykańska kampania o globalną suwerenność” (zob. Peter Gowan „Socialist Register” 2003) nie może ustać, gdyż suwerenność musi być cały czas broniona i umacniana, utrwalana i czujnie strzeżona. Dlatego trwają przesunięcia w globalnych układach siły militarnej, następuje relokacja oddziałów wojskowych, baz i placówek wywiadowczych na całym świecie, szpiegowskie samoloty i okręty wyruszają na nowe trasy, zmieniają się kierunki przepływów pieniędzy i broni, żołnierze, doradcy wojskowi i instruktorzy, agenci pojawiają się w najodleglejszych zakątkach świata, powstają nowe bazy i lotniska i wykorzystywane są te dotychczas niedostępne, imperialne garnizony zajmują nowe pozycje na całym globie mając do dyspozycji nowe miejsca manewrów, poligony, ośrodki szkoleniowe, cała planeta pokryta jest siecią stacji satelitarnych, stacji dla satelitów globalnego namierzania, stacji radarowych, sejsmicznych (testy nuklearne), nasłuchowych. Możliwe jest totalne monitorowanie i bezustanne skanowanie powierzchni Ziemi w realnym czasie dzięki globalnemu wywiadowi satelitarnemu pozwalającemu wiedzieć przez cały czas, co dzieje się w każdej chwili w każdym zakątku globu. Powstaje planetarna machina obserwacji, która umożliwia „kontrolę z góry”: patrolowanie, namierzanie, identyfikacja, śledzenie, przewidywanie ruchu, nacelowanie, przechwycenie lub powstrzymanie. Nowe ulokowane w przestrzeni okołoziemskiej radary będą śledzić poruszanie się celów na całym globie 24 godziny na dobę w każdych warunkach pogodowych

Imperium nie tworzy już wielkich baz z dużymi oddziałami wojskowymi, ale niewielkie „lekkie” bazy, których rozmieszczenie wynika ze strategii szybkiego przerzucanie do dostępnych punktów na całym globie mobilnych, szybszych, elastyczniejszych sił wyruszających z terytorium USA i zdolnych do zadawania błyskawicznych ciosów (globalne Siły Szybkiego Reagowania). Nowe technologie lotnicze i komunikacyjne uwalniają imperium od konieczności posiadania wielkich baz i w większym stopniu uniezależniają je od współpracy lokalnych sojuszników. Imperium z jednej strony część sił rozprasza po całym globie a część wycofuje na swoje metropolitalne terytorium, z którego mogą być przerzucane w różne miejsca na świecie dzięki „globalnemu mostowi lotniczemu”, na który składają się lotniska, bazy lotnicze, stałe lub czasowe prawa tranzytowe, prawa dla przelotów samolotów bojowych i transportowych, prawa do lądowania i międzylądowania. USA są obecne wojskowo w ponad 130 krajach świata na wszystkich kontynentach. Powstaje nowa logistyczna infrastruktura Imperium Mundi służąca do działań interwencyjnych (policyjno-wojskowych) w każdym punkcie globu ziemskiego.

Dokonuje się nowy podział świata na kontynentalne okręgi wojskowe: po raz pierwszy w historii świata nie ma zakątka na globie, który nie stałby pod dowództwem wojskowym USA: powstało nowe naczelne dowództwo dla Ameryki Północnej (Northcom), naczelne dowództwo dla Europy (Eucom), któremu podlega też większa część Afryki będzie teraz obejmować także Rosję, naczelne dowództwo Pacyfiku (Pacom) obejmie Arktykę. Bez zmian pozostaną naczelne dowództwa dla Środkowej i Płd. Ameryki (Southcom) oraz naczelne dowództwo obszaru centralnego (Centcom) obejmujące północno-wschodnią Afrykę, Zatokę Perską, Azję Środkową i Pakistan. Powstaje nowe centrum władzy militarnej: naczelne dowództwo, któremu podlegać będą systemy wczesnego ostrzegania i satelity, systemy obrony antyrakietowej i strategiczne rakiety uderzeniowe, strategiczne środki dla konwencjonalnych i nuklearnych opcji uderzeniowych, także dla uderzeń prewencyjnych, strategicznych ataków odwetowych i strategicznej obrony. Podjęto decyzję połączenia naczelnego dowództwa przestrzeni okołoziemskiej (Spacecom) i dowództwa strategicznych sił bojowych (Stratcom). Odległości i dystanse mają znaczenie tylko w wymiarach globalnych, przestają istnieć terytorialne rozróżnienia i granice, cała przestrzeń planety staje się jedną przestrzenią strategiczną, cały glob podlega „geostrategicznej homogenizacji”.

Nowa doktryna nuklearna po raz pierwszy przewiduje użycie broni nuklearnej także w stosunku do krajów, które nie mają broni nuklearnej, a nawet przeciw organizacjom terrorystycznym. Umożliwić to ma mają małe taktyczne bomby atomowe, które będą mogły być użyte w normalnych działaniach wojennych. Broń nuklearna przestaje być tylko środkiem odstraszania lub odwetu ale staje się instrumentem używanym np. dla zniszczenia celów, które są nie do zniszczenia przy pomocy broni konwencjonalnej i dla zneutralizowanie zdolności wojskowych wroga. Zaciera się różnica pomiędzy wojną konwencjonalną i nuklearną. Nie idzie już o nuklearne odstraszanie ale nuklearną dominację, o możliwość toczenia i wygrania wojny nuklearnej. Aktualizowana jest strategiczna lista celów w Rosji i Chinach znana jako Single Integrated Operational Plan (SIOP) obejmująca wszystkie możliwe cele jakie powinny być zniszczone i zaatakowane, w tym cele wchodzące w skład nuklearnej infrastruktury tych państw. Jest to plan „nuklearnej lobotomii” obu tych państw (być może w przyszłości obejmie on również Francję).

Rozwijane są nowe generacje super-broni i bronie „egzotyczne”, gdzie sama energia, masa i szybkość służą jako niszcząca siła np. broń kinetyczna (pozbawione ładunków pociski wyrzucane z przestrzeni okołoziemskiej). Rozpatruje się możliwości wojny biologicznej przeciw specyficznym genotypom. Ofensywna broń biologiczna, która sparaliżuje zdolności bojowe potencjalnego przeciwnika, ma być użytecznym narzędziem politycznym. Prowadzone są prace i eksperymenty z tzw. bronią geofizyczną, która umożliwi manipulowanie środowiskiem naturalnym i zjawiskami meteorologicznymi.

Wypracowuje się nowe formy i metody wojny psychologicznej i informacyjnej, obmyśla prowokacje i stymulowane reakcje, tworzy instrumenty „strategicznego wpływu”, powołuje do życia nowe instytucje i agencje, które w swojej działalności nie czynią różnicy pomiędzy informacją i dezinformacją, propagandą i analizą, „prawdą” i „kłamstwem”.

Po opanowaniu mórz, lądów i przestrzeni powietrznej imperium kontynuuje dążenie do dominacji nad przestrzenią okołoziemską uznaną za kluczowe pole bitwy w 21. wieku. Następuje, wbrew międzynarodowym traktatom, militaryzacja przestrzeni okołoziemskiej i kosmicznej łącznie z umieszczeniem tam arsenału nuklearnego. Rozwijane są militarne technologie w przestrzeni orbitalnej i bronie funkcjonujące w próżni kosmicznej, konstruowane są nowe środki transportu i przenoszenia, planowane jest stworzenie baz wojskowych w przestrzeni etc.

Do tej pory przestrzenie okołoziemska i kosmiczna uznawane były za prowincję należącą do całej ludzkości z wolnym dostępem dla wszystkich, nie podlegającą politycznemu zawłaszczeniu. Obecnie następuje przyłączanie tej prowincji do imperium, które pragnie ją kontrolować, dominować nad nią i realnie regulować dostęp do niej. „Wolność przestrzeni okołoziemskiej” będzie zagwarantowana przez armię imperium-strażnika kosmosu, tak jak kiedyś „wolność mórz” była gwarantowana przez okręty wojenne.

Dąży się do sytuacji, w której wszystkie możliwe cele na lądzie, na morzu i w powietrzu będą mogły być atakowane i niszczone z przestrzeni. Znikają wszelkie ograniczenia w przelotach nad terytoriami „suwerennych” państw. Powstaje w pełni zintegrowany system prowadzenia wojny na lądzie, na morzu, w powietrzu i w przestrzeni okołoziemskiej, chce się stworzyć możliwość zdominowania z przestrzeni okołoziemskiej wszystkich możliwych teatrów wojennych, nastąpić ma koordynacja cywilnych, komercyjnych i wojskowych operacji w przestrzeni okołoziemskiej, i stworzenie militarnych zdolności do ochrony funkcjonującej tam infrastruktury komunikacyjnej i nawigacyjnej. Tworzona jest nowa najwyższej klasy elitarna kadra wojskowa, najlepiej wyszkoleni i wyekwipowani „space warriors” szkoleni są pod kątem walki w przestrzeni, co nie znaczy, że władze imperium zapominają, iż potężna imperialna machina wojenna w ostatecznym rozrachunku musi polegać na oddziałach lądowych zdolnych do przeprowadzania polityczno-wojskowych interwencji, ekspedycji karnych, akcji policyjnych, okupacji i pacyfikacji, tłumienia buntów, powstań, lokalnych ruchów separatystycznych itp.

Już dziś nad doktrynami i koncepcjami pracują dla imperium astropolitycy i astrostratedzy, którzy myślą o przestrzeni okołoziemskiej i kosmicznej w kategoriach „terytorium”, ostatniego po lądzie, morzu i powietrzu terytorium otwieranego dla wojny przez technologiczne innowacje, starają się identyfikować najważniejsze ziemskie i kosmiczne, których kontrola zapewni wojskową i polityczną dominację nad przestrzenią pozaziemską, rozpoznają topografię przestrzeni, jej grawitacyjne „góry” i „doliny”, „brzegi”, „wąskie gardła”, strategiczne „cieśniny” i „przesmyki”, obszary „osiowe”, ewentualne „porty”, „posterunki”, optymalne i najmniej kosztowne trasy transportowe tworzące naturalne korytarze dla ruchu i handlu. Stratosfera, przestrzeń okołoziemska, przestrzeń lunarna z jej punktami libracji i z księżycem jako strategiczną pozycją, oraz przestrzeń układu słonecznego – wszystkie te przestrzenie wraz z ich planetami, księżycami, asteroidami winny, zdaniem astropolityków i astrostrategów, stać się zhierarchizowanym pod różnymi względami, kontrolowanym militarnie terytorium.

Teoretycy astropolityki twierdzą: kto kontroluje przestrzeń okołoziemską, ten dominuje nad Ziemią, kto dominuje nad Ziemią ten określa losy ludzkości. Z punktu widzenia astropolityki idzie o dominację nad Ziemią jako całością, przestrzeń kosmiczna staje się w ich koncepcjach ultymatywną bazą dla władzy imperialnej i dla panowania nad całą ludzkością. Osiągnięcie tego celu wymagać będzie przezwyciężenia wielu technologicznych i strategicznych ograniczeń i barier, ale imperium wstępuje dziś na drogę wiodąca ku niemu. Kiedy imperium stanie się „Master of Space”, cała Ziemia będzie jednym terytorium rządzonym z przestrzeni.

