Pseudo-patrioci, pseudo-nacjonaliści i inne prymitywy od agenciaka Mariana Kowalskiego nawołują do zamordowania papieża

Polscy nacjonaliści nawołują do zabicia papieża Franciszka | Trybuna.eu

Polscy nacjonaliści nawołują do zabicia papieża Franciszka

Tzw. pokolenie JP II nie przepada za aktualnym papieżem. Na facebookowej stronie nacjonalisty Mariana Kowalskiego pojawiły się komentarze internautów nawołujące do zabicia Franciszka podczas jego wizyty w Polsce. O sprawie informuje Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych.

Ośrodek publikuje w sieci wybrane komentarze:

Arkadiusz Andreasik: „Do wora”.

Anna Jura: „Jebać tego starego debila!!!”.

Filip El: „Jak słysze tego pajaca to pomimo tego, że jestem chrześcijaninem i PAN Jezus nie każe mi nikogo bić, to temu typowi przyjebałbym chętnie w ryj;)”.

Mirosław Kuśnierz: „Wypowiedzieć konkordat i zostawić własny Kościół Polski. Pierdolony skurwysyn, zdrajca”.

Remigiusz Dominik: „jebany antychryst”.

Czarek Grabowski: „Jednak szwab szwabem pozostanie”, na co Zbigniew Olejniczak: „On jest z Argentyny”. Czarek Grabowski: „O faktycznie, coś mi się po***ało:D”.

Grzegorz Ziemkowski: „A huj z takim papieżem. niech spierdala do brudasów może też go zgwałcą”.

Grzegorz Urbanowicz: „Niech sam dupy nadstawi”.

Arek Kubis: „Pieprzony zjeb”; „A żebyś zdechł”.

Mateusz Michal: „pierdolony lewak, a kościół katolicki to organizacja dawno zinfiltrowana przez masonerię, oczywista”.

Karolina Galica: „PRECZ Z TYM ZWYROLEM!!!!!”; „WYPĘDZIĆ GNOJA Z WATYKANU!!!!!!!!”.

David Cisak: „W jego przypadku otruć zjeba jak dawniej i wybrać kogoś silnego”.

Ośrodek zamierza o sprawie poinformować organy ścigania:

Ponad tysiąc tego rodzaju opinii powstało w odpowiedzi na sygnowany przez Mariana Kowalskiego wpis zawierający zmyśloną wypowiedź papieża: „KOŃCZ WAŚĆ, WSTYDU OSZCZĘDŹ! Franciszek: Europejki muszą się rozmnażać z muzułmańskimi imigrantami, by przeciwdziałać » spadkowi przyrostu naturalnego «”.

Podobnych wpisów są tam setki. Co ciekawe nikt ich nie usuwa, nie kasuje . Moderatorzy sprawnie usuwają wpisy innego rodzaju, pozostawiając te które nawołują do zamordowania Papieża.
Wygląda więc na to że jest są to sądy akceptowane przez ruch narodowy i Mariana Kowalskiego.

Nasz Ośrodek przygotowuje zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa w tej sprawie. Publiczne nawoływanie do zabójstwa jest przestępstwem i nie zamierzamy nad tym przechodzić do porządku dziennego.

Królowa brytyjska planuje ucieczkę z Anglii, brytyjskie imperium przerzuca dużo sprzętu wojskowego do Europy Wschodniej, sprzedaje masę broni swoim koloniom. Dlaczego Hiroszima i Nagasaki?

Królowa brytyjska ucieka z Anglii? « Monitor Polski, 19 maja 2016

Podczas przygotowywania się do przemówienia, pracownicy BBC usłyszeli z ust królowej, że planuje ona ucieczkę z Anglii. „Trzeba poczynić odpowiednie przygotowania by opuścić statek (…) nadchodzi bowiem sztorm jakiego Wielka Brytania jeszcze nie widziała” – powiedziała królowa.

Te komentarze słyszało wiele osób, gdyż królowa miała włączony mikrofon, z czego raczej nie zdawała sobie sprawy. Wyglądała na bardzo niezadowoloną, że musi udawać neutralną w swoim przemówieniu. Ujawniła, że wywiad doniósł jej, że jeśli nie opuści Anglii, to nieuchronnie dojdzie do 3 wojny światowej.

„2 wojna światowa była niczym przy tym co nastąpi. Muszę ostrzec moich podwładnych” – powiedziała.

Te komentarze zostały nagle ucięte, a dyrektor BBC John Kirby natychmiast ostrzegł zebranych, że już wcześniej członkowie zarządu BBC ostrzegali go, że królowa „ostatnio za dużo gada”, tak więc „należy zignorować, zapomnieć i usunąć z pamięci wszystko co usłyszano tego dnia”. „Nie będzie skandalu gdy ja tu dowodzę” – dodał.

Konflikt polityczny, dyskutowany w ciągu ostatniego tygodnia przez brytyjskich polityków, ma być tak ostry, że jego kulminacją może być 3 wojna światowa. Królowa widać nie może wytrzymać już tego nacisku informacyjnego i zaczyna sypać. Czy skończy się to jakimś „wylewem” lub „atakiem serca”?

Ta naprawdę sensacyjna informacja zbiega się z rozwojem sytuacji w Europie, w tym w Polsce. Niewykluczone, że szykuje się wojna Wielkiego Syjonu z Rosją, bowiem bez jej podbicia Rotszyldzi nie mogą ogłosić swojego upragnionego „Rządu Światowego” ze stolicą w Jerozolimie.

Na podst.

Queen Elizabeth Reveals She Is Ready To Flee Britain

http://investmentwatchblog.com/queen-elizabeth-reveals-she-is-ready-to-flee-britain/


 

UK to stockpile tanks in Eastern Europe – report

New British Empire? UK to re-establish military bases east of Suez — RT UK

UK weapons sales to oppressive regimes top £3bn a year | World news | The Guardian

Did The Anglo-British Bomb Japan To Stop Bose? – GreatGameIndia

NATO zatrzymało lidera polskiej opozycji Mateusza Piskorskiego [oryginał]

W dniu 18 maja 2016 r. polska policja przeprowadziła rewizje w domu naszego współpracownika, Mateusza Piskorskiego, a także w mieszkaniach członków kierownictwa jego partii (Konrad Rękas, Tomasz Jankowski i Nabil Malazii). On sam został aresztowany jako podejrzany o „szpiegostwo” i wtrącony do więzienia.

W Europie Środkowej istnieje głęboki podział na zwolenników zbliżenia z Europą Zachodnią (UE) i zwolenników zbliżenia z Europą Wschodnią (Federacją Rosyjską).

Mateusz Piskorski, b. poseł i b. dyrektor przedsiębiorstw medialnych, utworzył stowarzyszenie Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych (ECAG), a niedawno także [niezarejestrowaną jeszcze] partię „Zmiana”. Opowiada się on za sojuszem narodów słowiańskich w środku Europy, z włączeniem doń Rosji.

Razem ze 150 politycznymi i wojskowymi przywódcami z całego świata uczestniczył on w 2005 r. w kongresie Axis for Peace, zorganizowanym przez Thierry Meyssana w Brukseli. W ciągu ostatnich 10 lat odbył wiele podróży z Thierry Meyssanem, w tym również do Chin, Iranu, Kirgistanu, Libanu, Rosji, Syrii i do krajów Unii Europejskiej.

Zaangażował się w walkę przeciwko „anglosaskiemu” imperializmowi w wielu krajach, głównie w Europie, Afryce i Azji. Stał się jednym z głównych źródeł opinii w sprawie Krymu, występując przeciwko rządowi w Kijowie, składającemu się także z prawdziwych nazistów.

W ciągu ostatnich czterech lat był przedstawiany w propagandzie prasy międzynarodowej jako „były nazista” lub jako „przyjaciel dyktatorów”. Był kompromitowany i prześladowany przez rząd Beaty Szydło (którego nigdy nie przestał potępiać) na konferencjach prasowych jako „agent zagranicy”.

Jego aresztowanie pod głupim pretekstem szpiegostwa „na rzecz Rosji i Chin” (sic!) oznacza początek zaboru Polski przez NATO. W artykule, który opublikowaliśmy tuż po jego aresztowaniu [1], Mateusz Piskorski pisał o NATO-wskiej operacji „czyszczenia” polskiej sceny politycznej w przededniu szczytu szefów państw i szefów rządów tego sojuszu, który odbędzie się 8-9 lipca w Warszawie.

Tłumaczenie Grzegorz Grabowski, Polski blog


Komunikat władz partii Zmiana | WIERNI POLSCE SUWERENNEJ

„Nie damy sobie zamknąć ust, nie damy się zastraszyć …”

Dziś rano funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego dokonali przeszukań w mieszkaniach członków władz krajowych partii ZMIANA, żądając wydania m.in. twardych dysków, nośników informacji, dokumentów itp. Działanie takie uważamy za formę represji politycznej i próbę zastraszenia środowisk mających odmienną od lansowanej przez władze RP wizję polskiej polityki zagranicznej, wewnętrznej i społeczno-gospodarczej.

Przewodniczący ZMIANY, Mateusz Piskorski i skupione wokół niego organizacje i grupy niezależne prowadzą działalność zgodną z obowiązującym w Polsce prawem, pomimo szykan ze strony organów państwa, takich jak przedłużająca się procedura rejestracji partii ZMIANA.

Akcja ABW stanowi rażące naruszenie zasad praworządności, niedopuszczalną w kraju demokratycznym, deklarującym poszanowanie wolności słowa. Poddani nieuzasadnionym represjom złożą przewidziane prawem skargi na czynności ABW, zaś wszelkie próby naruszania dobrego imienia ZMIANY jak i jej członków – będą przez nas dochodzone na drodze sądowej.

Nie damy sobie zamknąć ust, nie damy się zastraszyć – nasza działalność zawsze i na pierwszym miejscu stawia sprawę polską i obowiązek jej obrony. Nawet, jeśli nie odpowiada to panoszącym się specsłużbom.

/-/ Konrad Rękas – Wiceprzewodniczacy ZMIANY

za: https://www.facebook.com/partia.zmiana/timeline


Piskorski

„Wiemy co natomiast musi być w Polsce, bo my tak chcemy. Musi być porządek. Musi być powaga i będzie. Obozy koncentracyjne. Tak. Dlaczego? Dlatego, że widać owych osiem lat pracy nad wielkością Polski, osiem lat przykładu i osiem lat osiągnięć, osiem lat krzepnięcia – nie wystarczyło dla wszystkich” , za: „Gazeta Polska” (nr 168, 19 VI 1934)

J.Piłsudski = obóz w Berezie Kartuskiej

J.Kaczyński= areszt na ul. Rakowieckiej
Polskie media milczą w sprawie aresztu lidera „Zmiany” Mateusza Piskorskiego. Sputnik Polska wyjaśnia szczegóły w rozmowie z rzecznikiem prasowym partii Tomaszen Jankowskim.

– Jak w tej chwili wygląda sytuacja?

— Z tego co wiemy, sytuacja w tej chwili wygląda tak, że prawnicy Mateusza Piskorskiego planują złożyć zażalenie na postanowienie o areszcie. On sam znajduje się w tym momencie w areszcie śledczym przy ulicy Rakowieckiej na Warszawskim Mokotowie.

Organizowane są różnego rodzaju akcje pomocy, bardzo dużo ludzi się zgłasza z chęcią wsparcia jego i nas.

– A jak pan Piskorski się czuje?

— Nie mam informacji.  Ja na pewno do pana Piskorskiego nie dostanę jakiegokolwiek kontaktu, nie będę miał możliwości się z nim spotkać, jedynie prawnicy mogą udzielić jakiejkolwiek informacji.

– A czy już wiadomo, kto będzie adwokatem Piskorskiego?

— Na 100 % nie możemy potwierdzić. Natomiast w tym momencie, z tego, co wiem, ma trzech adwokatów.

– Posiedzenie sądu w sprawie 3-miesięcznego aresztu trwało ponad 6 godzin, czy to znaczy, że ABW miało kłopot z określeniem zarzutów Piskorskiemu?

— Ja mogę powiedzieć tyle, że na pewno miało kłopot, dlatego że cały ten materiał, który oni zabrali, jest kompletnie bez sensu w stosunku do stawianego Mateuszowi zarzutu.

Dla mnie sprawa jest jednak groźna. Wiem doskonale, że żadnych materiałów, nawet jakichś poszlak, na ten zarzut, który stawiają Mateuszowi, nie mają gdyż takowych po prostu nie ma. Nie jest przestępstwem robienie ulotek partyjnych ani wydruk flag, a nam tego typu rzeczy zabrano: głośniki, dokumenty członków partii — ewentualnie tutaj są zagrożenia, bo agenci dysponują teraz bazą wszystkich osób, które zapisywały się do partii czy związku zawodowego… Mogą ich w jakiś sposób zastraszać… No i w związku z tym, że nie mają  nie będą mieli na nic dowodów ani jak tego aktu oskarżenia napisać, my boimy się o życie Mateusza, bo wiemy, do czego są zdolni ci panowie.

 — Dlaczego Pana zdaniem Piskorskiego nie objęto aresztem domowym, a zamiast tego zatrzymano w areszcie na 3 miesiące?

— Po to, żeby nie mógł kierować partią, po to, żeby nas rozbić jako ruch… A poza tym to ma też wymiar propagandowy, bo „Prawo i Sprawiedliwość” to taka partia, która uwielbia straszyć Rosją toteż teraz, kiedy zbliża się szczyt NATO, próbują oni przekonać Polaków, że muszą tutaj na stałe stacjonować amerykańskie wojska. Chcą stworzyć takie wrażenie, że jest jakiś wróg, że ma tu swoich agentów. Mateusz jest właśnie takim kozłem ofiarnym.

Pierwszym dowodem na to, że sprawa jest czysto polityczna, a nie ma żadnych konkretnych przesłanek na to, żeby Mateusza zamknąć, jest to, że gdyby faktycznie istniał choćby cień dowodu na współpracę Mateusza z jakimkolwiek wywiadem to jeszcze w dzień zatrzymania rząd zorganizował by wielką konferecję prasową i pokazał filmy, zdjęcia itd.. by pochwalić się sukcesem. Znam praktykę rządu „Prawa i Sprawiedliwości”, Mariusza Kamińskiego i ogólnie tych ludzi, i doskonale wiem, że skoro tego nie było do tej poryto już nie będzie.

Ja jestem pozbawiony możliwości kontaktu ze strukturami partii, bo mi też zabrano laptopa, a jako sekretarz generalny byłem przecież na co dzień w kontakcie z ludźmi.

– A co Państwo zamierzają robić dalej? Wiadomo, że dzisiaj deputowani Bundestagu oficjalnie wypowiedzą się w sprawie aresztu Piskorskiego.

Będziemy uruchamiali ten temat na forum Europarlamentu, ale dla nas kluczowe jest to, żeby Polaków przekonać wewnętrznie, że nie można tych ludzi wybierać do władzy.

Czytaj więcej: http://pl.sputniknews.com/polityka/20160524/2907479/Piskorski-areszt-ABW.html#ixzz49c04znIz

 

Dziennikarze TVN24 twierdzą, że dotarli do nieoficjalnych informacji, z których wynika, że partia rządząca PiS rozważa ustanowienie w Polsce nowej służby teleinformatycznej, działającej podobnie jak amerykańska National Security Agency.

Czy doczekamy się również polskiego Snowdena? Nie wiadomo. Faktem jest natomiast, że Edward Snowden ujawnił właśnie mechanizmy działania NSA, inwigilującej ludzi na całym świecie poprzez prowadzenie szeroko zakrojonego wywiadu elektronicznego. Polska zdaje się nie rozumieć powagi sytuacji i również ten kontrowersyjny podmiot przeszczepić na rodzimy grunt. Tak twierdzą reporterzy TVN24.

Obecnie w Sejmie leży projekt ustawy „antyterrorystycznej”. Jeżeli do tego powstanie jeszcze jedna służba mająca kontrolować aktywność obywateli w Internecie — będziemy mieli w Polsce inwigilację totalną, donosi strajk.eu.

Reporter TVN24 spotkał się w Williamem Binneyem, wieloletnim pracownikiem NSA i twórcą programu „ThinThread”, który służył do monitorowania elektronicznych danych. Po zamachach z 2001 roku został zastąpiony nowocześniejszym programem Trailblazer.

Binney wskazuje na zagrożenia, jakie niesie — z punktu widzenia dobra kraju — działanie takich programów. Służby zostają zarzucone ogromną ilością danych i nie są w stanie odróżnić poważnych zagrożeń od fałszywych alarmów. Tak było m.in. z 11 września — spece od inwigilacji „siedzieli zakopani w danych o zagrożeniach z całej planety”. W efekcie nie zareagowali na czas.

Natomiast analityk zdecydowanie sprzeciwia się zwiększonej inwigilacji Internetu.

— Myślę, że wkrótce absolutnie wszystkie przedmioty będą podłączone do Internetu. A to znaczy, że będzie można monitorować wszystko, co robimy. Jeśli zostaniesz uznany za wroga, twój samochód będzie można zdalnie wyłączyć podczas jazdy. Tak samo jak elektroniczny rozrusznik serca — powiedział dla TVN24.
Czytaj więcej: http://pl.sputniknews.com/polska/20160524/2909769/Warszawa-inwigilacja-totalna.html#ixzz49c15MJ4r

Jak ładunki nuklearne rozbiły WTC w drobny pył

Secret barometric bomb technologies, nuclear technologies, used to bring WTC towers down: Proof » Intellihub

(INTELLIHUB) — Although it’s now public knowledge that former Florida Sen. Bob Graham told the Tampa Bay Times that the secret 28 pages of the 9/11 Commission report are poised to be released within the next few months, one can only question what the White House’s new and urgent motive for their release is.

One thing comes to mind, right off the bat, and that is the fact that strong evidence exists suggesting that up to three thermonuclear devices were detonated at the World Trade Center site on 9/11, hence the nickname “Ground Zero.”

ground zero definition
Before It’s News

I mean, what better way than to dupe the people yet once again by slowly conditioning them, over an extended period of time, to accept the fact that criminal factions of their very own government orchestrated the Pearl Harbor-like attack onto skyscrapers, buildings, in an American city.

That’s right, when the not so secret 28 pages are actually released, in a few months, they will likely show Saudi involvement and government foreknowledge, like we already knew.

So tell us something we didn’t know; like the fact that a Lawrence Livermore National Laboratory, Department of Energy, study found high trace levels of tritium inside the WTC complex after the attack. Not only were abnormal levels of tritium found inside the WTC complex, in the basement of “WTC 6” and the “storm sewer,” but they were also found in the water.

tritium wtc
Study of Traces of Tritium
at the World Trade Center (Oct. 2002)/U.S. Department of Energy

“Tritium is an important component in nuclear weapons. It is used to enhance the efficiency and yield of fission bombs and the fission stages of hydrogen bombs in a process known as “boosting” as well as in external neutron initiators for such weapons,” according Wikipedia; meaning that the only way it would be present in high trace levels is if a nuclear device (or three) detonated within proximity. Additionally it’s important to note that tritium is “extremely rare on Earth” and again — should not be found in at levels reported to be ’55 times higher than normal.’

And just to be clear, I am not saying that micro nukes were solely responsible for bringing down the towers — IMO micro-nukes were likely only used at the base of Towers 1 and 2 and possible the base of building 7, three in total, and were likely strategically placed 50 feet below street level, somewhere in the basements of the buildings or subway access tunnels. This would also explain numerous eyewitness reports of “large” explosions in the “basement” or “lobby” of the towers.

It has also been proven that Nano-thermite was used and was present in dust samples, less than 2 microns in diameter, that were taken from the WTC site after the Sept. 11, 2001 attacks as pointed out early on by Richard Gage of the grassroots organization Architects & Engineers for 9/11 Truth.

