O bezpieczeństwo na lotniskach w Europie i Stanach „dbają” izraelscy tajniacy

Oryginał O bezpieczeństwo na lotniskach w Europie i Stanach „dbają” izraelscy tajniacy | PRACowniA

Ci „dżihadyści” będą musieli się bardziej starać, jeśli chcą napędzić ludziom aż takiego stracha, by byli skłonni zaakceptować rasizm, faszyzm i państwo policyjne

Firma ICTS, świadcząca usługi z zakresu bezpieczeństwa ogólnego i lotniczego, zapewnia ochronę między innymi na lotnisku w Brukseli. O jakości jej usług świadczą sceny tuż po porannym zamachu bombowym, do jakiego doszło tam 22 marca b.r.

ICTS została założona w 1982 roku przez byłych członków izraelskiej agencji bezpieczeństwa wewnętrznego Shin Bet oraz byłych agentów ochrony, pracujących dla izraelskich państwowych linii lotniczych El Al. Firma ICTS jest niezwykle aktywna – świadczy usługi z zakresu bezpieczeństwa na całym świecie, w tym między innymi na lotniskach w Holandii, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech, Portugalii, Japonii i Rosji. W swojej pracy wykorzystuje systemy bezpieczeństwa stosowane w Izraelu, co oznacza, że pasażerowie są oceniani w oparciu o szereg wskaźników, w tym wiek, nazwisko, pochodzenie oraz zachowanie w trakcie odprawy, a potem na tej podstawie oceniany jest stopień zagrożenia, jakie mogą stanowić dla otoczenia.

Przewodniczącym rady nadzorczej w ICTS jest niejaki Menachem J. Atzmon – były członek partii Likud, w 1996 roku oskarżony i skazany za oszustwa i malwersacje finansowe, a konkretnie, za sprzeniewierzenie środków pozyskanych przez organizacje charytatywne. Od 1998 roku Atzmon jest również prezesem zarządzającym międzynarodowego portu lotniczego Rostock-Laage w Niemczech.

Nie po raz pierwszy firma ICTS znalazła się w centrum uwagi z powodu możliwych uchybień w procedurach bezpieczeństwa, skutkujących „muzułmańskim atakiem terrorystycznym”.

Młody bieliźniany zamachowiec. Przygotowany, przefarbowany i oddelegowany do dostarczania wam „terroru” pod drzwi.

ICTS, jako firma świadcząca usługi z zakresu bezpieczeństwa na lotnisku Schiphol w Amsterdamie oraz dla dwóch amerykańskich linii lotniczych: United Airlines i US Airways, została swego czasu skrytykowana za to, że na pokład samolotu linii lotniczych Northwest Airlines, lecącego w dzień Bożego Narodzenia 2009 roku z Amsterdamu do Detroit, w jakiś tajemniczy sposób zdołał „prześlizgnąć się” Umar Farouk Abdulmutallab, mający przy sobie, tj. ukryte w bieliźnie, materiały wybuchowe.

Bożonarodzeniowy bieliźniany zamachowiec, jak zaczęto go później określać, nie był zwyczajnym, niezadowolonym z życia Arabem czy jakimś przeciętnym muzułmaninem. To syn nigeryjskiego potentata bankowego i byłego ministra w nigeryjskim rządzie – Alhaji’a Umaru Mutallaba, jednego z najbogatszych ludzi w Afryce. Mowa o członku afrykańskich elit kolonialnych, afrykańskim odpowiedniku brytyjskiej „sieci absolwentów elitarnych uczelni”. W Londynie jego syn, bieliźniany zamachowiec, mieszkał w wartym 4 mln funtów apartamencie przy ulicy Mansfield Street, w modnej, atrakcyjnej dzielnicy West End. Cieszył się również dostępem do wiz, pozwalających mu na wjazd do wielu krajów, w tym Stanów Zjednoczonych.

W przeciwieństwie do większości domniemanych muzułmańskich terrorystów, którzy na miejsce przeprowadzanych przez siebie „samobójczych ataków” zwykle biorą ze sobą swe paszporty (i często je tam zostawiają, żeby mogła je znaleźć policja), Abdulmutallab dotarł na lotnisko Schiphol oraz dostał się na pokład samolotu zmierzającego do Stanów Zjednoczonych z biletem w jedną stronę, natomiast nie miał przy sobie ani bagażu, ani… paszportu.