Klasyczne geopolityczne równanie „przestrzeń+siła=władza” nadal zachowuje swoją ważność, z tym tylko, że siła dodana zostaje również do przestrzeni innych niż ziemska, morska i powietrzna – do przestrzeni okołoziemskiej, kosmicznej, cyberprzestrzeni, infoprzestrzeni etc. Amerykańskie Imperium Mundi = tallasokracja + tellurokracja + aeorokracja + eterokracja + kosmokracją + infokracja + cyberokracja = panowanie nad wszystkimi możliwymi przestrzeniami. Osiągnięte zostało „Pełne Spektrum Dominacji”, po stu latach bezustannej aktywności politycznej i uporczywej walki na wszystkich możliwych frontach władza nad światem została zdobyta, globalna suwerenność ustanowiona, dotychczasowa historia polityczna świata „zakończyła się”.

POWRÓT SUWERENA

Imperium dąży teraz do tego, aby uczynić „bezsensownym” wyścig zbrojeń, wyeliminować z góry możliwość pojawienia się rywala, który miałby nadzieję, że przewyższy siłę imperium czy choćby jej dorówna. Celem jest zatem faktyczne rozbrojenie wszystkich państw świata i skupienie w jednym ręku monopolu przemocy militarnej czyli utrwalenie władzy imperium „na zawsze”. Ma istnieć tylko jeden podmiot, który ma prawo użyć siły lub zagrozić użyciem siły na całym globie (prawo, które imperium czerpie z tego, że tę siłę realnie posiada) wobec innych podmiotów, którym nie wolno użyć siły. Jako historyczną analogię można tu przywołać np. likwidację przez władców absolutnych zamków obronnych czyli rozbrojenie wielkich panów feudalnych,

Jednym z celów imperium jest nie dopuścić do tego, aby inne „nieodpowiedzialne” państwa weszły w posiadanie broni masowego rażenia, przede wszystkim broni nuklearnej. Armia (przypadek Iraku), siły specjalne i agentury imperium mogą atakować cele w dowolnym kraju, aby zlikwidować produkcję broni masowego rażenia lub zapobiec rozwijaniu technologii potrzebnej do jej budowy. Suweren jako zasadę przyjmuje możliwość rozbrojenia innych państw, aby zapewnić sobie monopol środków militarnej przemocy. Ponieważ, to suweren decyduje o tym, jakie państwo jest „nieodpowiedzialne”, potencjalnie każdy kraj może zostać rozbrojony.

Równocześnie trwają zaawansowane prace nad stworzeniem Tarczy Antyrakietowej, która sprawi, że imperium zyska potencjalną możliwość prowadzenia wojny (także z użyciem broni atomowej) bez obawy odwetu atomowego skierowanego przeciw terytorium metropolitalnej prowincji, gdzie zamieszkuje główny sektor elity imperialnej. Zniknęły dziś wszystkie przeszkody prawne, polityczne i techniczne, aby zbudować Tarczę Antyrakietową mającą dostarczyć imperium ofensywnego nuklearnego zabezpieczenia, któremu żadna siła nie jest zdolna się przeciwstawić. Posiadanie Tarczy, będącej logicznym uzupełnieniem dla uderzeń prewencyjnych, daje imperium pełną swobodę manewru i oznacza praktyczne rozbrojenie wszystkich członków klubu nuklearnego – oni mają tylko miecz, i do tego gorszy, który staje się bezużyteczny w sytuacji, gdy imperium ma zarówno miecz jak i tarczę, której oni nie posiadają. Przewiduje się, że udoskonalona Tarcza Antyrakietowa da możliwość zniszczenia rakiet w krótki czas po ich wystrzeleniu, tak aby ich szczątki spadły na terytorium skąd została wystrzelona.

W momencie, kiedy Tarcza Antyrakietowa realnie zacznie funkcjonować amerykańskie Imperium Mundi potwierdzi ostatecznie swoją globalną suwerenność militarną.

W przemówieniu wygłoszonym w West Point 1 czerwca 2002 roku prezydent Bush stwierdził, że Stany Zjednoczone obalą każdy rząd który uznany zostanie za zagrożenie dla Ameryki: „Jeśli będziemy czekać, aż zagrożenie się w pełni zmaterializuje, będziemy czekać za długo”. Imperium nie czeka, lecz nadaje sobie wyłączne prawo do „wyprzedzających uderzeń”, do bezpośredniej policyjnej, wojskowej i strategicznej interwencji na każdym terytorium, jeśli uzna to za konieczne dla utrzymania pozycji imperium i ochrony porządku imperialnego. Każdy, kto mógłby się stać wrogiem imperium nawet w odległej i nieokreślonej przyszłości może zostać zaatakowany i pokonany w momencie, który imperium wybierze jako najbardziej korzystny. Doktryna „prewencyjnych uderzeń” zakłada, że zagrożenie nie musi być jeszcze realne, ale może się kiedyś zmaterializować, że jeszcze nie istnieje ale może zaistnieć. Teoretycznie chodzi o zagrożenie militarne lub terrorystyczne, ale praktycznie za zagrożenie może zostać uznane każde wyzwanie dla władzy imperialnej, zagrożenie dostrzegane gdzieś na horyzoncie, na wpół wymyślone, przesadzone, wyobrażone, możliwe, jeszcze nie w pełni ujawnione, ledwo uformowane, embrionalne, potencjalne etc. Również zagrożenie dla prestiżu, dla pozycji, dla interesów ekonomicznych i finansowych imperium może stać się powodem dla „prewencyjnego uderzenia” lub groźby jego zastosowania. Tym samym doktryna „prewencyjnych uderzeń”, która, dodajmy, czyni bezsensowną Kartę ONZ, nie mówi o stanie nadzwyczajnym, ale jako forma „antycypacyjnej obrony” normalizuje użycie instrumentów przemocy przez imperium.

Imperium prowadzi „wojnę z terroryzmem” – niewypowiedzianą, nieformalną, „brudną wojnę szarej strefy”, bez ograniczeń czasowych, geograficznych, rodzajów broni, form, metod, celów i skali. Jest to post-clausewitzowska, chaotyczna, nielinearna, „postmodenistyczna” wojna czwartej generacji – wojna bez wielkiego, łatwo identyfikowalnego wroga, wojna, w której nie istnieją jasno zdefiniowane pola walki i linie frontu, wojna bez ograniczeń czasowych, geograficznych, rodzajów broni, form, metod, celów i skali, bez stałych zasad użycia broni i sposobów walki, wojna nie znająca różnic pomiędzy tym, co „cywilne” i tym, co „wojskowe”, przenikająca całość relacji społecznych i całe spektrum ludzkiej aktywności – politycznej, ekonomicznej, socjalnej i wojskowej, wojna, w której małe znaczenie ma kultura stopni, rang, mundurów, oddawania honorów, drylu i rozkazu, wojna, w której terroryści i członkowie grup antyterrorystycznych upodobniają się do siebie.

Ponieważ ta wojna, w której zanika różnica pomiędzy „zimną” i „gorącą” wojną a wręcz pomiędzy „wojną” i „pokojem”, jest globalnym przedsięwzięciem o niewiadomym czasie trwania, to przestaje być czymś wyjątkowym. Jej „normalizacja” oznacza, że przekształcona zostaje w trwały element imperialnego systemu władzy. Nieokreślony geograficznie terroryzm jest w imperium światowym tym samym, co przestępczość w państwie narodowym. Tak jak policja w państwie narodowym stale chwyta przestępców, a mimo to nigdy nie może wytępić przestępczości, tak samo imperialna armia i globalny aparat bezpieczeństwa chwytają i zabijają terrorystów, a mimo to terroryzm nigdy nie zostanie zwalczony. Tak jak zwalczanie przestępczości nigdy się nie kończy i jest podstawą legitymizacji aparatu państwowo-policyjnego, tak nigdy nie skończy się globalna wojna z globalnym terroryzmem, która jest legitymizacją władzy Imperium Mundi.

Imperium pragnie wytworzyć światowy „konsensus” wokół pewnego zadania („wojna z terroryzmem”), osiągnąć „jedność moralno-polityczną” świata, zadekretować reguły i słownictwo obowiązującego języka politycznego, zdefiniować globalne zagrożenie, uczynić je dominującym tematem wszystkich regionalnych i międzynarodowych forów i politycznie ustawić się na czele „koalicji antyterrorystycznej” obejmującej cały świat. Imperium chce uzyskać w ten sposób polityczno-moralną legitymizację, związać lokalne elity wspólną sprawą, nadać światu „dwubiegunowość” (imperium przeciw terrorystom), zapobiec powstawaniu „struktur poziomych”, horyzontalnych sojuszy i politycznych „osi” i zastąpić je układem wertykalnym, w którym kontakt pomiędzy państwami (prowincjami) odbywa się tylko poprzez stolicę imperium.

Terroryści nie mają ścisłego terytorialnego umiejscowienia, tworzą siatki, powiązania, luźne struktury, zostawiają ślady i tropy na całym globie – typem władzy, który takiemu zjawisku odpowiada, jest właśnie władza imperium światowego. Imperator oświadcza, że „cały świat jest naszym polem bitwy” i zapowiada, że „w poszukiwaniu złoczyńców trzeba przeszukiwać ciemne zakamarki świata”. Istnieje jeden globalny „home front”, list gończy za jakimś terrorystą („Mister X: Wanted Dead or Alive”) obowiązuje na całym świecie, pościg za złoczyńcą „przebiega nie na niezależnych pod względem prawnym terytoriach, ale jest to akcja wewnątrz zunifikowanego świata” (Michael Hardt, Antonio Negri).

„Wojna z terroryzmem” ma podwójny wymiar: terroryści są wprawdzie wrogiem zdelokalizowanym i zdeterytorializowanym, ale jeśli jest taka potrzeba mogą ulegać geopolitycznej lokalizacji i terytorializacji, tak jak było to w przypadku Afganistanu czy Iraku oskarżonego o wspieranie terroryzmu. Celami „wojny z terroryzmem” mogą być jednostki, grupy, instytucje i organizacje, ale również państwa (prowincje) i terytoria. Globalne, nieuchwytne, rozproszone siatki terrorystyczne nabierają geopolitycznej substancjalności, kiedy rzutowane są na istniejącą mapę geograficzno-polityczną świata.

