„Wyklęci” mało święci

Oryginał Przegląd

W polityce historycznej IPN i prawicy nie ma miejsca na ponad 5 tysięcy cywilnych ofiar, w tym 187 dzieci

Kiedy 1 marca w ramach Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” odbywały się uroczystości, kiedy zewsząd słychać było chwalbę „leśnych”, kiedy prezydent RP znów wręczał „największym patriotom, niezłomnym bohaterom” medale i ordery, jakoś nikt nie mówił, że warto wspomnieć ich ofiary i uczcić je choćby minutą ciszy. W latach 1944-1948, nieważne, czy nazwiemy ten czas wojną domową czy inaczej, „wyklęci” zabili ponad 5 tys. cywilów, w tym 187 dzieci do lat 14. Ale o tym się nie mówi, bo dla prawicy byli to komunistyczni pachołkowie i donosiciele do UB.

Bezkrytyczne gloryfikowanie tzw. żołnierzy wyklętych, bez uwzględnienia całego kontekstu historycznego i ówczesnych realiów, jest niczym innym jak powieleniem a rebours haseł i tekstów propagandystów z okresu stalinowskiego. Dziś „wyklęci” w świetle oficjalnej polityki historycznej uprawianej przez aparat IPN-owski, prawicowych publicystów i polityków jawią się jako bezbronne anioły ginące z rąk komunistycznych oprawców. Tymczasem na „wyklętych” trzeba patrzeć jak na zbiorowość, ale i jak na indywidualności, bo wtedy dopiero można widzieć ich prawdziwe oblicze. To prawda, że wielu, bardzo wielu stało się ofiarami ubeckich i NKWD-owskich represji i tortur, jednak trzeba też pamiętać, że „wyklęci” sami stawali się nieraz zbrodniarzami, nie mniej okrutnymi niż ci, którzy katowali ich kolegów. Nikt nie powinien tego kwestionować, żyją bowiem jeszcze świadkowie tamtych wydarzeń, a w archiwach są dokumenty, chociaż ostatnio dziwnym trafem często znikają.
Dość okrucieństw wojny

Na powojenne życie „leśnych” i ich postawę miało wpływ wiele czynników, przede wszystkim sytuacja geopolityczna. Po decyzjach Wielkiej Trójki, a szczególnie po uznaniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z Gomułką i Mikołajczykiem (powstał 28 czerwca 1945 r.), przestawali już być sprzymierzeńcami zachodnich aliantów, zamieniając się w kłopot. Mocno wierzyli w III wojnę światową, mimo że, jak pisze Rafał Wnuk w zbiorowym opracowaniu „Wojna po wojnie”, „w kręgach kierowniczych Polskiego Państwa Podziemnego dominowało przekonanie, że złudne jest liczenie na rychły konflikt sowiecko-anglosaski, a kontynuacja zbrojnego oporu nie ma sensu. Dlatego wydawano liczne odezwy postulujące rezygnację z walki zbrojnej. Używano przy tym argumentu, że II wojna światowa przyniosła tak dotkliwe straty, iż kolejne ofiary mogą zagrozić istnieniu narodu polskiego”. Tego „leśni” nie chcieli zrozumieć. Podobnie jak tego, że po sześcioletnim koszmarze wojny ludzie mieli dość jej okrucieństw – obozów zagłady, łapanek i rozstrzeliwań, wywózek, Katynia, Sybiru… Na to nakładała się zbiorowa trauma po powstaniu warszawskim. Zresztą nie tylko Polacy mieli dosyć. Rozumieli to Stalin, Churchill i Roosevelt. Wiedzieli, ile wojna kosztowała ich narody. I choć w sztabach rozważano scenariusze wojny między aliantami, to wspólne ustalenia, głównie z Jałty (czytaj: podział wpływów), Wielka Trójka uznawała za obowiązujące i nie była skora bić się o ich zmianę.

W takich okolicznościach znaleźli się ci, którzy prowadzili walkę z okupantem. Armia Krajowa wyznawała teorię dwóch wrogów: Hitlera i Stalina. Na Kremlu i w dowództwie Armii Czerwonej, która już w styczniu 1944 r. wkroczyła na ziemie II Rzeczypospolitej, a w lipcu przekroczyła Bug, dobrze o tym wiedziano. Nie mogą więc dziwić aresztowania żołnierzy podziemnego państwa. Zresztą za zgodą sprzymierzonych, głównie Roosevelta, który dał Stalinowi placet na dowolne działania na terenach zajętych przez jego wojska. Nie tylko dlatego, że „leśni” atakowali żołnierzy Armii Czerwonej.

Październik 1944 r. Dwaj żołnierze AK, Jan Tadeusz Wojciechowski i „Grab” (Wacław Popis), z rozkazu por. „Zagończyka” (Franciszka Jaskulskiego) zlikwidowali st. sierżanta Armii Czerwonej, Sokura, ranili starszynę W. Wakulenkę.

Im dalej Armia Czerwona posuwała się na Zachód, tym gorsza stawała się sytuacja „leśnych”. I mimo że ich aktywność wzrosła, byli na przegranej pozycji. Owszem, PPR nie miała poparcia większości Polaków, ale coraz więcej ludzi rozumiało, że trzeba szukać innego sposobu dogadywania się z Moskwą niż zbrojne występowanie przeciwko niej, które wiązało się z kolejnymi ofiarami. Nie bez powodu w prasie PSL-owskiej piętnowano mordy powojennego zbrojnego podziemia dokonywane – jak pisano – przez „faszystów z NSZ” i tych od gen. Andersa.

Życie bez broni?

Niewątpliwie na zachowanie „leśnych” miała wpływ sama wojna. Wyszli z niej okaleczeni fizycznie i psychicznie. Wojna bowiem ludzi zmienia, uzależnia, a wielu wręcz deprawuje. Śmierć „leśnym” spowszedniała, zabicie człowieka nie wywoływało większych emocji. Osaczani przez wojsko i milicję, mający coraz mniejsze oparcie w ludności cywilnej przestawali być „orędownikami wolności” i schodzili na drogę przestępstwa. Zwykłego bandytyzmu, ponieważ wielu z nich nie umiało już żyć inaczej niż z bronią w ręku, nie mogło i nie chciało się pogodzić z tym, że nie oni są władzą, która wszystko może. Wystarczy przypomnieć postać mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdy”, pełniącego funkcje kierownicze w strukturach AK-WiN na terenie Łomżyńskiego, pośmiertnie odznaczonego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego „za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej” Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. Po ujawnieniu się w latach 1948-1950 Tabortowski przebywał w Warszawie, gdzie próbował odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Obserwowany przez ludzi UB, w 1950 r. postanowił wrócić do lasu.

Jak pisze Marta Kurkowska-Budzan badająca współczesne postrzeganie „żołnierzy wyklętych” w Łomżyńskiem, „istotą tej późnej partyzantki były już nie akcje dywersyjne przeciwko ustrojowi, lecz utrzymanie się przy życiu. Stąd jej działalność w większości ograniczała się do tego, co historyk nazwie »akcją ekspropriacyjną« lub rekwizycyjną, a rozmówcy (autorki – PD) – »kradzieżą«. Oddział »Bruzdy« w okresie od kwietnia 1950 r. do sierpnia 1954 r. przeprowadził 14 akcji, w wyniku których zginął jeden pracownik UBP, dwóch milicjantów i jeden współpracownik UBP. To, co zostało we wspomnieniach rozmówców, to napady na sklepy, urzędy pocztowe, kasy spółdzielni chłopskich, rekwizycje wypłat dla robotników PGR, należności podatkowych rolników zebranych przez sołtysa. Oddział zabierał nie tylko pieniądze, ale też towary, bieliznę, buty. Ostatnią akcją, podczas której zginął Tabortowski, był napad na Gminną Kasę Spółdzielczą”.

Maj 1945, Miłosna, pow. Puławy. Pododdział „Rysia” zabrał gospodarzowi Michałowi Rybickiemu wóz i parę koni.

Listopad 1946, Nadrybie, pow. Chełm. Partyzanci z oddziału NSZ „Boruty” zabrali z gospodarstwa Grzegorza Gargola dwa konie z uprzężą i ubranie.

To, co robili Tabortowski i inni, musiało się odcisnąć w pamięci szczególnie mieszkańców wschodniej Polski. Nie tylko napady i kradzieże, ale przede wszystkim zbrodnie „leśnych” na ludności cywilnej, szczególnie kobietach i dzieciach. W niewielkiej tylko części udokumentował je Bazyli Pietruczuk w „Księdze hańby”. Autor zebrał dane z niektórych miejscowości obecnego woj. podlaskiego. Sporządzona przez niego lista nazwisk ofiar i miejscowości, w których dokonano zbrodni, jest bardzo długa. Już na pierwszy rzut oka widać, że wśród zabitych najliczniejszą grupę stanowią chłopi. Odpowiedź na pytanie dlaczego jest łatwa. „Leśni” najczęściej nachodzili rolników, traktując ich przy tym po wielkopańsku. Chłopi mieli oddawać im wszystko, czego zażądali. I nie protestować. A każdy, kto to robił, był uznawany za szpicla lub komunistę, z którym trzeba się surowo rozprawić. Chłopi, którzy wiele przeszli „za Niemca i Sowieta”, byli niezbyt skorzy do dawania, bo „leśni” często zabierali im jedyne środki do życia i pracy – inwentarz, sprzęt, pieniądze. Ludność wiejska była też zastraszana i nierzadko karana za branie ziemi z reformy rolnej, za władanie szlacheckimi majątkami.

Maj 1946 r., Tomaszowice, pow. Lublin. Jeden z pododdziałów „Zapory” (Hieronima Dekutowskiego) zastrzelił administratora majątku Tomaszowice Jana Patejaka.

17 października 1946 r. we wsi Cisówek pow. augustowskiego bojówka „Oko” uprowadziła z domu i zamordowała Mariana Ołdaka, ale przed śmiercią połamano mu ręce i nogi. Następnie ci sami „bohaterowie” przyszli do Wincentego Ołdaka – ojca zamordowanego Mariana, któremu zabrano odzież, rower, konia z uprzężą i wóz.
5 maja 1945 r. we wsi Kalinowo Stare pow. wysokomazowieckiego zostali zamordowani Roman Uszyński i jego żona Aniela – rolnicy. Mordu dokonała bojówka WiN.

11 grudnia 1947 r. członkowie grupy „Cygana” zamordowali 2 mieszkańców wsi Stokowisko pow. wysokomazowieckiego, Aleksandra Popławskiego za to, że przyjął 4 ha ziemi z reformy rolnej, i Jana Zielińskiego – zdemobilizowanego żołnierza. W zabójstwie uczestniczyli: „Plon”, „Miedziak” i „Dziki”.

Kiedy „leśnym” coraz trudniej było walczyć z oddziałami wojska czy MO, rosła liczba ofiar cywilnych, także przypadkowych. Z bezwzględną surowością traktowano niedawnych towarzyszy broni, którzy mieli dość beznadziejnej walki przeciw rodakom, często sąsiadom.

9 listopada 1945 r. spalone zostały we wsi Guty, gm. Drozdowo, budynki mieszkalne i chlewy członka Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Laskowskiego, który zdał broń do PUBP w Łomży. On i jego syn zostali zabici. Podobny wypadek miał miejsce 19 grudnia, kiedy to oddział NZW zastrzelił w miejscowości Bacze Mokre, gm. Puchały, Jana Ziółkowskiego, kawalera Virtuti Militari V klasy z 1920 r., spokojnego i niewinnego obywatela. W tym samym dniu na terenie gm. Szumowo, pow. Łomża, przemaszerowujący oddział NZW groził, że zabije każdego, kogo spotka po drodze z legitymacją PSL.

20 czerwca 1947 r. we wsiach Wierzbowo i Czaplice oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NZW zabił Stanisława Liżewskiego oraz Józefa i Stanisława Maciejewskich, rzekomo za odmowę współpracy z podziemiem.

20 czerwca 1947 r. we wsiach Wierzbowo i Czaplice oddział PAS NZW zabił Stanisława Liżewskiego oraz Józefa i Stanisława Maciejewskich, rzekomo za odmowę współpracy z podziemiem.

Po 1946 r. ofiarami „leśnych” coraz częściej stawali się ci, którzy bali się ich i od nich stronili. Co więcej, „leśni” zaczęli stosować odpowiedzialność zbiorową i mordować członków rodzin walczących z nimi ludzi.