Prawnik z Detroit Kurt Haskell i jego żona Lori

Taki rozwój sytuacji powinien zwiastować początek końca rzekomo zaplanowanego przez niego ataku, ale w tym przypadku było inaczej. Według naocznego świadka, prawnika z Detroit Kurta Haskella. Abdulmutallab korzystał z pomocy rzucającego się w oczy, elegancko ubranego mężczyzny wyglądającego na Hindusa, który zdołał podprowadzić młodzieńca do ostatniej bramki odprawy przed wyjściem na płytę lotniska oraz przekazać urzędnikowi informację, iż Abdulmutallab nie ma paszportu, ale mimo to powinien zostać wpuszczony do samolotu. Kiedy ów elegant dowiedział się, że będzie musiał porozmawiać z kierownikiem ochrony, bez oporu to uczynił, po czym bez przeszkód wprowadził bieliźnianego zamachowca na pokład.

To zdarzenie świadczy o jakiś poważnych zakulisowych machinacjach, a cały ten medialny szum o tym czy system bezpieczeństwa działał, czy nie, był zupełnie bez sensu, bo skoro bieliźniany zamachowiec pojawił się przy tej bramce bez paszportu, to jest raczej niemożliwe, żeby przeszedł, tak jak inni pasażerowie, przez standardowy proces kontroli, włączając w to odprawę, w trakcie której należy okazać paszport.

Jest wielce prawdopodobne, iż Abdulmutallab był eskortowany do bramki jako „VIP” przez dobrze ubranego mężczyznę. Ale jak to możliwe, że dwóch podejrzanie wyglądających kolesi, w tym co najmniej jeden z nich bez paszportu, a w dodatku z materiałami wybuchowymi, bezproblemowo przechodzą przez bramkę dla VIPów, a następnie dostają się na pokład? Odpowiedź jest prosta – nie jest to możliwe, chyba że w zespole odpowiadającym za ochronę lotniska masz jakichś przyjaciół. W tym wypadku, w spółce ICTS.

W ciągu kilku miesięcy od bieliźnianego zamachu Departament Stanu USA przyznał, iż o zamierzeniach Abdulmutallaba wiedział już od pewnego czasu, ale nie podjął decyzji o cofnięciu mu wizy do Stanów Zjednoczonych, bo chciał na własne oczy zobaczyć, co ów podejrzany zrobi.

„Cofnięcie wizy zdemaskowałoby działania oficerów śledczych” – zeznał przed komisją kongresową ds. bezpieczeństwa Patrick F. Kennedy, podsekretarz ds. zarządzania w Departamencie Stanu. Pozwolenie Adbulmutallabowi na zachowanie wizy zwiększało szanse śledczych na bliższe rozpracowanie siatki terrorystycznej, o współpracę z którą został on oskarżony. W przeciwnym razie „wyeliminowalibyśmy tylko jednego bojownika”.

Richard Reid, nieszczęsny użyteczny idiota

Ale na tym „wpadki” firmy ochroniarskiej ICTS się nie kończą. Jakimś trafem w grudniu 2001 roku pozwoliła ona na to, by na pokład samolotu lecącego z Paryża do Miami dostał się obłąkany zamachowiec z bombą w bucie, Richard Reid. Kilka miesięcy wcześniej, w lipcu, przeszedł on bez problemu przez kontrolę na lotnisku w Amsterdamie (także chronionym przez ICTS) i został wpuszczony na pokład samolotu lecącego do Tel Awiwu. Jak się potem okazało, udał się na w pełni darmową, tygodniową wycieczkę do Izraela. Co dokładnie tam robił, wciąż pozostaje tajemnicą. Później Reid zeznał, że ochroniarzom z ICTS oraz pracownikom izraelskich linii lotniczych El Al nie udało się wykryć materiałów wybuchowych, które przewiózł w bucie, lecąc do Tel Awiwu – co jest niesamowitą rewelacją, zważywszy na zaostrzone zasady kontroli, stosowane przez izraelskie linie lotnicze, oraz na fakt, iż sześć miesięcy później pozwolili mu lecieć z Paryża do Miami… z tego samego typu „bombą ukrytą w bucie”. Izrael nie poinformował ani brytyjskiej, ani amerykańskiej, ani jakiejkolwiek innej agencji bezpieczeństwa o swoich podejrzeniach w stosunku do Reida. Ciotka Reida, Claudette Lewis, która wychowywała go w południowym Londynie, oświadczyła, że jest przekonana o tym, iż jej siostrzeniec przeszedł „pranie mózgu”.