Terroryści nie mają adresu, na który można im wysłać wypowiedzenie wojny, nie mają znanej kwatery głównej, nie mają terytorium, które można zbombardować, ale talibowie mają adres i terytorium, terroryści są wszędzie i nigdzie, ale zawsze mogą zostać przypisani do realnej całości geopolitycznej (Afganistan, Irak, Bliski Wschód, Europa etc.). Całe państwa lub inne skupienia aktualnej lub potencjalnej siły mogą zostać uznane przez imperium za część globalnej siatki terrorystycznej, za sponsorów terrorystów, za terytoria opanowane przez terrorystów, udzielające im schronienia, za ich siedzibę czy bazę wypadową, jeśli imperium dojdzie do wniosku, że posiadają własne ambicje polityczne lub postępują niezgodnie z polityczną linią wyznaczoną przez władze imperium. Aby „zwalczać terroryzm” agenci imperium i jego funkcjonariusze policyjno-wojskowi swobodnie krążą po „suwerennych” państwach, wnikają do rządów, penetrują lokalne agencje wywiadowcze i aparaty bezpieczeństwa, „doradcy” wojskowi de facto komenderują lokalnymi siłami zbrojnymi, doradcy cywilni monitorują i wpływają na decyzje ministrów. „Wojna z terroryzmem” wzmacnia nie znający granic i odrębnych jurysdykcji państwowych imperialny aparat bezpieczeństwa, wymaga działania planetarnych służb wywiadowczych i globalnych agentur.

Monopol przemocy, pełna dominacja militarna nad wszystkimi możliwymi przestrzeniami, zasada „wyprzedzającego uderzenia” oraz „wojna z terroryzmem” są zasadniczymi składnikami imperialnej suwerenności, która znosi rozróżnienie pomiędzy „wewnętrznym” i „zewnętrznym bezpieczeństwem”, przekreśla dotychczas obowiązujące prawo międzynarodowe lub innymi słowy zamienia je w prawo publiczne imperium.

Narodowa Strategia Bezpieczeństwa ogłoszona przez prezydenta Busha jest w rzeczywistości manifestem politycznym skierowanym do całego świata, swego rodzaju deklaracją ogłaszającą „urbi et orbi” powstanie Imperium Mundi oraz przekazującą do powszechnej wiadomości, jakie zasady, prawa i normy w nim będą obowiązywać. Polityczną treścią „narodowej strategii bezpieczeństwa” nie jest ani „narodowa obrona” ani „bezpieczeństwo narodowe” lecz permanentna globalna supremacja wojskowa i obrona imperialnej suwerenności.

Nie istnieje już „równowaga sił”, „powstrzymywanie” czy „odstraszanie”, ale jedna imperialna struktura władzy światowej znosząca strukturalną anarchię systemu międzynarodowego tworzonego przez suwerenne państwa, które teraz ulegają absorpcji w ład znajdujący się pod jednym sklepieniem imperium.

Imperium nadaje sobie prawo „zmiany reżimu”, co jest celem imperialnym par excellence, gdyż zakłada, że suwerenność państwa już nie istnieje. Istnieje jedynie stosunek podległości: globalny suweren zmienia kierownictwo prowincji, gdyż z takich czy innych względów uznaje je za nieprawowite, nielegalne czy po prostu „złe”. Suweren rezerwuje sobie prawo definiowania i interpretowania tego, co jest a co nie jest akceptowalnym prawowitym rządem oraz prawo do „odwołania” rządu, to suweren oznajmia, że nie akceptuje lub nie toleruje pewnych form rządów, i decyduje o tym, kto w danym kraju rządzi, tak jak zadecydował już w przypadku Panamy, Serbii, Afganistanu i Iraku. Celem imperium może być nie tylko pokonanie wojskowe i narzucenie woli politycznej „państwu łajdackiemu”, ale nawet demontaż struktur państwowych i politycznych oraz ich rekonstrukcja.

Narodowa Strategia Bezpieczeństwa mówi o tym, że Stany Zjednoczone chcą nieść wolność, demokrację, zasady wolnego handlu, wolnej przedsiębiorczości do wszystkich zakątków świata, chcą wspierać „otwieranie społeczeństw” „budować infrastuktury demokracji” „uczynić wolność i rozwój demokratycznych instytucji kluczowymi tematami bilateralnych stosunków”. Strategia mówi, że aby zapewnić sobie „narodowe bezpieczeństwo” Stany Zjednoczone chcą określać ideologię i wartości panujące na świecie, pragną decydować o polityce gospodarczej, handlowej, podatkowej, finansowej świata. „Narodowe bezpieczeństwo” jest tutaj nieodróżnialne od imperialnej suwerenności, polityka wszystkich państw świata wchodzi w skład polityki wewnętrznej imperium, imperialny suweren oświadcza, że nie tylko kwestie militarne i polityczne, lecz również kwestie ideologiczne, moralne i gospodarcze ważne dla świata są przedmiotem jego zainteresowania, są przezeń oceniane i ewentualnie rozstrzygane. Wszystkie najważniejsze sprawy światowe – wojskowe, polityczne, gospodarcze i ideologiczne mają przechodzić przez imperialną centralę.

W systemie globalnej władzy imperialnej nie obowiązuje zasada państwowo-narodowej suwerenności i „prawa do samostanowienia”: wszystkie jednostki polityczne na świecie podlegają władzy imperium. Dotychczasowe prawo międzynarodowe oparte na zasadzie „równej suwerenności” (fakt, że zasada ta miała po części charakter prawnej fikcji, nie ma znaczenia) przestaje obowiązywać, gdyż zanikają suwerenne państwa będące nosicielami tego prawa. Choć proces erozji zasady suwerenności państwowo-narodowej (i delegitymizacji ONZ) trwał przez całą dekadę, wojna w Iraku była przekroczeniem Rubikonu na drodze ku nowej globalnej suwerenności imperium i to nadaje jej nie tylko wagę polityczną, ale znaczenie powszechnodziejowe.

Obowiązujący wcześniej system polityczny świata zakładał teoretycznie suwerenność państw i utrzymywał się dzięki istnieniu dwóch ośrodków władzy globalnej: USA i ZSRR. Po upadku ZSRR zmienił się układ sił, który go podtrzymywał i w miejsce zasady państwowo-narodowej suwerenności weszła zasada uniwersalnej sprawiedliwości i praw człowieka obowiązująca niezależnie od granic i terytorialnych podziałów. Zasada uniwersalnej sprawiedliwości i powszechne obowiązywanie praw człowieka są nie do pogodzenia z dotychczasowym prawem międzynarodowym i de facto je znoszą.

Uznanie, że „uniwersalna sprawiedliwość” i „prawa człowieka” stoją ponad suwerennością państwowo-narodową oznacza, że ponad tą suwerennością stoi inna wyższa suwerenność, albowiem „uniwersalna sprawiedliwość” i „prawa człowieka” same się nie egzekwują, musi istnieć władza, która pilnuje czy są one przestrzegane i która karze za ich naruszanie. Tą władzą jest władza imperium.

Istniejąca wcześniej „Republika ONZ” opierała się na założeniach: „jedno państwo – jeden głos” (ta sama zasada obowiązywała w Radzie Bezpieczeństwa – rządzie „republiki”), suwerenność państwowa, zbiorowe podejmowanie decyzji, zbiorowe bezpieczeństwo. Założenia te były w przeważającej mierze założeniami teoretycznymi („jeden głos” USA czy „jeden głos” Związku Sowieckiego to nie to samo, co „jeden głos” Kamerunu czy Nikaragui), ale nie było w tym nic dziwnego, gdyż żaden system polityczny nigdy w pełni nie odpowiada swoim ideologiczno-politycznym założeniom i zasadom działania. Niejako założeniem tych założeń była liberalna koncepcja „braku suwerena”. Ponieważ jednak każde społeczeństwo, a więc również tzw. „społeczność międzynarodowa” zinstytucjonalizowana w postaci „Republiki ONZ” z natury rzeczy mieć musi mieć suwerena, to ten suweren się pojawił. Przestało zatem obowiązywać podstawowe założenie „braku suwerena” a w konsekwencji pozostałe założenia utraciły swoją aktualność, i „Republika ONZ” ze „związku równych i suwerennych” państw przekształca się w „monarchię” tzn. państwa nadal są „równe i suwerenne” ale tylko w odniesieniu do siebie nawzajem ale nie w odniesieniu do imperialnego suwerena, który jest ponad nimi.

Po opanowaniu wszystkich przestrzeni imperium chce opanować ostatnią przestrzeń – przestrzeń prawną. Ogłaszając globalną suwerenność ustanawia nowe normy prawa międzynarodowego, które jest wewnętrznym publicznym prawem imperialnym, pragnie, aby jego władza została uznana za coś naturalnego, prawowitego i legalnego, rządy siły, tak jak to zawsze było w historii, mają zamienić się w rządy prawa. Rozwiązana zostaje sprzeczność pomiędzy dotychczas obowiązującym prawem międzynarodowym (międzypaństwowym) a globalną suwerennością, która nie może z natury rzeczy temu prawu być podporządkowana. Imperium nie uznaje żadnego prawa, którego samo nie ustanowiło, to jego wola jest źródłem prawa. Jako suwerenny strażnik prawa pilnuje ono, aby inni go przestrzegali, samo zaś stoi ponad nim i przestrzega go tylko wówczas, kiedy samo tak zdecyduje. Jest najwyższym arbitrem, który interpretuje prawo, stwierdza, kiedy prawo jest naruszane a kiedy nie, osądza, wydaje wyrok i egzekwuje jego wykonanie. To imperium dysponuje globalnym lub lokalnym stanem wyjątkowym, dokonuje rozróżnienia pomiędzy sojusznikami i wrogami czyli pomiędzy tymi, którzy są lojalni wobec imperium, a tymi którzy nie są, decyduje o użyciu siły. Suweren powrócił! Lewiatan redivivus! Tomasz Hobbes uśmiecha się z zaświatów! Uśmiecha się też drugi patron Imperium Immanuel Kant, bo Imperium to Hobbes+Kant czyli suweren, który zapewnia wieczny pokój. Tocząc wieczną wojnę.

SIŁA I SŁABOŚĆ IMPERIUM MUNDI

Peter Gowan w swojej książce Globalny poker (Londyn 1999) stwierdza, że Waszyngton uległ „faustycznej pokusie dominacji nad światem”. Ale określenie „pokusa” może być mylące, sprowadza bowiem problem do wymiarów psychologiczno-moralnych, podczas gdy jedyną istotną sprawą jest to, czy Waszyngton ma dość sił i środków, aby rządzić imperium światowym oraz czy potrafi nim rządzić. Amerykańskie imperium światowe powstało w wyniku naturalnego procesu walki o władzę, w trakcie której „przetrwali najlepsi”. Najpierw pokonali oni Europę pod przywództwem Niemiec, potem pokonali Związek Sowiecki i dlatego im przypadła władza nad światem. Kiedy pod koniec lat 80. rozpadła się jedyna siła, która stanowiła przeciwwagę dla Ameryki, druga siła wypełnia powstałą próżnię polityczną, rozwijać się musi ku najdalszym granicom, nawet gdyby subiektywnie tego „nie chciała”. Ustanawia ona swój status jako hiperpotęgi i imperium światowego, gdyż inaczej postąpić nie może. Nawet gdyby było to dla niej ciężarem nie do udźwignięcia, nie może uchylić się od przyjęcia na swe barki tego obowiązku. USA „skazane” są na to, aby rządzić światem, jako zwycięzca muszą wziąć na siebie odpowiedzialność za świat. Ale kwestia, czy podołają temu zadaniu godnemu siły Atlasa, pozostaje otwarta. Należy tutaj unikać skrajnych opinii – tych głoszonych przez propagandystów imperium i tych głoszonych przez wrogów imperium. Ci pierwsi mają za zadanie przedstawić imperium jako niezwyciężone, wszechmocne i wieczne Imperium Dobra i przekonać jego poddanych, że Ameryka jest „Bogiem”, źródłem całej wolności i dobra na naszej planecie (operacja rządu „szok i przerażenie” jest autoportretem władzy podobnej do Boga). Ci drudzy widzą w nim Imperium Zła, wyszukują jego najmniejsze słabości i wieszczą jego rychły upadek.