2 lipca 1947 r. oddział „Roli” zabił we wsi Wykowo, gm. Puchały, rodzinę rolnika Olechowskiego, a 15 dni później we wsi Mikołajki, gm. Szczepankowo, zginęła Kazimiera Łosiewicz, żona funkcjonariusza PUBP w Łomży. 13 maja 1948 r. we wsiach Srebrny Borek i Nowy Borek, gm. Szumowo, oddział NZW zabił rodzinę Świerczewskich oraz Mariana Zagrobę, ponieważ krewny rodziny Świerczewskich pracował w PUBP w Ostrowi Mazowieckiej.

Morderstwa odbijały się głośnym echem, chociaż „leśni” robili wiele, by nie było śladu po ofiarach. Do takich zbrodni należy mord na tzw. furmanach dokonany przez oddział Romualda Rajsa „Burego”. Zabito 28 osób. Sąd uznał to za zbrodnię mającą znamiona ludobójstwa. Tak samo należałoby traktować mordy, jakich od 29 stycznia do 1-2 lutego 1946 r. dopuściła się 3. Brygada Wileńska NZW (ok. 120 ludzi) przeprowadzająca pacyfikację terenów zamieszkanych przez ludność białoruską. Oddział ten spalił częściowo lub w całości wsie Zaleszany, Szpaki, Zanie i Końcowizna. Łącznie zginęło 49 osób.

Polityka historyczna

„Dziś stosunek do powojennego podziemia jest jednym z istotniejszych wyznaczników określających świadomość historyczną i polityczną Polaków. Niestety, w obecnych sporach dotyczących siły i znaczenia oporu wobec komunistycznego państwa w okresie »walki o utrwalanie władzy ludowej« częściej operuje się niesprawdzonymi stereotypami i półprawdami niż rzetelną wiedzą historyczną”. Trudno nie zgodzić się ze słowami Rafała Wnuka z książki o AK na Lubelszczyźnie. Należy on do nielicznych historyków, którzy nie postrzegają zbrojnego podziemia w kategoriach czarne-białe, ale widzą cienie i półcienie. Większość badaczy i publicystów, szczególnie spod znaku IPN, myśli natomiast jak Zbigniew Gluza, który we wstępie do książki „Wyklęci” wydanej przez kierowaną przezeń KARTĘ, pisał: „Gdy 1 marca 2011 r. Polska po raz pierwszy obchodziła Narodowy dzień Pamięci »Żołnierzy Wyklętych« jako doroczne święto państwowe – wielu starych obywateli reagowało zdziwieniem: »Jak to, narodowa pamięć tym bandytom?«. To pewnie wykonawcy lub ofiary peerelowskiej propagandy, którzy uwierzyli, że jeśli ktoś podnosił rękę na tamten system, z pewnością stanowił przypadek patologiczny”.

Słowa Gluzy doskonale ilustrują, na czym ma polegać polityka historyczna. Pamięć ma być tylko jedna. „Żołnierze wyklęci” to kontynuatorzy najlepszych tradycji niepodległościowych, prawdziwi patrioci, którzy przeciwstawili się narzuconej władzy i jej utrwalaczom. Koniec i kropka. Żadnych ale. Żadnych stwierdzeń, że powojenna przeszłość była bardziej złożona i nie da się jej przedstawić zero-jedynkowo, że wielu „leśnych” miało piękną kartę walki o niepodległość, której finałem stał się zwyczajny bandytyzm.

Warto więc w tym miejscu przywołać artykuł Anny Pyżewskiej z białostockiego oddziału IPN (!) „Tragedia w Sokołach”, w którym autorka opisuje wydarzenia z lutego 1945 r. – egzekucję dokonaną z wyroku podziemia na domniemanych „szpiclach sowieckich”, w której zginęło siedem osób narodowości żydowskiej, w tym czteroletnia dziewczynka i 13-letni chłopiec. Pyżewska próbowała odpowiedzieć na pytanie, czy przyczyną ich śmierci była rzeczywista współpraca z Sowietami, czy raczej osobiste porachunki jednego z członków patrolu AK. Autorka, mimo że nie formułowała ostatecznych wniosków, od razu stała się obiektem ataku innych IPN-owców: Tomasza Łabuszewskiego i Kazimierza Krajewskiego, którzy oskarżyli ją o brak obiektywizmu w badaniu historycznym. Nie omieszkali też przedstawić, jaka jest obowiązująca wizja przeszłości: „Choć jest to prawda trudna do przyjęcia dla beneficjentów półwiekowego okresu rządów komunistycznych – jedni uczestnicy tych zmagań walczyli o niepodległość i suwerenność Polski oraz wolność człowieka, drudzy – sprzymierzeni z komunistycznym okupantem – walczyli przeciw tym wartościom”.

Opinia Łabuszewskiego i Krajewskiego to kwintesencja całej polityki historycznej, uprawianej nie tylko przez IPN. Kto jej nie akceptuje, nie prezentuje takiego stanowiska, jest nikim innym jak spadkobiercą stalinowskich oprawców.

A jak jest w rzeczywistości? Posłużmy się jeszcze raz pracą Marty Kurkowskiej-Budzan, która odbyła wiele rozmów z mieszkańcami Łomżyńskiego (wiele z nich nagrała), chcąc się dowiedzieć, co tamtejsza ludność pamięta z powojennych czasów i co o nich myśli: „Zostałam skontaktowana z kilkoma naocznymi świadkami wydarzeń z 22 lutego 1947 r., które rozegrały się w pobliskiej wsi Łady Borowe. Ludzie ci nie mogą się pogodzić z faktem, że sprawców zbrodni, które tam zostały popełnione, po latach uhonorowano tablicą memoratywną. W pamięci mieszkańców Ład Borowych żywy jest obraz egzekucji, jaką oddział Henryka Gawkowskiego »Roli« wykonał na kilkuosobowej rodzinie Myślińskich, składającej się z kobiet i ich dzieci w wieku od sześciu do osiemnastu lat. (…) Przyczyną, dla której zostali zamordowani, miało być, według słów mieszkańców, odnalezienie przypadkiem w lesie zwłok ojca, zastrzelonego przez tych samych partyzantów kilka miesięcy wcześniej i ujawnienie tego zabójstwa przed władzami. Wincenty Myśliński miał być nielojalny wobec partyzantów, z którymi współpracował. (…) Po zabójstwie Myślińskich ich gospodarstwo przejęła rodzina sprawców mordu. Moi rozmówcy twierdzili, że rabunek był w istocie motywacją mordu. (…) W pamięć mieszkańców zapadł obraz przymarzniętych do siebie zwłok dzieci, w tym najmłodszej, kilkuletniej Sabinki. Utrwaliła ją wspominana do dziś fotografia, wykonana przez UB. (…) Zdjęcie to znalazło się w albumie fotograficznym SB, który przechowywany jest przez białostocki Instytut Pamięci Narodowej, ale niestety zostało zeń wyjęte i nie udało się go odnaleźć”. Ciekawe, kto je wyjął.

Patrioci i bandyci

Warto w tym miejscu zapoznać się z wnioskami Marty Kurkowskiej-Budzan. Z jej badań wyłania się funkcjonujący wśród mieszkańców Łomżyńskiego podział „żołnierzy wyklętych” na prawdziwych polskich patriotów i bandytów. Ci pierwsi w ocenie rozmówców to: ideowa młodzież zmuszona do konspiracji przez represje UB, wyjątkowi, niezłomni i bezkompromisowi obrońcy wartości moralnych i cywilizacyjnych, patrioci broniący ojczyzny. Ci drudzy zaś to: bandyci i złodzieje, chuligani terroryzujący wsie, kawalerka spragniona przygody, zbrodniarze mordujący w imię ideologii nacjonalistycznej, bandyci, których motywacją do działań wymierzonych w cywilów były rabunek, chęć dominacji fizycznej. Jest też trzecia, pośrednia grupa, oceniana jako „broniący niepodległości Polski, ale nie zawsze w swoich działaniach zachowujący czyste ręce”.

„Wśród ludności wiejskiej – pisze autorka – została pamięć krzywd fizycznych i moralnych wyrządzonych przez obie strony. Zapamiętane zostały i osądzane w różnym stopniu czyny partyzantów i czyny »ubowców«. »Oni siebie warte byli« (Mirosława Z.). W narracjach przebija poczucie niesprawiedliwości, jaka spotkała chłopów, którzy znaleźli się pomiędzy dwoma walczącymi obozami”. Dlaczego zatem oficjalna, zgodna z IPN-owską polityką historyczną ocena przeszłości jest tak jednostronna?

„Wielu historyków – pisze Rafał Wnuk w „Wojnie po wojnie” – a za nimi polityków przekonuje, iż w okresie dominacji sowieckiej to właśnie partyzanci i ludzie aktywnie ich wspierający byli rzeczywistymi reprezentantami swych narodów. Uznają ich za strażników wartości narodowych, a w niektórych wypadkach także obrońców państwowości. (…) Autorzy ci zdają się sugerować, że w połowie lat 40. walka zbrojna stanowiła jedyną honorową postawę, delegitymizując tym samym inne strategie zachowań. W myśl tej interpretacji antykomunizm tym samym oznaczał bezwarunkowo opowiedzenie się po stronie dobra. Historyczne zaszłości, rodzaj ideologicznej motywacji, świat wartości wyznawanych przez chwytających za broń przeciw Sowietom – niczym udział w średniowiecznej krucjacie zapewniają patriotyczny »odpust zupełny«. Partyzant antykomunistycznego podziemia staje się bohaterem z definicji”.

Jeżeli „leśni” to prawdziwi patrioci, to kim są ci, którzy mając nieraz większe zasługi w czasie wojny, nie popierali ich, nie przyłączyli się do walki powiększającej tragiczny bilans wojny? Którzy rozumieli, w jakiej sytuacji znaleźli się Polacy, i chcąc oszczędzić im kolejnego rozlewu krwi, przystąpili do odbudowy kraju dotkniętego ogromnymi stratami ludzkimi i materialnymi. Czy ci „nieleśni” byli gorszymi Polakami, a może, stosując podział wielu IPN-owców, ludźmi niegodnymi tego miana? Po prostu zdrajcami?

Niewygodne fakty

„Walka o »wolną i niepodległą« przemieniła się w okrutną karykaturę samej siebie”, napisał w „Polityce” Marcin Zaremba. Dlaczego zatem de facto obowiązuje jedna wykładnia tamtych wydarzeń i postaw? Dlaczego opanowany przez osoby o skrajnych poglądach IPN narzuca tylko jedną interpretację? Nie byłoby to możliwe, gdyby nie poparcie udzielane mu przez PiS i PO, ugrupowania Ziobry czy Gowina. Do tego grona przyłącza się prezydent Komorowski, który nie stara się pokazywać swoją postawą, że lata powojenne miały różne oblicza. Że obok tych, których należy uhonorować, bo stali się ofiarą nierzadko haniebnego zachowania UB czy nawet zbrodni sądowych, należy również pamiętać o ofiarach „leśnych”. Podnoszenie wszystkich członków zbrojnego powojennego podziemia do rangi jedynych patriotów przeczy historii. Mało tego, jednostronny ich ogląd jest dobitnym wyrazem woli dalszego dzielenia już i tak mocno podzielonego narodu.

Debata na temat „żołnierzy wyklętych” jest całkowicie jednostronna. Niewygodne fakty są pomijane lub sprowadzane do absurdu. Słowacki odpowiednik Instytutu Pamięci Narodowej do tej pory nie może się doczekać rzeczowej odpowiedzi polskich historyków na temat zbrodniczej działalności Józefa Kurasia „Ognia” na Podhalu. Słowacy oskarżają go o ponad sto napadów bandyckich i zamordowanie kilkunastu cywilów. Polski IPN stawia mu pomnik.
O sile obecnej propagandy historycznej świadczy fakt, że termin „żołnierze wyklęci” jest powszechnie używany w naukowym obiegu. Tak oto rodzima historiografia przekształca się w mitologię. Rośnie także liczba ulic, skwerów i placów, które przybierają imię „żołnierzy wyklętych”. Co ciekawe, również na ziemiach zachodnich. Tymczasem nie dość, że obecność podziemia na tych terenach była śladowa, to jeszcze gdyby „leśni” zwyciężyli, Szczecin, Gorzów czy Wrocław znalazłyby się poza granicami Polski. Prawdziwymi bohaterami byli ci, którzy w codziennym trudzie odbudowywali tę ziemię i utrwalali na niej polską obecność, ale o pionierach mało kto teraz pamięta.