Moreover there are also signs that advanced barometric bomb technology, which uses triggering devices derived from the U.S. Nuclear Weapons Program, was also deployed in the attack — technology which incorporates gaseous elements in a “yellowish, brownish combustible mixture” and uses Aluminum Silicate Red Oxide and other ingredients” that would have surrounded and permeated the air around key structural columns on all floors before being triggered by a “specific high-voltage pattern” which the element combination is responsive to.

One bomb specialist, who wanted to remain anonymous for obvious reasons, can be seen in the proceeding video, testifying to the existence of such technology and said:

“[The high-voltage pattern] produces sort of a stairway pattern in the molecular structure of the cloud. Part of that pattern is a hydro-dynamic power generator, energy source, permeating the cloud which is then energized with another energy source and then is detonated. This causes the cloud itself to explode in such a fashion that if the cloud is circulating around the pillar — then it crushes the pillar from all sides and turns that pillar literally to dust and leaves only the rebar behind. So if you’ve got this cloud permeating all the way around the first floor, wherever it is, anything within its path gets crushed, imploded, to dust instantaneously. And when that happens of course there is nothing left to hold up the upper floors above, so bang, they come down like a pancake.”

This also explains why an eyewitness by the name of Kenneth Summers, who was in the lobby of tower 2 at the time, actually saw such a gas-like substance mixing with the air just a “tenth of a second” before the witness was blown back out the lobby doors. Kenneth Summers told NBC what he saw just before being eject from the lobby by a massive explosion and stated:

“All of a sudden it seems like the whole lobby, the door I was in, filled up with a yellowish, brownish, combustible mixture. It didn’t really smell any different, but was so quick to happen, it was like a tenth of a second.”

Summers testimony starts at 5:08 into the following video:

On Oct. 14, 2001, the NY Times reported:

Mr. Summers’s story is one of survival. It is also one of compassion. As Mr. Summers wandered aimlessly, bloodied and badly burned, hundreds of people fled past him in those confused and harrowing moments right after the attack. But one man, a stranger named Steve Newman, stopped and led Mr. Summers to help in New Jersey and stayed with him for an entire day until he was safely in the care of burn specialists.

”I spend a lot of time thinking about how you thank somebody like that,” Mr. Summers’s wife, Nadine, said of Mr. Newman. ”You can’t ever thank anybody enough for something like this. Words just can’t do it.”

Mr. Summers, a technical analyst for Empire Blue Cross, had taken the 5:22 a.m. train from Bay Shore into the city just like any workday that Tuesday and had been at his desk for more than an hour when he decided to go downstairs to mail a letter. It was just as he stepped outside that a plane crashed into the building.

To escape the falling debris, he turned around and was inside a revolving door when he noticed the lobby fill with a yellowish haze.

Keep in mind this very same technology was “used to take down a high-rise apartment building in downtown Beirut […] in 1984,” according to former Pyrotronics-Hercules bomb specialist Michael Riconosciuto, whom also identified the technology’s signature in the Oklahoma City Bombing at the Alfred P. Murrah Building on April, 19, 1995.

Look, all I know is the actual impact from the alleged passenger planes did not cause the collapse of the WTC’s towers 1 and 2 that stood proud above the New York skyline, nor did the jet fuel fires or random fires burning throughout the buildings. In fact we can clearly see that this was not the case, because the tops of the buildings actually started to collapse first, dustifying themselves in mid-air as reported by Dr. Judy Wood who conducted an independent investigation.

Micro-nukes exist and have for a long time

According to Wikipedia:

The Special Atomic Demolition Munition (SADM) was a family of man-portable nuclear weapons fielded by the US military in the 1960s, but never used in actual combat. The US Army planned to use the weapons in Europe in the event of a Soviet invasion. US Army Engineers would use the weapon to irradiate, destroy, and deny key routes of communication through limited terrain such as the Fulda Gap. Troops were trained to parachute into Soviet occupied western Europe with the SADM and destroy power plants, bridges, and dams.

The project, which involved a small nuclear weapon, was designed to allow one person to parachute from any type of aircraft carrying the weapon package and place it in a harbor or other strategic location that could be accessed from the sea. Another parachutist without a weapon package would follow the first to provide support as needed.

The two-person team would place the weapon package in the target location, set the timer, and swim out into the ocean where they would be retrieved by a submarine or a high-speed surface water craft.

In the 1950s and 1960s, the United States developed several different types of lightweight nuclear devices. The main one was the W54, a cylinder 40 by 60 cm (about 16 by 24 inches) that weighed 68 kg (150 lbs). It was fired by a mechanical timer and had a variable yield equivalent to between 10 tons and 1 kiloton of TNT. The W54 nuclear device was used in the Davy Crockett Weapon System.

Now do I have your undivided attention?

On 9/11 there is no doubt that multiple bombs were detonated inside the WTC complex — this fact can not be disputed and is clearly documented in hundreds of videos and backed up by many eyewitness testimonies, including highly credible first responders and firefighters. In fact, seismic readings from that day indicate that at least 3 large man-made explosions, possibly nuclear by signature, took place underground inside the WTC complex. Could these be the actual blasts that took out the cores of buildings 1, 2 and 7? Is this what the U.S. government has been hiding all along?

Interestingly, previous tests have been conducted by factions of the U.S. government in which they used micro-nukes to demolish rather large buildings and the results were astonishing to say the least, almost a perfect mirror of the collapse of buildings 1, 2, and 7 that took place in Sept. of 2001.

The use of micro-nukes in the WTC complex on 9/11 – the smoking gun

It’s safe to say that high energy releases have a distinct look.

Dr. Ed Ward has documented what he believes is the use of micro-nukes on the World Trade Center complex attack that took place in September of 2001.

One of the smoking guns in this case is that over 5.3 billion pounds of steel was instantly turned into 2 billion pounds of dust, but that’s not all — massive steel beams were bent like pretzels as the towers collapsed.

One video shows the penthouse on building 7 being demolished on the roof just before the building comes down. This proves that a top-down demolition process was being utilized, otherwise the buildings might have just twisted and naturally would have just fell over themselves. But perhaps the most startling revelation that nuclear devices were used is the fact that vehicles that were found up to a half mile away from the WTC looked incinerated — not to mention the tens of thousands of tiny body parts that were found on the rooftops of neighboring buildings which is not indicative at all of a gravitational collapse.

The fact that many of the first responders are now dead, if not very sick, does not sound like the byproduct of a falling building, but rather sounds more like they got a massive dose of deadly radiation. Most of the responders have died of blood cancer and Thyroid cancer, consistent with heavy radiation exposure.

Other red flags include:

  • Cars not hit by falling debris yet totally destroyed far away from the towers
  • Molten metal was seen in and around the debris of the WTC for months, indicative of nuclear fission.
  • There is also the fact that the debris field was substantially low for the magnitude of buildings that were destroyed, thus signifying that most of the debris was incinerated upon the demo blast.
  • Massive craters under the WTC complex were formed, likely from the detonation of micro-nukes, as the rock was even melted smooth. Later after the site was fairly cleaned up and the craters were excavated, the city of New York Port Authority continued to wash down the cavities with hoses daily for years as traces of Tritium were found, signifying that radiation was present.

Additionally the fact that the WTC buildings were pulverized into a fine dust cannot be ignored. This is a tell-tale sign of a high energy release typical of a nuclear explosion. Eyewitness accounts and personal testimony indicate that people were thrown an entire city block from what was described as a warm wind just as the towers begin to collapse.

There were also multiple reports of “hanging skin” or “melted skin” on victims around ground zero. This was a common occurrence in the Hiroshima blast. Major hot spots were also reported in and around the debris at the World Trade Center complex and were prevalent for up to six months after the attacks. This type of activity, seen with the hot spots, is commonly referred to as “China Syndrome”, where nuclear material will continue to undergo fission for a period of time, generating massive heat plumes.

To no surprise, videos obtained via Freedom of Information ACT (FOIA) requests, captured on and after Sept. 11, 2001 near the WTC site, have had sections, clips, of the video and audio removed, especially during the beginning of the collapse of the towers. However, the explosions can be heard on many independent videos, now floating around the web and can all be accounted for.

Related: CIA insider says something was brought in to the buildings before attacks and also stated that the attacks “were imminent” and that she had foreknowledge of what she was told would be a “thermonuclear strike […] on the World Trade Center.”

Related: WTC South Tower powered down for 36 hours just days before attack, security deactivated on floors 50 and up, many suspicious workers seen coming and going during blackout

Related: 9/11: Declassify the 28 pages now!

Not to mention the hijackers, some of which have still been proven to be alive, were recruited by the CIA, as can be seen in the following video:

On April 13, 2016, Press TV reported:

15 Saudi men were ‘patsies’  

“We know that the 15 hijackers who were Saudis, the alleged hijackers, because they were not on those planes – not one of the 19 hijackers, or any Arabs, were on any of the four planes, according to the passenger list, and according to all of the evidence that would be there if they were on the planes, but has not been produced,” Dr. Barrett said.

“So these 15 Saudi patsies, who were set up to take the blame for 9/11, were in fact CIA agents. We know this – I had this confirmed directly by a CIA source that these 15 Saudis entered, and repeatedly reentered on these supposedly – they call them employment visas, but there’s a special number for employment visas that are only given to CIA assets as a reward for their service to the Central Intelligence Agency, and this visa allows them to come to the US. Typically they’re paid for their work for the CIA in Saudi Arabia, and then they are given this special kind of visa which is disguised as an employment visa but it’s of particular type,” he stated.

“And all 15 of these guys had that visa. That shows that they were in fact Central Intelligence Agency agents.  Some of them were living with FBI people in California. So these 15 Saudis were not working against the United States government, they were working for the United States government, and they were set up so that Saudi Arabia could be potentially blamed for the September 11 attacks, which were actually perpetrated by Israel and its American assets,” he pointed out.

“The purpose was to make sure that Saudi Arabia didn’t leave the American orbit, as the king had threatened in August of 2001. Similarly Pakistan was also set up. The ISI chief was tricked, ordered, or whatever into sending money to Muhammad Atta. And then that was broadcast in an Indian newspaper. Pakistan likewise was threatening to leave the American orbit in 2001,” he said.

“Now the Zionist dominated imperial apparatus here in the United States didn’t want nuclear Pakistan, and oil-rich Saudi Arabia to become independent countries. So, it used 9/11 to herd them back into the imperial orbit, among other things,” the scholar observed.

The truth is out there.

Intellihub is currently involved in a full-scale investigation into the events of 9/11.

Shepard Ambellas is a journalist, filmmaker, film producer, radio talk show host and the founder and editor-in-chief of Intellihub News & Politics. Established in 2013, Intellihub.com is ranked in the upper 1% traffic tier on the World Wide Web. Read more from Shep’s World.


Article In Saudi Daily: U.S. Planned, Carried Out 9/11 Attacks – But Blames Others For Them

911 Documentation Project, May 19, 2016 Special Dispatch No.6438

Article In Saudi Daily: U.S. Planned, Carried Out 9/11 Attacks – But Blames Others For Them

On the eve of President Obama’s April 2016 visit to Saudi Arabia, the U.S. Congress began debating the Justice Against Sponsors of Terrorism Act (JASTA), that would, inter alia, allow the families of victims of the September 11 attacks to sue the Saudi government for damages. Also in April 2016, the New York Times published that a 2002 congressional inquiry into the 9/11 attacks had found that Saudi officials living in the United States at the time had a hand in the plot. The commission’s conclusions, said the paper, were specified in a report that has not been released publicly.[1]

 The JASTA bill, which was passed by the Senate on May 17, 2016, triggered fury in Saudi Arabia, expressed both in statements by the Saudi foreign minister and in scathing attacks on the U.S. in the Saudi press.[2] On April 28, 2016, the London-based Saudi daily Al-Hayat published an exceptionally harsh article on this topic by Saudi legal expert Katib Al-Shammari, who argued that the U.S. itself had planned and carried out 9/11, while placing the blame on a shifting series of others – first Al-Qaeda and the Taliban, then Saddam Hussein’s regime in Iraq, and now Saudi Arabia. He wrote that American threats to reveal documents that supposedly point to Saudi involvement in 9/11 are part of standard U.S. policy of exposing archival documents to use as leverage against various countries – which he calls „victory by means of archives.”

Following are excerpts from Al-Shammari’s article:[3]

„Those who follow American policy see that it is built upon the principle of advance planning and future probabilities. This is because it occasionally presents a certain topic to a country that it does not wish [to bring up] at that time but [that it is] reserving in its archives as an ace to play [at a later date] in order to pressure that country. Anyone revisiting… [statements by] George H.W. Bush regarding Operation Desert Storm might find that he acknowledged that the U.S. Army could have invaded Iraq in the 1990s, but that [the Americans] had preferred to keep Saddam Hussein around as a bargaining chip for [use against] other Gulf states. However, once the Shi’ite wave began to advance, the Americans wanted to get rid of Saddam Hussein, since they no longer saw him as an ace up their sleeve.

„September 11 is one of winning cards in the American archives, because all the wise people in the world who are experts on American policy and who analyze the images and the videos [of 9/11] agree unanimously that what happened in the [Twin] Towers was a purely American action, planned and carried out within the U.S. Proof of this is the sequence of continuous explosions that dramatically ripped through both buildings… Expert structural engineers demolished them with explosives, while the planes crashing [into them] only gave the green light for the detonation – they were not the reason for the collapse. But the U.S. still spreads blame in all directions. [This policy] can be dubbed ‚victory by means of archives.’

„On September 11, the U.S. attained several victories at the same time, that [even] the hawks [who were at that time] in the White House could not have imagined. Some of them can be enumerated as follows:

„1.   The U.S. created, in public opinion, an obscure enemy – terrorism – which became what American presidents blamed for all their mistakes, and also became the sole motivation for any dirty operation that American politicians and military figures desire to carry out in any country. [The] terrorism [label] was applied to Muslims, and specifically to Saudi Arabia.

„2.   Utilizing this incident [9/11], the U.S. launched a new age of global armament. Everyone wanted to acquire all kinds of weapons to defend themselves and at the same time battle the obscure enemy, terrorism – [even though] up to this very moment we do not know the essence of this terrorism of which the U.S. speaks, except [to say that] that it is Islamic…

„3.   The U.S. made the American people choose from two bad options: either live peacefully [but] remain exposed to the danger of death [by terrorism] at any moment, or starve in safety, because [the country’s budget will be spent on sending] the Marines even as far as Mars to defend you.

„Lo and behold, today, we see these archives revealed before us: A New York court accuses the Iranian regime of responsibility for 9/11, and we [also] see a bill [in Congress] accusing Saudi Arabia of being behind it [sic]. This is after the previous Iraqi regime was accused of being behind it. Al-Qaeda and the Taliban were also blamed for it, and we do not know who [will be blamed] tomorrow! But [whoever it is], we will not be surprised at all, since this is the essence of how the American archives, that are civilized and respect freedoms and democracy, operate.

„The nature of the U.S. is that it cannot exist without an enemy… [For example,] after a period during which it did not fight anyone [i.e. following World War II], the U.S. created a new kind of war – the Cold War… Then, when the Soviet era ended, after we Muslims helped the religions and fought Communism on their [the Americans’] behalf, they began to see Muslims as their new enemy! The U.S. saw a need for creating a new enemy – and planned, organized, and carried this out [i.e. blamed Muslims for terrorism]. This will never end until it [the U.S.] accomplishes the goals it has set for itself.

„So why not let these achievements be credited to the American administration, while insurance companies pay for the damages, whether domestic or foreign? This, my dear Arab and Muslim, is the policy of the American archives.”

Endnotes:

[1] Nytimes.com, April 15, 2016.

[2] See MEMRI Special Dispatch No. 6397, Against Backdrop Of Obama’s Visit To Riyadh: Saudi, Gulf Press Furious At Allegations Of Saudi Involvement In September 11 Attacks, April 21, 2016.

[3] Al-Hayat (London), April 28, 2016.

Dlaczego Tudorowie nienawidzili Polski?

Polski poseł wywołał skandal dyplomatyczny, który niemal przypłacił życiem. Kilka zdań wystarczyło, by potężna królowa Elżbieta zapałała do Rzeczpospolitej Obojga Narodów szczerą nienawiścią.

A ślady tego konfliktu można odnaleźć nawet… w najważniejszej sztuce Williama Szekspira.

Rządzona przez Tudorów XVI-wieczna Anglia należała do światowych potęg politycznych. Prowadząc rozległą politykę, musiała stykać się z interesami innego europejskiego mocarstwa, tyle że leżącej na drugim krańcu kontynentu – Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Królowa w szoku

W 1597 roku tocząca wojnę z Hiszpanią Anglia nałożyła na ten kraj blokadę morską, ogłaszając zakaz przywozu do hiszpańskich portów broni i wszystkiego, co wojnie służyć mogło, w tym także żywności. Zakaz ten silnie uderzył w kupców z Gdańska, prowadzących z Półwyspem Iberyjskim ożywiony handel zbożem. Ich statki nie tylko nie były dopuszczane do hiszpańskich brzegów, ale także napadane, łupione i zajmowane przez działających z upoważnienia królowej angielskiej korsarzy.

Wobec opresji i odcięcia tak ważnego rynku zbytu kupcy zwrócili się o pomoc do króla Zygmunta III Wazy. Władca ujął się za poddanymi i zażądał od królowej Elżbiety I Tudor przywrócenia wolności mórz oraz pokrycia strat poniesionych przez gdańszczan.

Jako że pierwsza interwencja nie przyniosła żadnego skutku, monarcha wyprawił do Anglii swojego posła, 37-letniego kasztelana dobrzyńskiego Pawła Działyńskiego, członka magnackiego rodu i jednego ze swych sekretarzy.

Działyński – posłujący wcześniej do Niderlandów – udał się do Anglii i został przyjęty przez królową na publicznej audiencji 4 sierpnia 1597 roku w pałacu w Greenwich, w otoczeniu dworu i orkiestry. Odziany w polski strój poseł wygłosił po łacinie przemówienie, w którym ostro zażądał zniesienia blokady morskiej, przywrócenia wolności handlu dla gdańskich kupców, zwrócenia zajętych towarów i wypłacenia odszkodowania tym, którzy ponieśli straty.

Działyński argumentował, że droga morska zgodnie z prawem publicznym i prawem natury winna być dla wszystkich dostępna. Dodał, że blokada uderza w interesy szlachty polskiej, której cały prawie dochód pochodzi z eksportu płodów rolnych.

O jedno zdanie za daleko

Wyrażonym żądaniom towarzyszyły dwie groźby. Pierwsza głosiła, że w wypadku niespełnienia polskich postulatów król Zygmunt będzie zmuszony podjąć takie kroki, za pomocą których znajdzie zadośćuczynienie, druga zaś przypominała Elżbiecie koligacje Jagiellonów i Habsburgów (żoną Zygmunta była Anna Habsburżanka) i wyraźnie straszyła niebezpiecznym dla Anglii aliansem polsko-austriacko-hiszpańskim.

Na sali zapadła cisza. Mowa Działyńskiego wywarła na obecnych piorunujące wrażenie. Jak czytamy w relacjach świadków, królowa zawrzała oburzeniem, opadła ze złością na tron i mało co nie zerwała audiencji. Następnie zaś odrzekła do posła po łacinie: O, jakże się zawiodłam… Nigdy, w całym moim życiu, ani ja, ani mój naród nie słyszeliśmy podobnej mowy… Podziwiam taką zuchwałość!.

W wygłaszanej dalej z pasją tyradzie obraziła króla Zygmunta, wypominając mu młody wiek i władanie nie z mocy dziedzicznego prawa, tylko z wyboru. Nie oszczędziła też samego Działyńskiego, któremu zarzuciła, że nie rozumie, co wypada między władcami.
Wykazała wreszcie dobrą znajomość wydarzeń politycznych w Polsce, przypominając, że sojusz polsko-habsburski nie jest taki silny, bo jeszcze niedawno jeden z członków domu austriackiego chciał wszak odebrać Zygmuntowi królestwo… (chodziło o Maksymiliana Habsburga, który zbrojnie rywalizował z Wazą o polską koronę). Gdy wyrzuciła już z siebie wszystkie żale, wybiegła do drugiej komnaty.