Propagandysta imperium prof. Michael Ignatieff z Uniwersytetu Harvarda pisze o Stanach Zjednoczonych „To jedyne państwo, które nadzoruje świat za pomocą pięciu globalnych systemów dowodzenia, utrzymuje pod bronią ponad milion mężczyzn i kobiet na czterech kontynentach, wysyła na wszystkie oceany lotniskowce i towarzyszące im eskadry, gwarantuje istnienie wielu państw – od Izraela po Koreę Południową; napędza tryby globalnej gospodarki i międzynarodowego handlu, wypełnia myśli i serca ludzi z całej planety marzeniami i pragnieniami”. Według Ignatieffa światowe imperium amerykańskie nie jest imperium z przeszłości zbudowanym na koloniach, podboju i „brzemieniu białego człowieka”. To 21. wieczne imperium jest nowym wynalazkiem w annałach nauki o polityce, jest globalną hegemonią, której znamieniem są wolne rynki, prawa człowieka i demokracja wymuszana przez najstraszliwszą potęgę militarną, jaką kiedykolwiek znał świat („New York Times Magazine”, 5. I. 2003). Inaczej widzi rzecz Immanuel Wallerstein: „Stany Zjednoczone dzisiaj to supermocarstwo, któremu brakuje rzeczywistej siły, przywódca światowy, którego nikt nie słucha, a tylko niewielu szanuje”. Zdaniem Wallersteina, USA potrafią jedynie wywoływać globalny chaos, którego nie są w stanie kontrolować. Jedni uważają, że zbudowanie amerykańskiego imperium światowego to „koniec historii”, zainicjowanie planetarnej epoki par excellance, w której wszystkie drogi będą prowadzić do Waszyngtonu. Drudzy jak Emmanuel Todd, że mamy do czynienia z „teatralnym militaryzmem” USA, z symulacją wszechpotęgi, ze zręcznym tworzeniem własnego obrazu w światowych mediach, który skrywa rzeczywistą słabość. Jedni podkreślają potęgę gospodarczą USA, wskazują na niekwestionowaną dominację wśród wielkich korporacji, banków, firm ubezpieczeniowych, farmaceutycznych, informatycznych, telekomunikacyjnych, dominację w najnowocześniejszych technologiach, w technice kosmicznej, mikroelektronice, światłowodach, w sieciach komputerowych, w produkcji oprogramowania, w biotechnologii, w technikach medialnych etc. Inni zaś, jak Emmanuel Todd, przestrzegają, że dane gospodarcze w USA są tak samo godne zaufania jak te podawane przez planistów w ZSRR, że rynek akcji, różne finansowe statystyki to element PR, gospodarcza reklama, która skrywa fakt, że USA przestały już być lokomotywą gospodarki światowej.

Nie ulega jednak wątpliwości, że USA stanowią największe na świecie skupienie władzy militarnej, finansowej i ekonomicznej (większość wielkich transnacjonalnych korporacji ma swoje bazy w USA), w USA znajduje się główna baza materialnej struktury cyberprzestrzeni, USA kontrolują infrastrukturę globalnego „imperium informacyjnego”, język amerykański jest światowym językiem internetu, handlu, techniki i nauki.

Przewaga Ameryki nad innymi państwami w dziedzinie militarnej i technologicznej jest olbrzymia, jej gospodarka jest nadal potężna, posiada ona najpotężniejsze na świecie instrumenty władzy politycznej, wojskowej, wywiadowczej, agenturalnej, ideologicznej, medialnej, finansowej o zasięgu globalnym.

W chwili obecnej amerykańskie Imperium Mundi nie ma rywala w żadnym istotnym wymiarze władzy, żadna koalicja nie stanowi dlań strategicznego zagrożenia. Imperium posiada najbardziej zaawansowaną technologicznie armię, dowodzoną przez najwyższej klasy profesjonalistów, może przerzucać swoje kontynentalne armie na oceaniczne odległości, wydaje na zbrojenia połowę wszystkich wydatków tego typu na świecie, jego klasę rządzącą cechuje polityczna odwaga i wola władzy. Imperium dominuje nad strategicznymi zasobami (ropa) czyli nad systemem energetycznym świata, nad systemem finansowym (hegemonia dolara) i nad wszystkimi ważnymi z geostrategicznego punktu widzenia obszarami świata, łącznie z przestrzenią powietrzną, okołoziemską i kosmiczną. Globalny system energetyczny, globalny system finansowy i globalny system militarny zarówno w sensie globalnego zasięgu jak i globalnej obecności wojskowej – amerykańskie imperium światowe panuje nad tymi trzema systemami dziś i pragnie panować zawsze. Wrogowie imperium wieszczą jego upadek, ale fakt, że imperium kiedyś upadnie jak wszystkie imperia (Ferdynand Braudel: „Historia prędzej czy później odbiera swoje dary”) nie ma znaczenia dla konkretnej analizy historycznej i politycznej. Przewidywanie upadku nie uwzględnia siły aktualnych struktur władzy imperialnej, a używanie kategorii typu „imperial overstretch” jest podejściem ahistorycznym. „Upadek imperium” to ahistoryczna spekulacja, która zakłada, że budowa i funkcjonowanie imperium winny zgadzać się z jakimś idealnym wzorem, gdzie zyski i koszty muszą się w każdym momencie bilansować. Tymczasem dzieje imperium dzielą się na różne okresy, występują w nich rozmaite dysproporcje, rozszerzenie imperium może oznaczać „nadmierne rozciągnięcie”, ale równocześnie przynosić rozszerzenie puli zasobów, rekrutów, klientów, wasali, trybutariuszy etc. (pomijamy to, że w pewnych okolicznościach więcej niebezpieczeństw niż „imperial overstretch” może nieść z sobą „imperial understretch”). Istnieją co prawda sprzeczności i konflikty w łonie imperialnej klasy rządzącej, pomiędzy różnymi sektorami gospodarczymi oraz pomiędzy sektorem gospodarczym a wojskowym, który zyskuje na autonomii i władzy w czasie wojny, pomiędzy cywilnymi politykami i profesjonalnymi agencjami wojskowymi i wywiadowczymi etc., ale konflikty te nie są specjalnie groźne dla imperium, które ma trwałe i ustabilizowane od dawna instytucje państwowe, polityczne i medialne zaangażowane w budowę imperium. Cały system polityczny, Kongres, obie najważniejsze partie, wszystkie gałęzie biurokracji, banki, korporacje przemysłowo-handlowe i mass media są wkomponowane w strukturę imperialną. W elicie imperialnej panuje konsensus co do globalnych celów i priorytetów politycznych, choć nie zawsze co do metod i taktyki ich osiągania. Istnieje również konsensus w kwestii wartości i idei: Republikanie i Demokraci, chrześcijańscy fundamentaliści i liberałowie, bankierzy i funkcjonariusze korporacji – wszyscy niezależnie od niuansów poruszają się w imperialnej strukturze ideologicznej.

Nie można też nie doceniać zdolności klasy imperialnej do transferu do metropolitalnej prowincji imperium zasobów i środków, bogactw i zysków z całego świata potrzebnych do utrzymania imperium, jej umiejętności rekrutowania agentów, klientów i najemników służących imperium, ich wysoko rozwiniętej sztuki kupowania, korumpowania, zastraszania etc. Stąd wieszczenia o rychłym upadku imperium są rodzajem ideologii konsolacyjnej dla ideologiczno-politycznych wrogów imperium oraz dla „baronów” i „lordów” rządzących największymi prowincjami, którzy czują boleśnie władzę imperium i boją się, że imperium może ich pozbawić zasobów i środków, które woleliby zatrzymać dla siebie. Ale nawet jeśli „upadek imperium” uznamy za „wishful thinking” zakłócające realną ocenę sytuacji, to nie oznacza to, iż należy ulegać propagandzie imperialnej, która stara się narzucić wyidealizowany obraz imperium i wpajać wszystkim poddanym przekonanie, że imperium jest wszechpotężne a jego ideologiczne wartości są wartościami uniwersalnymi: poddani imperium mają wierzyć, że bomby zrzucane przez imperialne bombowce nie są bombami, które służą osiągnięciu takich czy innych celów politycznych, ale „bombami etycznymi” torującymi drogę „nowemu ładowi moralnemu”.

Trzeba zatem odrzucić zarówno „ideologię pocieszenia” wyrażaną w przepowiedniach o „upadku imperium”, jak i imperialną „propagandę sukcesu”, która uniemożliwia chłodną analizę celów imperium, zasad jego funkcjonowania, jego możliwości skutecznego rządzenia światem. „Siła” i „słabość” imperium mogą być mierzone tylko w odniesieniu do całkowicie nowych wyzwań, jakie przed nim stoją, do nowych zadań i obowiązków, jakie na siebie musi przyjąć, do jego nowych rozmiarów i nowych potrzeb. Trzeba zakładać, że środki i zasoby konieczne dla utrzymania i funkcjonowania imperium to nie środki i zasoby konieczne dla sprawowania przywództwa, prymatu czy hegemonii ale dla imperialnej penetracji całego świata. A to rodzi niezwykle trudne dylematy, które elita imperialna musi rozstrzygać.

Przypomnijmy, co pisaliśmy wcześniej o stosunkach USA-Europa po upadku Związku Sowieckiego: z jednej strony upadek ten uczynił możliwym ustanowienie imperium światowego ale zarazem pogruchotał filary dotychczasowych struktur kontrolnych, pozbawił USA legitymizacji jako protektora i lidera „wolnego świata”, wyzwolił stłumione energie polityczne, które trzeba hamować, blokować i tłumić siłą lub brutalnym naciskiem polityczno-militarnym pozbawionym moralnej osłony. Imperialna dominacja zaczyna być dotkliwie odczuwana właśnie jako dominacja, która nie posiada usprawiedliwienia w postaci wspólnego wroga. Imperium stara się wprawdzie w miejsce dawnego „międzynarodowego komunizmu” wstawić nowego wspólnego wroga („globalny terroryzm”) i budować w ten sposób strategiczną konfigurację polityczno-ideologiczną będącą w jego interesie, lecz w porównaniu z tą zbudowaną na zagrożeniu sowieckim i komunistycznym brak jej mocnych fundamentów politycznych i propagandowo-psychologicznej siły przekonywania.