Trzeba zadać pytanie, czemu ma służyć gloryfikacja ludzi podziemia. Mało tego, można zapytać, czy IPN, którego pełna nazwa brzmi Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, nie powinien (nie ma obowiązku) wszcząć wielu śledztw przeciwko ludziom, którzy dopuścili się zbrodni na cywilach niemających nic wspólnego z walką ze zbrojnym podziemiem. Czy ściganiu podlegać mają tylko stalinowscy zbrodniarze, a ci, którzy niewiele się od nich różnili, już nie? Bo są a priori uświęceni jako orędownicy „wolnej Polski”?

Jeżeli IPN nie prowadzi postępowań przeciwko wielu „wyklętym”, to nie wypełnia swoich powinności. Od czego zatem jest i po co istnieje? Tylko jako nacjonalistyczno-pisowska tuba i fałszerz historii?

Lewica, która przyłożyła rękę do uchwalenia Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, powinna wiedzieć, że dając poniekąd placet na zakłamywanie powojennej historii, tworzy naturalne podglebie do fałszowania oglądu III RP i własnej w niej roli.

W ramach propagowania „prawdziwych bohaterów” w Warszawie zorganizowano bieg „Wilczym tropem. Bieg Ludzi Honoru”. A może kiedyś rodziny ofiar „żołnierzy wyklętych” zorganizują „Marsz milczenia”? I na jego organizację też pójdą środki z funduszu IPN, na który składają się wszyscy Polacy, łącznie z tymi, którzy nie godzą się na jego jednostronną politykę historyczną?

Paweł Dybicz

Informacje drukowane kursywą pochodzą z „Księgi hańby” Bazylego Pietruczuka, publikacji „Lubelski Okręg AK 1944-1947” Rafała Wnuka i strony internetowej historialomzy.pl

Bilans bratobójczej wojny

W bratobójczej wojnie domowej wzięło udział po obu stronach ok. 450 tys. ludzi. W zbrojne podziemie zaangażowanych było 120-180 tys. osób, z czego w zorganizowanych oddziałach, uzbrojonych, a nawet otrzymujących żołd – ponad 20 tys. Według ostatnio publikowanych danych, w 1945 r. w lesie pozostawało 13-17 tys. osób, rok później ok. 8,6-8,8 tys., po amnestii zaś, w latach 1947-1950 działalność prowadziło do 1,8 tys. Po 1950 r. walkę z bronią w ręku kontynuowało 250-400 ludzi, tworząc dwu-, trzyosobowe oddziały. Ocenia się, że zabitych zostało 7672 „leśnych” (Maria Turlejska podaje liczbę 8668), według niezweryfikowanych danych w latach 1944-1954 za przestępstwa polityczne skazano na karę śmierci ok. 5 tys. osób, z czego ponad połowę wyroków wykonano.
Z rąk członków powojennego zbrojnego podziemia zginęło 4018 milicjantów, 495 ormowców, 1616 funkcjonariuszy UB oraz 3729 żołnierzy Wojska Polskiego, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Wojsk Ochrony Pogranicza. Ofiar wśród cywilów było niewiele mniej: 5143 osoby, w tym 187 dzieci do lat 14. Łącznie ok. 15 tys. osób. (Nie wolno zapominać, że ofiarami byli także żołnierze Armii Czerwonej, ale tu znamy tylko szacunkowe liczby, choć wiadomo, że są to tysiące). Bratobójcza wojna pochłonęła więc co najmniej 25 tys. ofiar, nie wliczając w to trwale okaleczonych.

Po pierwszej amnestii w 1945 r. podziemie opuściło tylko 30 217 osób, z czego część na powrót podjęła walkę z polskimi i radzieckimi służbami bezpieczeństwa. W wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii 53 517 osób wyszło z podziemia, a 23 257 przetrzymywanych w więzieniach lub aresztach ujawniło swoją działalność.
autor Paweł Dybicz , Marzec 3, 2014

————–Fałszerze historii z Instytutu Pamięci Narodowej

Fałszerze historii„Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość, a kto rządzi teraźniejszością, ten ma władzę nad przeszłością” George Orwell. Zgodnie z tą maksymą Instytut (Nie) Pamięci Narodowej fałszuje historię, zmieniając ją o 180 stopni: co wcześniej było czarne, teraz jest białe, co wcześniej było białe – teraz jest czarne. Najbardziej zabawne jest to, że tenże „Instytut” nasycony jest, głównie na szczeblach kierowniczych, potomkami wdrożycieli Komunizmu Wojennego ( nie należy mylić z socjalizmem w okresie 1956-1989, który był diametralnie inny), którzy zrobili „białe” z tych wydarzeń historycznych i ludzi okresu 1939-1956 – uważanych za „czarne” przez ich ojców i dziadów. Zamieszali tym, zręcznie skłócając Polaków, a zwłaszcza napuszczając na polskich chłopów, którzy w czasie wojny pomagali ruchowi oporu, ale też walczyli ze zwykłymi rabunkowymi bandami, także po wojnie, aby przeżyć. Żołnierze „wyklęci” wcale nie byli ”święci”, jak dokumentuje to poniższy tekst Pawła Dybicza i wymaga to uczciwego osądzenia historycznego: jednoznacznego bandytyzmu, jednoznacznego heroizmu w walce ( czy tamtych uwarunkowaniach słuszną ?) i ludzi, którzy w różnych okresach zachowywali się i tak i tak.

Ówczesne podziemie było mocno zinfiltrowane przez NKWD i służyło niestety często za narzędzie i/lub przykrywkę do siania zamętu i mordowania: ludzi normalnych, przeciwników rozpasania komunistycznych koczowników i patriotycznie zaangażowanych w odbudowę Polski, tak strasznie zniszczonej w czasie wojny. W ówczesnych uwarunkowaniach międzynarodowych oczekiwanie na III wojnę światową i/lub pomoc Zachodu przez kręgi podziemia było czystą mrzonką i wręcz głupotą polityczną.

Dostępna jest bogata dokumentacja tego okresu, zarówno w archiwach wojskowych jak i Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego. Pozwala ona rzetelnie osądzić ludzi i wydarzenia tamtego okresu na poziomie osób i wydarzeń, jak i na poziomie oceny zasadności politycznej. Ponieważ IPN tego nie robi, więc celowym jest dokonanie lustracji pochodzeniowej tego „Instytutu” i zrobienie reorganizacji z powołaniem nowego składu, zwłaszcza na szczeblach kierowniczych, według struktury etnicznej w Polsce. Równouprawnienie wszystkich grup etnicznych według proporcji zamieszkania jest koniecznym warunkiem, aby historia przestała być fałszowana dla celów politycznych – skłócania Polaków ze sobą.

Redakcja KIP

Nadesłany komentarz
Wróćmy wyobraźnią w tamte czasy: – Rok 1945 po 5 latach wojny i okupacji – Naród zmęczony walką cieszy się wolnością – jest flaga biało-czerwona jest orzeł (co prawda bez korony) ale ten sam. Okupanta przegonił wyzwoliciel przeszedł i wrócił do siebie, zostawiając administrację jemu lojalną – gdyż tak ustalili koalicjanci w Teheranie i Poczdamie. Tak ustalili, gdyż takie rozwiązanie było w interesie USA i GB ( nie wchodzę głębiej w spiskową teorię dziejów) . Nasi przyjaciele i sojusznicy (i w roku 1939 , i w 1945 no i obecnie) kierowali się i kierują się teraz tylko swoim interesem, a My im wierzyliśmy i niektórzy naiwni w dalszym ciągu im wierzą. A może nie wierzą tylko cynicznie „ubijają” własny interes – wtedy posyłali młodych chłopców do walki, a teraz stawiają im pomniki. Ci młodzi szczerze patriotycznie nastawieni przez 5 lat walczyli z okupantem zyskując uznanie Narodu, a po wyzwoleniu ci mądrzejsi poszli się uczyć – pozostali nic nie umieli więc dalej walczyli – zabijali braci i sąsiadów i zabili w sumie 5 razy więcej Polaków, niż Niemców w okresie okupacji. A teraz – teraz nic się nie zmieniło – cwaniaki handlują historią bazując na naiwnym patriotyzmie Polaków. „Historii nie można nazwać nauką. Zawsze jest ona na czyjś „obstalunek”.
Pozdrawiam.
J.J.

——————— 187 świeczek na 1 marca. Tyle dzieci zamordowali „wyklęci” | Trybuna.eu

Pamiętajmy o ponad pięciu tysiącach cywili – mężczyznach, kobietach i dzieciach – bestialsko zamordowanych przez tzw. żołnierzy wyklętych, którzy będą fetowani przez kilka najbliższych dni.

Sabinka Mozolewska miała 6 lat. Została zamordowana w lutym 1947 roku przez oddział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego dowodzony przez Henryka Gawkowskiego, ps. „Rola”. Zabici zostali też jej najbliżsi. Ci sami ludzie pozbawili życia 9 – letnią Wiesię Myślińską i jej rodzinę.

29 listopada 1945 r. oddział Franciszka Olszówki, ps. „Otto”, zamordował 7-osobową żydowską rodzinę Kohnów, w tym małe dzieci. Łącznie banda „Otta” zabiła 71 osób – z czego aż 41 to były osoby cywilne.

6 czerwca 1945 r. oddział PAS – NSZ pod dowództwem “Szarego” dokonał we wsi Wierzchowiny masakry ukraińskiej ludności cywilnej (na zdjęciu). „Wyklęci” zamordowali 194 osób, w tym 65 dzieci poniżej 11 roku życia. Najmłodsza ofiara miała dwa tygodnie.

22 maja 1945 r. oddział por. Zygmunta Błażejewicza, ps. „Zygmunt” (podwładnego Zygmunta Szendzielarza, ps. „Łupaszko”) dokonał pacyfikacji prawosławnej wsi Potoka. Akcja nosiła znamiona czystki etnicznej. Śmiertelnymi ofiarami spalenia osady były m.in. małe dzieci Marii Gierasimczuk: Gienia, Nina i Władzio.

Historycy szacują, że tzw. żołnierze wyklęci zamordowali 187 dzieci poniżej 14 roku życia. Liczba zabitych z ich rąk cywilów przekracza 5 tysięcy.

W wyniku największej manipulacji historycznej III RP w najbliższych dniach sprawcy tych zbrodni będą fetowani podczas akademii, odczytów, rekonstrukcji czy imprez sportowych.

1 marca, w tzw. Narodowym Dniu Żołnierzy Wyklętych, przywróćmy pamięć o niewinnych i bezbronnych ofiarach podziemia zbrojnego. Zapalmy świeczkę Sabince, Nince, Gieniowi, Wiesi i innym pomordowanym dzieciom!

W najbliższych dniach w portalu Trybuna.eu opublikujemy serię artykułów poświęconych tzw. żołnierzom wyklętym. Zachęcamy do lektury.