Wieść o skandalu na dworze z udziałem polskiego posła szybko rozniosła się po Londynie, tym bardziej, że wypowiedź królowej z audiencji natychmiast spisano i upubliczniono. Lud uznał, że Elżbieta została obrażona i… w mieście wybuchły zamieszki. Domagano się kary za obrazę majestatu, Działyńskiego chciano napaść, pobić, a podobno także otruć.

Właściciel gospody, w której zatrzymał się poseł, zaczął nagle domagać się cotygodniowego regulowania wszystkich opłat, a nikt z dotychczas życzliwie nastawionych arystokratów angielskich nie odważył się zaprosić go do siebie aż do dnia odjazdu.

Cały lud jest dotknięty, gdy królowa…

Działyńskiemu dostarczono oficjalną odpowiedź Elżbiety dla króla Zygmunta i poradzono, by jak najszybciej opuścił Anglię. W spisanym po powrocie do Polski sprawozdaniu z wizyty możemy przeczytać radę udzieloną kasztelanowi przez pewnego przedstawiciela władz angielskich:

Upominam cię jak przyjaciel przyjaciela, byś dłużej w Anglii z powodu tumultu nie pozostawał. Widzisz (tak jest w absolutnej monarchii), cały lud jest dotknięty, kiedy królowa czuje się urażona. Strzeż się, żeby nie wynaleziono jakiegoś pretekstu, aby cię znieważyć lub wyrządzić krzywdę.

Cztery dni po audiencji wybuchł drugi skandal – tym razem na scenie jednego z podlondyńskich teatrów. Wystawiono tam sztukę „The Isle od Dogs” („Wyspa psów”, wysepka u wylotu Tamizy, leżąca blisko królewskiego pałacu w Greenwich), w której w satyryczny sposób przedstawiono króla Zygmunta III Wazę.

Nie wiemy, czy Działyński interweniował w tej sprawie, niemniej spektakl został zdjęty ze sceny, jego autora aresztowano i umieszczono w Tower, a wszystkie teatry publiczne zamknięto na kilka miesięcy (!).

Nawet Szekspir czuł się obrażony?

Puenty tej opowieści są dwie: polityczna i literacka. Jak się niebawem okazało, niefortunne poselstwo Działyńskiego w pełni odniosło sukces. Oto bowiem w styczniu następnego, 1598 roku Elżbieta I potwierdziła przywileje przysługujące w Anglii gdańskim kupcom, a latem do Polski wysłany został jej poseł George Cawer, by zgodzić się na swobodny przewóz polskiego zboża do Hiszpanii i wytłumaczyć z ubiegłorocznego przyjęcia Działyńskiego w Londynie…

Puenta literacka jest natomiast taka: kilka lat później w Anglii ukazała się pełna wersja „Hamleta” Williama Szekspira. Pojawiła się w niej po raz pierwszy postać Poloniusza, niesympatycznego, nadmiernie usłużnego urzędnika.

Tymczasem w pierwszym wydaniu dramatu, wcześniejszym o kilkanaście miesięcy (1603), postać ta nosiła imię Corambis. Jak zauważa dr Teresa Bałuk-Ulewiczowa z Uniwersytetu Jagiellońskiego, skojarzenie imienia Poloniusza (Polonius po łacinie znaczyło polski) z Polską i poselstwem Działyńskiego jest oczywiste…

Bibliografia:
1. Teresa Bałuk-Ulewiczowa, Wawrzyniec Grzymała Goślicki i jego dzieło „De optimo senatore”, http://www.staropolska.pl.
2. Piotr Maciejewski, Z dziejów polsko-angielskich stosunków dyplomatycznych w I połowie XVII wieku, „Acta Universitatis Lodzensis. Folia Historica”, t. 81, 2007.
3. John Ernest Neale, Elżbieta I, Wyd. PIW, 1981.
Dlaczego Tudorowie nienawidzili Polski?

——————————–

Waza, Zamoyski i MI6, czyli Polska grozi Anglii – blog boson

Wszystko zaczęło się od poselstwa, jakie Paweł Działyński odbył w 1597 r., w imieniu polskiego króla, do Niderlandów oraz na Wyspy Brytyjskie. Działyński przybył na dwór Elżbiety I z ogromnym orszakiem – po tym, jak zagroził Holandii, iż Rzeczpospolita wstrzyma dostawy zboża, jeśli ta nie zawrze pokoju z Hiszpanią. William Cecil, po pierwszym spotkaniu z Działyńskim, taką przedstawił królowej o nim opinię: „Jest to szlachcic o wspaniałej postawie, dowcipie, elokwencji, znajomości języków i pełen uroku osobistego”. Bezpośrednim patronem tego poselstwa był Jan Zamoyski.

Królowa udzieliła Działyńskiemu audiencji w Greenwich 4 sierpnia 1597 – polski poseł ubrany był w przyozdobiony klejnotami kontusz i wygłosił słynne ultimatum, grożące Anglii wojną jeśli nie cofnie blokady Gdańska (Anglicy blokowali tam polskie dostawy broni dla Hiszpanii). Elżbieta wpadła w furię: „O jakże zawiodłam się! Oczekiwałam poselstwa, a ty przywiozłeś mi skargę. Na podstawie listów uwierzytelniających uważałam cię za posła, a znalazłam w tobie herolda. Nigdy w całym mym życiu nie słyszałam podobnej mowy. Podziwiam zaiste, podziwiam taką i w publicznym miejscu niezwykłą zuchwałość. Nie mogę uwierzyć, by twój król polecił ci, byś takie słowa wygłosił. Jeśli zaś coś takiego nakazał ci w instrukcji, w co jednak bardzo wątpię, to sądzę, iż należy przypisać temu, że król, jako młodzieniec (…) nie potrafi tak dobrze prowadzić sprawy z innymi władcami, jak albo jego przodkowie z nami to czynili, albo jak może uczynią inni, którzy w przyszłości jego miejsce będą piastować. Co się tyczy ciebie, zdaje mi się, że przeczytałeś wiele książek, lecz właśnie nie pojąłeś ich sensu i w ogóle nie rozumiesz, co godzi się między władcami” – po czym opuściła salę…

Dworzanin Robert Beale, pisał następnego dnia po tej audiencji, w liście do Roberta Cecila (syna Williama): „o obraźliwym zachowaniu się wspomnianego ambasadora do Jej Królewskiej Mości (…) wiele się teraz mówi w tym mieście”. Z kolei, William Carr pisał 21 września 1597r., z Elbląga do swego ojca Roberta Carra, iż Anglicy są: „w wielkim strachu z powodu polskiego ambasadora”. Nieoficjalnie zaczęto mówić o wojnie, nawet królowa podczas jednego z przemówień stwierdziła, iż prowadzi wojnę: „Z cesarzem i Polską”. Mówiło się również o zbrojnej pomocy Rzeczypospolitej dla Szkocji w jej konflikcie z Anglią.

Polsko-angielska wojna jednak nie wybuchła, Anglicy ustąpili i wydali uroczysty bankiet pożegnalny na cześć polskiego posła, z tym że sekretarz stanu Robert Cecil – były protégé i godny następca sir Francisa Walsinghama – postanowił bliżej „się przyjrzeć” Polsce, stosunkowo mało wtedy tam znanej. Już w 1598 do Polski przybył angielski młodzieniec, niejaki John Peyton młodszy. Jego ojciec był wysoko postawionym dworzaninem, bardzo bliskim współpracownikiem sir Roberta…

W maju 1598 Peyton junior przybył do Krakowa, a potem udał się do Warszawy – w sumie, zbierał informacje in situ pomiędzy kwietniem i wrześniem tego roku. Potem udał się, przez Padwę, do Bazylei, gdzie spisał słynną „Relację”: A Relation of the State of Polonia and the united Provinces of that Crowne. Anno 1598. Jest to wybitne i wyjątkowe dzieło, dające bardzo wszechstronny i wnikliwy opis ówczesnej Polski: począwszy od opisu naszego „charakteru narodowego”, poprzez szczegółowy opis ustroju (z naciskiem na „unijne aspekty”), systemu elekcji oraz finansów państwa, aż do polskiej polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Był (i jest!) podawany jako wzór do naśladowania w angielskiej „poselskiej robocie”…

Charakterystyczne jest to, jak bardzo wiele miejsca, w przeciwieństwie do Zygmunta III, poświęca się w „Relacji” kanclerzowi Zamoyskiemu, wychwalając jego przymioty i osiągnięcia oraz odnotowując jego dużą niechęć do jezuitów i wielkie aspiracje humanistyczne. (Warto tu odnotować np. wielkie wydatki Zamoyskiego w Anglii na wykonanie kompletnej bibliografii tamże dzieł… Cycerona.)

W maju 1603 specjalna, wykwintna kopia relacji Peytona (vide zdjęcie u góry) zostaje podarowana Jakubowi I w czasie koronacji na króla unii angielsko-szkockiej. I to właśnie ona trafia do British Library (112 kart folio).

Do niedawna uważano, iż autorem tej niepodpisanej „Relacji” był najprawdopodobniej Szkot William Bruce, ewentualnie angielski ambasador w Polsce, George Carew, ale tymczasem odkryto drugą, pełną jej kopię podpisaną przez J. Peytona jr. Ciekawe są losy tego manuskryptu, który w maju 2013 został zakupiony przez uniwersytet w St. Andrews, od anonimowego kolekcjonera z Pragi. Można się np. dowiedzieć, iż na aukcji Sotheby, za jedyne 3 funty i 9 pensów nabył go 6. czerwca 1898 niejaki Jacques Rosenthal – księgarz z Monachium (Jacques Rosenthal, Librarie ancienne, Karl-Strasse 10, Munich).

Wracając do Bruce’a – nie wiadomo kiedy się urodził, ale doktorat z prawa zrobił we Francji (Cahors, Tuluza…) w 1586, gdzie krótko wykładał, aby potem poprzez Rzym i Niemcy, dotrzeć na Słowację, gdzie się był zaciągnął chcąc walczyć z Turkami. Minęło mu to szybko i w końcu trafił do Polski, wpierw pod skrzydła Mikołaja Komorowskiego, starosty żywieckiego. W 1594 opublikował w Krakowie traktat nt. ligi antytureckiej „Ad principes populumque Christianum de bello adversus Turcos gerendo”, a następnie trafił w 1596 do swojego wielkiego opiekuna, Jana Zamoyskiego i jego prześwietnej Akademii. Wykładał tam rzymskie prawo za godziwą zapłatę 400 talarów rocznie, ale powietrze Zamościa mu nie służyło i niebawem go opuścił „ze względów zdrowotnych”.

W Zamościu zdążył jeszcze napisać dodatek „De Tartaris diarium”, w formie listu do Georga Talbota na dworze księcia bawarskiego Ferdynanda, dotyczący organizacji państwa i stosunków w Chanacie Krymskim. Było to pokłosie jego rozmów z Wenecjaninem Spinolą, posłem chana krymskiego do Polski. Potem spędził kilka miesięcy w Czechach, jako kanclerz biskupa ołomunieckiego, cały czas bez powodzenia starając się o przyjęcie do dworu Zygmunta III. Ponadto próbował jeszcze uzyskać stanowisko w Prusach, aby znowu wrócić do starosty Komorowskiego. Będąc cały czas w kontakcie z Zamoyskim został przez niego wysłany do Anglii w 1600 w celu uzyskania schronienia dla Zygmunta Batorego. Po powrocie wziął udział w wyprawie inflanckiej Jana Zamoyskiego, dowodząc nawet oddziałem jazdy.

W 1602 roku ponownie opuścił kraj i udał się do Szkocji. Tam z ramienia Stuartów był negocjatorem w pertraktacjach szkocko-angielskich o unię, w których biorą także udział Carew i Peyton jr… Dzięki poparciu Edwarda barona Bruce z Kinloss wstępuje na służbę (jeszcze) Jakuba VI. W 1603 roku na polecenie już Jakuba I udaje się do Rzeczypospolitej z misją dyplomatyczną, nie wiadomo w jakim celu. W 1605 Zamoyski umiera, a Bruce po powrocie do Londynu zostaje doradcą posła polskiego na dworze angielskim – Stanisława Cikowskiego. W 1606 zostaje agentem handlowym Anglii w Elblągu, mając za zadanie ochronę interesów Kompanii Wschodniej. Zachowała się jego obfita korespondencja z Jakubem I i Robertem Cecilem – w pierwszym liście, jeszcze z 1605 obszernie pisze o rokoszu Zebrzydowskiego, w ostatnim o represjach kupców angielskich ze strony ich niemieckich konkurentów, a pomiędzy nimi składa bardzo szczegółowe i wszechstronne raporty. W 1610 agentem w Elblągu zostaje kto inny, a dalsze losy Williama Bruce’a nie są znane. Ciekawe, że w 1609 Bruce prosi Jakuba I o wysłanie go do Rzymu w celu śledzenia irlandzkich katolików, jakoby spiskujących tam przeciwko królowi…

Wszystko to jako żywo przypomina naszą obecną „przeźroczystość” wobec obcych agentur. Rzplita, ewidentnie nie była dobrze przygotowana na odparcie tak intensywnego i „nowoczesnego rozpracowania”. No i zadziwia w wielu momentach, działalność naszego wielkiego kanclerza Zamoyskiego…

Ciąg dalszy nastąpi…

kiedy uda mi się dotrzeć do tekstów nt. cromwellowskiego super spymastera – Johna Thurloego.

___

PS. Warto dodać, że manuskrypt „królewski”, z BL, był pisany na papierze z olkuskiej papierni nadwornego drukarza krakowskiego, Jana Januszowskiego (1550–1613).

PS2. Dopowiedzenie dla niezorientowanych: W kluczowym momencie historii Polski, Zamoyski zabiera ze sobą na wojnę ze Szwedami jednego z czołowych szpiegów angielskich.

Czego NAFTA może nas nauczyć o TTIP?

Dwadzieścia lat kosztów ponoszonych przez meksykańskie rolnictwo, gospodarkę, rodziny i środowisko w związku z podpisaniem umowy o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą to ważna lekcja dla globalnego Południa.

NAFTA (Północnoamerykańskie Porozumienia o Wolnym Handlu) silnie odbiła się na wszystkich trzech państwach – Stany Zjednoczone, Kanada, Meksyk- które podpisały tę umowę w 1994 roku. Doświadczenie najsłabszej gospodarczo strony porozumienia, czyli Meksyku, powinno dziś posłużyć za gorzką lekcję dla krajóœ globalnego Południa, związanych z projektem Partnerstwa Transpacyficznego (TPP) Stanów Zjednoczonych. Jest też ważną przestrogą dla Polski, która w ramach Unii Europejskiej ma stać się stroną Transatlantyckiej Strefy Wolnego Handlu (TAFTA), którą tworzyć mają porozumienia z USA (TTIP) i z Kanadą (CETA).

Wpływ na rolnictwo i migrację

NAFTA miała zapewnić, że meksykański sektor rolnictwa intensywnie się rozwinie, dzięki czemu zmniejszy się zjawisko tzw. nielegalnej migracji z terenów wiejskich do Stanów Zjednoczonych. Jednakże od 1994 roku zatrudnienie wśród osób aktywnych zawodowo spadło z 19% do 13%, przez co ponad 6 milionów osób nie miało innego wyjścia, jak emigrować do USA bez wymaganych dokumentów.

NAFTA miała sprawić, jak zapewniali jej zwolennicy, że Meksyk stanie się „eksportową potęgą” produktów rolnych. W rzeczywistości jednak stał się j uzależniony od importu żywności. Zasoby żywności po 8 latach działania umowy oparte były na imporcie aż w 42% (w porównaniu do 13% w roku 1993).

NAFTA nie przyczyniło się również do zmniejszenia nierówności płci w rolnictwie. Kobiety będące właścicielkami gruntów, niezależnie od rozmiaru gospodarstw, nadal pracują średnio znacznie dłużej niż mężczyźni (55 godzin tygodniowo w porównaniu do 35 godzin tygodniowo), a mimo to zarabiają mniej (2.9 pesos za godzinę w porównaniu do 7.8 pesos).

W czasie pierwszych dziesięciu lat NAFTA zniknęły prawie 2 miliony miejsc pracy w rolnictwie. Przy samej produkcji kukurydzy pracę stracił ponad milion osób.

Zwiększenie ubóstwa i nierówności

Od wejścia w życie NAFTA wskaźnik ubóstwa w Meksyku praktycznie się nie zmienił, pozostając na poziomie ok. 52%. Jak podaje Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), połowa populacji Meksyku twierdzi, że pieniędzy nie starcza jej nawet na podstawowe wyżywienie. Według oficjalnych statystyk między rokiem 2006 a 2011 około 50 tys. osób zmarło w Meksyku z powodu niedożywienia.
NAFTA pomogło superbogaczom się wzbogacić, równocześnie marginalizując ubogich pracujących. W Meksyku jest 16 miliarderów z łącznym majątkiem wycenianym na 144 miliardy dolarów. Fortuna Carlosa Slima wynosząca 77 miliardów dolarów czyni go drugim najbogatszym człowiekiem na ziemi.

Wpływ na kobiety i rodziny

W związku ze zmniejszeniem „barier taryfowych” dla eksportu z Meksyku do USA, NAFTA przyspieszyła rozwój przemysłu wzdłuż granicy. Działa tam 3 tys. fabryk „maquiladoras”, otwieranych przez amerykańskie firmy, a zatrudniających ok. 1,3 miliona Meksykanek i Meksykanów. 60% pracujących stanowią kobiety.
Pomimo że wiele kobiet decyduje się na tę pracę z powodu braku środków do życia w regionach wiejskich, często z powodu niewielkich płac i fatalnych warunków pracy w fabrykach decydują się one zaryzykować i szukać zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych.

Praca dzieci: szacuje się, że w Meksyku pracuje 5 milionów dzieci. Przepisy dot. prawa pracy zawarte w umowie NAFTA w żaden sposób nie chronią ich przed tym wyzyskiem.

Płace: Meksykanki pracujące w maquiladorach otrzymują odpowiednik 1/6 amerykańskiej stawki godzinowej, zarabiając ok. 5 dolarów dziennie. I to pomimo wysokich obrotów firm.

Pracownice domowe w Meksyku: Ponad 1,2 miliona kobiet w Meksyku pracuje w domach w charakterze „pomocy domowej”. Jest to najczęściej wykonywany zawód wśród meksykańskich kobiet.

Płace pracowników: Około 48% pracownic domowych uzyskuje płacę mieszczącą się między 3 a 6 dolarów dziennie, z czego ponad połowa około 3 dolarów. Pozostałe 51% podaje, że nie otrzymuje żadnych świadczeń.

Emigrantki z Meksyku oraz innych państw Ameryki Łacińskiej stanowią większość wśród pracownic domowych w Stanach Zjednoczonych. Jest to jeden z niewielu zawodów dostępnych dla kobiet niezarejestrowanych, przez co ta grupa kobiet jest szczególnie narażona na skrajnie niskie płace i wyzysk, w tym na handel ludźmi.

Wpływ na środowisko

Od wejścia w życie NAFTA miliony rolników straciły środki do życia w wyniku konkurencji z dużymi agrobiznesami. 25% obszarów rolniczych zostało opuszczonych w ciągu ostatnich 20 lat z powodu erozji chemicznej, której skutkiem była utrata żyzności gleby na obszarze 32,4 miliona hektarów.

Poprzez osłabienie barier inwestycyjnych NAFTA zachęca do niebezpiecznych praktyk wydobywczych. Firmy zaimportowały ogromne ilości cyjanku sodu (ok. 51 tys. ton w ciągu zaledwie 5 ostatnich lat), trucizny służącej do pozyskania złota i srebra. Doprowadziło to do zanieczyszczenia miliona metrów sześciennych wody tam, gdzie i tak lokalne społeczności mają ograniczony dostęp do wody pitnej.