Propaganda imperialna może żarliwie przekonywać, imperium to „życzliwe imperium”, „Imperium Demokracji i Wolności”, „dobrotliwy hegemon”, „Lewiatan z sumieniem”, który zwalcza wszystko zło tego świata etc., ale mechanika procesów politycznych jest nieubłagana: imperium, które utraciło moralny autorytet „lidera wolnego świata”, „obrońcy przed sowieckim zagrożeniem”, wzbudza jedynie strach, niechęć i nienawiść. Wzbudza nie dlatego, że jest Imperium Zła, i nie dlatego, że wielu jego poddanych kieruje się irracjonalnym lub naiwnym „antyamerykanizmem”, lecz dlatego, że każda władza, a szczególnie władza, która jak na razie nie wytworzyła innej legitymizacji oprócz siły, z natury rzeczy rodzi opór, opozycję i bunt tych wszystkich, których ambicje polityczne hamuje i blokuje. Dlatego nadchodzące czasy, będą także czasami rewolt, buntów i oporu wobec władzy imperialnej.

Wojnę w Iraku interpretowaliśmy wyżej jako realizację długofalowej strategii globalnej, jako niezwykle ważny element „Wielkiego Planu” od dawna i z żelazną konsekwencją wcielanego w życie przez Waszyngton. Ale możliwe jest również spojrzenie na tę wojnę jako na przejaw desperackiej samoobrony imperium zagrożonego ze wszystkich stron, jako na próbę stłumienia narastającej opozycji „świata” wobec jego władzy. Bowiem na przełomie wieków czyli w 10 lat po upadku Związku Sowieckiego ujawniają się energie polityczne skierowane przeciw imperium i następuje osłabienie jego pozycji politycznej. Irak, którego przywódca Saddam Husajn należy do Klubu Wrogów Miesiąca, został zaakceptowany przez OPEC i kraje islamskie. Przez 10 lat USA nie były w stanie obalić lub izolować irackiego reżimu. Irak mimo sankcji nawiązał „tajne” lub oficjalne handlowe stosunki z firmami europejskimi i bliskowschodnimi, został reintegrowany do OPEC i zaakceptowany jako członek spotkań krajów znad Zatoki Perskiej, na szczytach państw arabskich i międzynarodowych konferencjach islamskich, sprzedawał ropę za pośrednictwem „przemytników” do Syrii i Turcji i dalej. Bagdad zawarł wielomiliardowe kontrakty na wydobycie ropy z Francją, Rosją i Chinami. Sankcje ONZ-tu, na straży których samotnie trwały Stany Zjednoczone, były coraz powszechniej krytykowane i wzmagał się nacisk na ich zniesienie. Było tylko kwestią czasu kiedy będą musiały zostać zniesione. Prezydent Wenezueli Hugo Chavez złożył jako pierwsza głowa państwa od 1991 roku oficjalną wizytę w Bagdadzie, co mogło przyczynić się do przełamania międzynarodowej izolacji Iraku. Iran i Libia, dwa inne kraje będące na celowniku USA złamały amerykański bojkot, zaczęły odbudowywać więzy ekonomiczne i polityczne z Europą, z Afryką i Japonią. Libia zawarła kontrakty z europejskimi korporacjami naftowymi, szczególnie włoskimi i nawiązała stosunki dyplomatyczne z różnymi krajami, w tym z krajami należącymi do NATO. Sankcje przeciw Iranowi były de facto łamane przez sojuszników USA z Europy, przez Japonię, państwa arabskie. Iran został zaakceptowany jako członek OPEC, zawarł umowy z Rosją w sprawie wykorzystania energii atomowej, kontrakty na ropę z Japonią i porozumienia inwestycyjne i handlowe ze wszystkimi głównymi krajami świata oprócz USA (nawet korporacje amerykańskie poprzez pośredników miały udział w handlu z Iranem). Iran, Irak i Libia wzmocniły swoje wpływy i więzi z resztą świata osłabiając polityczną pozycję Waszyngtonu w regionie Bliskiego Wschodu osiągniętą po wojnie w Zatoce Perskiej. Kraje zrzeszone w OPEC podejmują próby rewitalizacji kartelu. Antyizraelska palestyńska intifada otrzymała prawie zgodne poparcie krajów arabskich, nawet tych będących w ścisłych kontaktach z USA. Najwierniejszy sojusznik (klient) Waszyngtonu Izrael znajduje się pod coraz ostrzejszym ogniem krytyki na całym świecie, co można odczytywać jako krytykę zastępczą skierowaną w rzeczywistości wobec patrona państwa żydowskiego.

Unia Europejska przyspiesza procesy integracyjne, rozszerza swoją strefę polityczną na wschód, poważnie przymierza się do wypracowania wspólnej polityki zagranicznej i obronnej, tworzy zalążki armii europejskiej i wprowadza wspólną walutę, która realnie zagraża hegemonii dolara. Firmy europejskie (i japońskie) skutecznie konkurują z amerykańskim firmami w Ameryce Łacińskiej i na Bliskim Wschodzie. W Ameryce Łacińskiej rozwijają się opozycyjne ruchy społeczne (Wenezuela, Ekwador, Brazylia, Argentyna), wybucha ostry kryzys finansowy w Argentynie, w Wenezueli dochodzi do władzy Hugo Chavez, który otwarcie wzywa do globalnego oporu wobec hegemonii USA, Wenezuela, Brazylia i Ekwador występują przeciw Bankowi Światowemu i deklarują swoje pragnienie niezależności od finansowej kontroli USA, w Kolumbii nasilają działalność ruchy partyzanckie. Korea Północna zapowiada realizację militarnego programu nuklearnego kpiąc w żywe oczy ze Stanów Zjednoczonych.

Następuje zbliżenie Unii Europejskiej (jej twardego jądra czyli Francji i Niemiec) i Rosji. Prowadzone są rozmowy z Rosją na temat współpracy w produkcji zbrojeniowej, badań kosmicznych i w dziedzinie wojskowości. Niektóre z tych inicjatyw wykraczają poza ramy NATO i podejmowane są bez uprzednich konsultacji z Waszyngtonem. Tworzą się „osie”: Paryż-Berlin-Moskwa, Moskwa-Pekin, Moskwa-Teheran. Coraz silniejsze stają się ruchy antyglobalistyczne (rodzaj oddolnej antyimperialnej „opozycji demokratycznej”), które za główny cel ataków obrały sobie Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy będące de facto wydziałami Departament Skarbu USA. Międzynarodowe instytucje finansowe przeżywają kryzys legitymizacji.

Na to wszystko nakłada się zaostrzająca się walka na szczytach władzy imperium, czego przejawem są wybory prezydenckie w 2000 roku, kiedy mamy do czynienia z zarzutami o oszustwo wyborcze, a o wyborze prezydenta decydują sędziowie. Do tego dochodzą spektakularne bankructwa Enronu i Worldcomu, na jaw wychodzą oszustwa i „kreatywna księgowość”, pękają spekulacyjne bańki w technologiach informacyjnych biotechnologii, światłowodach, grozi kompromitacja elity gospodarczej USA i zachwianie zaufania świata do Ameryki jako do dobrego i bezpiecznego miejsca dla lokowania w tamtejszych bankach zysków i prywatnych fortun, słabnie przekonanie zagranicznych inwestorów o tym, że ich pieniądze są w USA bezpieczne. Komentator gospodarczy „Gazety Wyborczej” Witold Gadomski napisał na jej łamach (19-21 IV 2003): „Przed dwoma laty coś się zepsuło i amerykańska lokomotywa nie chce już ciągnąć gospodarki światowej”. USA mają słaby wzrost gospodarczy, rosnący ujemny bilans wymiany handlowej i rosnący deficyt budżetowy. Widać jasno, że sytuacja nie jest najlepsza, wielcy „baronowie” i „lordowie” knują i spiskują przeciw globalnemu suwerenowi, zawiązują porozumienia poziome, starają się spętać imperium międzynarodowymi traktatami, antyglobalistyczna antyimperialna opozycja zdobywa moralne poparcie etc. Z tej perspektywy atak na Irak nie był spokojnie wybranym posunięciem, ale absolutną koniecznością, desperacką samoobroną imperium stojącym w obliczu kryzysu swojego panowania.

Dawna niekwestionowana legitymizacja USA jako „lidera wolnego świata” odchodzi w przeszłość a nowa legitymizacja USA jako światowego imperium i globalnego suwerena jeszcze się wytworzyła. Ujawnia się paradoks, który opisywaliśmy wcześniej: przyrostowi władzy USA po upadku Związku Sowieckiego towarzyszy kryzys dotychczasowych struktur kontrolnych, dzieki którym w poprzednim okresie Waszyngton sprawował hegemonię nad tzw. wolnym światem. Najjaskrawszym tego wyrazem była nieudana próba uzyskania przez Waszyngton poparcia w ONZ dla interwencji w Iraku. Stała się rzecz niebywała: po raz pierwszy od czasu powstania Rady Bezpieczeństwa Stany Zjednoczone w sprawie, która była dla nich sprawą wielkiej wagi, nie potrafiły zgromadzić większości w Radzie Bezpieczeństwa i musiały wycofać projekt rezolucji w sprawie Iraku, mimo iż włożyły wiele wysiłku politycznego, aby sprawa ta została rozwiązana po ich myśli. Prezydent Bush osobiście telefonował do przywódców w całym świecie, ale ani groźby ani prośby, ani naciski ani obietnice pomocy finansowej nie pomogły. USA musiały wycofać projekt rezolucji, żeby nie narażać się na prestiżową porażkę. Było to dotkliwe polityczne upokorzenie imperium i tak zostało to powszechnie odczytane. Można słusznie argumentować, że prezydent Bush skupiający w swoim ręku najwyższą suwerenną władzę nad światem nie musi kierować się żadnym prawem, np. tym zawartym w Karcie ONZ – najwyższa suwerenna władza ograniczona przez prawo pozytywne jest wszak sprzecznością terminologiczną. Suweren, którego władza jest ograniczona prawem nie jest suwerenem, może on jedynie sam sobie nałożyć prawa i moralne obowiązki, ale są to raczej pewne maksymy, wytyczne, zasady, wskazówki, których suweren nie ma obowiązku przestrzegać. Jedyne jego ograniczenie to samoograniczenie a nie ograniczenie przychodzące z zewnątrz. Prezydent Bush może, jeśli tak zechce, zwrócić się do Rady Bezpieczeństwa z apelem, aby udzieliła ona moralnego wsparcia jego decyzjom, ale jeśli takiego poparcia nie otrzyma, to w niczym nie zmieni to jego decyzji. Wszystko to jest prawdą, tym niemniej jeśli mimo swojego wyraźnego życzenia suweren nie otrzymuje poparcia, to nie może być to przecież uznane za świadectwo jego siły.

Z jednej strony imperium jest wszechpotężne, może się z nikim nie liczyć i robić co mu się żywnie podoba, a z drugiej strony ma trudności z pozyskaniem do współpracy lokalnych władz. Tymczasem poparcie lokalnych elit jest zasadnicze dla trwania i długowieczności imperium.

USA mogą ignorować ONZ, Radę Bezpieczeństwa i inne organizacje międzynarodowe lub nawet je opuścić, ale tym samym „likwidują” pożyteczne instrumenty, którymi mogły się posługiwać przez ostatnie kilkadziesiąt lat. To jest dylemat, przed którym stoi imperium światowe: z jednej strony nie mieści się ono już w dotychczasowych ramach prawa międzynarodowego i samą swoją potęgą rozbija instytucje międzynarodowe, które nakładają pęta na jego władzę, a zarazem nie posiada i nie tworzy w to miejsce nowych struktur i instytucji niezbędnych dla dobrego zarządzania sprawami świata i legitymizujących jego władzę, staje się imperium wyłącznie komenderującym i rozkazującym, a nie łatwiej akceptowalnym przez poddanych i rządy prowincji imperium jako globalnym systemem politycznym kierowanym przez USA.