Na zdjęciu dzieci – ofiary mordu dokonanego przez tzw. żołnierzy wyklętych w Wierzchowinach w 1945 r.:

Ofiary Wyklętych Wierzchownia

Więcej o zbrodni w Wierzchowinach: https://zolnierzeprzekleci.wordpress.com/zrodla-do-wierzchowin/

Więcej o zbrodniach Olszówki „Otta”: http://www.tygodnikprzeglad.pl/komu-chcecie-stawiac-pomniki/

Więcej o spaleniu wsi Potoka: http://www.przegladprawoslawny.pl/articles.php?id_n=2093&id=2

PS.2. Poniżej jeden z komentarzy na portalu KRESY.PL
Dodam do tego, że łączenie represji UB stosowanych wobec żołnierzy i oficerów podziemia (gen. „NIL” czy rtm. Pilecki) i tych którzy zdecydowali się powrócić po wojnie z Zachodu do ojczyzny, do swoich rodzin, z działaniami UB wobec tych których złapano z bronią w ręku, którzy napadali na posterunki, urzędy, sklepy, ściągali kontrybucję od miejscowych ludzi i nierzadko wykonywali przez siebie wydawane wyroki to skandal. Bohaterstwo i tragizm jednych stało się przykryciem bezprawia innych. Marek
MOTTO: „””” Prawda jest tym, co dostaliśmy w spadku i jest naszym dziedzictwem, które oddamy następnemu pokoleniu. Mówić prawdę jest naszym obowiązkiem wobec samych siebie i wobec innych; To honor, obowiązek i nasz zapis dla przyszłych pokoleń. Jest to część naszego prawowitego dziedzictwa.”””” PANIE KACZYŃSKI,PANIE PREZYDENCIE DUDA,PANI PREMIER SZYDŁO O OPAMIĘTANIE PROSZĘ. NIE WSZYSCY POLACY SĄ IDIOTAMI O MENTALNOŚCI WAŁĘSÓW !!! …”żołnierze wyklęci” nie byli żadnymi żołnierzami bo 19.01.1945 roku na polecenie Rządu Polskiego w Londynie Armia Krajowa została rozkazem dowódcy „Bora” Komorowskiego rozwiązana a jej żołnierze wezwani do zaprzestania walki i włączenia się do odbudowy zniszczonego kraju rządzonego nie przez jakichś tam „komunistów” tylko przez Rząd Jedności Narodowej uznany przez 4 wielkie mocarstwa. Ci, którzy nie wykonali rozkazu wodza naczelnego AK winni stanąć przed sądami wojskowymi osądzonymi na kary śmierci. Wśród tych „wyklętych” było sporo zwyczajnych bandziorów, którzy rabowali, gwałcili, podpalali zwyczajnych obywateli. Do takich należał Józef Kuraś z Podhala ,któremu to bandyckie władze III RP postawiły okazały pomnik w jego rodzinnej wsi, a ludność tej wsi następnego dnia ten pomnik rozbiła na drobny gruz. Dziś nadal obecne władze podrzucają „żołnierzy wyklętych” jako temat zastępczy dla motłochu aby odwrócić jego uwagę od spraw żywotnych dla naszego polskiego narodu. —————– // ————————– ,, Dobrzy ludzie”, ci, których fotografie dzisiaj podziwiamy na wystawach, a ich spiżowe postacie spoglądają na nas z pomników, miażdżyli złym ludziom głowy i klatki piersiowe, ucinali uszy, nosy, języki, ręce, nogi, narządy płciowe i głowy, wydłubywali oczy, żywcem palili. Były też przypadki przywiązywania ofiar do młodych drzew rosnących w bliskiej odległości, których wierzchołki ściągano za pomocą lin. Ofiary przywiązywano głową w dół za prawe ręce i nogi do jednego drzewa, a lewe kończyny do drugiego. Następnie linę przecinano. Drzewa, wracając do pionu, rozdzierały ciała —- Weterani NSZ, największej podziemnej organizacji sprzymierzającej się z hitlerowcami, jeśli była taka potrzeba, uważający komunistów za zwierzynę, wobec której nie obowiązują żadne terminy ochronne, do której wolno strzelać kulą i kaczym śrutem, łowić w potrzaski i pętle („Szaniec”, najważniejszy organ prasowy NSZ z 23 października 1943 r.), mają prawo do noszenia mundurów polskiego wojska. TFUUUUUUUU!!!

———-Posłuchać głosu Prymasa – Bogusław Jeznach – NEon24.pl

CO PISZĄ INNI: Oto trzecia i ostatnia opinia na temat żołnierzy wyklętych, pióra Jakuba Korejby.

Gloryfikacja przeszłości jest rzeczą cenną i pożądaną. Piękna historia to taki sam element infrastruktury państwa jak dworce i autostrady. Problem w tym, iż Żołnierze Wyklęci nie bardzo nadają się na bohaterów narodowych.

Temat rozliczeń historycznych, dobra i zła w naszej przeszłości jest śliski, lepki i nie najlepiej pachnie — tak bowiem złożyły się nasze dzieje, iż prawie wszyscy ich uczestnicy budzą skrajne emocje: niemal każdy temat wywołuje w jakiejś części Polaków niechęć, agresję lub histerię — wystarczy spojrzeć na zachowanie naszych elit w banalnej z pozoru sprawie Wałęsy, aby poczuć znane z tak wielu innych sytuacji idiotyczne uczucie tego, iż każdy z nas, bez własnej woli i udziału znalazł się po stronie jakiejś wznoszonej nie wiadomo przez kogo barykady.

Niewiele jest w naszych, zwłaszcza najnowszych dziejach postaci, miejsc, sytuacji i idei, które są w stanie zjednoczyć cały, naprawdę cały naród, bez dzielenia na lepszych i gorszych i wykluczania się z polskości.

I właśnie dlatego, władze powinny szczególnie dbać o to, aby polityka historyczna służyła pojednaniu, a nie kolejnym narodowym chryjom, z których wyjdziemy jeszcze bardziej osłabieni i podzieleni. Sprawa jest tym poważniejsza, iż wysycha źródło inspiracji zewnętrznych, kończą się (lub pogrążają w kryzysie) uniwersalne idee, takie, jak chrześcijaństwo, komunizm czy integracja europejska (w tym kontekście ciekawa jest rola rosyjskiego czy niemieckiego imperializmu, z którym w XIX utożsamiało się wcale niemało naszych rodaków, ale to takie spuchnięte tabu, że ruszyć je trzeba z chirurgiczną precyzją i poprzedziwszy najbardziej precyzyjnym research’em), które przez lata służyły ubogim materialnie i ideowo Polakom jako zamienniki tego, czego nie potrafiła im dać własna ojczyzna.

Wobec oczywistego kryzysu idei i instytucji uniwersalnych (czy do tego uniwersalizmu pretendujących, jak „niezbędny naród” amerykański czy „największe osiągnięcie ludzkości” UE) Polska, aby przetrwać jako wspólnota jeszcze bardziej potrzebuje dziś wiary w to, iż tej wspólnoty trwanie ma sens i warto w jej imię poświęcić, może nie życie, ale przynajmniej uczciwie zapłacony podatek i parę chwil na przemyślenie na kogo zagłosować (niby banał, a około 50% naszych rodaków od lat nie zdobywa się wobec swojej wspólnoty nawet na tyle).

Nie ma więc wątpliwości, iż bohaterów budujących naszą dumę, poczucie wartości państwa i narodu, przywiązanie do ziemi i siebie nawzajem potrzebne jest nam w dużej ilości i to od zaraz. Wydaje się jednak, iż budowanie tożsamości Polaków na fundamencie mitu Żołnierzy Wyklętych ma istotne, zarówno moralne, jak i praktyczne wady:
Po pierwsze, nie są oni w stanie zjednoczyć Polaków na tej samej zasadzie, na której Stepan Bandera i upowcy nigdy nie zjednoczą wszystkich Ukraińców — bo są to postaci, od których zawsze ktoś (a takich ludzi jest w Polsce sporo) będzie się odżegnywał, co jest zupełnie normalne, kiedy oceniamy ludzi z tych czy innych powodów strzelających do własnego narodu. Nad tym faktem po prostu nie da się przejść do porządku dziennego, niezależnie od motywacji. To tak, jakby nagle, po przyjściu do władzy hipotetyczna lewica znów ogłosiła 7 października świętem towarzyszy z bezpieczeństwa, którzy przecież naprawdę zbudowali Polskę, najlepszą, w która wierzyli. Albo, gdyby zaczęła lansować na bohatera narodowego Mieczysława Moczara — nie da się ukryć, polskiego patriotę, którego działalność i twórczość („Barwy Walki” były autentycznie poczytną lekturą szkolną) miała charakter nie tylko antyniemiecki i antysemicki, ale także w istotnej części antysowiecki (z tego powodu zresztą to Gierek a nie on zastąpił Gomułkę na stanowisku genseka).

Po drugie, Wyklęci nie nadają się na wzór do naśladowania, bo tak jak wiele postaci czy grup znanych nam z historii (na przykład Konfederaci Barscy, Legioniści Dąbrowskiego, Powstańcy Kościuszkowscy, Listopadowi, Styczniowi czy Warszawscy) byli luzerami — przegrali i, co gorsza, wygrać nie mogli. Ich czyny i motywacje to bez wątpienia materiał na wiele duszoszczypatielnych opowieści i sensacyjnych filmów (i niech sobie je każdy za swoje pieniądze robi), ale na pewno nie na magnes moralnego kompasu współczesnego Polaka. Czas skończyć ten historyczny sadomasochizm i wreszcie zacząć brać przykład ze zwycięzców. Nikt bowiem, a już na pewno nie rwąca się do okiełznania Europy i świata młodzież nie pójdzie w życie pod sztandarami ludzi, którzy wszystko w życiu poświęcają dla przegranej sprawy, do tego w jej imię mordując własnych sąsiadów.
Mamy w Polsce naprawdę wielu kandydatów na bohaterów, którzy mają wszystkie zalety, a nie mają wad Żołnierzy Wyklętych. Pierwsi przychodzą mi na myśl Legioniści Piłsudskiego (i ogólnie wszyscy ci, z różnych armii i zaborów, którzy wbrew geopolitycznym realiom dokonali cudu wskrzeszenia Polski), Robotnicy Wybrzeża, którzy bez nienawiści i przemocy (i w istocie pod socjalistycznymi hasłami) przypomnieli władzy po co istnieje państwo czy choćby, jeżeli już chcemy gloryfikować żołnierzy — współcześni bohaterowie, którzy na krańcach świata bronią naszej suwerenności i reklamują Polskę pokazując, że Polacy mogą być w czymś najlepsi.

Warto zaznaczyć: państwowa polityka historyczna nie jest czymś z gruntu złym, jak próbują wmówić nam zwolennicy „rozpłynięcia” się Polaków w europejskiej czy globalnej masie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy polityka ta jest nieprzemyślana i krótkowzroczna. Być może naszym obecnym władzom, z zaciśniętymi zębami wmawiającym nam wiarę w Żołnierzy Wyklętych przemówią do rozsądku słowa Prymasa Tysiąclecia: „Ożywiajmy w sobie ambicję życia, tak konieczną Narodowi, który dotąd bardziej wsławił się sztuką bohaterskiego umierania niż umiejętnością życia”.

————————- Romuald Rajs „Bury”. Żołnierz wyklęty i morderca – wspolczesna.pl
tablica pomordowani bury
Tomasz Sulima chce upowszechnić wiedzę także o tych ciemnych kartach historii działań polskiego zbrojnego podziemia. Romuald Rajs, pseudonim „Bury”, wymieniany jest jako jeden z tzw. „Żołnierzy Wyklętych”. Materiały podobne Będzie pomnik Furmanów na cmentarzu wojennym w Bielsku Podlaskim Romuald Rajs ps. „Bury” ciągle budzi kontrowersje Odsłonięcie pomnika na bielskim cmentarzu

Mieszkańcy wsi w okolicach Bielska Podlaskiego wspominają go jako mordercę, który zabił ponad 100 cywilów, w tym kobiety, dzieci i osoby starsze. Apel o uczczenie jego ofiar pojawił się na Facebooku. Partyzanci zwabili wszystkich mieszkańców do największego domu we wsi. Mówili, że to zebranie – opowiada Eugeniusz Sakowski, sołtys wsi Zaleszany, w gm. Kleszczele. – Gdy wszyscy weszli, żołnierze zaryglowali drzwi i podpalili budynek. W środku oprócz mężczyzn były kobiety i dzieci. Jeden z żołnierzy zlitował się nad ludźmi i pozwolił komuś wyskoczyć przez okno i otworzyć drzwi. Jednak gdy wszyscy wybiegli, pozostali żołnierze zaczęli strzelać. Niektórzy celowali w powietrze. W całym zdarzeniu zginęło 14 osób. Część od kul, pozostali po prostu spłonęli żywcem. Do tych tragicznych wydarzeń doszło we wsi Zaleszany 29 stycznia 1946 roku. Eugeniusz Sakowski urodził się trzy lata później, ale dokładnie utkwiły mu w pamięci opowiadania rodziców i siostry. Paweł Kukiz skomentował ten artykuł. Myślę, że IPN powinien dokładnie zbadać postaci niektórych Wyklętych – Ich dom, tak jak i wszystkie pozostałe, został spalony – wspomina. – Aby odbudować wieś, mieszkańcy wycieli cały okoliczny las. Niewiele osób pamięta tamte wydarzenia. – Na palcach można policzyć tych, którzy jeszcze żyją – wyjaśnia pan Eugeniusz. – Wiele osób do końca życia nosiło ślady poparzeń. Od kul zginęło 79 osób Na przełomie stycznia i lutego 1946 roku partyzanckie oddziały Romualda Rajsa (zwanego Burym) spacyfikowały kilka wsi w okolicach Bielska Podlaskiego (m.in.: Zaleszany, Szpaki, Wólka Wygonowska, Zanie, Końcowizna). Od kul lub w płomieniach zginęło 79 osób (w tym kobiety, dzieci, osoby starsze). 31 stycznia w okolicach Puchał Starych partyzanci rozstrzelali 30 furmanów. – Najpierw mężczyznom z okolicznych wsi kazali wziąć furmanki i zebrać się w jednym miejscu, aby pomóc w transporcie – opowiada Tomasz Sulima, pracownik naukowy z Muzeum Małej Ojczyzny w Bielsku Podlaskim. – Później kazali im się przeżegnać. Jeśli ktoś przeżegnał się „po katolicku”, odchodził wolno, jeśli uczynił prawosławny znak krzyża, został rozstrzelany. Widziałem jak zabijają moją matkę Tomasz Sulima jest jednym z inicjatorów akcji informacyjnej zorganizowanej na portalu społecznościowym „Facebook”.