Nie wystarczająco uregulowana działalność fabryk przyczyniła się do wytworzenia tysięcy ton toksycznych odpadów. Dodatkowo w ciągu dziesięciu lat wyemitowały one ponad 194 miliony ton CO2. Skutkiem tych emisji jest utrata bioróżnorodności i żyzności gleb, a także zwiększone skażenie wód.

Tekst na podstawie materiałów przygotowanych przez Institute for Policy Studies (IPS).

Tłumaczenie: Martyna Łysakiewicz.

Przygotowano: Manuel Perez Rocha, pracownik Global Economy Project i IPS oraz Max Gibbons, stażysta przy projektach dot. współzależności i rzecznictwa IPS. Autorzy dziękują Tiffany Williams i Sarah Anderson za całą ich pomoc i wsparcie, a także koleżankom i kolegom z ANEC (www.anec.org) i RMALC (www.rmalc.org) w Meksyku.

źródło: Czego NAFTA może nas nauczyć o TTIP? | IGO

E-maile Hillary potwierdzają, że Francja i USA zamordowały Kaddafiego, żeby dobrać się do jego złota i ropy

Dzięki temu, że Wikileaks niedawno opublikowało e-maile Hillary Clinton, wiadomo teraz dokładnie, jak Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) przetransformowała się z organizacji obronnej we współczesnych imperialistycznych piratów berberyjskich.

Podczas libijskiego powstania z 2011 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ uchwaliła rezolucję nr 1973, która wezwała do zawieszenia broni i zaaprobowała użycie środków militarnych do ochrony ludności cywilnej. Po przyjęciu rezolucji 17 marca 2011 roku, uformowała się koalicja państw pod egidą NATO. Jej celem było stworzenie tak zwanej „strefy zakazu lotów” nad Libią.

Zważywszy na fakt, że to przede wszystkim Stany Zjednoczone są odpowiedzialne za mordowanie arabskiej ludności cywilnej, pomysł, że zdominowana przez USA organizacja wojskowa NATO miałaby przejmować się „ochroną” arabskich cywilów, jest oczywistym absurdem.

Prawdziwy powód ataku na Libię przedstawił znany amerykański zreformowany „ekonomiczny hitman”, John Perkins.

Perkins wskazuje, że w ataku na Libię, tak samo jak na Irak, chodziło o władzę i kontrolę zasobów – nie tylko ropy naftowej, ale i złota. Libia miała najwyższy poziom życia w Afryce. „Według MFW Bank Centralny Libii w stu procentach należy do państwa. MFW szacuje, że bank posiada w swych skarbcach prawie 144 ton złota”, pisał Perkins.

NATO ruszyło tam, żeby niczym współcześni piraci berberyjscy ograbić Libię z jej złota. Panafrykanistyczny Kaddafi, były prezydent Unii Afrykańskiej, doradzał, by Afryka wykorzystała obfite zasoby złota w Libii i Afryce Południowej do stworzenia afrykańskiej waluty opartej na złotym dinarze. Poza Perkinsem mówiły o tym również rosyjskie media.

„Co istotne, na kilka miesięcy przed uchwaleniem rezolucji ONZ, która pozwoliła Stanom Zjednoczonym i ich sojusznikom na wysłanie wojsk do Libii, Muammar al-Kaddafi otwarcie zalecał stworzenie nowej waluty, która stanowiłaby konkurencję dla dolara i euro. W istocie nawoływał kraje afrykańskie i muzułmańskie do zawiązania przymierza, które postawiłoby sobie za cel stworzenie nowej waluty, złotego dinara, jako głównej waluty obiegowej oraz wykorzystywanej przy zagranicznych transakcjach. Sprzedaż ropy i pozostałych surowców Stanom Zjednoczonym i reszcie świata odbywałaby się wyłącznie w złotych dinarach”, wyjaśniał Perkins.

Rewelacje z e-maila do Hillary Clinton

Wikileaks wypuściło nieutajniony dokument amerykańskiego Departamentu Stanu, wysłany 2 kwietnia 2011 roku drogą elektroniczną do Hillary. Kluczowy doradca Clinton, Sidney Blumenthal potwierdził to, o czym pisał Perkins – a mianowicie, że atak na Libię nie miał nic wspólnego z rzekomym zagrożeniem ze strony Kaddafiego dla Stanów Zjednoczonych i NATO, a w rzeczy samej miał służyć zagarnięciu jego złota.

„Rząd Kaddafiego posiada 143 tony złota i podobną ilość srebra. Pod koniec marca 2011 roku zapasy te zostały przeniesione ze skarbców Centralnego Banku Libii w Trypolisie do Sabhy (na południowym zachodzie, w kierunku libijskiej granicy z Nigrem i Czadem)”, poinformował Hilary Clinton Sidney Blumenthal.

Blumenthal podał powód gromadzenia przez Kaddafiego tego cennego kruszcu: „Złoto zostało zgromadzone, zanim pojawił się obecny konflikt, i miało być wykorzystane do ustanowienia panafrykańskiej waluty opartej na libijskim złotym dinarze. Plan ten miał zapewnić frankofońskim krajom afrykańskim alternatywę dla francuskiego franka (CFA)”.

Wymienia on powody natowskiego ataku i francuskiej imperialnej grabieży: „Oficerowie francuskiego wywiadu odkryli ten plan wkrótce po wybuchu obecnego powstania i był to jeden z czynników, które przyczyniły się do podjęcia przez prezydenta Nicholasa Sarkozy’ego decyzji zaangażowania Francji w atak na Libię”.

Było kilka przesłanek, które stały za nielegalną wojną Francji i NATO przeciwko Libii. Według Blumenthala Sarkozy chciał „a) zapewnić Francji większe udziały w libijskiej produkcji ropy, b) zwiększyć francuskie wpływy w Afryce Północnej, c) poprawić sytuację wewnętrzną we Francji d) dać francuskim siłom zbrojnym okazję do odzyskania swojej pozycji na świecie, e) odpowiedzieć na zaniepokojenie jego doradców długofalowymi planami Kaddafiego, obejmującymi wyparcie Francji jako dominującej potęgi z francuskojęzycznej Afryki”.

Podczas faworyzowanego po drugiej wojnie światowej neokolonializmu, w okresie zimnej wojny, woleliśmy przekupywać przywódców afrykańskich, żeby pomogli nam grabić zasoby swoich krajów. Oczywiście Stany Zjednoczone tłumiły w zarodku wszelkie panafrykańskie zapędy oraz unicestwiały potencjalnych przywódców pokroju Patrice’a Lumumby.

Grabienie arabskich i afrykańskich zasobów i mordowanie arabskiej ludności cywilnej od dawna było w planach amerykańskich neokonserwatystów. Organizacja Project for New American Century (Projekt dla Nowego Amerykańskiego Wieku, PNAC) miała swoją listę namierzonych krajów arabskich i niewiele zważania na ofiary śmiertelne wśród arabskiej ludności.

W swojej książce pt. „Winning Modern Wars” (Wygrywanie współczesnych wojen) generał Wesley Clark napisał: „Kiedy w listopadzie 2001 roku ponownie zjawiłem się w Pentagonie, jeden ze starszych oficerów wojskowych znalazł chwilę na krótką rozmowę. Zgadza się, nadal zamierzamy zwrócić się przeciwko Irakowi, powiedział. Ale jest coś więcej. Omawiano to w ramach planowanej pięcioletniej kampanii, dodał, i na liście znajduje się siedem krajów – Irak, Syria, Liban, Libia, Iran, Somalia i Sudan.

W Libii mieliśmy do czynienia ze staroświeckim dziewiętnastowiecznym imperializmem – rozmyślnym grabieniem zasobów suwerennego kraju przez potężniejszych zachodnich konkwistadorów.

Bob Fitrakis, Free Press, tłumaczenie PRACowniA

Kto, dlaczego, jak i za ile manipuluje w UE kwestią uchodźców z południa i wschodu

Kto zapłaci Turcji 3 mld euro rocznie na wojnę przeciwko Syrii?

Od wielu tygodni podkreślamy, że trzy miliardy euro rocznie, które Unia Europejska obiecała Turcji, nie są przeznaczone na pomoc dla migrantów, tylko służą finansowaniu wojny przeciwko Syrii. Poseł do Parlamentu Europejskiego, pani Sophie t’Veld (Liberalni Demokraci), wyraziła w Brukseli swoją konsternację, jak ten skandal wyszedł na jaw. Według niej UE i Turcja nie podpisały żadnej umowy.

W historii Uni Europejskiej zdażyło się po raz pierwszy, że decyzja Rady Europejskiej została sformułowana wyłącznie w oświadczeniu prasowym.

Od tego momentu dalsze tuszowanie tej manipulacji wydaje się niemożliwe.

Kto będzie więc płacił 3 mrd euro rocznie?

I który budżet zostanie obciążony?

—————————————————-

The puppeteers of the migration crisis, by Thierry Meyssan

The biographies of the three main organisers of the migration crisis and the response offered by the European Union attest to their connections with the the United States administration and their existing determination to abolish frontiers. For these men, the current migrations are not a humanitarian problem, but a chance to put their theories into practice.

– Peter Sutherland, special representative of the General Secretary of the United Nations for international migrations.

An Irishman, ex-European Commissioner for Competition, then General Director of the World Trade Organisation (1993-95) ; ex-Director of BP (1997-2009), president of Goldman Sachs International (1995-2015) ; ex-administrator for the Bilderberg Group, president of the European section of the Trilateral Commission, and vice-president of the European Round Table of Industrialists.

While Mister Sutherland never misses an occasion to underline the moral duty to help refugees – a traditional Catholic, he is an advisor to the IESE Business School (Instituto de Estudios Superiores de la Empresa) of Opus Dei, and, since 2006, consultant for the Administration of the Patrimony of the Apostolic See – he is above all an eulogist of international migrations. Speaking to the Committee for Internal Affairs of the House of Lords, he declared that all people should enjoy the possibility of studying and working in the country of their choice – which is incompatible with all policies for the restriction of migrations – and that migrations create a crucial dynamic for economic development, whatever the citizens of the host country have to say about it. Consequently, he concluded, the European Union should undermine the homogeneity of its nations [1].

– Gerald Knaus, Director-founder of the European Security Initiative (ESI)

An Austrian sociologist, Knaus worked from 1993 to 2004 in Bulgaria, Bosnia-Herzegovina and Kosovo – at the end of Bernard Kouchner’s mandate – first for NGO’s, then for the European Union. He continued his research, from 2005 to 2011, at the Carr Center for Human Rights Policy at Harvard University, after which he published Can Intervention Work ? He founded the ESI in 1999 in Bosnia-Herzegovina. The Institute received its first grant from the US Institute of Peace, the sister organisation of the National Endowment for Democracy (NED), which is a wing of the Pentagon. Then Knaus went to Washington where he was received by the NED, then by the Carnegie Foundation and the American Enterprise Institute. In addition, he was received by James O’Brien and James Dobbins at the State Department and by Leon Fuerth at the White House. The ESI was soon to be financed by the German Marshall Fund, the Mott Foundation, the Open Society Institute (run by George Soros), the Rockefeller Brothers Foundation, and by the governments of Holland, Ireland, Luxembourg, Norway, Sweden and Switzerland.

In 2004, he published a report declaring that the accusation that 200,000 Serbians had been expelled from Kosovo was a lie, and Russian propaganda. In 2005, he launched the theory that the Turkish AKP was a formation of «Islamic Calvinists» who were attempting to create a form of «Muslim Democracy.»

In his book Can Intervention Work ? – which he published with Rory Stewart, the ex-tutor of Princes William and Harry of the United Kingdom, whom he met in Kosovo and who became successively one of the assistants of Paul Bremmer at Meyssan during the occupation of Iraq, then the director of the Carr Center for Human Rights Policy – he praised the US wars and developed a new concept of colonisation. According to Knaus, «humanitarian interventionism» is legitimate, but can only succeed if it takes local realities into account. He praised Richard Holbrooke, whom he had also known in Kosovo. His book was promoted by Samantha Power, who is known for being an ex-collaborator of Holbrooke, and who had created and directs the Carr Center for Human Rights Policy, where he had been a researcher.

– Diederik Samsom, Dutch representative, president of the Workers’ Party

A nuclear physicist, ex-director of the Greenpeace campaign for Climate and Energy, elected representative (proportional elections) since 2003, he has become the President of his Parliamentary Group, then President of his party. However, he failed to win the Presidency of the Parliament and the function of Prime Minister. He then refused to join the coalition government which he supports, and remains the President of his group at the Assembly.

He has an IQ of 136, and has twice won a televised competition of intelligence tests. He claims to be a militant atheist, and is a strict non-smoker and vegetarian. In June 2014, he was invited with Prime Minister Mark Rutte to the Bilderberg Group, where they were able to talk with Peter Sutherland, but not with Rory Stewart, who had been invited only to the 2012 meeting.

According to Dutch political observers, he is the main victim of the referendum of support for the European Agreement with Ukraine. He had personally taken position on this theme and against Russia. His defeat, according to certain opinion polls, caused the decline by one half to three quarters of the influence of his party.

—————————————————-

How the European Union is manipulating the Syrian refugees, by Thierry Meyssan

The migration crisis that marked the European Union during the second half of 2015 was created artificially. However, several groups have tried to use it, either to destroy national cultures, to recruit low-cost workers, or to justify the financing of the war against Syria. But in the end, once the wave has passed and the damage done, the problem remains, above all, African.

JPEG – 59.5 kb
Arrival in Greece of Afghan migrants from Turkey

Triggered by the coordinated publication of the photograph of a young Kurdish child, Aylan Kurdi, drowned on a Turkish beach on the 3rd September 2015, European public opinion mobilised and mounted various demonstrations in favour of the refugees. Immediately, French President François Hollande and the chancellor of the German Federation Angela Merkel pronounced themselves favourable to a «permanent and obligatory European system of accomodation», while an immense crowd of people of mysterious origin began its progression across the Balkans. Only the Hungarian Prime Minister, Viktor Orban, spoke out against this sudden and massive migration.
The ESI proposition

Until then, the question of migration had been an economic problem, mainly between Africa and Italy. This was added to a problem internal to the Union – the demand of German heavy industry, expressed by its President Ulrich Grillo, of recruiting to Germany 800,000 East European workers who did not belong to the Schengen Area. Overnight, the problem of the humanitarian refugees fleeing a war zone was added to these two economic factors.

The first concrete proposition for responding to the new situation was formulated on the 17th September 2015 by the ESI, a think tank created in Berlin, and then clarified on the 4th October. It concerned the drawing up of an agreement between the EU and Turkey designed to stem the tide of migrants, while organising the transfer of 500,000 Syrian refugees to the Union over the next twelve months. In addition, Turkey would agree to take back the other migrants who continued to enter the Union illegally, while in exchange, it would receive a visa dispensation for all its citizens.

«It is a recognition that the Syrian crisis is genuinely unique, creating a humanitarian crisis on a scale not seen in Europe since the Second World War», indicated the ESI, specifying that the initiative should come from Germany, in response to the Russian intervention in Syria.

And yet,
– the ESI takes it as read that the Syrian refugees are fleeing «repression by Bachar’s régime» supported by Russia.
– the ESI only takes into account the Syrian refugees, and not the Iraqi refugees, who are also persecuted by Daesh.

the ESI specifies that its plan also has the objective
– of warning against the development of the extreme right in Austria – the director of this think-tank is Austrian ;
– of preparing a similar operation for 1.1 million Syrian refugees currently based in Lebanon, and who will be sent on to North America and Australia. This concerns the application of Kelly Greenhill’s theories about the «strategic management of migrations as a weapon of war» [1], such as that observed by ESI researchers during the start of the war in Kosovo [2].

In addition, by proposing to send back the migrants to Turkey, the ESI seems to ignore that this country is not a stable state for refugees, and that it had refused to sign the Convention of 1951.
The Merkel Plan

On the 23rd September, the European Council published a communiqué which, in turn, assimilated the question of the migrants to that of the war in / against Syria [3].

The main points of the ESI plan were resumed on the 7th October by Chancellor Angela Merkel, during an interview with journalist Anne Will on the TV channel ARD.

In order to present its project, now named the «Merkel Plan», the ESI organised conferences in Berlin, Ankara, Istanbul, Stockholm, Brussels and La Haye.

On the 12th November, independent of the emergency provoked by the hordes of migrants gathering in the Balkans, the Union organised a summit in Valetta to try to answer the structural question of economic migrations from Africa. It was agreed to create a special fund of 1.8 billion Euros for long-term projects which could offer a local economic perspective to Africans and help them to create stability at home.

On the 29th November, the Union organised another summit of the European Council, this time with Turkey. The «Merkel Plan» was adopted by both parties. However, an envelope of aid to Turkey was added, to the sum of 3 billion Euros.

The Council justified this sudden generosity as aid for the accommodation of the Syrian refugees who, until then, had cost Turkey 8 billion dollars – but there was no plan to pay an equivalent sum to Lebanon and Jordan, who together have hosted more Syrian refugees than Turkey. Yet the Council pretends to ignore that Turkish spending has already been reimbursed by the UNO, Qatar and Saudi Arabia, and that Turkey has systematically looted the North of Syria –dismantling machine-tools and stealing antique treasures– for infinitely greater sums. And finally, the majority of the 2.7 million Syrian refugees in Turkey have been integrated into the local economy, to the extent that less than 240,000 have been placed under the protection of the World Food Programme.

In reality, Germany and France, who pushed for the creation of this donation, intend in this way to indirectly finance the continuation of the war against Syria, which will – according to them – put an end to the suffering of the refugees by overthrowing the Syrian Arab Republic.

On the 21st January 2016, the director of the ESI, Gerald Knaus [4], published an op-ed piece in the Süddeutsche Zeitung. He defended the principle of a closer and more direct cooperation between Germany and Turkey, but without involving the EU. He concluded that a failure of the «Merkel Plan» would lead to «reinforcing those who wish to abolish the right to asylum, who are against the refugees, against the Union, against Turkey, against Muslims, and who support Putin. » [5].

Gerald Knaus does not explain how the fact of dealing directly between Berlin and Ankara without involving Brussels would help the struggle against Euro-scepticism. Neither does he explain why Russia would want to see Syrian refugees drowning in the Aegean.

No-one reacted to these insanities, since the refugee question has not been treated rationally for a long time.
The Merkel-Samsom Plan

On the 28th January, when the six-month rotating presidency of the European Council fell to Holland, Dutch Prime Minister Mak Rutte and his ally, the President of the Workers’ Party, Diederik Samsom [6], announced to De Volkskrant that they had prepared concrete measures for the implementation of the «Merkel Plan» [7]. As a result, one now speaks of the «Merkel-Samsom Plan» when talking about the project presented by the ESI [8].

In passing, we learn that Diederik Samsom has been consulting with several European Socialist governments since November, and that he has already visited Turkey.

On the 18th March, the European Council, presided by Holland, confirmed the implementation of the 29th November agreement [9]. Except that, by some miracle, the 3 billion Euros which were to be paid to Turkey had now become 3 billion annually.

And yet in the time between the two European summits, the number of refugees who entered the Union illegally, through Turkey via Greece, is estimated at about 200,000.
Observations on a deviation

In six and one half months, we have gone from a crisis concerning migrants who were mostly African, and who drowned in the Mediterranean before reaching the coasts of Italy, to a windfall for German heavy industry, which was able to hire 800,000 workers at minimal cost, and then to an operation for financing the war against Syria and the displacement of its population.