Jakimś trafem firmie ICTS udało się również przeoczyć kilku rzekomych porywaczy, którzy 11 września 2001 roku wylecieli podobno z lotniska Logan w Bostonie. Ta sama spółka dbała też o bezpieczeństwo londyńskiej sieci autobusowej 7 lipca 2005 roku, kiedy doszło do „samobójczego” ataku bombowego. Co ciekawe, dwie jej spółki zależne, ICTS UK oraz ICTS Europe Systems, mają swe siedziby w Tavistock House na placu Tavistock Square w Londynie, właśnie tam, gdzie tego dnia w autobusie wybuchła bomba.

Jakby nie patrzeć, niezły dorobek. Warto się zastanowić nad tym, ile ataków terrorystycznych można było udaremnić, ilu niewinnych ludzi ocalić od śmierci, a także jak daleko bylibyśmy od rozrastających się struktur państwa policyjnego, gdyby takie firmy jak ICTS, a także ci, którzy je wspierają, nie dopuściły to tego, że aż tylu dziwnych, nieszczęsnych „muzułmańskich terrorystów” zdołało „przechytrzyć ochronę”.

Spośród wszystkich autorytarnych „przywódców”, którzy zbijają kapitał na strachu i niepewności, wywołanych przez „muzułmański terroryzm”, bez wątpienia najbardziej korzystają na tym członkowie politycznej elity Izraela. Natomiast spośród wszystkich tych, którzy cierpią wskutek ataków terrorystycznych, zdecydowanie najbardziej poszkodowanymi są muzułmanie. Izrael, kraj utworzony na ziemi skradzionej Palestyńczykom, w którego otoczeniu żyją głównie muzułmanie, potrzebuje ciągłego zagrożenia ze strony „islamskich terrorystów”, żeby uzasadniać swoje istnienie. Forsowanie tej szalonej agendy aż do tego stopnia, by zachęcać Europę i generalnie cały „Zachód” do utożsamiania się z izraelską postawą wobec Palestyńczyków, zdaje się sprzyjać powstawaniu warunków, które mogą doprowadzić do powtórzenia się scenariusza z okresu nazistowskich Niemiec, przy czym tym razem miejsce żydów zajęliby muzułmanie.

A tymczasem 31 marca b.r. RT podało, że – Jak donoszą belgijskie media – na lotnisku w Brukseli pracują dziesiątki zwolenników ISIS

Lokalne belgijskie media poinformowały, powołując się na urzędników agencji ochrony lotniska Zaventem, na którym niedawno doszło do rzekomego samobójczego ataku bombowego, iż w chwili obecnej pracuje na nim co najmniej 50 zwolenników Państwa Islamskiego.

Owe radykalne grupy sympatyków ISIS „noszą naszywki służb bezpieczeństwa”, w związku z czym bez problemu mogą dostać się do kokpitu dowolnego samolotu” – napisała gazeta Nieuwsblad, cytując list otwarty od przedstawicieli agencji ochrony lotniska.

„W przeszłości [władze] odebrały te emblematy wielu osobom sympatyzującym z ISIS. Ale najwyraźniej nie wszystkim. Zwłaszcza tym, zatrudnionym w sklepach czy w serwisie sprzątającym i bagażowym” – powiedzieli przedstawiciele policji pilnujący lotniska.

Według funkcjonariuszy policji na lotnisko może wejść każdy, nawet osoby z przeszłością kryminalną.

W liście od przedstawicieli agencji ochrony lotniska napisano: „Dla nas jest oczywiste, że terroryści, przed podjęciem jakichkolwiek działań, z pomocą swych szpiegów przetestowali procedury bezpieczeństwa wykorzystywane przez naszych pracowników, kontrolujących podejrzane osoby przybywające na lotnisko”.

Komentarz SOTT: Jeśli rozglądacie się za „sympatykami” ISIS oraz ludźmi, którzy im pomagają, to prawdopodobnie nie musicie szukać ich dalej niż w kręgach osób odpowiedzialnych za ochronę lotniska, zatrudnionych w izraelskiej firmie ICTS. Niewykluczone, że śledczy na lotnisku znaleźli zbyt wiele dowodów, by można było utrzymywać tezę o terrorystach, którzy ot tak wchodzącą do terminalu i bez problemu detonują bomby. Niewykluczone, że materiały wybuchowe zostały podłożone na lotnisku po prostu z wyprzedzeniem…

Zobacz również:

Według izraelskiego portalu powiązanego z tajnymi służbami ładunki wybuchowe na lotnisku w Brukseli podłożono z wyprzedzeniem

Bieliźniany Zamachowiec – kolejna odsłona: Czy Mutallab był „tajną bronią” Izraela?

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s