– Jej celem było rozpowszechnienie wiedzy o zbrodniach ludobójstwa jakich dopuścił się „Bury” oraz sprowokowanie dyskusji na temat działań podziemia zbrojnego – mówi Sulima. „Bury” został zrehabilitowany w 1995 r. Jego rodzina otrzymała około 180 tys. zł odszkodowania. Obecnie Rajs wymieniany jest jako jeden z tzw. „Żołnierzy Wyklętych”, których święto obchodziliśmy 1 marca. Tymczasem rodziny jego ofiar nie doczekały się żadnego odszkodowania, a nawet upamiętnienia ich krzywd.

– Nawet pomnik na grobie ofiar na cmentarzu w Bielsku Podlaskim powstał dopiero w 2002 roku, po licznych sporach i kontrowersjach – mówi Sulima. – Ich szczątki pochowano tu w lipcu 1997 roku. Społeczny Komitet Ofiar Pomordowanych wysłał do prezydenta RP oraz mars
załka Sejmu apel o zadośćuczynienie krzywd.

– Niestety, nie doczekaliśmy się żadnej odpowiedzi – mówi jeden z przedstawicieli Komitetu. – Jest mi tym bardziej przykro, że ta historia osobiście mnie dotyczy. Pochodzę z miejscowości Zanie. Gdy oddział Burego napadł na naszą wieś, byłem małym chłopcem. Widziałem, jak jeden z jego żołnierzy zabija moją matkę. Nasz rozmówca nie chciał upubliczniać swego nazwiska, bo – jak tłumaczy – to zbyt bolesne wspomnienia.

– W obowiązującej ustawie o kombatantach wojennych nie ma miejsca dla ofiar „Burego” – tłumaczy Tomasz Sulima. – Pomimo, że obejmuje ona ich kata. Projekt nowelizacji, który dawałaby możliwość wypłacenia odszkodowań ofiarom podziemia zbrojnego leży w Sejmie. Od ponad dwóch lat. – „Bury” to część historii lokalnej, która jest dla wielu osób niewygodna – mówi Sulima. – Chciałbym, aby Polacy potrafili przyznać się także do tych ciemniejszych kart ze swej przeszłości. Oczywiście warto podkreślić, że podziemie zbrojne miało też swoich bohaterów. W swym apelu internetowym Sulima podał przykład porucznika Kazimierza Kamieńskiego ps. „Huzar”, który nie tylko nie zwalczał lokalnej ludności, ale nawet starał się wyrównywać szkody, jakie poniosła w wyniku działań zbrojnych.

Kontrowersyjny bohater – Postaci Romualda Rajsa nie możemy ukazywać jednostronnie – przypomina Eugeniusz Korneluk, naczelnik Oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów w białostockim IPN. – Pamiętajmy, że był także żołnierzem, który dzielnie walczył i oddał życie w obronie niepodległości Polski. Rajs był wielokrotnie odznaczany za swe poświęcenie na polu walki. Dwukrotnie otrzymał nawet order Virtuti Militari. Brał udział w wojnie obronnej w 1939 r. Później walczył w konspiracji. Od 1942 r. służył w „Trzeciej Wileńskiej Brygadzie AK”. W maju 1945 r. był dowódcą II Szwadronu V Brygady Wileńskiej. Po jej demobilizacji przeszedł do Pogotowia Akcji Specjalnej NZW. To właśnie podczas tej służby otrzymał rozkaz pacyfikacji prawosławnych wsi. Jak twierdzą historycy, pacyfikacja w tamtych czasach miała oznaczać likwidację osób współpracujących z władzą komunistyczną, spalenie wsi, zmuszenie do migracji lokalnej ludności, ale nie jej masowe zabijanie… „Bury” został aresztowany w 1948 roku. Rozstrzelano go 31 grudnia 1948 roku. W 1995 roku został zrehabilitowany. W czerwcu 2005 roku IPN zakończył śledztwo dotyczące Rajsa. Prokurator uznał, że jest on winny „zbrodniom przeciwko ludności popełnionym w celu wyniszczenia części obywateli polskich z powodu ich przynależności do białoruskiej grupy narodowościowej o wyznaniu prawosławnym.”

—- historycy.org -> Romuald Rajs „Bury”

Ja powolam sie na relacje swiadkow: banda wioske naszla wieczorem, kiedy ludzie siedzieli juz w domach, na poczatek obchodzili wszystkie domostwa… w jednym zarzadali jedzenia, w drugim wodki, a w jeszcze innym tytoniu. I tak kiedy obeszli juz wszystkie domy kazali wyprowadzic inwentarz z budynkow. Kiedy ludzie znowu pochowali sie w domach nastapilo podpalanie budynkow, zarowno w ktorych byli ludzie i tych ze sprzetem. W niektorych domach gdzie mieszkaly mlode dziewczyny „zolnierze” urzadzali sobie zabawy… Kiedy ludzie zaczeli uciekac z plonacych domow strzelano im w plecy.
To opis sytauacji ktora wydazyla sie w jednej wsi. Ci ludzie ktorzy zdolali uciec schronili sie w lesie. We wsi ocalala jedna zagroda – wlascicielem byl katolik.
Podsumowujac: gwalty na czesto niepelnoletnich kobietach, niszczenie mienia, rabunki, strzaly w plecy(!!!) to sie nazywa bohaterstwo tak??!!
Dodam tez ze ludzie z wyzej opisanej wioski w zaden sposob nie kolaborowali z armia czerwona, nkwd czy inna forma wladzy komunistycznej.

Mało ?? poczytaj sobie to:
http://www.bialorus.pl/index.php?Rozdzial=…i&&wiecej=14547

a to niektore ofiary PAS NZW:

357. Szadejko Mikołaj s. Stefana i Tatiany, ur. 1926 r. we wsi Krzywa (gm. Orla) w rodzinie chłopskiej, wykształcenie podstawowe, na gospodarstwie rolnym w Krzywej, kawaler, bezpartyjny, uprowadzony 28 I 1946 r. ze wsi Łozice (gm. Hajnówka) przez członków oddziału Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego pod dowództwem Romualda Rajsa ps. „Bury” i zamordowany 31 I 1946 r. koło wsi Puchały (gm. Brańsk), pochowany na cmentarzu wojskowym w Bielsku Podlaskim.

361. Szeszko Antoni s. Teodora, ur. 1886 r. we wsi Szpaki (gm. Wyszki) w rodzinie chłopskiej, wykształcenie podstawowe, na gospodarstwie rolnym w Szpakach, żonaty, bezpartyjny, postrzelony 2 II 1946 r. w czasie napadu na Szpaki żołnierzy z plutonu Jana Boguszewskiego ps. „Bitny” z oddziału PAS NZW dowodzonego przez Romualda Rajsa ps. „Bury”, zmarł w szpitalu w Bielsku Podlaskim, pochowany na cmentarzu prawosławnym w Bielsku Podlaskim.

362. Szeszko Dionizy s. Teodora i Anastazji, ur. 1895 r. we wsi Szpaki (gm. Wyszki) w rodzinie chłopskiej, wykształcenie podstawowe, na gospodarstwie rolnym w Szpakach, żonaty, bezpartyjny, zamordowany 2 II 1946 r. w czasie napadu na Szpaki żołnierzy z plutonu Jana Boguszewskiego ps. „Bitny” z oddziału PAS NZW dowodzonego przez Romualda Rajsa ps. „Bury”, pochowany na cmentarzu prawosławnym we wsi Malesze (gm. Wyszki).

363. Szeszko Jan s. Onufrego, ur. 1902 r. we wsi Szpaki (gm. Wyszki) w rodzinie chłopskiej, wykształcenie podstawowe, na gospodarstwie rolnym w Szpakach, żonaty, bezpartyjny, zamordowany 2 II 1946 r. w czasie napadu na Szpaki żołnierzy z plutonu Jana Boguszewskiego ps. „Bitny” z oddziału PAS NZW dowodzonego przez Romualda Rajsa ps. „Bury”, pochowany na cmentarzu prawosławnym w Maleszach.

364. Szeszko Jan s. Prokopa, ur. 1923 r. we wsi Szpaki (gm. Wyszki) w rodzinie chłopskiej, wykształcenie podstawowe, na gospodarstwie rolnym rodziców w Szpakach, kawaler, zamordowany 2 II 1946 r. w czasie napadu na Szpaki żołnierzy z plutonu Jana Boguszewskiego ps. „Bitny” z oddziału PAS NZW dowodzonego przez Romualda Rajsa ps. „Bury”, pochowany na cmentarzu prawosławnym w Maleszach.

365. Szewczeniuk Włodzimierz s. Jakuba, ur. 1900 r. we wsi Świrydy (gm. Brańsk) w rodzinie chłopskiej, wykształcenie podstawowe, na gospodarstwie rolnym w Świrydach, żonaty, bezpartyjny, zamordowany 29 I 1946 r. przez żołnierzy oddziału PAS NZW dowodzonego przez Romualda Rajsa ps. „Bury”, pochowany na cmentarzu prawosławnym w Brańsku.

366. Szotko Wasil, ur. 15 VI 1891 r. w rodzinie chłopskiej, na gospodarstwie rolnym we wsi Zawyki Ferma (gm. Suraż), zamordowany 2 II 1946 r. przez żołnierzy z oddziału PAS NZW dowodzonego przez Romualda Rajsa ps. „Bury”.

———- Żołnierze wyklęci, żołnierze przeklęci. Czyim bohaterem jest Romuald Rajs ‚Bury’?
z19607695Q,Romuald-Rajs--Bury---dowodca-1--kompanii--szturmow
Romuald Rajs „Bury”, dowódca 1. kompanii (szturmowej) 3. Wileńskiej Brygady AK, i jego żołnierze opuszczają kościół po mszy rezurekcyjnej. 9.04.1944, Turgiele (Fot. SPP / Ośrodek Karta)

Mieszkańcy Zaleszan modlą się pod krzyżem upamiętniającym 70. rocznicę pacyfikacji wsi przez oddział ‚Burego’. Zginęło wtedy 16 osób. 29.01. 2016 – miniatura

W cerkwi w Orli: Tomasz Sulima, dziennikarz Radia Racja, bielski radny. Założył na Facebooku profil ‚Bury – nie mój bohater’ w proteście przeciwko ogłoszeniu 1 marca Dniem Żołnierzy Wyklętych – miniatura

Zobacz zdjęcia (3)

Agnieszka Romaszewska-Guzy: „Bury” był dzielnym żołnierzem, który dopuścił się okrutnych zbrodni. Można nad tym ubolewać, ale nie należy zaprzeczać.
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Rankiem 30 grudnia 2015 r. mieszkańcy Hajnówki i Bielska Podlaskiego widzą na płotach prześcieradła z napisem „Bury – nasz bohater”. Do Arkadiusza Panasiuka, hajnowskiego dziennikarza wyznania prawosławnego, dzwoni znajoma, żona miejscowego przedsiębiorcy. – Widziałeś? – pyta. – Nogi się pode mną ugięły z przerażenia.

Jej dziadek, prawosławny, chłop z Łozic, został przez ludzi „Burego” zabity w 1946 roku.

Żołnierze wyklęci. Cywilny opór czy III wojna? Rozmowa z dr hab. Rafałem Wnukiem

„Chwała bohaterom”!

Panasiuk, 50-latek, też jest zdumiony. Mówi, że pierwszy raz „Bury” pojawia się tak bezczelnie w przestrzeni miasta. Kilka lat temu na murach Hajnówki pojawiły się swastyki, napisy „Polska dla Polaków”. Zrobiła to prawdopodobnie młodzież narodowa związana z ruchem kibiców Jagiellonii Białystok. – Co roku organizują rajdy śladami „żołnierzy wyklętych”, ale nigdy nie wymachiwali nam przed oczami samym „Burym” – mówi. – Swastyka jest symbolem wojny, odległej historii. „Bury” to dla prawosławnych mieszkańców tych okolic namacalny, miejscowy strach i przekazywane w tajemnicy opowieści – tłumaczy.