Indeed, it is recognised that
– On the 1st July 2015, the special representative of the UN General Secretary charged with international migrations, Peter Sutherland [10], forced the World Food Programme to diminish aid for Syrian refugees, making survival difficult for approximately 240,000 of those living in Turkey. In this way, the Anglo-Saxon pressure group that he represents intended to provoke a crisis which would harm the identity of the European nations. This decision, followed by the declarations of hospitality by the French President and the German Chancellor on the day following the publication of the photo of the corpse of young Aylan, led certain Syrian refugees to try for survival in Europe. Consequently, Peter Sutherland opposed the «Merkel-Samsom Plan», because it stabilises the populations, and uses the crisis against Syria alone.
– The Imprimerie Nationale Française, which until 2011 supplied Syrian passports, created a large number which, at the start of the crisis, were distributed to non-Syrian economic migrants – mainly Lebanese – thus increasing the pressure of « refugees» in Europe.
– The migration networks were organised not to bring Syrian refugees from Turkey to Europe, but to go and take Syrians from their homes in Syria and bring them to Europe. Rumours were spread which spoke of luxurious living conditions for Syrian refugees in Europe – a special airline was opened from Beirut, and a maritime line from Tripoli, to transport Syrians who were not refugees to Izmir. In the space of a few weeks, we saw middle-class citizens from Damascus and Latakia – who have always supported the Syrian Arab Republic – sell their businesses and take the road to exile.

Finally, and contrary to certain official declarations :
– The link between the pressure of migrants in Europe and the war in / against Syria is artificial. It has been deliberately created in order to provoke both the acceptance of the migrations and the indirect funding of the war by the Union. Although several hundred thousand Syrians have already been forced to cross the Mediterranean, it is unlikely that millions of others will follow.
– The mixture of populations that were organised to form the hordes of migrants who crossed the Balkans is particularly explosive. It includes Syrians and Iraqis, Afghans, Albanians and Kosovars etc. The fact that most of these people are Muslims should not obscure the fact that they have cultures and religious interpretations which are widely different – sociological origins and motivations which have no connection with one another.
– Apart from the episode of the second half of 2015, the migratory pressure on Europe remains essentially African. However, over the next few years, it could become Turkish. Indeed, should Ankara deprive 6 million of its citizens of their nationality, as it has announced, these people will do anything to flee their country of origin, if possible, before they become stateless. A transfer which could be facilitated by the abrogation of the visas necessary to Turkish citizens wishing to enter the Schengen Area.

Keep in mind :
– Three different group have manipulated the migrant crisis of the second half of 2015 :
• the partisans of the destruction of national cultures, around ex-President of the World Trade Organisation, Peter Sutherland, who believes that this was a way of favouring global free-exchange ;
• German heavy industry, around its President Ulrich Grillo, who hoped he would benefit from 800,000 new workers at minimal cost ;
• France and Germany, represented by François Hollande and Angela Merkel, who saw a way of legitimising the indirect funding of their war against Syria.
– These three groups have in common the fact that they support NATO, see each other on a regular basis, especially during the meetings of the Bilderberg Group, and share the same cynicism about populations. But their interests remain divergent, meaning that in the end, the states have won out over the partisans of global free-exchange.
– As is often the case in this sort of crisis, the populations deliberately set into motion have not exceeded a few hundred thousand people. They were added to other currents, older and more constant. It is the false media interpretation of the facts that give the impression of an imminent transfer of millions of people.

Translation by Pete Kimberley

[1] “Strategic Engineered Migration as a Weapon of War”, Kelly M. Greenhill, Civil War Journal, Volume 10, Issue 1, July 2008.

[2] In three days in 1999, the CIA organised the displacement of more than 290,000 Kosovars from Serbia to Macedonia, in front of the cameras of the Western Press agencies. The operation was intended to make people believe in ethnic repression by the government of Slobodan Milošević, and to justify the coming war.

[3] « Déclaration du Conseil européen sur la vague de migration », Réseau Voltaire, 23rd September 2015.

[4] See his biography in “The puppeteers of the migration crisis”, by Thierry Meyssan, Translation Pete Kimberley, Voltaire Network, 2nd May 2016.

[5] «Ein Plan B für Merkel», Gerald Knaus, Süddeutsche Zeitung, 21. Januar 2016.

[6] See his biography in “The puppeteers of the migration crisis”, by Thierry Meyssan, Translation Pete Kimberley, Voltaire Network, 2nd May 2016.

[7] «Nederland wil vluchtelingen ’per kerende veerboot’ terugsturen naar Turkije. Samsom en Rutte willen met kopgroep EU doorbraak in asielcrisis forceren», Marc Peeperkorn, De Volkskrant, 28 januari 2016.

[8] “Rights groups criticise Europe refugee resettlement plan”, Patrick Kingsley, The Guardian, January 28th, 2016.

[9] “Next operational steps in EU-Turkey cooperation in the field of migration”, Voltaire Network, 16th March 2016.

[10] See his biography in “The puppeteers of the migration crisis”, by Thierry Meyssan, Translation Pete Kimberley, Voltaire Network, 2nd May 2016.

Viktor Orbán i walka o suwerenność Węgier

Viktor Orbán, będąc od ponad 5 lat premierem Węgier, przekształcił swój kraj. Rzucił przy tym wyzwanie Zachodowi − nie zgodził się na peryferyjny status swego kraju i liberalny model gospodarki, kończąc z jego eksploatacją i kładąc podwaliny pod rozwój gospodarczy i dobrobyt społeczny. Pokazał, że istnieje inna droga niż zaciskanie pasa społeczeństwu i jednoczesne tolerowanie wypływających z kraju zysków inwestorów. Zacisnął pas lecz tym, którzy wcześniej zbierali wspaniałe żniwa w systemie, wykreowanym po upadku komunizmu.

Przeprowadził reformy na ogromną skalę w kraju, który był na skraju bankructwa. Wyszedł zwycięsko z sytuacji skrajnie kryzysowych, wygrywając kilka poważnych starć. Jego głównym celem jest obrona narodowej suwerenności Węgier wobec Brukseli, Waszyngtonu, a także globalnych interesów gospodarczych, reprezentowanych przez MFW czy międzynarodowe banki i koncerny.

Rządy Fideszu pokazały, że nawet małe państwo, uwiązane restrykcyjnymi strukturami europejskimi ma w ręku wystarczające narzędzia do poprawy sytuacji jego obywateli. Pokazuje także, że można wiele zmienić, jeśli znajdzie się przywódca, zintegruje elity polityczne i zmobilizuje społeczeństwo. Węgrom udało się, choć przejmując władzę, mieli niezwykle trudną sytuację.

Co takiego zrobił ten twardy i zręczny gracz polityczny, jasno i zdecydowanie wyrażający swoje poglądy? Czym tak naraził się zarówno opozycji w kraju, jak i światowym potęgom? Przyjrzyjmy się celom, które mu przyświecały, wyzwaniom, którym musiał stawić czoła, reformom, jakie przeprowadził, reakcjom, jakie wywołał. Może ten rzut oka na dokonania premiera Orbána będzie przydatny do oceny tego, co dzisiaj dzieje się w Polsce.

Rewolucja przy urnach

Wygrana Fideszu w wyborach 2010 r. była absolutna – otrzymał bezwzględną większość 53% głosów i dzięki ordynacji przewidującej premię dla zwycięskiej partii − otrzymał 68% mandatów w parlamencie, co dawało stabilność sprawowania rządów i umożliwiało konstytucyjne zmiany ustrojowe.

Orbán wielokrotnie mówił o „rewolucji przy urnach” lub „rewolucji dwóch trzecich”, uznając tak wielkie zwycięstwo wyborcze za społeczne przyzwolenie na głębokie zmiany kraju. Fidesz natychmiast po zwycięstwie przystąpił do reform i już w 2010 r. wprowadził najbardziej bolesne i kontrowersyjne zmiany.

Trudne dziedzictwo poprzednich rządów

Musiał jednak zmierzyć się z pozostałościami starego systemu władzy. Państwo w 2010 r. stało na skraju bankructwa, choć początki procesu transformacji lat 90-tych wyglądały obiecująco, gdy Węgry były prymusem we wdrażaniu prywatyzacji, liberalizacji i programów MFW, zajmowały pierwsze miejsca w rankingach transformacji. Otwarcie rynku, sprzedaż podstawowych gałęzi gospodarki (przemysłu, branży samochodowej, telekomunikacji, bankowości) były uznawane za wzorcowe.

Jednak węgierska gospodarka, w której eksport stanowi 95% PKB, uzależniła się od zagranicy, prawie dwie trzecie produkcji przemysłowej wytwarzały przedsiębiorstwa zagraniczne. W rezultacie budżet został pozbawiony źródeł dochodu, zadłużał się (w 2006 r. deficyt budżetowy osiągnął 9,4% PKB), na koniec długi państwa doszły do 82% PKB i zadłużenie było najwyższe wśród krajów Europy Centralnej. Gospodarka wykazywała deficyt handlowy, z kraju wyciekały ogromne ilości pieniędzy – deficyt rachunku bieżącego wynosił aż 8% PKB, a zadłużenie zagraniczne (głównie prywatne) urosło w 2008 r. do 115% PKB.

Węgierski kryzys został spowodowany nieodpowiedzialnym zachowaniem elit rządzących, które zadłużając się, kupowały zadowolenie społeczne. Na dodatek okłamywały naród – podsłuchano jak premier lewicowego rządu Ferenc Gyurcsány mówił do swoich kolegów partyjnych: „kłamaliśmy rano, w południe i wieczorem, w dzień i w nocy, miesiącami, latami, wszystkich oszukaliśmy i przez fałsz dorwaliśmy się do władzy…”.

Pomimo tak niepokojących wskaźników Węgry cieszyły się wysoką oceną agencji ratingowych, które, dopiero gdy uderzył światowy kryzys 2008 r., zaczęły obniżać bardzo dobre oceny finansowe kraju. Wtedy inwestorzy uciekli z pieniędzmi, sytuacja naturalna w krajach peryferyjnych. Węgry mocno to odczuły − na przełomie 2008 i 2009 r. za granicę wypłynęło aż 11,5% PKB, co spowodowało skurczenie się gospodarki o prawie 7%. Żeby nie zbankrutować w listopadzie 2008 r. rząd musiał pożyczyć 20 miliardów euro od Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Pożyczki udzielono na twardych warunkach „zaciskania pasa” („austerity”), czyli obniżenia płac, redukcji rent i emerytur, podwyższenia wieku emerytalnego, likwidacji osłon socjalnych, podniesienia VAT-u z 20 do 25% i wprowadzenia podatku od nieruchomości. Środki z pożyczki przepłynęły na konta banków wierzycieli, a przedsiębiorstwa masowo zwalniały pracowników.

Transformacja, tak dobrze oceniana przez międzynarodowe organizacje, dla Węgrów była katastrofą. W pierwszym dziesięcioleciu XXI w. nastąpiło skurczenie się klasy średniej i polaryzacja społeczeństwa. Spadła liczba pracowników przemysłu, osób prowadzących własną działalność gospodarczą, zwiększyła się liczba pracowników niewykwalifikowanych, których na dodatek zastępowały osoby z wyższym wykształceniem, nie mogące znaleźć pracy na miarę swoich kwalifikacji, często nawet zasilające szeregi bezrobotnych.

Viktor Orbán: „Kraj był na krawędzi bankructwa. Sprzedano i skradziono wszystko to, co było gęstsze od powietrza”.

Kryzys doprowadził do sytuacji, w której 72% Węgrów uważało, że żyją gorzej niż za komunizmu (35% Polaków miało takie zdanie), a tylko 8% stwierdzało, że żyje się im lepiej (47% Polaków). W 2010 r. prawie wszyscy (94%) uważali też, że sytuacja gospodarcza jest zła (Polacy − „jedynie” 59%). Towarzyszyło temu rozczarowanie transformacją – 89% uważało, że to inni są beneficjentami zmian ustrojowych, a tylko 17% uważało, że zyskali zwykli ludzie.

Trudno się takim opiniom dziwić, gdy płaca pracownika przez 40 lat zwiększyła swoją siłę nabywczą zaledwie o 28%, a PKB na przeciętnego Węgra wzrósł aż trzykrotnie. Corocznie z kraju wypływały dochody z zagranicznych inwestycji rzędu 5 − 7% PKB – więcej niż wydatki budżetu na oświatę i zdrowie.

Fundamentalne wartości

Rząd Viktora Orbána przystąpił do zmian, kierując się wartościami, które stanowią ideowy fundament reform. Najważniejszą z tych wartości jest chrześcijaństwo. To ono właśnie inspiruje nowy model społeczny, różniący się od dogmatycznych założeń Zachodu. Nie uważa on narodu za „zbiór jednostek, ale za wspólnotę, która musi być organizowana, wzmacniana i budowana”. A „Europę chce budować na rodzinie, a nie na imigrantach”. Te wartości zostały wpisane przez Fidesz do konstytucji. Podstawę rodziny stanowi małżeństwo − rozumiane jako związek mężczyzny i kobiety bądź związek rodzica z dzieckiem. Rodzina to także negacja homoseksualizmu, o którym premier mówi: „Nie zezwalamy parom homoseksualnym na takie prawa jak rodzinom, bronimy życia od jego poczęcia”.

Viktor Orbán: „Na Węgrzech jest demokracja. Kropka. Nie potrzebuje żadnych dodatków. Liberalna demokracja doprowadziła Węgry do BANKRUCTWA”.

Orbán uważa, że kryzys kredytowy to efekt odrzucenia zasad chrześcijańskich, gdyż „przed Reformacją Kościół był przeciwny lichwie, chrześcijańska Europa nie pozwoliłaby całym krajom utonąć w niewolniczych długach”. Taka postawa budziła entuzjazm europejskiej chadecji, która zobaczyła nareszcie polityka otwarcie przyznającego się do wartości i wprowadzającego je w życie, jednocześnie skazywało to Orbána na frontalne starcie z liberalnym Zachodem.

Wartości takie jak wolność i prawa jednostki nie są istotą państwa, choć Węgry to „naród wojowników o wolność”, twierdzi Orbán, który wzoruje się na państwach takich jak Chiny, Rosja, Turcja czy Singapur, które nie są demokratyczne i nie są liberalne, ale prowadzą swoje narody do dobrobytu. Istotę tej idei oddał w sformułowaniu: „nieliberalne państwo na narodowych fundamentach”, liberalizm określając jako hipokryzję zorganizowaną w system”, który w pogoni za zasobami prowadzi do bombardowań Iraku, „prowadzi do słabej Europy”, a „Węgry doprowadził do bankructwa”. Dlatego „liberalizm nie ma poparcia na Węgrzech”.

Odejście od liberalnych wartości Zachodu wywołuje huragan krytyki, falę szeroko nagłaśnianych przez media ataków, wciąż powtarzanych przez zachodnich polityków i różne organizacje. Sama wzmianka premiera Węgier o konieczności dyskusji nad karą śmierci wywołała wrogą i głośną reakcję. Telewizyjny klip − ostrzeżenie policji, by kobiety były ostrożne, bawiąc się wieczorami w mieście, gdyż mogą spotkać się z agresywnym zachowaniem, został okrzyczany jako uderzający w wolność kobiet.

Viktor Orbán: „Liberalna demokracja nie potrafi nałożyć podatków na międzynarodowe koncerny, dostawców energii, banki, nie chce uratować lokalnych społeczności z pułapki zadłużenia, przebudować systemu podatkowego czy postawić sobie cel pełnego zatrudnienia”.

Suwerenność dla Orbána jest fundamentalną wartością państwową, a jej filarami są banki, media, energia i handel. Tylko narodowa kontrola nad nimi pozwala zrealizować tę wartość w praktyce. Twarde słowa „nie będziemy kolonią”, „nie będziemy niewolnikami Europy, banków czy korporacji” powtarzali za premierem uczestnicy wielotysięcznych demonstracji.

Działania Fideszu oparte były na fundamentalnym antykomunizmie, co znalazło wyraz w uznaniu partii socjalistycznej (następczyni komunistów) za organizację przestępczą. O tym mówiły pierwsze słowa ustawy: „państwo węgierskie nie może być ufundowane na zbrodniach systemu komunistycznego”.

Przywrócić jedność podzielonego narodu

Pierwsze działania Fideszu po zwycięstwie dążyły do zbudowania silnego, zjednoczonego narodu, zarówno wewnętrznie, gdzie łagodzono bolesne podziały społeczne, jak i poza granicami kraju.

Wewnętrznie przybrało to postać „systemu narodowej współpracy”, którego tekst rozpowszechniano bardzo szeroko, łącznie z obowiązkowym wywieszeniem we wszystkich urzędach. Aby podkreślić wagę przełomu, parlament uchwalił powstanie nowego systemu politycznego-gospodarczego, którego filarami są „praca, dom, rodzina, zdrowie i porządek”. Ustanowiono 4 czerwca świętem Jedności Narodu, by upamiętnić traktat z Trianon i przywrócić poczucie godności narodowej w kraju i diasporze, której poprzez udział w wyborach dano także prawo do decydowania o sprawach krajowych. Fidesz ustanowił bowiem prawo do obywatelstwa dla ponad dwumilionowej diaspory, wzorując się na wcześniejszej polityce niemieckiej. Węgry na skutek traktatu z Trianon z 1920 r. utraciły 2/3 terytorium i połowę ludności. Dlatego Węgrzy stanowią blisko 10 % mieszkańców Słowacji, jest ich około miliona w Rumunii, mieszkają także na Ukrainie i Bałkanach.

Viktor Orbán: „Sukces odniosą te kraje, które szanują samych siebie, własne rządy, mają mocne przywództwo oraz stabilne struktury gospodarcze, a gwarancją sukcesu będzie stworzenie własnej tożsamości narodowej”.

Rząd odnawia historyczne korzenie, budując jedność osamotnionego i przedzielonego granicami narodu. Odwołuje się do swej dumnej tradycji i tworzy oficjalną ikonografię narodową, zamawiając np. serię obrazów ilustrujących ostatnie 150 lat historii, włącznie z traktatem w Trianon, powstaniem przeciwko radzieckiej agresji w 1956 r., czy walkami na ulicach Budapesztu w 2006 r. Podkreślana jest często wyjątkowość Węgrów, którzy we krwi mają opór wobec wpływów ottomańskich, austriackich, czy niedawnej niemieckiej, a potem radzieckiej okupacji.

Niektóre formy przywracania pamięci historycznej i godności narodowej wywoływały potężny rezonans międzynarodowy. Gdy zadecydowano o budowie na Szabadság Tér monumentalnego pomnika ofiar niemieckiej okupacji (w postaci Archanioła Gabriela [uosabiającego Węgry] zaatakowanego przez imperialnego orła [symbolizującego Niemcy]), organizacje żydowskie i dyplomaci amerykańscy mocno protestowali, gdyż pomnik według nich nie uwzględniał odpowiedzialności Węgrów za Holocaust i zrównywał ich z Żydami jako ofiarami hitleryzmu.

Nowa konstytucja

Efektem wygranej w wyborach − węgierskiej „rewolucji przy urnach” − było uzyskanie przez Fidesz większości konstytucyjnej w parlamencie. To istotne, gdyż aż 34 sfery życia publicznego (tzw. ustawy konstytucyjne) mogły być zmienione tylko większością 2/3 głosów. Tak wielkie zwycięstwo umożliwiło gruntowne przekształcenie prawa i zmianę oblicza państwa, które od upadku komunizmu trwało w formie prowizorycznej. Był to rozdrobniony system polityczny, zbudowany na ugodzie z 1989 r., który zapewniał komunistom udział we władzy i utrudniał zmiany. W tej konstrukcji dokonywano później wielu poprawek, jednak Węgry były jedynym krajem Centralnej Europy, w którym nie zmieniono komunistycznej konstytucji.

Nową konstytucję uchwalono w kwietniu 2011 r., później wielokrotnie ją poprawiano. Walka o fundamentalne reformy ustroju trwała wiele lat, wprowadzono aż pięć pakietów poprawek. Oto najważniejsze (także najbardziej krytykowane) zmiany:

  • Preambuła − „Narodowe Wyznanie Wiary” − zaczyna się słowami: „Panie błogosław Węgrów i obdarz ich swymi łaskami”,
  • oddanie hołdu Świętej Koronie, uosabiającej konstytucyjną ciągłość państwowości Węgier i jedność narodu
  • zmiana nazwy państwa z „Republiki Węgierskiej” (Magyar Köztársaság) na „Węgry” (Magyarország)
  • ochrona życia od momentu poczęcia
  • obrona instytucji małżeństwa jako związku życiowego kobiety i mężczyzny
  • uznanie rodziny za podstawę trwania narodu
  • nakaz określania podatku z uwzględnieniem kosztów wychowania dzieci
  • partia socjalistyczna, dziedziczka komunistów węgierskich została uznana za „organizację przestępczą”
  • do standardowych wartości − demokracji, godności osoby, praw człowieka, rządów prawa − dodaje rozwój narodu, ochronę rodziny, pracy i porządku, a także wierność, wiarę i miłość.