Jednak największym problemem dla imperium jest problem kosztów utrzymania globalnej struktury kontrolnej w sytuacji, gdy nie ma narzędzi pozwalających mu ściągać podatki od wszystkich poddanych. Hegemonia dolara, która jest absolutnie niezbędna dla zebrania „dziesięciny” od całego świata, może nie wystarczyć, i jedyną realną bazą podatkową dla imperium pozostanie metropolitalna prowincja imperium czyli Republika Amerykańska. Czy jednak baza ta nie okaże się zbyt wąska, skoro oprócz finansowania globalnego aparatu wojskowego i globalnej polityki, Republika Amerykańska musi jeszcze dodatkowo finansować własne „welfare state” oraz politykę „wielkiego rządu”? Mają rację ci, którzy wskazują na fakt, że w 1950 roku przeznaczano w USA większy procent budżetu na wydatki wojskowe niż dziś, ale zapominają oni, że wówczas inne wydatki rządowe były o wiele mniejsze.

Jak sfinansować imperium nie obniżając wysokiego poziomu życia obywateli Republiki Amerykańskiej, którzy psychologicznie pozostają „izolacjonistami” i nie mają ochoty ponosić materialnych wyrzeczeń dla imperium? Pół wieku temu Republika Amerykańska wytwarzała połowę globalnego PKB, miała nadwyżki w handlu, największe rezerwy złota na świecie i pełny skarbiec, dziś niewiele z tego pozostało, zaś obowiązki, jakie wzięło na siebie imperium są o wiele cięższe. Czy podoła im ono? Czy imperialny trybut ściągany przy pomocy deficytu handlowego nie okaże się za jakiś czas nieściągalny? Dopóki świat będzie akceptował papierowe dolary w zamian za dobra i usługi, wkładał zielony papier do sejfów i nazywał je lokatami i dobrami, dopóki będzie trwał import akcji z USA zamiast realnych dóbr i usług, dopóty imperium może się utrzymać. Unikalny akces amerykańskiej gospodarki do globalnych oszczędności mający swoje źródło w centralnym miejscu zajmowanym przez Wall Street i dolara w systemie globalnych rynków finansowych pozwala jej na swobodny import bez konieczności rezygnacji z innych celów. Ale jak długo akces ten potrwa?

Imperium bierze na siebie obowiązki: utrzymywanie pokoju i ładu na całym świecie, łapanie „złoczyńców”, dbanie o to, aby lokalne konflikty nie wymknęły się spod kontroli zagrażając stabilności systemu gospodarki światowej i światowych finansów, ochronę inwestycji i własności etc. Thomas L. Friedman z „New York Times” napisał: „Niewidzialna ręka nic by nie zwojowała bez niewidzialnej pięści. Gospodarka rynkowa może funkcjonować i kwitnąć tylko wtedy, gdy przestrzegane jest prawo własności, co z kolei wymaga struktury władzy wspieranej przez siłę militarną. `Niedocenianie roli bezpieczeństwa militarnego w epoce wzrostu gospodarczego i boomu informacyjnego to tak jak zapominanie o roli tlenu w oddychaniu`, twierdzi politolog Joseph Nye Jr z Harvard University. Rzeczywiście, McDonald`s nie mógłby się tak pomyślnie rozwijać, gdyby nie McDonnell Douglas, konstruktor myśliwca F-15. Tą niewidzialną pięść, która umożliwia bezpieczny rozkwit technologiom wymyślanym w Dolinie Krzemowej są amerykańskaarmia, amerykańskiesiły powietrzne, amerykańska marynarka wojenna i amerykańskapiechota morska.

Militarno-policyjna potęga imperium zostaje użyta, aby chronić inwestycje, rynki, rurociągi, zasoby, układy handlowe, walutę, system finansowy świata, stopy procentowe. Ale ochrona kosztuje, utrzymanie kontroli nad strategicznymi zasobami pożera znaczną część bogactwa, które jest z nich czerpane, za piechotą morską podążają inwestorzy, którzy muszą tę piechotę sfinansować itd.

Imperium musi zapewniać „pokój i bezpieczeństwo”, bo to jest w jego interesie i jest źródłem jego legitymizacji, ale koszty „pokoju i bezpieczeństwa” rosną. Imperium nadaje sobie prawo do „zmiany reżimu” i demontażu państw uznanych za „zagrażające pokojowi światowemu”, ale musi zarazem być gotowe do ponoszenia kosztów odbudowy i przebudowy tych państw. Imperium ma siłę, aby niszczyć „przestarzałe” struktury polityczne, ale musi też potrafić budować nowe struktury, a to kosztuje. Interwencje zbrojne i akcje policyjne na całym świecie imperium umie znakomicie przeprowadzać, ale musi również „rewitalizować” gospodarki obszarów, na których przeprowadza interwencje, zapobiegać upadkowi lokalnych i regionalnych rynków. Imperium ma kij i potrafi się nim znakomicie posługiwać, ale bez marchewki rządzić światem się nie da: trzeba subsydiować, subwencjonować, przekupywać, pomagać, podtrzymywać lokalne elity i ich armie, dostarczać broni etc. I wszystko to imperium musi robić samo, gdyż z nikim nie chce (nie umie? nie może?) dzielić się władzą. W 1991 roku John Lewis Gaddis napisał na łamach „International Herald Tribune” (23 kwietnia): „W obrębie wspólnoty międzynarodowej rozwinął się rodzaj podziału pracy, polegający na tym, że Stany Zjednoczone wnoszą wkład w oddziałach wojskowych i broni dla zachowania równowagi władzy, podczas gdy sojusznicy finansują budżetowe, energetyczne i handlowe deficyty, które Amerykanie zaciągają poprzez swoją niechęć do uczynienia choćby minimalnych poświęceń w stylu życia i w portfelu”. Jest rzeczą oczywistą, że taki „podział pracy” nie zostanie zaakceptowany, ponieważ tak naprawdę imperium światowe nie ma sojuszników. Istnieje tylko imperium i podporządkowane mu prowincje, które użyją wszystkich sposobów, aby uniknąć ponoszenia kosztów i ciężarów, którymi chce je obarczyć imperium. Prowadzić one będą świadomą, wyrachowaną politykę zwodzenia i oszukiwania władz imperium, będą stosować bierny opór w miarę możliwości nie rzucając jawnego wyzwania imperium, będą praktykować „pełzającą rewoltę antypodatkową” skierowaną przeciw imperium. Imperium stanie przed wielkim problemem: jak zmusić tych, którym udziela „protekcji”, której tamci nie zawsze sobie życzą, aby dołożyli się do sfinansowania tej „protekcji” – w dawnych czasach można było obłożyć podatkiem wszystkich poddanych imperium, nałożyć kontrybucję, ściągnąć daninę, splądrować skarbiec tej czy innej prowincji. Dziś jest to niemożliwe: imperium nie ma instrumentów, aby bezpośrednio czerpać z budżetów bogatszych prowincji. Jeden z dyrektorów Boeniga oświadczył: „nie bronimy Ameryki, ale czynimy świat bezpieczniejszym” – problem tkwi w tym, że to nie cały świat płaci za produkty Boeniga ale podatnik amerykański. „Świat” nie ma zamiaru płacić za „bezpieczeństwo” (czyt. władzę imperium), nie chce dobrowolnie współfinansować infrastruktury polityczno-militarnej imperium i ponosić kosztów globalnej polityki imperium. Imperium nie może po prostu zmusić kontrolowanych do ponoszenia kosztów sprawowanej nad nimi kontroli (na tej zasadzie na jakiej państwo opodatkowuje wszystkich na rzecz policji i wojska nawet jeśli ci uważają, że policja i wojsko są im niepotrzebne).

Jedyną realną i pewną bazą ekonomiczno-finansową, na którą imperium może liczyć, pozostaje Republika Amerykańska, a ta baza jest bez wątpienia zbyt wąska, aby utrzymać globalny porządek. I nie widać, żeby miała się poszerzać. Zwrócić tu należy uwagę na to, że coraz wyraźniej zarysowuje się sprzeczność pomiędzy Republiką Amerykańską jako państwem narodowym a amerykańskim Imperium Mundi. Imperium Mundi to globalny aparat wojskowy i wywiadowczo-policyjny, międzynarodowe instytucje kierowane przez imperium, wielonarodowe korporacje związane z imperialnym państwem, zaś Republika Amerykańska to lokalna gospodarka, lokalne instytucje państwowo-polityczne i fiskalne na terytorium USA. Żołnierze imperium rekrutują się przede wszystkim z obywateli Republiki Amerykańskiej, to obywatele Republiki Amerykańskiej płacą podatki na utrzymanie imperium. Rząd w Waszyngtonie jest surogatem rządu światowego, Kongres jest globalną legislatywą, ale wybierane są tylko przez obywateli Republiki Amerykańskiej. Przemówienia prezydenta Busha i jego orędzia o stanie państwa skierowane są jednocześnie do obywateli Republiki Amerykańskiej (lud realny) i do wszystkich poddanych imperium na całym świecie (lud idealny), Narodowa Strategia Bezpieczeństwa jest „narodowa”, bo adresowana jest do obywateli Republiki, którzy wybierają prezydenta i płacą podatki a zarazem „globalna”, bo adresowana do wszystkich poddanych imperium, którzy prezydenta nie wybierają i nie podlegają władzy amerykańskich urzędów podatkowych. Trzeba realnemu ludowi, który jest podmiotem republikańskiej demokracji, prezentować plany i cele imperialne jako te, które leżą w jego „egoistycznym” interesie, służąc jego ochronie i obronie. Stąd sprzeczność pomiędzy narodowo-patriotyczną retoryką i propagandą nakierowaną przede wszystkim na obywateli Republiki a jej „uniwersalistycznym” opakowaniem, które ma oddziaływać przede wszystkim na pozostałych poddanych imperium. Ta sprzeczność musi być na różne sposoby zamazywana, gdyż z jednej strony obywatele Republiki mogą dojść do wniosku, że nie warto poświęcać się dla zapewnienia „bezpieczeństwa i ładu” na świecie (nawet jeśli propaganda imperialna przekonuje ich, że „bezpieczeństwo i pokój” na świecie to tyle samo, co „bezpieczeństwo i ład” Republiki Amerykańskiej), zaś z drugiej pozostali poddani imperium mogą dojść do wniosku, że skoro „bezpieczeństwo i ład” na świecie to tyle samo, co „bezpieczeństwo i ład” będące w „egoistycznym” interesie Republiki Amerykańskiej, to niech imperium zapewnia światu „bezpieczeństwo i ład” wyłącznie za pieniądze obywateli Republiki i przy pomocy jej żołnierzy. Imperium z jednej strony chce, aby wszyscy poddani na świecie wspierali je finansowo, politycznie i moralnie, ale zarazem odmawia im demokratycznych praw do uczestnictwa w bezpośrednim wyborze przedstawicieli do Kongresu imperium i w wyborze prezydenta (króla imperium), którzy nimi rządzą. Takie niezrozumiałe z punktu widzenia ideologii demokratycznej ograniczenie przy pomocy cenzusu obywatelstwa Republiki Amerykańskiej praw wyborczych sprawia, że trudno znaleźć dobry kontrargument na argument „no taxation without representation”.