W odległej o 50 kilometrów od Białegostoku Hajnówce 80 proc. mieszkańców to prawosławni. Połowę stanowią w pobliskim Bielsku Podlaskim. Prześcieradła zawisły w Hajnówce na wiadukcie, przy rondzie prawosławnego arcybiskupa Mirona Chodakowskiego, i w Bielsku – niedaleko szkoły z białoruskim językiem nauczania.

Do prześcieradeł przyznaje się Obóz Narodowo-Radykalny z Białegostoku. Ogłasza to na Facebooku i dodaje: „Do dnia dzisiejszego w tych okolicach postać Burego jest mocno kontrowersyjna i owiana wieloma kłamstwami wśród środowisk mniejszości białoruskiej”.

Pod wpisem wrze:

„Narodowa Hajnówka”: Hajnowianie pamiętają o KPT [kapitanie „Burym”]. My pamiętamy o haniebnych prześladowaniach przez czerwonych oprawców i ich naśladowców i konfidentów w większości mniejszości białoruskiej…

Karol: Chwała naszym Bohaterom!!!

ONR Białystok: Pamiętamy!

Bartek: Hajnowianie już pozbyli się haniebnego transparentu na wiadukcie kolejowym. Pamiętamy o męczeńsko zamordowanych za wiarę ojcach, matkach i dzieciach. Nie zapomnimy!

ONR Białystok: Tylko na wiadukcie? Szukajcie dalej, bo tego jest o wiele więcej na mieście:)

Sławomir: W mojej rodzinie był taki furman, którego „wspaniali bohaterowie”, bydlaki pokroju „Burego” (…), zastrzelili, bo miał dobrą furę i konia. A był ojcem czwórki dzieci, dobrym gospodarzem i wierzącym człowiekiem. Zginął, bo modlił się do tego samego Boga, ale w innym języku i w inny sposób.

Panasiuk mówi mi: – Czujemy, jako prawosławni, że wraz z nową władzą w Sejmie pojawił się klimat sprzyjający temu, by znów dzielić ludzi tematem „żołnierzy wyklętych”. Których tu nazywa się „przeklętymi”.

„Białystok. Biała siła, czarna pamięć” Kąckiego: wstrząsający obraz Polski w pigułce

Panichida

29 stycznia, wieś Zaleszany, 30 kilometrów od Hajnówki. W drewnianej świetlicy z pochyłym dachem kobiety kroją wędliny, w kominku płonie ogień. Zjeżdżają się mężczyźni, siadają za stołami, zdejmują czapki. Do panichidy, nabożeństwa żałobnego, jeszcze godzina.

Michał Artyszewicz, żwawy 80-latek, popija herbatę i śledzi wnoszone przez kobiety półmiski. Ludzi boli historia, mówi, bo u każdego pod powiekami są tamte obrazy. U Artyszewicza – młody chłopak, który wyskoczył z płonącego domu w śnieg, a jeden z ludzi „Burego” wziął bagnet i wbijał jak w siano, by go dobić. Artyszewicz miał dziesięć lat. Dobrze, mówi, pamięta.

Im bliżej panichidy, tym więcej mieszkańców i obrazów. Słychać:

– Partyzanci polscy otoczyli…

– Siano pod domami i płomienie…

– Poparzony jeden biegł z powykręcanymi rękami…

– Ona była w ciąży, a z jej spalonego brzucha wypadł noworodek…

– Taka piękna, a z tego nerwa do końca życia miała sine usta…

Potwierdzenie ich wspomnień można znaleźć w aktach śledztwa prowadzonego przez Instytut Pamięci Narodowej.

Eugeniusz Czykwin, były poseł, działacz społeczności prawosławnej: – Teraz już mówią, nie boją się.

Artyszewicz: – W domach się mówiło po cichu, rodzice ostrzegali: nie gadać, nie mieszać się.

Wchodzi Sergiusz Niczyporuk, którego ojciec w pogromie w Zaleszanach stracił pierwszą rodzinę: dzieci i żonę: – Trzeba żyć normalnie, choć nie można tamtej tragedii zapomnieć – mówi.

Wybija 12.00, wychodzimy na szosę. Między domami dwa krzyże, na starym podziękowanie: „Pamięć mieszkańców wsi Zaleszany, których minęła tragiczna śmierć 29 stycznia 1946 roku”. Przed nim stolik, na nim chleb, kropidło, prawosławna Ewangelia. Ksiądz, batiuszka, otoczony babuleńkami, które kiwają się w rytm pieśni żałobnej, wyczytuje nazwiska zamordowanych.

– Jeden jest Jezus, więc jak to mogło być, że człowiek strzelał do niewinnego dziecka? – pyta batiuszka.

Wychodzi z tłumu burmistrz sąsiednich Kleszczel, katolik. Składa hołd pomordowanym, kondolencje rodzinom. Żałuje, że temat przez polskie władze wyparty, zapomniany, że rodzinom nie wypłacono żadnej rekompensaty, choć rodzina „Burego” taką otrzymała.

Ludzie zbijają się w grupy, znów wspominają, słychać cichy płacz jakiejś kobiety.

Mikołaj Sacharczuk, blisko 90-latek. Kufajka, wysokie kozaki, twarz pomarszczona. – Jak przyszli „wyklęci” – mówi – to nasi ich nakarmili, napoili. A oni po tym rzucili siano, podpalili. Część ludzi zamknęli w jednym budynku. Uciekali oknami, ale zaraz kule szły i ludzie płonęli. Widziałem kobietę z dziećmi, palnęli ją w jelita, a córeczkę, taka malutką, w krocze. Dobrze pamiętam, bo 15 lat miałem. Ludzie niewinni, tylko innej wiary, dzieci. A jeszcze zwierzęta. A co człowiekowi wtedy bez konia?

Po wojnie światowej wojna domowa

„Bury”

Dowodzony przez Romualda Rajsa ps. „Bury” oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego do wsi Zaleszany wkroczył 29 stycznia 1946 roku.

„Bury” zwołał zebranie mieszkańców w jednym z domów, zamknął drzwi i budynek został podpalony. Partyzanci strzelali do uciekających. Zabito też tych, którzy nie chcieli iść na zebranie, jak rodzinę Niczyporuków – małżeństwo i troje dzieci. Nie poszli, bo byli biedni, wstyd im było tak bez butów. Gdy Grzegorz Leończuk uciekał ze swojego domu, został zastrzelony z dziećmi: 3-letnim i 6-miesięcznym. To samo spotkało Piotra Demianiuka, 16-letniego syna sołtysa, i jego znajomego z sąsiedniej wsi Aleksandra Zielinko. W podobny sposób wyglądały pogromy w Zaniach – zastrzelone i spalone 24 osoby, koło Puchał Starych – 30 mężczyzn, w Wólce Wygonowskiej – dwie osoby, w Szpakach zastrzelonych pięciu mężczyzn, spalone domy. 18-letnia Maria Pietruczuk ze Szpak nie dała się zgwałcić, strzelili jej w plecy. Widziała to jej koleżanka i już się przed gwałtem nie broniła. Były przypadki, gdy partyzanci „Burego” mimo jego rozkazu strzelali w powietrze, nie do ludzi. W filmie dokumentalnym Agnieszki Arnold „Bohater” z 2002 roku dawni towarzysze broni „Burego” mówili, że był „zarażony śmiercią”, a nawet „sadystą”.

W 1949 roku „Bury” został skazany na śmierć za masakrę ludności cywilnej (ustalono, że odpowiada za śmierć 79 cywilów). Proces odbywał się w Białymstoku. Stracono go 30 grudnia.

W 1995 roku sąd wojskowy na wniosek rodziny zrehabilitował „Burego” i przyznał jej odszkodowanie. Uzasadnienie: „działania (…) miały na celu zapobieżenie represjom wobec bliżej nieokreślonej liczby osób prowadzących walkę o niepodległy byt Państwa Polskiego”. Wydane przez „Burego” rozkazy pacyfikacji ludności cywilnej sąd nazwał „stanem wyższej konieczności, który zmusił ich [oddział „Burego”] do podjęcia działań nie zawsze jednoznacznych etycznie”. Był to jeden z wielu wówczas procesów rehabilitacyjnych osób skazanych przez stalinowskie sądy za walkę w podziemiu.

Jednak w następnych latach Instytut Pamięci Narodowej ponownie przebadał dokumentację, zeznania blisko 170 świadków i materiały z ekshumacji mieszkańców pacyfikowanych wsi. Uznał, że brak dowodów, by ofiary „działały w strukturach państwa komunistycznego, a ich działanie było wymierzone w rozbicie tej organizacji podziemnej”. Uznał, że motywem zabijania cywilów było „skierowanie działania przeciwko określonej grupie osób, które łączyła więź oparta na wyznaniu prawosławnym i związanym z tym określaniu przynależności tej grupy osób do narodowości białoruskiej”. IPN uznał to za chęć „wyniszczenia części tej grupy narodowej i religijnej”, a samą zbrodnię „za noszącą znamiona ludobójstwa”.

Napisał to w 2005 roku Dariusz Olszewski, białostocki prokurator IPN. – Nie mam żadnych wątpliwości – mówi mi. – Wyrok rehabilitujący „Burego” za takie działanie uważam za niesłuszny, bo jak można zabijanie bezbronnych ludzi, dzieci, utożsamiać z walką o niepodległość?

W dziejach „Burego” i jego ludzi można zobaczyć skupione jak w soczewce niesłychanie okrutne czasy polskiego powojnia, o których chyba często wolelibyśmy zapomnieć

Nagroda

W siedzibie Radia Racja, nadającego po białorusku z centrum Białegostoku, za mikrofonem siedzi Walentyna Łojewska, 50-latka. Czyta po białorusku serwis informacyjny. Za chwilę będzie emisja jej kolejnego reportażu o pacyfikacji prawosławnych wsi na Podlasiu, o losach uprowadzonych przez „żołnierzy wyklętych” 30 prawosławnych furmanów. Zabrano ich w 1946 r. z kilku wiosek pod pozorem pomocy przy transporcie. Nigdy nie wrócili do swoich domów. Przez pół wieku rodziny nie znały ich losu. Łojewska przytacza stenogramy z procesu „Burego”.

„- Co się stało z moim synem? – spytała na sali sądowej jedna z matek. – Wiem, ale nie powiem – odparł Bury”.

Ciała furmanów znaleziono dopiero w latach 90. w zbiorowej mogile, po rehabilitacji „Burego”. Zostali, jak wykazały oględziny czaszek, zastrzeleni lub pobici. Łojewska wychodzi ze studia. Białorusinka, od pokoleń mieszka na Podlasiu. W latach 80., gdy studiowała filologię białoruską w Warszawie, pojechała na praktyki terenowe do Zaleszan, posłuchać języka „swojego”, podobnego do białoruskiego. Po jakimś czasie ludzie zaczęli opowiadali o partyzantach.

– Mówili dziwnie, szeptem, ze strachem, upewniali się, że my, studenci, nikomu nie powtórzymy – mówi mi Łojewska.

Potem wyemigrowała na dziesięć lat do USA, pracowała m.in. w Radiu Wolna Europa. Wróciła w 1995 roku, ale w uszach ciągle brzmiała jej wyszeptana historia wsi Zaleszany. Gdy dziesięć lat temu powstało Radio Racja, dotowane przez MSZ, nadające dla mniejszości białoruskiej na Podlasiu, Łojewska wróciła do Zaleszan. Stworzyła cykl reportaży o pacyfikacjach.

– Nadal w ich głosach słyszę przerażenie i wstyd, jakby to oni byli winni, że na nich polowano – mówi. – Niektórzy do niedawna nie przyznawali się do białoruskiego pochodzenia, bali się obchodzić święta według kalendarza prawosławnego.

Przez cały PRL nie wolno było też mówić i pisać o powojennym polskim podziemiu niepodległościowym walczącym z polską i radziecką władzą komunistyczną.

Dziś w mediach, zwłaszcza prawicowych, dominują opowieści o zasługach „żołnierzy wyklętych” w walce z komunizmem. Gdy w 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski uchwalił 1 marca Dniem Żołnierzy Wyklętych, pozytywna narracja o nich jeszcze się wzmogła. W Białymstoku rok temu powstało rondo im. Żołnierzy Wyklętych (przy sprzeciwie radnych prawosławnych). Rok 2016 ogłoszono tam rokiem pamięci sanitariuszki „wyklętych” Danuty Siedzikówny ps. „Inka”. Krakowska fundacja Prudentia et Progressus zbiera podpisy, by nadać autostradzie A4 imię „żołnierzy wyklętych”, a imieniem „Burego” nazwać jeden ze zjazdów z A-4.