Tak fundamentalne zmiany wywołały protesty i przeciwdziałanie – najważniejsze zmiany konstytucji i ustaw blokował Trybunał Konstytucyjny, co w końcu doprowadziło do ograniczenia jego uprawnień właśnie drogą konstytucyjną. Trybunał bowiem uznawał się za ostatecznego strażnika zasad konstytucyjnych, niezależnego od demokratycznie wybranych władz. Fidesz uważał, że podmiotem konstytucji jest naród, który wybiera parlament, więc nie może stanowić ostatecznie o konstytucji ciało niewybierane przez naród. Dlatego jego polityczną rolę ograniczono konstytucyjnie − Trybunał kontroluje jedynie zgodność prawa z konstytucją, a nie samą konstytucję, tym samym przestaje być kolejną władzą ustawodawczą, a staje się instytucją broniącą praw obywateli i spójności systemu prawa.

Do walki po stronie Trybunału włączyła się Komisja Europejska, a specjalna instytucja strzegąca reguł demokracji – Komisja Wenecka – przeprowadzała analizy zmian. Jednak ustrój państwa to rzecz tak zróżnicowana w Europie (konstytucji w ogóle nie ma np. w Wielkiej Brytanii), że trudno było udowodnić Węgrom, że „likwidują demokrację”. Zmiany konstytucyjne przeprowadzono, pomimo nacisków na ich zaniechanie, wycofując się jedynie z najbardziej kontrowersyjnych zapisów. Nowa Konstytucja przebudowała i wzmocniła państwo. Jednak wbrew odczuciom o „przewrocie konstytucyjnym” zasadnicze cechy ustroju nie zmieniły się − zachowany został system parlamentarno-gabinetowy z nieznacznie wzmocnionymi uprawnieniami parlamentu i rządu, a przepisy nowej ustawy zasadniczej w około 80% pokrywały się z poprzednią.

 Viktor Orbán: „Jestem dumny z nowej konstytucji”.

Wzmocnić państwo, odbudować społeczeństwo

Podstawowym celem reform konstytucyjnych było wzmocnienie państwa, które było zdezintegrowane, skonfliktowane wewnętrznie, z wbudowanymi w strukturę wpływami różnych grup interesów. Blokowało to działania, uniemożliwiało rządzenie, otwierało też system polityczny na zmiany z zewnątrz i ułatwiało międzynarodową kontrolę.

Podstawą takiego ustroju jest doktryna demokracji podzielonej między różne instytucje, siły polityczne i organy władzy, demokracji, w której żadna władza nie jest suwerenna, najwyżej półsuwerenna. To istota systemu „równowagi i kontroli władz” („checks and balances”), rozdrabniającego funkcje państwa na wiele instytucji. Nie są one zobowiązane do starań o całościowe interesy kraju, a dbają jedynie o swoje cząstkowe cele. Ten system przez Zachód jest uważany za „świętość demokracji”, jednak w krajach takich jak Węgry doprowadzał poprzez wzajemne blokowanie się różnych organów władzy do paraliżu władzy. I tak bank centralny nie dba o miejsca pracy i nie dąży do pełnego zatrudnienia jak Federalna Rezerwa USA, ale jedynym jego zadaniem jest stabilność waluty. Różne niezależne agencje (np. regulator energetyczny) dbają o cząstkowe cele, które nie są skoordynowane z polityką gospodarczą państwa.

Gdy zmiany prawa przekraczają ramy „transformacji”, a zaczyna się budowa sprawnego państwa przez konsolidację władzy, w Brukseli, Waszyngtonie i wielu światowych instytucjach zapalają się światełka alarmowe. Międzynarodowe standardy liberalnej demokracji nie pozwalają bowiem na zbudowanie trwałego i efektywnego systemu władzy. Dlatego reformy Fideszu, będące wciąż pod międzynarodowym ostrzałem, jedynie skorygowały ewidentne wady liberalnego modelu państwa.

Viktor Orbán: „System checks and balances jest amerykańskim pomysłem i z powodu jakiejś intelektualnej ułomności Europa przyjęła go i stosuje w swojej polityce”.

Taki system władzy nie buduje jedności społecznej, ale mnoży konflikty i osłabia państwo, czyniąc je nieefektywnym. Madziarowie to nie Niemcy, wśród których dominuje priorytet współpracy partii politycznych i instytucji państwowych, na Węgrzech powrót demokracji oznaczał powrót fundamentalnego konfliktu, dzielącego społeczeństwo od początków XX w.

Orbán otwarcie krytykował system jako amerykański pomysł, głęboko nieeuropejski, gdyż „jest tylko jeden suweren, władza jest delegowana parlamentowi i nie ma miejsca na równoważenie władz”. Dlatego ograniczył kompetencje Banku Centralnego czy Trybunału Konstytucyjnego i wielu innych instytucji niezależnych od władzy ustawodawczej. Na krytykę złośliwie odpowiadał, że „w Jałcie Zachód jakoś nie martwił się o checks and balances, ofiarując nas na tacy tyranowi”.

Państwo to także kadry, które Fidesz wyczyścił ze zwolenników odchodzącego rządu już w maju 2010 r. Zmieniono kodeks pracy, umożliwiając szybkie pozbycie się kadr poprzedniej władzy z administracji państwowej, telewizji publicznej, państwowych spółek czy samorządów. 300 osobowy zespół liberalnego prezydenta Budapesztu musiał się pożegnać ze stanowiskami po przegranych wyborach. Głębokość czystek była także odpowiedzią na to, co robiła zwycięska lewica po 2002 r.

Orbán skupił się na stworzeniu silnego zaplecza instytucjonalnego premiera, usprawnieniu procedur podejmowania decyzji w ramach „kanclerskiego” systemu rządów. Wzmocniono władzę premiera, któremu oddano gospodarcze sprawy międzynarodowe, program „otwarcie na Wschód”, fundusze europejskie, a w miejsce dwunastu ministerstw utworzono osiem silnych resortów.

Porzucono model „współrządzenia”, w którym wysocy funkcjonariusze państwa byli wybierani w wyniku kompromisu między partią rządzącą i opozycją. Zreformowano także system wynagrodzeń państwowych, nakładając 98% podatek na dochody w sektorze publicznym przekraczające pewien limit. Uznano, że w służbie państwowej nikt nie powinien zarabiać więcej niż 6 tysięcy euro miesięcznie.

Reforma systemu wyborczego

Fidesz zmienił cały system wyborczy, zmniejszając liczbę posłów do 199 (wcześniej było 386), wprowadzając ordynację większościową w jednej turze dla 106 miejsc poselskich, a 93 obsadzając z ogólnokrajowych list partyjnych. System jest otwarty − wystarczą podpisy 500 obywateli, by móc startować w wyborach. Finansowanie kampanii wyborczej zostało ograniczone, zakazano tego przedsiębiorstwom i organizacjom pozarządowym.

Zmniejszono także wpływ mediów na wyniki wyborów, zabraniając płatnych reklam w mediach i wyznaczając jednakowy czas dla wszystkich kandydatów w telewizji publicznej. Media prywatne mogą upowszechniać treści wyborcze jedynie w jednakowym wymiarze dla wszystkich komitetów i nie pobierając za to opłat.

Nowy system wyborczy umożliwia stabilne rządy zwycięskiej partii, która otrzymała możliwość skutecznego rządzenia poprzez premię dla zwycięzcy − dodatkowe miejsca w parlamencie. Podobny system funkcjonuje we Włoszech, gdzie zwycięska koalicja otrzymuje co najmniej 55% miejsc w parlamencie.

Ramy społeczne

Celem polityki społecznej Fideszu jest wykształcenie klasy średniej (węg. „polgárok”). Węgry chcą zbudować społeczeństwo, o którym Viktor Orbán mówił, że „bycie bogatym jest dobrą rzeczą, wzorem godnym naśladowania. Ci którzy mają osiągnięcia, zarabiają dużo pieniędzy i tworzą miejsca pracy, są warci wspomagania, a nie niszczenia wysokimi podatkami”. Dlatego wprowadzono niski podatek liniowy, na którym skorzystali lepiej sytuowani, zaś najmniej zarabiającym podniesiono płacę minimalną.

Rodzina jest fundamentem społeczeństwa, rząd wzmocnił więc jej ekonomiczne podstawy poprzez duże nakłady budżetowe oraz ulgi podatkowe na dzieci − jedne z najwyższych w Europie. Mają one progresywny charakter i dla rodziny z jednym dzieckiem oznaczają 35 euro dodatkowych dochodów miesięcznie, a z trójką lub większą liczbą dzieci – 700 euro. Odliczeń podatkowych można dokonać jeszcze przed urodzeniem dziecka, po 3 miesiącach ciąży.

Pomoc rodzinie nie jest rozumiana jako socjal, ale jako pomaganie aktywnym obywatelom. Zasiłki rodzinne zostały rozszerzone na wszystkie rodziny bez kryterium dochodowego, w zamian wprowadzono nowe wymagania – zasiłek odbierano, gdy dzieci nie chodziły do szkoły bądź gdy rodziny nie utrzymywały porządku na posesji. Zastosowano oparty o zatrudnienie system osłon socjalnych, przewidujący trzy poziomy − najniższy to zapewnienie minimum socjalnego (100 €), następnie zatrudnienie przy pracach komunalnych (za wynagrodzeniem 200 €) oraz płaca minimalna 300 €. W efekcie zwiększono dochody gospodarstw domowych o 2 − 2,5% PKB.

Rodzinę wspierano także przez tworzenie jej pozytywnego wizerunku – rząd zawarł np. nieformalną umowę ze spółkami skarbu państwa, by w reklamach kreowały pozytywny wizerunek rodzin z dziećmi. Społeczna polityka Fideszu przyniosła pozytywne wyniki − wzrosła ilość urodzin i małżeństw, ruszył przyrost naturalny. Po dramatycznym spadku ostatnich 30 lat był to sukces, choć jego zakres nie był znaczący.

 Viktor Orbán: „Rodziny muszą się poczuć bezpiecznie i stanąć na własnych nogach”.

Jedną z podstaw polityki Fideszu jest porządek społeczny, co znalazło wyraz we wprowadzeniu zakazu koczowania bezdomnych w miejscach o wartości kulturalnej, czyli centrach miast i rejonach zabytków. Decydują o tym władze lokalne, które parlament przede wszystkim zobowiązał do zapewnienia miejsc noclegowych, wystarczających na potrzeby bezdomnych. Orbán mówił: „jest więcej miejsc w ogrzewanych schronieniach niż bezdomnych, więc nikt nie jest zmuszony koczować pod niebem”. Była to jedna z poprawek do konstytucji najbardziej krytykowanych przez międzynarodową opinię publiczną, choć wiele miast eliminuje żebranie i włóczęgostwo, jak Wiedeń czy miasta amerykańskie.

Rząd Fidesz zmienił w 2011 r. ustawę o Kościołach i z ponad 300 organizacji, które posiadały specjalne przywileje (np. zwolnienie z podatków) i dotacje rządowe, zostało jedynie 32, co i tak jest większa liczbą niż w sąsiedniej Austrii czy Słowacji. Za Kościoły uznano jedynie tradycyjne i liczne wyznania (mające ponad 1000 wiernych, więcej niż 100 lat historii i co najmniej 20 lat obecnych na Węgrzech). Zlikwidowało to tzw. kościoły biznesowe, których głównym zadaniem było pozyskanie państwowych dotacji i korzystanie z ulg. Obecnie tylko parlament może uznać grupę religijną za oficjalny Kościół, co zwalnia z podatków, umożliwia zbieranie datków i zapewnia wsparcie państwa. Pozostałe organizacje mogą działać jako zwykłe stowarzyszenia.

Państwo chroni także społeczeństwo przed uzależnieniami, np. hazardem. W 2012 r. parlament w głosowaniu (238 głosami przeciwko jednemu) zakazał jednorękich bandytów i innych form hazardu. Chroni się w ten sposób ponad 100 tysięcy osób uzależnionych od hazardu, szczególnie ich rodziny, gdyż jak mówił János Lázár „smutną rzeczywistością jest fakt, że jeden taki automat może zniszczyć życie 10 rodzin”.

Emigracja i imigracja

Emigracja jest ogromnym problemem − ponad 7% Węgrów mieszka poza ojczyzną. Rząd próbował zatrzymać ten proces, a szczególnie drenaż mózgów, naturalny przy tak niskich płacach w porównaniu z Unią. Wprowadzono wymóg pracy w kraju dla absolwentów lub zwrot kosztów za studia. Po studiach finansowanych przez państwo absolwenci zobowiązani są do pracy w ojczyźnie przez okres dwukrotnie dłuższy niż czas studiów (w ciągu 20 lat od ich ukończenia). Absolwenci, którzy nie odpracują studiów, będą musieli zwrócić państwu połowę kosztów. Kończący licencjat muszą wpłacić przy wyjeździe równowartość 4100 dolarów, przy studiach magisterskich jest to dwukrotnie większa suma. W przypadku absolwenta medycyny suma ta wyniosłaby około 15 tys. zł za każdy rok nauki. Minister Zoltán Balog pytał: „jak to może być, że corocznie kształcimy setki lekarzy, którzy natychmiast wyjeżdżają do Norwegii, Szwecji, Anglii? Chcemy przywrócić równowagę między interesami jednostkowymi a narodowymi”.

Pomimo tych działań – emigracja jest wciąż poważnym, narastającym wręcz zjawiskiem, podmywającym fundamenty społeczne i gospodarcze Węgier. Trudno z nią walczyć, gdy jest to flagowa wolność europejska, a Komisja Europejska chroni przepływ osób z biedniejszych do bogatych gospodarek europejskich.

Kryzys napływu nielegalnych imigrantów w 2015 r. ujawnił drugą stronę tego problemu demograficznego. Pokazał jak radykalnie różnią się wartości, na jakich opiera się Unia i te, które popiera Orbán. Zdecydowana ochrona węgierskiej granicy była krytykowana przez Unię, która dopiero później powoli dochodziła do podobnych wniosków, mając jednak wciąż kłopoty z ich realizacją. Zdecydowanie węgierskiego premiera i skuteczność jego działań zdobyły mu uznanie w społeczeństwie i wśród polityków, nie tylko prawicowych. Były szef NATO Scheffer mówił, że „Węgrzy zrobili to, co powinna robić Unia, chroniąc granice”. Orbán wprost wskazywał autorów tych problemów: „ta inwazja wspierana jest przez całą sieć aktywistów i organizacji praw człowieka, najmocniej reprezentowaną przez Georga Sorosa. To nazwisko to najmocniejszy przykład tych, którzy osłabiają państwa narodowe i wspierają zmiany w tradycyjnym europejskim stylu życia”.

Viktor Orbán: „Nie chcemy wśród nas znaczącej mniejszości obcej kulturowo. Chcemy zachować Węgry dla Węgrów”.

Takie postawienie sprawy krytykowali nie tylko europejscy politycy, także rząd amerykański − ambasador Colleen Bell mówiła, że antyimigracyjna retoryka Orbána „nie pomaga w unormowaniu sytuacji” i „nie reprezentuje nastrojów węgierskiego narodu”. Jednak społeczeństwo odpowiedziało poparciem tej polityki już w 2011 r., gdy reprezentowanie interesów Węgier przez rząd pozytywnie oceniało 58% ludności, a negatywnie jedynie 27%. W 2015 r. ocena była jeszcze wyższa − działania wobec zalewu uchodźców popierało 82% ankietowanych. Rząd przeprowadził konsultacje, rozsyłając 8 milionów kwestionariuszy. Sprzeciw wobec sprowadzania imigrantów o całkowicie odmiennej kulturze i zwyczajach był jednoznaczny.

Praca

Ideą przewodnią Orbána była budowa społeczeństwa opartego na pracy i oszczędności („workfare”), w którym krajowe oszczędności mają zastąpić uzależnienie od zewnętrznego finansowania („debtfare”). Opiera się ono na dążeniu do pełnego zatrudnienia i przywróceniu do aktywności zawodowej szerokich grup społecznych zmarginalizowanych w czasie postkomunistycznej transformacji. Odrzucono model wzrostu konsumpcji przez zwiększanie zadłużenia. Orbán przeciwstawiał się modelowi liberalnemu, gdzie bezrobocie jest niezbędnym elementem gospodarki, pierwszeństwo w dostępie do pracy mają najzdolniejsi, a uruchamianie miejsc pracy dla pozostałych podnosi koszt produkcji i spowalnia rozwój.

Viktor Orbán: „Zdecydowaliśmy, że Węgry uczynimy krajem, w którym powodzi się tym, którzy wstają rano i pracują na wszystkie swoje potrzeby”.

Po szoku lat 90-tych, gdy zlikwidowano 30% miejsc pracy (1,5 miliona), wysokiej fali emigracji i stopie bezrobocia, Węgry miały bardzo niski poziom aktywności zawodowej − wynosił 55% i był najniższy w Europie. Całe grupy społeczne odsunięte na margines życia społecznego, postanowiono zmobilizować zawodowo, obniżając z jednej strony pomoc dla bezrobotnych, z drugiej oferując pracę, nawet jeśli były to roboty publiczne (np. budowa płotu granicznego chroniącego przed zalewem uchodźców). Dawały one pracę aż 200 tysiącom osób (5% pracujących) i początkowo były jedynym źródłem wzrostu zatrudnienia. Rząd, wzorując się na Chinach, stawia sobie ambitny cel 85-procentowej aktywności zawodowej społeczeństwa.

Polityka Orbána nie jest nastawiona na obronę praw pracowniczych − nowy kodeks pracy uczynił węgierski rynek jednym z najbardziej elastycznych w Europie. Ograniczono uprawnienia związków zawodowych, wprowadzono zaostrzone przepisy o wcześniejszych emeryturach, bardzo krótkie (3-miesięczne) okresy pomocy dla bezrobotnych. Przeprowadzono reformę szkolnictwa, wprowadzając system scentralizowany, wyrównujący szanse dla prowincji, i zwiększając udział kształcenia zawodowego (na Węgrzech wynosił 20%, gdy w Austrii, Niemczech i Szwajcarii 75%).

Viktor Orbán: „Zatrzymamy spadek liczby ludności. Każdy, kto chce pracować w kraju, znajdzie tu pracę”.

Wojna o media

Jesienią 2010 r. Fidesz wprowadził do konstytucji zasadę, że „wolność słowa nie może uderzać w godność narodu węgierskiego i grup narodowych, etnicznych, rasowych czy wyznaniowych”. Przywrócono w ten sposób równowagę między wolnością prasy a innymi wartościami i prawami. Wprowadzono wartości etyczne do instytucji kształtujących życie społeczne. Wprowadzono wobec mediów audiowizualnych rewolucyjny wręcz wymóg „zrównoważonego relacjonowania” oraz prawo do odpowiedzi na oskarżenia czy nieprawdziwe informacje. Odpowiedzialność za słowo egzekwowana jest przez Narodowy Urząd ds. Mediów i Środków Przekazu (NMHH) oraz Radę ds. Mediów, które powołano w miejsce kilku instytucji nieskuteczne dotychczas kontrolujących media. Urząd ma w ręku bardzo mocne argumenty w postaci odebrania koncesji czy kar finansowych (które muszą być opłacone przed złożeniem odwołań), proporcjonalnych do wpływu (udziału w rynku) danego medium. Reformę tę przeprowadzono, wzorując się na ustawodawstwie innych krajów europejskich.