Być może w przyszłości imperium stanie przed dylematem: znieść demokrację w Republice Amerykańskiej i pozbawić jej obywateli prawa wyboru prezydenta poprzez wprowadzenie innych mechanizmów polityczno-ustrojowych lub też znieść cenzus wyborczy i rozszerzyć prawo wyboru prezydenta-króla imperium na całą ludzkość, co byłoby realnym spełnieniem słów prezydenta Wilsona, który w przemówieniu z 4 lipca 1914 roku powiedział, że flaga Stanów Zjednoczonych jest nie tylko flagą Ameryki, ale flagą ludzkości. Oba rozwiązania są dziś trudno wyobrażalne, ale historia polityczna świata pełna jest wszak ustrojowych reform wymuszanych koniecznościami zachowania władzy. Na razie imperium skazane jest na demokratyczną Republikę Amerykańską jako na swoją podstawową bazę finansową oraz źródło politycznego i moralnego wsparcia. Dla utrzymania pod swoją pełną kontrolą Republiki Amerykańskiej władze imperium muszą co pewien czas mobilizować politycznie i moralnie obywateli Republiki przy pomocy medialnego aparatu propagandowego, wzmacniać w nich poczucie symbolicznej partycypacji („jesteście obywatelami najpotężniejszego państwa świata, państwa najdoskonalszego i niezwyciężonego”) oraz zapobiegać powstaniu wewnętrznych ruchów opozycyjnych czy wręcz rewolucyjnych, utrzymywać „dyscyplinę obywatelską” i ściślej kontrolować mieszkańców Republiki. W związku z tym następuje wzmocnienie egzekutywy, a w szczególności prezydenta, któremu sama doktryna „wyprzedzającego uderzenia” pozwala działać bez jakiegokolwiek oglądania się na Kongres. Ponieważ prowadzona jest globalna „wojna z terroryzmem”, rośnie rola armii a wraz z nią pozycja prezydenta jako naczelnego wodza, rośnie tymczasowo, ale ponieważ „wojna z terroryzmem” nigdy się nie skończy, więc rośnie „tymczasowo na stałe”. Centralna Agencja Wywiadowcza i inne agencje bezpieczeństwa w coraz mniejszym stopniu zajmują się wywiadem i kontrwywiadem a w coraz większym organizowaniem tajnych operacji i prowokacji na całym świecie. Następuje zatarcie granic pomiędzy długoterminowymi tajnymi operacjami CIA i jednostek wojskowych sił specjalnych, rozrasta się „czarny świat” tajnych operacji, prezydentowi jako głównodowodzącemu armii podlegają tajne elitarne oddziały wojskowe tworzone przez Departament Obrony mające do dyspozycji środki i zasoby umożliwiające przeprowadzenie wszelkiego rodzaju tajnych operacji, których epicentrum jest Joint Special Operations Command określane jako Delta Force. Reorganizuje się i rozbudowuje działający na skalę globalną aparat bezpieczeństwa, który jest coraz bardziej utajniony, wyjęty spod „demokratycznej” kontroli i przekształca się w quasi-prywatną tajną armię prezydenta.

W imię „wojny z terroryzmem” władze uchwalając „ustawy patriotyczne” i „ustawy o bezpieczeństwie wewnętrznym”, wprowadzają nowe przepisy i regulacje, rozbudowują struktury administracyjno-policyjne, tworzą nowe instytucje i agencje kontrolne. Pozwala to lepiej kontrolować obywateli Republiki Amerykańskiej, ale powoduje zarazem rozrost biurokracji i podnosi koszty funkcjonowania państwa. Jeśli temu, co bardzo prawdopodobne, towarzyszyć będą: wzrost interwencjonizmu państwowego, militarny keynesizm, merkantylizm, obrona monopoli, protekcjonizm, rozdawanie subwencji, wówczas zjawisko „imperial overstretch” stanie się czymś rzeczywistym, gdyż będzie się powiększać rozziew pomiędzy rosnącymi potrzebami imperium a malejącą pulą zasobów finansowych czerpanych z obszaru ulegającej wewnętrznej transformacji Republiki Amerykańskiej, która ponosząc największe ofiary na rzecz imperium zacznie się wykrwawiać finansowo.

Nie zapominajmy, że jeszcze w połowie lat 80. zeszłego stulecia USA były wierzycielem świata, inwestując i pożyczając innym więcej niż pożyczając od innych, dziś są największym dłużnikiem świata. Jeśli w ciągu kilku lat jeśli nic się nie zmieni, deficyt handlowy sięgnie 3,5 biliona dolarów, a w ciągu dekady sięgnie 50% PKB. Imperium istnieje i funkcjonuje na kredyt, jego pozycja finansowa raczej słabnie niż się wzmacnia. Część komentatorów zatroskanych o los imperium stwierdza, że zbudowane jest ono na lotnych piaskach, a nie na trwałym i mocnym fundamencie. Są nawet tacy, którzy uważają, że już po kolana stoi ono w tych piaskach. Inni wskazują na niedawno opublikowany przez Departament Skarbu raport ostrzegający przed kryzysem podatkowym, jaki nadchodzi w związku z rosnącymi kosztami opieki zdrowotnej i emerytur starzejącej się „baby boom generation”.

Dlatego zachowanie starych i poszukiwanie nowych źródeł finansowania imperium bezustannie zaprząta uwagę elity imperialnej. W tym kontekście warto przyjrzeć się interwencji w Afganistanie w 2001 roku, która, taką hipotezę wolno postawić, nie była powodowana wyłącznie względami geostrategicznymi. Trzeba bowiem brać pod uwagę fakt, że 60-70% światowej produkcji surowego opium służącego do wyrobu heroiny przypada na Afganistan i częściowo na jego okolice np. Uzbekistan. Rynek europejski jest w 80% zaspokajany z tamtego regionu. Afganistan jedno z najbiedniejszych państw świata jest równocześnie źródłem potężnych zysków, które z handlu narkotykami pośrednio czerpią finansowe instytucje i biznesowe syndykaty. W 2000 roku nastąpiło załamanie produkcji surowego opium w Afganistanie – podaje się różne przyczyny tego zjawiska: być może talibowie po prostu ograniczyli dopływ opium na rynek, aby podnieść cenę. Tak czy inaczej oznaczało to wycofanie z nielegalnego handlu ok. 150-200 mld dolarów (wartość przerobionego opium sprzedawanego jako heroina na ulicach), które „warte” są jeszcze więcej po przejściu przez banki, giełdy i inne finansowe instytucji piorące zyski z handlu narkotykami. Kiedy po interwencji amerykańskiej w 2001 roku kontrolę nad uprawami przejął Sojusz Północny nastąpił w 2002 roku ponowny wzrost produkcji, który osiągnął połowę poziomu produkcji z 1999 roku (w 1999 uprawiano 91.000 hektarów opium, w 2002 roku najprawdopodobniej – 45.000 hektarów).

Opium produkowane w Afganistanie pozostaje istotnym składnikiem światowej „gospodarki równoległej”. Produkcja i handel heroiną (8-10% światowego handlu) to ważna gałąź gospodarki światowej: szacuje się, że połowa tej branży jest kontrolowana przez banki amerykańskie i ich filie na całym świecie, amerykańskie instytucje finansowe oraz amerykańskie służby specjalne, które posiadają własne firmy, aby prać narkodolary służące m.in. dla kupna, sprzedaży i transportu broni, do finansowania tajnych operacji, wspierania finansowego rozmaitych grup i ruchów wewnątrz krajów uznanych za wrogie wobec imperium. Z tych względów handel narkotykami, szlaki ich transportu i dostaw uważane są za kwestie „strategiczne”. Potężne finansowe interesy kryjące się za kulisami mogą wywierać wpływ, tak jak inne grupy interesów, na politykę imperium, które pobiera wszak podatek emisyjny od transakcji dokonywanych w ramach całkowicie zdolaryzowanego handlu narkotykami. Miliardy dolarów, którymi obraca narkotykowy biznes, wchodzą do legalnego obiegu bankowego i są opodatkowane na rzecz imperium. Szacuje się, że banki amerykańskie piorą rocznie od 250 do 500 mld dolarów pochodzących z handlu narkotykami oraz nielegalnego handlu bronią (jest to połowa ogólnej sumy zysków pochodzących z tych branż). Do tego dochodzą nielegalne transfery od skorumpowanych elit politycznych z Ameryki Łacińskiej, Afryki, Azji i z b. krajów komunistycznych przede wszystkim z b. Związku Sowieckiego, od multimilionerów – oszustów podatkowych z różnych krajów świata (szacunkowo 50 mld rocznie). Służy tym celom wysoce wyrafinowany i skomplikowany system tzw. private banks i correspondent banks, związanych z wielkimi bankami mającymi swoje główne siedziby w USA (elementami tego systemu są „raje” bankowe i podatkowe). Banki komercyjne, które piorą pieniądze, pobierają opłatę za milczenie, zyskując dodatkowy tzw. „pieniądz wysokooktanowy”, dla swojej działalności: kredyty, inwestycje na rynkach kredytowych, kupno obligacji, zakup i sprzedaż złota i akcji. Posiadanie takiego „wysokooktanowego” pieniądza daje przewagę nad konkurencją.

Szacuje się, że w ciągu ostatniej dekady od 3 do 5,5 biliona „nielegalnych” dolarów weszło do systemu bankowo-finansowego USA, gdzie zostały zalegalizowane również poprzez zakup obligacji państwowych, i innych papierów wartościowych, akcji i nieruchomości. Aby ściągnąć miliardy dolarów do swojego systemu finansowego imperium toleruje „szarą strefę”, przymyka oko na pranie „brudnych” pieniędzy, ściąga haracz z olbrzymiej firmy o nazwie Działka Inc., którą oficjalnie zwalcza. Zanim jednak wybuchniemy moralnym oburzeniem, zanim z moralnym patosem oskarżymy imperium, że korzysta z „brudnych” pieniędzy, musimy sobie uświadomić skalę finansowych potrzeb imperium i wczuć się w moralne dylematy tych, na których barkach spoczywa odpowiedzialność za jego los. Albowiem budowa imperium i jego utrzymanie to nie spacer po parku w letni wieczór czy też spotkanie przy herbatce o piątej. Jak zawsze bywało w historii, ci którzy budują imperium mają krew na rękach, nigdy nie było inaczej i teraz inaczej być nie może. To jest tragizm historii i władzy – nie było nigdy i nie dziś ma imperium, które powstałoby bez przelewu krwi, bez przemocy, bez cierpień zadawanych niewinnym, bez ofiar.