A Walentyna Łojewska jeździ po wioskach, nagrywa. – Byłam kilka tygodni temu w Podrzeczanach. Rozmawiałam z mężczyzną, którego dziadek walczył w kampanii wrześniowej w polskim wojsku. Potem schował mundur, z którego był dumny, przed hitlerowcami i Rosjanami. A u schyłku wojny przyjechali partyzanci w takich samych mundurach i go zabili, bo był prawosławny. Czytam dzisiaj, że „wyklęci” to Bóg, Honor, Ojczyzna. Ale o jaką ojczyznę oni walczyli? O inną niż tamten z Podrzeczan?

W 2015 roku Łojewska opublikowała w Radiu Racja reportaż „Wciąż ich widzę”. W nagraniu słychać trzask płomieni, potem imiona dzieci – Piotruś, Michaś, Alosza, Kostuś, Sergiusz – spalonych przez oddział „Burego” w Zaleszanach. Reportaż dostał się do finału konkursu Instytutu Pamięci Narodowej na Audycję Historyczną Roku. Łojewska była zdziwiona, bo IPN do dziś nie opublikował żadnej pracy naukowej, która pokazuje czarne karty historii „wyklętych”.

Prawicowe media uznają, że nominacja dla Łojewskiej to „kompromitacja IPN”. „Nasz Dziennik” cytuje historyka Mieczysława Rybę, że nominacja to przeoczenie, a autorka ma poglądy białoruskie. Dziennikarze prawicowi lustrują Łojewską: zarzucają, że grzebie w tej historii od lat, że na Facebooku szczyci się białoruskim pochodzeniem. Łojewska z Facebooka się usuwa.

Oleg Łatyszonek, historyk z Podlasia, pisze list otwarty: „Można czyjeś zbrodnie usprawiedliwiać, a nawet wychwalać, lecz przez to zbrodniami być nie przestają. (…) Walentyna Łojewska jest sumiennym zbieraczem wspomnień o prześladowaniu Białorusinów przez polskie zbrojne podziemie niepodległościowe w pierwszych latach powojennych”.

IPN w Białymstoku, współorganizator konkursu, sprawy nie komentuje. Łojewska chce się spotkać z ONR w Białymstoku. Nie odpowiadają.

– Co by im pani powiedziała? – pytam.

– Zapytałabym, w imię czego moje dzieci miałyby za bohaterów mieć ludzi, którzy mordowali dzieci? Oni piszą na ścianach „Polska dla Polaków”, a ja jestem obywatelką Polski, nikt mnie tu nie przywiózł.

Nagrody nie dostała, nominację przechorowała. – Gdy publikowałam w Radiu Racja, po białorusku, to nikt nie zwracał na mnie uwagi. Teraz oglądam się za siebie, czy łyse głowy nie idą.

Pacyfikacjami prawosławnych wsi zajmuje się też na Podlasiu Jerzy Kalina, dokumentalista, były dziennikarz TVP Białystok. Za film o pogromach „Burego” w 2013 r. dostał nagrodę w Kijowie. TVP Białystok chciało jednak wyciąć z niego siedem minut o pacyfikacji w Zaleszanach, Kalina się nie zgodził i film trafił na półkę. Dziennikarz przeszedł do TV Biełsat. Zrobił dla niej właśnie film o Sergiuszu Niczyporuku, którego ojciec stracił rodzinę w Zaleszanach. Film, jak poprzednie, jest krytyczny wobec „Burego”.

Szefową TV Biełsat jest Agnieszka Romaszewska-Guzy, od lat związana z Podlasiem. Filmy Kaliny produkuje, choć sympatyzuje z Prawem i Sprawiedliwością, dla którego „żołnierze wyklęci” są pozytywnym elementem nowej polityki historycznej. Tłumaczy: – Mam obowiązek pokazywać historię, jaką była. „Bury” był dzielnym żołnierzem, który dopuścił się okrutnych zbrodni. Można ubolewać, że coś się zdarzyło, ale nie należy zaprzeczać. Uważam też, że sposobem na porozumienie się nie jest pielęgnowanie uraz, ale wspólne działanie bazujące na prawdzie, i takie przesłanie niesie film o Niczyporuku.

Romaszewska-Guzy ma nadzieję, że film pokaże któryś z kanałów centrali TVP.

Żołnierze wyklęci, leśni bracia

Wojna

Tomasz Sulima, 32-latek, wysoki, z włosami zaczesanymi gładko w koński ogon, jest radnym w Bielsku Podlaskim. Mieszka w gminie Orla koło Bielska. Z wykształcenia etnograf, zafascynowany jest prawosławiem i białoruską tradycją, śpiewa w prawosławnym chórze. Twierdzi, że nie angażował się w spory o „wyklętych”, dopóki 1 marca nie uchwalono ich świętem. Dziadek Sulimy jako młody chłopak przez kilka lat po wojnie stał na straży, na rogatkach wsi, by walić w krowi dzwonek, gdyby zbliżali się „wyklęci”.

Sulima założył profil na Facebooku „Bury – nie mój bohater” i każdego dnia przypomina o ofiarach pacyfikacji.

„We wsi Strękowizna oddział likwidacyjny AK Zygfryda zamordował 15-letniego Floriana Strękowskiego”.

„Na kolonii Łosośna (…) banda WiN zamordowała mieszkańca tej kolonii – Józefa Czeremchę, lat 52, jego żonę Annę – lat 38. Wracając z dokonanego mordu, banda spotkała syna w/w Anatola, którego też zamordowała. Miał on 18 lat. Tej samej nocy zamordowali też Aleksandra Kuryłę”.

Największe spory prowadzi z członkami Narodowej Hajnówki. To młodzież związana z ruchem kibicowskim Jagiellonii Białystok. Wśród nich jest 21-letnia Basia Poleszuk. Z zarzutami mordowania przez wyklętych kobiet i dzieci rozprawia się na Facebooku krótko: „Wyłącz bajki, chłopcze, i zobacz, jak świat wygląda. Wojna to nie gra w scrabble. A kobiety i dzieci, bla bla bla”.

Sulima wrzuca wyrok IPN z 2005 roku, że „Bury” brał udział w ludobójstwie, Basia – wyrok sądu z 1995 roku, który go zrehabilitował.

Basia spotkać się nie chce. Na jej profilu jest ołówkowa Marilyn Monroe z uwodzicielskim spojrzeniem i „Inka” Siedzikówna, tą samą techniką. Jest wezwanie na Marsz Niepodległości, który organizuje jej brat (ma na koncie wyrok za rozróbę po meczu Jagiellonii i wznoszenie ksenofobicznych haseł: „Polska dla Polaków, my ich załatwimy, a jak nie, powróci Hitlerjugend i oni to zrobią”). Jest wiersz: „Gdyby nie przelali krwi,/ kim byś teraz był?/ Gdyby bali się jak ty,/ gdzie dzisiaj byś żył?/ Salutuj!”.

Prawosławni odpowiadają jej piosenką o Zaleszanach: „Przy świeżo usypanym kurhanie/ Stoimy z opuszczoną głową./ Tutaj leżą męczennicy,/ Bestialsko pomordowani furmani./ Nie wrócili oni do domu,/ Zginęli niczemu niewinni/ Za to, że innej wiary byli”.

Sulima, w komentarzach na forach mediów prawicowych nazwany ruskim trollem i stalinistą, był inicjatorem uchwały radnych Bielska upamiętniającej pamięć ofiar „Burego” z grudnia 2015 roku. Także rada powiatu hajnowskiego wydała stanowisko: „Jesteśmy świadkami organizowanych przez środowiska nacjonalistyczne akcji mających na celu przedstawienie wbrew oczywistym historycznym faktom oprawców jako bohaterów polskiego podziemia niepodległościowego. Podejmowanie takich akcji obraża pamięć niewinnych ofiar i nie przynosi chwały tym wszystkim żołnierzom wyklętym, którzy nie uciekali się do aktów ludobójstwa”.

Katecheta

Spór trwa też w pobliskiej Narewce. Działacze katoliccy, patriotyczni chcą, by tamtejsza szkoła nosiła imię Danuty Siedzikówny, „Inki”, sanitariuszki legendarnego dowódcy 5. Wileńskiej Brygady AK Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” skazanej na karę śmierci i rozstrzelanej przed 18. urodzinami. Narewka to miasteczko prawosławne, patronem szkoły jest prawosławny nauczyciel, członek PPR zabity przez oddział „Łupaszki”.

Wojna majora „Łupaszki”

Sulima na Facebooku napisał, że „Inka” „dla prawosławnych pozostanie symbolem pogromów, rabunków i zbrodni polskiego podziemia”. Uczący w szkole w Narewce katecheta, a zarazem prezes Stowarzyszenia-Historycznego im. Danuty Siedzikówny, podał go za to do prokuratury.

– Lubię pracę z dzieciakami – mówi mi Bogusław Łabędzki, teolog. Wysoki, atletycznie zbudowany, z wygoloną głową, uśmiechnięty. W młodości grał w kapeli rockowej, nosił dredy.

Uważa, że wielokulturowość w wydaniu podlaskim to tak naprawdę próba dominacji jednej kultury nad drugą. Nazywa to, za pisarzem Józefem Mackiewiczem, „procesem wyjałowienia ziemi z żywiołu polskiego”. Ludność polska i prawosławna to dwie różne kategorie, mówi, ale jest sporo prawosławnych, którzy czują się Polakami i ten żywioł polski mogą zasilać. Łabędzki poczuł swój „żywioł” dawno temu, gdy kończył przedszkole i czytał tekst „Katechizmu polskiego dziecka”. Stał przed grupą i zadawał pytania: „Kto ty jesteś?”. Czuł dumę.

Łabędzki nieoficjalnie przewodzi Narodowej Hajnówce, jest szefem stowarzyszenia imienia „Inki”, kultywującego pamięć o „wyklętych”. To on, choć nie przyznaje oficjalnie, chce, by zmienić patrona szkoły w Narewce. Ale nie wypada mu mówić o tym głośno, bo dyrektorka jest prawosławna. Walczy z Sulimą. Na początku roku przesłał premier Beacie Szydło petycję podpisaną przez 400 osób, by kancelaria premiera zajęła się „przybierającymi na sile atakami skierowanymi przeciwko rodzinom żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego oraz im samym”.

Profil Sulimy na Facebooku nazywa „jaskrawym przykładem takich działań”. Prosi, by kancelaria premiera przygotowała opinię prawną. Sam też zaczął działać. 25 stycznia złożył doniesienie do prokuratury w Bielsku Podlaskim o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Tomasza Sulimę. Domaga się ścigania go za słowa, że „Inka” „pozostanie symbolem pogromów, rabunków i zbrodni polskiego podziemia”.

Sulima: – Nie twierdzę, że mordowała, piszę, że jest symbolem terroru. Mieszkańcy Narewki tak ją postrzegają, bo służyła u „Łupaszki”, który rozstrzelał tam kilku mieszkańców, uznając ich błędnie za agentów NKWD.

W rzeczywistości Łupaszka wykonał wyrok sądu AK. Pytam o to Łabędzkiego, gdy siedzimy nad herbatą w hajnowskiej restauracji.

– Sulima używa tej samej narracji co prokurator stalinowski, który w 1946 roku oskarżył 17-letnią „Inkę”, a ona nawet nie miała czasu się zhańbić.

A „Bury”? Łabędzki przekonuje, że nie ucieka od żadnego elementu jego biografii, ma świadomość, co działo się w wioskach prawosławnych.

– Proszę zrozumieć – nachyla się nad stołem. – Jest 1945 rok, AK rozwiązuje oddziały, nie ma komu bronić ludności polskiej, gdy wkracza administracja sowiecka, KBW, NKWD, które pacyfikują nasze wioski, polskie, katolickie. W Łempicach strzelają do mieszańców, ginie tam brat mojej ciotki. Planują kolejne pacyfikacje, więc na początku 1946 roku oddziały polskie przygotowują manifestację siły, ostrzeżenie, że „jesteśmy zdolni do przekroczenia pewnych granic…”.

– „Bury” przekroczył granice człowieczeństwa? – pytam.

– A jaki mamy mandat, by to dzisiaj oceniać? Jakie mamy – pan lub ja – doświadczenie w zabijaniu?

– Jest potrzebne, by ocenić zabójstwo cywilów? – drążę.

Wzdycha: – Myślę, że dzięki doświadczeniu wojny łatwiej byłoby nam to zrozumieć.

– „Bury” jest dobrym wzorcem dla pana młodzieży?