Zmiany były przede wszystkim narzędziem obrony przed brutalnymi atakami tabloidów i telewizji, nadużywających swojej pozycji i pewnych bezkarności. Również Fidesz i Orbán podczas pierwszej kadencji swoich rządów (1998–2002) byli celem kampanii medialnych. Teraz nie trzeba było przechodzić długiej drogi sądowej, by bronić się przed nieprawdą czy oskarżeniami, nowy urząd robił to znacznie skuteczniej.

Urząd chroni także moralność publiczną, karząc za nadawanie pornografii w ciągu dnia, co wcześniej nie było czymś niespotykanym. Ograniczono także w mediach elektronicznych udział informacji i programów, związanych z przestępczością do 20% czasu antenowego. Wprowadzono odpowiedzialność dziennikarzy za powielanie fałszywych informacji. Reguły prawne wprowadzano poprzez stowarzyszenie nadawców, które samo przygotowało zasady przekładające wymogi prawne na codzienną praktykę i kontrolowało ich przestrzeganie. W ten sposób uniemożliwiano narzucanie odbiorcom swoich opinii, czego przykładem może być określanie partii Jobbik, jako „skrajnie prawicowej”, czego Rada zakazała telewizji atv, a sąd najwyższy decyzję podtrzymał.

Rząd szybko przejął media publiczne, z których stworzono jeden organizm gospodarczy, przeprowadzając centralizację rozproszonych spółek, uzdrawiając strukturę i przejmując ich zadłużenie. Na wzór BBC utworzono zintegrowane źródło informacji, a krajową agencję informacyjną (MTI − Magyar Távirati Iroda − odpowiednik PAP) uczyniono popularnym źródłem informacji dla mniejszych redakcji poprzez bezpłatne udostępnianie treści i zdjęć.

„W ustawie medialnej nie ma ani jednego rozwiązania, którego nie byłoby w innych krajach europejskich. Węgry nie zaakceptują żadnej dyskryminacji, nie można sobie wyobrazić sytuacji, by Węgrom kazano zmienić ten czy inny aspekt prawa, jeśli tych samych zmian nie będzie wymagało się od innych państw”.

Na Węgrzech 90% prasy należało do prywatnych właścicieli, w tym 75% zagranicznych. Historia tej sprzedaży zadecydowała o kształcie i poglądach mediów na długie lata. W ostatnich miesiącach rządów komunistycznych 1989 r. centralny dziennik ogólnokrajowy i 17 dzienników regionalnych sprzedano niemieckim koncernom Axel Springer i Bertelsmann, zastrzegając sobie, że nie będą dokonywane zmiany w redakcjach.

Orbán trochę zrównoważył stosunek sił i doprowadził do pluralizacji − są media prawicowe (Magyar Nemzet, Magyar Hírlap, hírtv i EchoTv) i lewicowe (Népszabadság, Népszava, atv), prorządowe (podobnie jak wcześniej lewicowego rządu) i antyrządowe (głównie prywatne niezależne media). To znaczny postęp wobec dawnego, postkomunistycznego krajobrazu, choć lewicowe media i krytyczne wobec rządu witryny mają zdecydowaną przewagę na rynku. Prawo medialne zapobiegało także koncentracji mediów. Jednak media zarówno krajowe, jak i zagraniczne wciąż każdego dnia tworzą czarną legendę Viktora Orbána, Fideszu, Węgier.

Nowy porządek medialny jest też do dziś przedmiotem międzynarodowych ataków prasowych, krytyki polityków i instytucji międzynarodowych. Jednym z elementów nacisku są rankingi, np. amerykański Freedom House w 2011 r., uznaje węgierskie media już nie za „wolne”, tylko „częściowo wolne”, obniżając ich ranking w corocznych raportach. Gdy Węgry się staczały na kraj bankructwa, Fundacja Bertelsmanna umieszczała je na szczycie rankingu, oceniającego jakość demokracji, spośród 120 krajów rozwijających się. W 2014 r., gdy odzyskiwały suwerenność polityczną i gospodarczą – pisano, że „rozmontowują demokrację”.

Choć zarzuty są ostre, jednak wolność mediów na Węgrzech nie został naruszona, co potwierdziła nawet Komisja Wenecka, orzekając, że prawo medialne jest „zgodne z europejskimi i międzynarodowymi standardami”. Nie ma przykładów cenzury i bezpośredniej ingerencji władzy. Niektóre przepisy, które mogły naruszać prawo europejskie, złagodzono pod naciskiem Komisji Europejskiej, jednak zasadnicza część ustawy została utrzymana. Orbán nie przejął i nie znacjonalizował mediów, zbudował jedynie zrównoważony ład w sferze informacyjnej i ograniczył wolność niszczenia wartości istotnych dla narodu. Zarzuty, że „nałożono kaganiec na media”, odpierał, mówiąc: „jedyny kaganiec jest taki, że nie można nikogo bezkarnie oczerniać”.

Komunikacja ze społeczeństwem

Rząd komunikuje się ze społeczeństwem, omijając monopol mediów, używa własnych kanałów komunikacji, przeprowadzając w ważnych sprawach szerokie kampanie reklamowe np. za pomocą billboardów. Odwołuje się do społeczeństwa w sytuacjach kryzysowych, jak negocjacje z MFW, którym towarzyszyła kampania pod hasłem „Nie ulegniemy MFW!”. Wprowadza formy demokracji bezpośredniej, jak konsultacje ogólnonarodowe w sprawie konstytucji, gdy rozesłano 8 milionów kwestionariuszy, z których prawie milion został wypełniony i odesłany.

Podobnie było w sprawie nawału imigrantów, gdy bezpośrednio konsultowano się ze społeczeństwem za pomocą ankiet wysyłanych pocztą (95% ankietowanych stwierdzało, że rząd bardziej powinien dbać o węgierskie rodziny i dzieci niż o imigrantów), a także zorganizowano akcję plakatową, skierowaną zarówno do społeczeństwa, jaki i napływających imigrantów. Plakaty głosiły wtedy: „Jeśli przybywacie na Węgry, musicie przestrzegać naszych zasad”.

Rząd publicznie informuje o sukcesach, a także wydaje europejskie dotacje na cele niemieszczące się w europejskich wartościach. Przeprowadzono np. kampanię zachęcającą do oddawania dzieci do adopcji zamiast zabijania ich przez aborcję. W miejscach publicznych i urzędach pojawiły się plakaty przedstawiające dziecko w okresie prenatalnym z napisem: „Cóż, rozumiem, że nie jesteście gotowi, aby mnie przyjąć, ale pomyślcie dwa razy i oddajcie mnie służbom adopcyjnym. POZWÓLCIE MI ŻYĆ”. Jednak krytyka aborcji nie mieści się w liberalnych unijnych wartościach, więc akcję oprotestowano w Brukseli.

Walka o narodowe finanse

Sprawy struktury państwa, instytucji działających w nim i ram społecznych są fundamentalne. Jednak rządy Orbána rozpoczynały się od spraw najpilniejszych – od pieniędzy. Kraj trzeba było ratować przed bankructwem. I to była decydująca walka, która rozstrzygała o „być albo nie być” tych rządów.

Największym wyzwaniem było wysokie zadłużenie kraju, pozostawione w spadku przez poprzedników. Węgrom, którzy mieli najwyższy dług w Europie Środkowej − 81% PKB – groził krach finansowy, jednak pomimo to w kwietniu 2010 r. nie skorzystali ze środków poprzedniej linii kredytowej MFW. Jej warunki uniemożliwiały bowiem prowadzenie samodzielnej polityki i wyrwanie się ze strukturalnej pułapki gospodarki peryferyjnej.

Rząd Orbána wybrał prowadzenie „nieortodoksyjnej” (tzn. sprzecznej z zaleceniami MFW) polityki gospodarczej, próbując odzyskać niezależność od instytucji finansowych i zagranicznych pożyczkodawców. Nie przystał na żądania zniesienia podatków dla banków i przedsiębiorstw czy zmniejszenie socjalnych wydatków rządu, a wbrew zaleceniom nałożył podatki kryzysowe. To nie społeczeństwo miało płacić za kryzys finansowy. Na tej drodze czekały jednak poważne przeszkody i zagrożenia.

Sytuacja okazała się katastrofalna, gdy odkryto, że poprzedni rząd fałszował dane o finansach państwa. Jesienią 2011 r. informacja ministra Szijjártó o możliwości ogłoszenia bankructwa, spowodowała tąpnięcie rynków finansowych, odczuwalne w całym regionie. Kraj znalazł się na krawędzi bankructwa i wtedy właśnie rozegrała się dramatyczna walka między Węgrami a międzynarodowymi instytucjami finansowymi i UE.

Gwałtownie wzrosły koszty zadłużenia, CDS-y określające ryzyko bankructwa wystrzeliły wysoko, forint tracił na wartości, puszczano plotki o bankructwie banków. Rząd uciekł się do niespodziewanego manewru, ogłaszając 17 listopada natychmiastowy powrót do negocjacji z MFW, oferując rozmowy na wszystkie tematy, prosząc o wsparcie finansów w elastycznej linii kredytowej wielkości 15 − 20 miliardów euro. Fundusz zażądał tego, co zawsze: niewtrącania się do polityki Banku Centralnego, podwyższenia podatków osobistych, wycofania obciążeń zagranicznych przedsiębiorstw, ograniczenia systemu socjalnego i wprowadzenia prawa o upadłości osób fizycznych.

Nie ostudziło to jednak apetytów spekulantów. 25 listopada, nie czekając na wynik negocjacji, Moody’s ogłosił, że węgierskie papiery skarbowe mają śmieciową wartość. Minister gospodarki György Matolcsy stwierdził: „To atak na mój kraj”, a rząd w oficjalnym komunikacie uznał wiadomość za „część ataku spekulacyjnego”, gdyż „ocena Moody’s nie ma żadnych realnych podstaw”. W odpowiedzi MFW i Komisja Europejska zerwały rozmowy na temat pomocy, żądając, by nie zmieniano konstytucji i nie naruszano niezależności banku centralnego. Orbán określił żądania tego duetu jako „szantaż”.

W grudniu także pozostałe agencje obniżyły ocenę Węgier do poziomu śmieciowego, koszt długu podskoczył do 9,3%, a wartość forinta dalej spadała. Ataki na tyle osłabiały Węgry, że bez pożyczek z MFW spłaty zadłużenia na początku 2012 r. były zagrożone − znalezienie nowych środków na spłatę długów było prawie niemożliwe.

Przełom roku był ciężki – finanse państwa były na krawędzi krachu, a rząd atakowano ze wszystkich stron. 17 stycznia Komisja wszczęła procedurę przeciwko Węgrom, choć Orbán apelował o rozmowy, argumentując: „wprowadziliśmy 13 i pół z 15 rekomendacji ECB, przecież współpracujemy!”. Media także podgrzewały atmosferę – w styczniu 2012 r. gazety pisały: jedynym sposobem na uniknięcie katastrofy jest podanie się rządu Orbána do dymisji i utworzenie rządu pozapartyjnego, mającego szanse na odzyskanie zaufania rynków, MFW i Komisji Europejskiej”. Rozsiewano plotki, że oszczędności w bankach są zagrożone, więc klienci zaczęli wycofywać swoje pieniądze i przenosić je do banków austriackich. Media nagłaśniały oznaki kryzysu, opozycja wyszła na ulice z masowymi protestami.

Manewrując na krawędzi wypłacalności, przeciągając negocjacje, Węgrzy podtrzymywali nadzieje na porozumienie, uspokajając rynki finansowe nadzieją wsparcia MFW. W najgorszym momencie kryzysu 10-letnie obligacje rządowe sprzedawano z 11,3% oprocentowania rocznego, a forint stracił 18% wartości wobec euro. Później, gdy MFW chciał ukarać Węgry za nieustępliwą politykę, a sytuacja finansowa się wyklarowała, Orbán zdecydował się zerwać negocjacje. Poinformował publicznie, że MFW żąda za pożyczkę zniesienia opodatkowania banków i obniżenia emerytur. Żartował sobie z Funduszu: „Przez chwilę nie rozumiałem dlaczego, ale teraz rozumiem – MFW to też bank”. Kryzys finansowy drogo jednak kosztował Węgry − w 2012 r. wpadły w recesję, PKB skurczył się o 1,7%.

Viktor Orbán: „Spłacając ten kredyt, zlikwidowaliśmy ciągłą presję, za pomocą której międzynarodowe organizacje finansowe próbowały wymusić na nas działania oszczędnościowe”.

Węgry w końcu rozstały się z Funduszem. Uregulowały zobowiązania 12 sierpnia 2013 r. (choć harmonogram zakładał spłatę do października 2014 r.), i zamknęły jego przedstawicielstwo w Budapeszcie. Był to sukces zarówno finansowy, jak i polityczny – minister Matolcsy uważał walkę z MFW za „bitwę na śmierć i życie”, bez wygrania której nie wprowadzono by żadnej z wielkich węgierskich reform, a wyrzucenie Funduszu z kraju uważał za warunek finansowej niezależności państwa.

MFW miał znacznie lepsze stosunki z poprzednim rządem, któremu w maju 2010 r. Dominique Strauss-Kahn dziękował za „efektywną i doskonałą współpracę”. Wprowadzał on bowiem zalecenia waszyngtońskiej instytucji, ograniczając wydatki budżetowe, obciążając kosztami społeczeństwo i otwierając na oścież gospodarkę dla zachodnich inwestorów. Stosunki były tak dobre, że nie zauważano „poprawiania” budżetu, gdzie przeszacowywano dochody i nie doszacowano wydatków. Jednak natychmiast po wyborach 2010 r. zaczęto wyrażać zatroskanie o budżet rządu Orbána.

Banki – fundament niezależności państwa

Pierwszy szok liberalizacyjny po 1989 r. spowodował przejęcie sektora finansowego przez zagraniczny kapitał, którego udział własnościowy jest nieporównywalnie większy niż w gospodarkach zachodnich. Węgry miały w 2010 r. aż 74% sektora bankowego w rękach zachodniego kapitału (Polska – 69%). Dominowały austriackie grupy RBI, Erste i Austria Bank, do tego UniCredit, KBC i Raiffeisen, a jedynym węgierskim bankiem był prywatny bank OTP. Zagraniczne banki nie tylko zdominowały rynek, ale także pożyczały głównie w obcej walucie.

Błyskawicznie po wyborach, już w lipcu 2010 r. wprowadzono podatek bankowy. I choć nie jest to żadna nowość w Europie (wprowadziły go wtedy także Francja i W. Brytania), jednak jego wysokość – 0,53% aktywów – była wyższa niż w Unii, dodatkowo był to podatek progresywny, dużo słabiej obciążający mniejsze podmioty. Został uchwalony ogromną większością głosów w parlamencie (301 za, 12 przeciw). Był bardzo skuteczny − dochody państwa w 2012 r. sięgnęły 1,65% PKB. W 2013 r. wprowadzono kolejny podatek − obejmujący transakcje gotówkowe i transferowe, w wysokości 0,2% − 0,3% transakcji (zastąpiony w 2015 r. jednorazową opłatą). Przynosi on do budżetu blisko 1% PKB. Narzuty i ogólne pogorszenie opłacalności były kosztowne dla banków, sam Raiffeisen oceniał straty na „najtrudniejszym swoim rynku” jako „katastrofalne” − oceniając je na 700 milionów euro.

Viktor Orbán: „Skończymy z zewnętrznym finansowym uzależnieniem kraju oraz z energetycznym uzależnieniem Węgier”.

Za uderzenie w zagraniczne banki drogo zapłaciły także Węgry, gdyż w efekcie opodatkowania ograniczyły one kredytowanie. Na Węgrzech od 2008 r. portfele kredytowe banków skurczyły się o 30%, gdy banki w Polsce mogły pochwalić się najwyższą w Unii, 50-procentową dynamiką wzrostu akcji kredytowej. Sektor bankowy skurczył się, jego aktywa zmniejszyły się o 12% od 2009 r. Wzrost gospodarczy uległ spowolnieniu, wyschło bowiem podstawowe jego źródło − banki nie prowadziły ekspansji kredytowej, zakupy nie rosły.

Gospodarkę dusiło także wyjątkowo wysokie oprocentowanie węgierskiego długu, gdyż w październiku 2012 r. koszt 10-letnich obligacji wynosił nawet 8,4% (gdy polskich 5,7%; słowackich 4,3%; czeskich 3,1%, niemieckich 2,0%). Osłabieniu uległ także forint, co wzmacniało wprawdzie eksport, ale uderzało w społeczeństwo i zwiększało koszty długu zagranicznego.

 Viktor Orbán: „Budujemy kraj, w którym ludzie pracują nie dla zysku obcokrajowców. Kraj, gdzie to nie bankierzy i zagraniczni biurokraci mają mówić, jak mamy żyć, jaką mamy mieć Konstytucję, kiedy możemy podnosić płace czy emerytury. Budujemy kraj, w którym nikt nie może narzucać Węgrom, by służyli interesom innych”.

Orbán deklarował jasno: suwerenność ma przede wszystkim wymiar finansowy. Kraj tak bardzo zadłużony jak Węgry ma bardzo ograniczoną suwerenność. Stąd jego zdecydowane dążenie do obniżenia zadłużenia państwa, stąd wprowadzenie jego konstytucyjnego ograniczenia do 50% PKB.

Drugim strategicznym celem finansowym było przejęcie co najmniej połowy sektora bankowego przez Węgrów, co zwiększało niezależność gospodarki, zapobiegało katastrofalnym skutkom ucieczki międzynarodowego kapitału – kryzysom gospodarczym i bezrobociu. Jak bowiem twierdził Orbán − „w czasie kryzysu wszyscy uciekają do siebie”.

Akcja przejmowania banków obejmowała różne sektory, państwowy MFB Bank wykupił udziały w MKB Bank od BayernLB, Budapest Bank od GE. Rząd dokonał także „symbolicznej” akwizycji 15% udziałów Erste Bank, by nie reprezentował on jedynie austriackich interesów i reinwestował zyski na Węgrzech. Sięgnięto nawet po spółdzielnie oszczędnościowe Takarékbank, które odkupiono od niemieckiego DZ Bank, odbudowując spółdzielczość bankową, która wnosiła stabilność do sektora.

Działania rządu pogarszały sytuację banków, co tworzyło korzystną sytuację do ich przejęcia, gdyż wartość aktywów malała i chętnie się wycofywały z tak niepewnego rynku, czasami „z dużą ulgą”. Państwo mogło więc nabyć je po niższej cenie. Jednak celem nie jest stworzenie państwowego monopolu, Bank Rozwoju (MFB) jest narzędziem, poprzez które skupuje się udziały i restrukturyzuje sektor, by zbudować system bankowy, należący do węgierskiej strefy interesów i oparty na węgierskiej własności.

Viktor Orbán: „Gospodarka oparta na zadłużeniu państwa może budować tylko scenografię dobrobytu z papier-mâché, które pierwsze poważniejsze uderzenie wiatru zdmuchnie i obróci w ruinę”.

Podatek bankowy miał charakter kryzysowy, jednak utrzymał się przez dobrych kilka lat, służąc później jako środek wpływu na banki i kierowania akcją kredytową. Od 2016 r. rząd obniża stawkę podatku bankowego − z 0,53% do 0,31% sumy bilansowej, jednak stawia warunek zwiększenia akcji kredytowej dla przedsiębiorstw, szczególnie małych i średnich. Rozwiązując konflikt z Unią, zawarto w lutym 2015 r. porozumienie z Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju, w którym rząd zobowiązuje się do nie przejmowania kluczowych banków, ale w zamian oczekuje zwiększenia kredytowania rozwoju gospodarki.