Nawet więc jeśli, jak podkreślają wrogowie imperium, międzynarodowe syndykaty przestępcze są jego sojusznikami, to wynika to z nadrzędnego politycznego imperatywu przetrwania imperium, z zasady samozachowania, którą kieruje się każda polityczna jednostka, i przed którym ustąpić muszą inne cele i wartości. Gdyby rządzący imperium chcieli mieć „czyste ręce” i kierowali się zasadą, że taki czy inny pieniądz „śmierdzi”, to nie przetrwałoby ono długo, a oni sami byliby winni sprzeniewierzeniu się egzystencjalnym wartościom imperium. Pieniądze mogą być „brudne” z punktu widzenia prywatnej moralności i prawnych przepisów, ale są „czyste”, ponieważ podtrzymują polityczną egzystencję imperium. Jednakże fakt, że imperium musi sięgać po te „brudne” pieniądze, jest świadectwem jego finansowej słabości, która znacznie utrudnia realizację imperialnych ambicji. Ambicji tych nie ma sensu oceniać pozytywnie czy negatywnie, gdyż należą one do naturalnych sił historii. Zawsze jednak oceniać można, jak te ambicje są realizowane, jak imperialna elita daje sobie radę z rządzeniem światem. Nie kto rządzi, ale jak rządzi – to jest najważniejsze. USA zdobyły władzę nad światem, stały się światowym imperium, wzięły na siebie odpowiedzialność za świat i z tego będą rozliczane. Realne imperium światowe to nie to samo co wirtualne imperium Microsoftu i Coca-Coli: tutaj naprawdę trzeba rządzić skomplikowanym światem, podejmować decyzje o losie państw i innych politycznych wspólnot, zapewniać światu „ład i pokój”, tutaj uniwersalne zasady i ideologiczne hasła, wielkie ambicje i abstrakcyjne plany zderzają z konkretną różnorodnością ludzkości, jej cywilizacyj, narodów, ludów, ziem i plemion. Od jakości elity imperialnej zależy, czy będzie ona zdolna do pokierowania losami ludzkości, czy potrafi panować nad światem, który zdaje się być za mały dla dwóch, ale za duży dla jednego. Czy znajdzie w sobie dość pokory i siły duchowej, aby udźwignąć brzemię olbrzymiej władzy i odpowiedzialności, jakie spoczęło na jej barkach? Czy zdoła znieść ból i cierpienie, które ta władza przynosi? Czy nie załamie się pod ciężarem berła, które władca, jak pisał św. Robert Bellarmin, musi nosić jak krzyż? Tego nie wiemy. Ale widzimy tragizm sytuacji, w jakiej znalazło się kierownictwo imperium: jest już „o jeden most za daleko” i nie ma drogi odwrotu. Pozostaje mu tylko jedno: „Forwards!”. Aby na tej drodze prowadzącej w niewiadomą przyszłość nie zbłądzić, elita imperialna musi posiadać i praktykować polityczne cnoty: samodyscyplinę i rozwagę, trzeźwość umysłu i zdolność chłodnej kalkulacji, czujność i wytrwałość, ostrożność i męstwo, umiejętność racjonalnej oceny zagrożeń i szans, śmiałość działania i poczucie odpowiedzialności, roztropność i wspaniałomyślność, cierpliwość i dalekowzroczność, zaś obce być jej muszą wszelkie ideologiczne, religijne, rasowe i narodowe uprzedzenia, wolna być musi od ideologicznych iluzje, od nienawiści, mściwości, arogancji, prostactwa, pychy, zawiści i chciwości. W przeciwnym razie nie tylko zgubi drogę i utonie na bagnach lub spadnie w górską przepaść, co byłoby dla niej zasłużoną karą i nie powinno wywoływać nawet jednej łzy współczucia, ale może też cały świat pociągnąć za sobą w spiralę chaosu i zniszczenia.

Wrocław, styczeń-listopad 2003

W raporcie wykorzystano książki, artykuły, wywiady, analizy, komentarze, eseje polityczne, raporty, opracowania następujących autorów:

Nayyer Ali, Eric Alterman, Elmar Altvater, Stephen Ambrose, Samir Amin, Perry Anderson, William Anderson, Stanley Aronowitz, William Arkin, Oleg Artiukow, Alec Asizade, James Atlas, Uzma Aslam Khan, Dinkar Ayilavarapu, Gilles d`Aymery, Andrew J. Bacevich, Lothar Baier, Paweł Bajew, Gopal Balakrishnan, Doug Bandow, Thomas P. M. Barnett, Nick Beams, Walden Bello, Edwin Bendyk, Alain de Benoist, Chip Berlet, Fred Bergsten, Michael Billington, George Bisharat, Siergiej Błogow, Bill Boner, Jay Bookman, Charles Brant, Christian de Brie, Allan C. Brownfeld, Susan Bryce, Zbigniew Brzeziński, Patrick Buchanan, Richard Butler, David P. Calleo, Alex Callinicos, Kevin Carson, Paola Ceragioli, James Chace, David Chandler, David Chapman, Larry Chin, Noam Chomsky, Michel Chossudovsky, William Clark, Alexander Cockburn, Ariel Cohen, Marjorie Cohn, Martino Conserva, David Corn, Georg P. Christian, Martin van Creveld, Régis Debray, Christopher Deliso, Everett C. Dolman, Thomas Donelly, Richard Douthwaite, Rod Dreher, Robert Dreyfuss, Shadia B. Drury, Aleksander Dugin, Richard Duncan, Robert Ebel, Richard Ebeling, Shraga Elam, F. William Engdahl, Ivan Eland, Pepe Escobar, Musa Essayyad, Martin Feldstein, Niall Ferguson, Robert Fisk, Jon Flanders, Chris Floyd, John Bellamy Foster, Alain Frachon, Samuel Francis, Andre Gunder Frank, Roman Frister, Witold Gadomski, John Lewis Gaddis, Bruce K. Gagnon, Anthony Gancarski, Henry H. Gaffney jr, James K. Galbraith, Johan Galtung, Matthias Georg, François Géré, Sean Gervasi, Georgie Annie Geyer, David Gibbs, Sam Gidin, Stan Goff, Phillip Gold, Ellis Goldberg, Jonah Goldberg, Ritt Goldstein, David Gordon, Gershom Gorenberg, Paul Gottfried, Peter Gowan, Roman Graczyk, Colin Gray, John Gray, William Greider, Henri de Grossouvre, Joe Hagan, Hugon Hajducki, Grace Halsell, Amal Hamdan, Adam Hamilton, Wilhelm Hankel, Craig Harris, Lee Harris, Paul Harris, Robin Harris, Goeffrey Hard, Michael Hardt, Peter Hartcher, Andreas-Renatus Hartmann, Bill Haynes, Mike Haynes, Jeet Heer, Richard Heinberg, Hazel Henderson, David C. Hendrickson, Randall Henning, Seymour Hersh, Robert D. Hickson, Eric Hobsbawm, Will Hutton, In Yu Shin, Zaki al Jamani, B.Janardhan, Robert Jensen, Chalmers Johnson, Paul Johnson, Dragoš Kalajic, Ali Khan, Ata Khaitov, Clifford Kiracafe, Michael Klare, Paul Klebnikov, F. H. Knelman, Charles Knight, Gabriel Kolko, Lothar Komp, Pekka Korhonen, Lawrence Kotlikoff, Nikolaj-Klaus von Kreitor, Herbert Kremp, David Krieger, Dag Krienen, Charles Kupchan, Karen Kwiatkowski, Beniamin Lambeth, Jonatan V. Last, John Laughland, Christopher Layne, Robert Lederman, Nicholas Lemann, Gary Leupp, Anatol Lieven, Michael Lind, Ferdinand Lips, Ronnie D. Lipschutz, Henry C. K. Liu, Norman D. Livergood, Jim Lobe, Robert Locke, Heinrich Jordis von Lohausen, Timothy W. Luke, Tibor Machan, Wayne Madsen, Harry Magdoff, Rahul Mahajan, Horst Mahler, Norman Mailer, Arjun Makhijani, subkomandante Marcos, Peter Marcuse, Rudolf Maresch, Eric Margolis, Erich Marquardt, Maurizio Martellini, Patrick Martin, Neil McKay, Joshua Micah Marshall, Günter Maschke, John Mauldin, Charles William Maynes, Ken Masugi, Robert McChesney, Scott McConnell, John McMurtry, John Mearsheimer, Alfred John Mendes, Arno Meyer, Karl Meyer, George Monbiot, Morris Morley, Edward L. Morse, Robert Mundell, Moises Naim, Tom Nairn, Antonio Negri, Kurt Nimmo, Gary North, Sam J. Noumoff, Jewgienij Nowikow, Choż-Ahmed Nuchajew, Coílín Nunan, Joseph S. Nye, James Oberg, Leo Panitch, Thomas Pany, Tony Papert, Michael Parenti, Jean Parvulesco, Robert Patching, James A. Paul, Ron Paul, Hooman Peimani, Stephen C. Pelletiere, Ralph Peters, James Petras, William Pfaff, Kees van der Pijl, John Pilger, James Pinkerton, Leah Platt, Dragan Plavsic, Konstantin Pleszakow, Dick Polman, Ash Pulcifer, Justin Raimondo, Ted Rall, Ignacio Ramonet, Ahmed Rashid, Alec Rasizade, Gerhoch Reisegger, Michael Renner, James Richard, James Ridgeway, Matthew Riemer, Ed Rippy, William I. Robinson, Llewellyn Rockwell, Friedrich Romig, Clemens Ronnenfeldt, Shmuel Rosner, Murray Rothbard, Andy Rowell, Michael C. Ruppert, Claes G. Ryn, Isaac Saney, Steve Saville, Helmut Schmidt, Ned W. Schmidt, Ulrich Schäfer, Carl Schmitt, Paul W. Schroeder, Jürgen Schwab, Benjamin Schwarz, Martin Schwarz, Peter Dale Scott, Cheryl Seal, Prem Shankar Jha, Martin Shaw, Aditya Sinha, Nihal Singh, Marc Sirois, Francesco Sisci, Stephen R. Sizer, Ken Silverstein, Nihal Singh, Stephen J. Sniegoski, Joseph Sobran, Edward Spannaus, Ronald Steel, Jeffrey Steinberg, Michele Steinberg, Robert Steuckers, Eberhardt Straub, Karen Talbot, William K. Tabb, Fritz Teppich, Carlo Terracciano, Rudolf von Thadden, Emmanuel Todd, Michael Tomasky, Gearóid Ó Tuathail (Gerard Toal), Srdja Trifkovic, Jeffrey A. Tucker, Robert W. Tucker, Achin Vanaik, Misha Verbitzki, Daniel Vernet, Jason Vest, Gore Vidal, Paul Virillio, Robert Vitalis, Frank Viviano, Donald Wagner, Martin Walker, Alex Wallenwein, J. Michael Waller, Immanuel Wallerstein, Stephen M. Walt, Michael Wiesberg, Mark Wingfield, Paul Wodwarol, Aaron D. Wolf, Willy Wo-Lap Lam, Sheldon Wolin, Thomas Woodrow, Bob Woodward, Paul Woodward, Werner Wüthrich, Javad Yarjani, Barabbas Yuha-Eley, James Zogby.

Stańczyk. Pismo postkonserwatywne”, 2003, nr 38/39.

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s