– Dobrym, by pokazywać tragizm wojny. Mówię młodzieży, że „Bury” jest bohaterem trudnych czasów. Z całym jego doświadczeniem, bez wycinania żadnego elementu. A stronie białoruskiej trudno przyznać, że takie Zaleszany były bastionem partii komunistycznej.

– Dzieci też?

– Ich śmierć to przypadek.

– Zamknięto je w domu, podpalono, strzelano.

– Nie zamknięto, tylko się tam schowały. Nie strzelano celowo.

Wyrok IPN z 2005 roku, mówiący o popełnionej przez „Burego” zbrodni ludobójstwa, Łabędzki uważa za pomyłkę. Mówi, że prokurator Olszewski pominął to, co korzystne dla „Burego”, czyli jego zasługi w walce z hitlerowcami, NKWD, jakby celowo chciał go obsmarować. Zapewnia, że nie ma nic do prawosławnych. Jego przyszywany syn wziął za żonę prawosławną, z prawosławnej rodziny jest też jego bratowa.

Po co więc działalność narodowa? To kanalizowanie energii młodzieży. Chce im oszczędzić kryminalnego życiorysu. Żałuje, że młodzież odwraca się od tego. Wini policję o celowe nękanie za poglądy. Podaje przykład. – Jedna z matek powiedziała mi, że nie puści już syna na spotkania, bo nie stać jej na płacenie kolejnych mandatów.

Muzeum

Anna Moroz, prawosławna, wychowana w Hajnówce, studiowała socjologię na uniwersytecie w Białymstoku. Trzy lata temu szukała promotora pracy magisterskiej, najlepszy wydawał się prof. Piotr Gliński, wykładowca na Uniwersytecie w Białymstoku, sławny wtedy w Polsce pretendent do teki premiera technicznego z ramienia PiS. Lubiany przez studentów: kompetentny, prowadzący ciekawe wykłady, dowcipny, dostępny.

Zmieniała tematy kilka razy, w końcu wybrała sprawę „Burego”: zbadanie konfliktu pamięci, jaki mają prawosławni i katolicy, Polacy i Białorusini. Starała się, by jej praca „Moją prawdą jest moja pamięć – konflikt o pamięć zbiorową na przykładzie działalności Romualda Rajsa ps. Bury” była obiektywna. Pisze w niej o mediach prawosławnych, dla których „Bury” jest mordercą, i katolicko-narodowych, dla których jest bohaterem. O historycznej pamięci zbiorowej, różnej w zależności od wyznania. Cytuje jednak wiele dokumentów historycznych, spośród których część nie pozostawia wątpliwości – „Bury” to nie bohater.

– Dostałam ocenę pięć z wyróżnieniem, także dzięki prof. Glińskiemu, który mi gratulował i sugerował, by ją wydać. Uczelnia nie miała pieniędzy, a jedno z wydawnictw do których pisałam, poleciło, bym zwróciła się do IPN.

Nie wierzyła, że IPN się zainteresuje. W pracy pisze, jak IPN w 2007 roku w Bielsku na wystawie „W imieniu Rzeczypospolitej… Skazani na karę śmierci w woj. białostockim w latach 1944-1956” umieścił zdjęcia „Burego” w aurze bohatera. Ku oburzeniu prawosławnych. Ale w ubiegłym roku z IPN przyszła pozytywna odpowiedź. Książka miała być wydana jesienią 2015 roku.

W międzyczasie PiS, dla którego „żołnierze wyklęci” są oczkiem w głowie, wygrał wybory prezydenckie i parlamentarne. W listopadzie prof. Piotr Gliński został wicepremierem, ministrem kultury. Książki ciągle nie ma. Dlaczego?

Andrzej Zawistowski z biura edukacji publicznej IPN: – Prof. Gliński przekazał nam, że książka wymaga wstępu historycznego, który ukaże kontekst opisanych wydarzeń.

Zawistowski od trzech miesięcy szuka historyka, który wstęp napisze. Nie znalazł. Jeden nie miał czasu, inny się jeszcze zastanawia.

Katecheta Łabędzki przyznaje jednak, że o planach wydania książki przez IPN dowiedzieli się działacze Narodowej Hajnówki i alarmowali Macieja Świrskiego, doradcę Glińskiego ds. historycznych w Ministerstwie Kultury, że książka w złym świetle stawia „wyklętych”.

Maciej Świrski to także założyciel Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom, w radzie której zasiada m.in. Piotr Gliński. Liga promuje pozytywnych bohaterów historii Polski i walczy z ich szkalowaniem.

– Sprawdziłem sobie wtedy autorkę tej pracy w internecie i domyśliłem się, że ma nastawienie negatywne do „Burego” i taka jest jej praca – mówi mi Świrski, ale przyznaje, że samej pracy nie czytał.

– Minister Piotr Gliński był jej promotorem – przypominam. – I wycofał swoje nazwisko jako promotora z publikacji.

Na pytanie dlaczego, jego rzeczniczka odpowiada: „Profesor nie recenzował książki, a jedynie wyraził, zgodnie z procedurą naukową, swoją opinię o pracy magisterskiej, w związku z czym trudno, by jego nazwisko pojawiło się jako nazwisko recenzenta publikacji IPN”.

Gliński wycofał swoje nazwisko za namową Świrskiego? Bał się odbioru krytycznej pracy w środowiskach narodowych? Wicepremier nie odpowiedział.

Świrski: – Pan Gliński niczego się nie boi. A ja nie pamiętam już, czy doradzałem mu, by wycofał nazwisko.

Pytam Świrskiego co sądzi o pacyfikacjach wsi przez „Burego”.

– „Pacyfikacja” to było słowo używane przez niemiecką propagandę, a bronić „Burego” jest obowiązkiem każdego, kto jest antykomunistą.

– IPN uznało to za ludobójstwo – mówię.

– IPN to nie Pan Bóg. Mam inne zdanie.

Romaszewska-Guzy, szefowa Biełsat TV: – Ci, którzy na siłę chcą wybielać karty historii, podobnie jak ci, którzy je na siłę zaczerniają, robią to ze szkodą dla ojczyzny.

W Ostrołęce, na pograniczu Mazowsza i Podlasia, są ronda i ulice imienia Zbawiciela Świata, 5. Pułku Ułanów, płk. Ryszarda Kuklińskiego, Anny Walentynowicz, Romana Dmowskiego, „Łupaszki” i pomnik Lecha Kaczyńskiego. Społecznicy i historycy z Ostrołęki walczą jeszcze o muzeum „żołnierzy wyklętych”. Jego inicjatorzy, miejscowi pasjonaci historii, twierdzą, że za poprzednich rządów słyszeli, że taki pomysł się „nie mieści w polityce kulturalnej PO”. Dopiero rząd PiS tchnął w nich nadzieję. Władze Ostrołęki przekazały już na muzeum budynek dawnego aresztu, są plany architektoniczne i kosztorys przebudowy: około 30 milionów złotych. Trwa zbieranie pamiątek i artefaktów po „wyklętych”. Pod koniec stycznia do ministra Glińskiego pojechała delegacja z Ostrołęki, w tym Jacek Karczewski, p.o. dyrektora powstającego muzeum. Jest pełen entuzjazmu: – W końcu mamy władzę, która docenia ten ważny element martyrologii narodu polskiego. Minister Gliński obiecał wsparcie finansowe.

– Romuald Rajs „Bury” znajdzie swoje miejsce w muzeum? – pytam.

– Na pewno!

– Pan wie, jakie ciążą na nim zarzuty…

– To jakieś poszlaki, raporty ubeckie, ktoś uwierzył ludności białoruskiej… To była celowa dyskredytacja, by jedną osobą uderzyć w ruch „wyklętych”. „Bury” to postać zasługująca na uwagę i szacunek.

Żołnierze wyklęci w potrzasku

Kim był „Bury”. Rozmowa z historykiem Piotrem Łapińskim

Kim byli „żołnierze wyklęci”?

– To żołnierze polskiego podziemia niepodległościowego, którzy po wkroczeniu Rosjan w 1944 r. nie złożyli broni. Wiedzieli, że ZSRR nie jest sojusznikiem, razem z III Rzeszą okupował polskie ziemie, a w 1944 r. przynosił komunizm. Wg szacunków było ich 120-180 tys.

Wśród nich Romuald Rajs „Bury”. Dla jednych bohater, dla innych bandyta. Skąd taka rozbieżność?

– Jego życie to kilka etapów. W czasie wojny działa w konspiracji na Wileńszczyźnie. W 1943 r. powstaje tam późniejsza III Brygada Wileńska AK, „Bury” będzie dowódcą I kompanii szturmowej. Odpowiada za wyszkolenie i dyscyplinę, ma twardą rękę, co wielu jego podwładnym ocali życie. Do legendy przeszły jego boje z Niemcami i kolaborującymi z nimi Litwinami. W styczniu 1944 pod Mikuliszkami rozbija niemiecką ekspedycję karną. W maju walczy pod Murowaną Oszmianką, a przeważająca siła Litwinów zostaje rozbita. W lipcu jest na pierwszej linii podczas próby zdobycia Wilna, wyprowadza z kotła swych ludzi. Po rozwiązaniu oddziału ukrywa się w Wilnie. Trwają sowieckie aresztowania, zgłasza się więc do Ludowego Wojska Polskiego.

Przecież uważa, że to sojusznicy Rosjan.

– Dlatego zmienia nazwisko. W LWP ochrania lasy państwowe. Wiosną 1945 r. łapie kontakt z mjr. „Łupaszką”, który odtwarza V Brygadę Wileńską AK. Dołącza do niego. We wrześniu brygada zostaje rozwiązana przez dowództwo, które uznało, że dotychczasowa walka zbrojna nie daje wymiernych korzyści, że trzeba postawić na działania polityczne. „Bury” dołącza do Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, które nie podlega AK, jest bardziej radykalne, chce walczyć z komunistami zbrojnie. Awansuje na kapitana. Rozbraja posterunki milicji, grupy kontyngentowe, atakuje wojska sowieckie.

W biogramie „Burego” Jerzego Kułaka czytamy: „nie nadawał się na stanowisko dowódcze, (…) potrzebował stanowczej ręki dowódcy o ogromnym autorytecie (…) Swoiście pojmowana przez Rajsa walka z wrogiem (…) uczyniła z okrucieństwa oręż walki o niepodległość. Metody te w wielu przypadkach nie miały nic wspólnego z etyką”.

– Tu pojawia się problem partyzantki i tego, co różni ją od działań wojska. Tu nie ma linii frontu, reguł prawa wojennego. „Bury” otrzymuje od przełożonego mjr. Floriana Lewickiego „Kotwicza” rozkaz pacyfikacji białoruskich wsi.

Mordowania cywilów?

– Rozkaz brzmiał: „Przygotować i przeprowadzić pacyfikację terenów południowo-wschodnich powiatu Burza [Bielsk Podlaski] (…). Pacyfikacja dotyczyć będzie jednostek Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (…), agend UBP (szpicle) i zorganizowania odwetu na wrogiej ludności”.

Niejasne.

– Właśnie. To mogło spowodować, że „Bury” zrobił to, co zrobił. Ginie ok. 80 cywilów: kobiety, dzieci. Nie wiemy, czy „Bury” to konsultował, wątpię. Wkrótce brygada zostaje rozbita. „Bury” schwytany w 1948 r. przez UB próbuje zwalić winę na swego zastępcę Kazimierza Chmielowskiego „Rekina”. Obciąża go odpowiedzialnością za egzekucję furmanów, choć to „Rekin” chciał ich uratować przed rozkazem „Burego”.

W Zaleszanach partyzanci „Burego” podpalają dom z ludźmi. Jedni strzelają do uciekających, inni w powietrze.

– Jeden z żołnierzy wypuszcza ludzi. To pokazuje dramatyczne wybory, jedne charaktery się sprawdzały, inne nie. Wojsko nie ma prawa zabijać ludności cywilnej.

A jednak historycy kłócą się o „Burego”.

– Nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje, że „Bury” dokonał masakry ludności cywilnej. Ale nie znamy wszystkich okoliczności tych wydarzeń. Dyskutuje się, czy powinno to obciążać wszystkich „wyklętych”. Uważam, że nie powinno. To jakby uznać, że policja jest skorumpowana, gdy jeden policjant weźmie łapówkę.

W przekazie środowisk narodowych „Bury” jest bohaterem.

– Dla mnie jako historyka nie jest bohaterem, ale postacią tragiczną.

Piotr Łapiński – historyk, badacz podziemia niepodległościowego okresu II wojny, pracownik IPN w Białymstoku

Advertisements

Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s