Koniec II filaru emerytalnego

Węgry z inicjatywy Banku Światowego jako pierwsze w regionie w 1998 r. wprowadziły system obowiązkowych funduszy emerytalnych, określanych jako II filar (w Polsce OFE). Poważnie obciążył on jednak budżet państwa, pozbawiając go części wpływów z ubezpieczeń społecznych, które zaczęły płynąć do prywatnych funduszy. Te środki pożyczano rządowi, zwiększając dodatkowo jego zadłużanie. Ten, stojąc już na skraju bankructwa w 2008 r., zwiększył funduszom możliwość inwestowania w akcje, co jeszcze pogorszyło sytuację budżetu państwa.

Fundusze emerytalne nie bardzo się też spisywały w mnożeniu bogactwa: w 10-letnim okresie (2000 − 2009) średnia stopa zwrotu wyniosła 5,1%, podczas gdy inflacja – 5,6%, zatem realnie składki traciły na wartości. Do tego przyczyniły się koszty własne funduszy, które pobierały 3,7% każdej składki. Po globalnym kryzysie finansowym wartość zgromadzonych środków zmniejszyła się o 25%.

Rząd Orbána przeprowadził demontaż publiczno-prywatnego systemu emerytalnego i przejął środki zgromadzone w OFE do państwowego systemu emerytalnego. Już od listopada 2010 r. wstrzymał transfery z kasy państwowej do prywatnych funduszy emerytalnych, później przeprowadzając ich nacjonalizację. Warunki dla pozostających w funduszach były niekorzystne. Mieli oni płacić pełną składkę (10%), ale część płacona przez pracodawców (24%) miała trafiać do systemu państwowego, który jednak nie obejmował ich ochroną. Na pozostanie zdecydowały się osoby o wysokich dochodach i dużych zebranych składkach, 97% uczestników z aktywami wartymi 10% PKB wróciło do systemu państwowego. Prawie połowę tych środków stanowiły obligacje skarbowe, których przejęcie zredukowało dług budżetu, a rząd zmniejszył swoje wydatki o 1,5% PKB. W 2011 r. budżet węgierski miał 4,2% nadwyżki, co dało chwilę oddechu zadłużonemu państwu.

W systemie prywatnych ubezpieczeń pozostało 60 tys. osób, jednak zaledwie 10% z nich płaciło składki. To zmniejszało przyszłe świadczenia, więc Fidesz wprowadził ustawę, przenoszącą fundusze do systemu państwowego, jeśli przynajmniej 70% nie będzie płaciło składek.

Na ratunek frankowiczom

Problem zadłużenia hipotecznego w obcych walutach (głównie szwajcarskich frankach) miał na Węgrzech wymiar nieporównywalnie większy niż w Polsce. Dotknął 730 tysięcy kredytobiorców, z których przed ryzykiem bankructwa stało 300 tysięcy. 85% kredytów hipotecznych zaciągnięto w obcej walucie, więc gdy wartość forinta spadła o 50% w 2009 r., zwiększyło to wysokość rat i sumę zadłużenia. Zapożyczeni mieli ogromne kłopoty − ponad 100 tys. osób zalegało ze spłatą zobowiązań. Zostali „wciągnięci w pułapkę walutowych kredytów przez rząd i bank centralny” − twierdził minister Matolcsy. Gdy w 2008 r. wybuchł kryzys i kapitał zaczął uciekać, zadłużenie zagraniczne mieszkańców wynosiło 25% PKB. Banki wtedy chwaliły się pokaźnymi zyskami, więc uznano, że nie powinny ich transferować za granicę, a ponieść część kosztów kryzysu.

Viktor Orbán: „Jesteśmy zadłużeni w zagranicznej walucie do takiego stopnia, że zagraża to węgierskiej suwerenności i niepodległości”.

Rząd pomagał zadłużonym na różne sposoby – spłaty poniżej kursu rynkowego, zamrożenie kursu wymiany, wsparcie kredytobiorców, powołanie Narodowego Zarządu Środkami Trwałymi. W grudniu 2011 r. rząd porozumiał się z bankami, by kredytobiorcy mogli obsługiwać zadłużenie po niższych kursach franka (180 forintów za franka, przy rynkowej cenie 220 forintów), dwie trzecie kosztów tej operacji banki wzięły na siebie, resztę dołożył rząd. Ponadto anulował 25% długu tym, którzy nie mogli spłacać kredytu i zakazał ich eksmisji. Kosztowało to banki ponad miliard dolarów. Umożliwiono jednorazową spłatę kredytu po kursie o jedną trzecią niższą od rynkowego. Z tych różnych form pomocy skorzystało prawie pół miliona osób.

Banki zostały też mocno dotknięte decyzją parlamentu (obronioną przed sądem mimo negatywnej opinii ECB), uznającą praktyki zmiany rat kredytowych za niezgodne z prawem. Nowe regulacje prawne zwalniały pożyczkobiorców od wchodzenia w spory sądowe, przerzucając obowiązek udowodnienia prawidłowości procedur na banki. Kosztowało je to prawie 3 miliardy euro, które musiały zwrócić przy kredytach zaciągniętych nawet w 2005 r.

Viktor Orbán: „Wszystkich wyciągniemy – dokładniej: pomożemy im wyjść – z dewizowego zadłużenia”.

Proces odchodzenia od problemu franków był długi i zakończył się w listopadzie 2014 r. wprowadzeniem ustawy, która automatycznie przewalutowała kredyty na forinty po stałym kursie. Warunki uzgodniono z bankami, zasilając je w waluty, by operacja o tak dużej skali przebiegła bez zgrzytów. Operację przeprowadzono przed gwałtownym załamaniem kursu franka w 2015 r., po którym Orbán chodził w glorii zwycięzcy. Skutkiem tych działań był bowiem zysk kredytobiorców w sumie ponad 3 miliardy euro, jak gdyby każdy, od niemowlęcia po starca, dostał ponad ponad 300 euro, jak ocenił Levente Kovács, sekretarz generalny Węgierskiego Stowarzyszenia Banków. Wysokość rat spłacanych przez gospodarstwa domowe spadła o 20%.

Swoimi działaniami rząd nie pozwolił, by aktywna grupa społeczna zbankrutowała, żeby młodzi ludzie, będący siłą napędową gospodarki zostali zmarginalizowani i pozbawieni dostępu do kredytów. Jednak pomimo tych wysiłków zagrożenie wciąż pozostało aktualne – na początku 2014 r. zadłużenie zagraniczne gospodarstw stanowiło 54% wszystkich węgierski kredytów (13% PKB).

Bank Centralny służy gospodarce

W systemie liberalnej demokracji banki centralne mają ograniczone pole działania, gdyż nie mogą wspierać gospodarki. W przeciwieństwie do amerykańskiej Rezerwy Federalnej, której pierwszym celem jest pełne zatrudnienie, mają jedynie dbać o wartość pieniądza. Państwo nie ma na nie wpływu, a emisja pieniądza, koszt kredytu i decyzje, jakie działy gospodarki mają być zasilane to podstawowe narzędzia prowadzenia polityki gospodarczej. Węgrzy złamali te zasady i nałożyli na bank centralny takie zobowiązanie prawne, przeciwko któremu protestował EBC, przypominając, że zadaniem banku jest dbanie o stabilność cen.

W początkowej fazie reform Orbána Bank Centralny (Magyar Nemzeti Bank) pod kierownictwem prezesa Andrása Simora (wcześniej w Deloitte) wchodził z rządem w konflikty z powodu utrzymywania wysokich stóp procentowych, co podnosiło koszt obsługi długu i osłabiało tempo rozwoju gospodarki. Gdy bank po raz kolejny podwyższał stopy, rząd prosił, by używał takich samych narzędzi wspierania gospodarki, jak FED czy ECB. Prezes jednak nie reagował.

Viktor Orbán: „Walka banku centralnego z rządem jest tak naprawdę walką z interesem całego kraju”.

Jednak zmiany musiały być ograniczone − protestowała i Bruksela, i Waszyngton, broniące jego niezależności od rządu. By nie dopuścić do reform, prezydent Barroso interweniował „na granicy ultimatum”. Nawet w sprawie zachowania pensji prezesa zarabiającego rocznie 450 tys. dolarów − znacznie więcej niż szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej − interweniowała Komisja Europejska i ECB. Rząd w końcu zadeklarował, że nie będzie wpływał na politykę banku i zrezygnował z obniżki uposażeń prezesa. Smaczku sprawie dodaje też fakt, że Komisja nie zgadzała się, żeby szef Banku, a także członkowie Rady Polityki Pieniężnej przysięgali na węgierską konstytucję.

Bank centralny zaczął spełniać funkcję motoru gospodarki po marcu 2013 r,. gdy na prezesa został mianowany György Matolcsy, wcześniej minister gospodarki i autor „nieortodoksyjnej” polityki gospodarczej. Instytucje finansowe nie mogły go lubić, gdyż twierdził, że są „piratami”, a o MFW wyrażał się dość pogardliwie. Nowy prezes krytykował politykę drogiego pieniądza i rzeczywiście zmienił ją diametralnie. Korzystał z najlepszych wzorów, naśladując strategie ECB i FED.

Viktor Orbán: „Zadłużenie, czy to gospodarstw domowych, czy państwa – ogranicza wolność”.

Brak taniego kredytu był w pierwszych latach rządów podstawowym problemem rządów Fideszu. Węgry mają bardzo niski stopień finansowania swojej gospodarki przez kredyt, więc nowy prezes za priorytet uznał wzrost gospodarczy i kreowanie miejsc pracy. Obniżając radykalnie stopy procentowe, zmniejszył koszt pieniądza, co przyczyniło się do szybkiego wzrostu gospodarczego. Z drugiej strony rząd prowadził podobną politykę wspierania eksportu poprzez Eximbank, zasilając przedsiębiorstwa długoterminowymi kredytami.

W kwietniu 2013 r. ogłoszono Program dla wzrostu, wzorowany na Bank of England, kierując środki do gospodarki, udostępniając bankom po zerowym koszcie celowe kredyty przeznaczone dla przedsiębiorstw, które otrzymywały je poniżej 2,5% rocznego oprocentowania. W 2014 r. program wyniósł 8 miliardów euro (w 2013 r. – 4,6 mld), z czego 90% skierowano do małych i średnich przedsiębiorstw. Aby przełamać pasywność banków, z jednej strony dyscyplinowano je ujemnym oprocentowaniem lokat, ale z drugiej pomagano, obniżając wymogi kapitałowe. Część środków pożyczkobiorcy przeznaczyli na spłatę zadłużenia walutowego, co było jednym z podstawowych zadań strategii rządowej. Program był odpowiedzią na ucieczkę kapitału, z powodu której inwestycje zagraniczne w 2013 r. spadły o dwie trzecie.

Generalnym celem rządu była redukcja zadłużenia zewnętrznego zarówno państwowego, jak i przedsiębiorstw oraz osób prywatnych. György Matolcsy twierdził, że „zagraniczne pożyczki są naszym wrogiem” i widział w nich zagrożenie w przypadku zawirowań na światowych rynkach. Wprowadził więc programy redukcji zadłużenia, by to węgierscy obywatele kredytowali swój rząd, co jest znacznie bardziej bezpieczne. W tym celu bank centralny uruchomił 10% swoich rezerw walutowych, by proces przechodził sprawnie i nie wywoływał gwałtownych zmian kursu forinta.

Redukcja zagranicznego zadłużenia przebiegała jednak powoli. W 2015 r. budżet był wciąż zadłużony na 77% PKB, z tego 40% za granicą, choć osiągnięto znacznie większy udział krajowych banków w kredytowaniu gospodarki.

Viktor Orbán: „Jeśli rząd będzie prowadził dobrą politykę fiskalną, a bank centralny dobrą politykę monetarną, wtedy własna waluta 10-milionowego kraju może być ważnym atutem przez długie lata”.

Według Orbána Węgry nie powinny wchodzić do strefy euro, argumentując, że „teraz musimy się skupić na wzmacnianiu naszej gospodarki”, a wejście jest możliwe, „gdy gospodarka osiągnie poziom 90% europejskiego PKB”. Decyzję taką utrudniono konstytucyjnym zapisem o forincie jako walucie narodowej.

Konserwatywno-narodowa gospodarka

Twarde środki zastosowane wobec Węgier w czasie kryzysu 2008 r. spowodowały sprzeciw wobec modelu „gospodarki zależnej”. Kryzys wzmocnił przekonanie, że lepiej się sprawdza aktywna polityka państwa, wspierającego strategiczne inwestycje przemysłowe w najważniejszych sektorach. Jednak Węgry zostały już powiązane tysiącami więzi z mocniejszą gospodarką Zachodu, a narzucone reguły gry, przewaga kapitałowa i technologiczna sprawiały, że zagraniczni inwestorzy nie musieli się obawiać lokalnej konkurencji. Zaś uzależnienie rządu od Brukseli utrudniało samodzielne decyzje korzystne dla krajowych przedsiębiorstw.

Rząd Orbána wybrał drogę narodowo-konserwatywnej polityki ekonomicznej, nie pozostawiając rynkowi pełnej swobody działania, lecz biorąc aktywny udział w życiu gospodarczym, także jako właściciel. W małej, zapóźnionej gospodarce, jak węgierska, państwo musi wspierać rodzime przedsiębiorstwa w starciu z zagranicznymi konkurentami. Inaczej nie będzie kumulacji rodzimego kapitału, a zatem rozwoju gospodarki i dobrobytu społeczeństwa. Głównym celem wzmacniania węgierskiej własności jest pozostawianie w kraju większej części wartości dodanej. Na liberalnej ścieżce rozwoju Węgrzy nie dogonili bogatszej Europy, jedynie zadłużyli się na wielką skalę (zadłużenie społeczeństwa przez ostatnie 15 lat wzrosło z 15% PKB do 40%).

Fidesz przygotował na początku 2011 r. ambitną strategię gospodarczą „Széll Kálmán Plan”, obejmującą m.in. narodowy plan zatrudnienia (w tym program prac publicznych) i zdecydowane zmniejszenie zadłużenia. Osiągnięcie w 2018 r. poziomu 50% PKB zadłużenia rządowego, miało wg Györgya Matolcsyego dać Węgrom „wolność gospodarczą” i pewność „niezależności finansowej”.

Aktywność gospodarcza państwa przejawiała się także w rezygnowaniu z otwartych przetargów, jako środka dywersyfikacji powiązań gospodarczych. Dotyczyło to przede wszystkim inwestorów ze wschodu − chińskich (Huawei − telekomunikacja) czy rosyjskich (Rosatom − elektrownia jądrowa Paks). Poprzez takie sojusze gwarantowano także znaczącą pozycję krajowym przedsiębiorstwom, ale narażano się na zarzuty. Omijanie reguł, które sprzyjały posiadającym najnowsze technologie przedsiębiorstwom zachodnim, wywoływało interwencje Komisji Europejskiej, a Amerykanie zarzucali np. Huawei montowanie szpiegowskich urządzeń.

Podstawowym czynnikiem wzrostu gospodarczego Węgier były zagraniczne inwestycje i napływ kapitału. Udział firm zagranicznych w tworzeniu rynkowej wartości dodanej wynosił w 2010 r. aż 49% (w Czechach było to 43%, w Polsce 34%). Węgry pod tym względem są drugim krajem w UE po Irlandii. Atutem konkurencyjnym ściągającym inwestycje jest nisko płatna siła robocza o wysokich kwalifikacjach, atrakcyjna szczególnie przy produkcji i montażu dóbr konsumpcyjnych o wysokiej wartości dodanej (samochody, farmaceutyki), czy w sektorze usług (centra obsługi). Inwestycje takie podnoszą PKB, jednak korzyści z nich wypływają za granicę, co widać w ujemnym rachunku bieżącym państwa.

Viktor Orbán: „Dla zagranicznych firm na Węgrzech zakończyła się era kolonizacji”.

Reguły inwestycji zagranicznych są ustalone przez Światową Organizację Handlu i Unię Europejską, a możliwości przeciwdziałania ich negatywnym skutkom są ograniczone. Jednak Fidesz podjął nierówną walkę, starając się ograniczać zyski zagranicznych inwestorów, a polepszać sytuację własnej gospodarki i budżetu państwa. Przebiegała ona na wielu frontach.

Zagraniczne monopole też będą płacić podatki

W 2010 r. zaledwie 2,6 mln Węgrów płaciło podatki. Było to skutkiem niskiej aktywności zawodowej, więc postawiono sobie ambitny cel szerokiej aktywizacji zawodowej, by podatnikami stało się 5 milionów osób. Znacząco zmniejszono więc obciążenia dochodowe dla mieszkańców. W 2011 r. wprowadzono 16-procentowy podatek liniowy od osób fizycznych w miejsce dotychczasowych dwóch progów podatkowych (18% i 36%), a 16-procentowy podatek dochodowy od przedsiębiorstw CIT, przekształcono w dwie stawki: 19% i obniżoną 10% dla firm o dochodzie poniżej 2 mln euro. Na 2016 r. wprowadzono dalsze obniżki podatków (PIT z 16 do 15%), rosną też ulgi podatkowe dla rodzin, które mają co najmniej dwoje dzieci.

Z drugiej strony podatki płacone przez zagranicznych inwestorów były bardzo niskie, ciężar podatków przeniesiono więc na opłaty branżowe, podatki od sprzedaży i konsumpcyjne, a także specjalne podatki służące ochronie zdrowia i środowiska. Na początku 2011 r., walcząc z groźbą bankructwa opodatkowano także konsumpcję, wprowadzając wysokie podatki VAT (najwyższa w UE stawka 27%, a na towary luksusowe nawet 35%). Umożliwiło to zmniejszenie kosztów kryzysu ponoszonych przez społeczeństwo (odwrotnie niż chciał MFW).

Rząd Orbána obciążył także sektory, które wcześniej cieszyły się dużymi ulgami, często monopolizując dochodowe nisze gospodarcze (jak media czy energia), przynoszące zagranicznym koncernom wysokie zyski. Ruchem, który wykonano najszybciej i który wzbudził najwięcej protestów było wcześniej opisane opodatkowanie banków. Sklepy wielkopowierzchniowe objęte zostały już w 2010 r. stawką podatku obrotowego od 0,1% do 2,5% przychodów. Energetykę obłożono podatkiem obrotowym 1,05%, a telekomunikację − od 2,5% do 6,7%. Wprowadzono także podatek na połączenia telefoniczne i SMS-y, tak skonstruowany przez zwolnienie pierwszych minut i ograniczenie do 700 forintów, by był jak najmniej dokuczliwy dla prywatnych użytkowników, a obciążający poważnie duże korporacje. Podatki zagranicznych firm telekomunikacyjnych były mikroskopijne, gdyż korzystały one obficie ze zwolnień. I tak na przykład Magyar Telekom (własność Deutsche Telekom) płacił zaledwie milion Euro rocznie. Podjęto więc próbę opodatkowania dostawców Internetu (‘Google tax’), chcąc zmusić ich do opłat na rzecz budżetu państwa. Nowa opłata miała obciążyć przeciętnego odbiorcę kwotą 3 dolarów miesięcznie, jednak na skutek ulicznych protestów młodzieży, wycofano się z tego pomysłu.

Regulacje podatkowe były podstawowym narzędziem osiągania celów zarówno w sferze gospodarczej, jak i społecznej. Stosowano je także do promocji węgierskich produktów, choćby tak tradycyjnych, jak wódka pálinka, którą zwolniono z podatków przy wyrobie domowym. Unia nie pozwalała na całkowite zwolnienia, dlatego zaskarżyła tę decyzję do Trybunału Sprawiedliwości.

Przez podatki starano się korygować negatywne zjawiska społeczne, takie jak nadwaga, czy nadużywanie alkoholu. W 2012 r. wprowadzono podatki na alkohol oraz opłaty od niezdrowej żywności (zwane „od chipsów”, ale obejmujące także produkty o wysokiej zawartości soli czy cukru, napoje energetyczne i czekolady). W 2015 r. dodatkowo ograniczono dostępność napojów energetycznych, skutkiem czego było co prawda wycofanie się z rynku Red Bulla, ale też obniżenie przez wytwórców poziomu soli w przetworach.

Rząd oskarżał zdominowane przez zagraniczny kapitał media, że latami używały sztuczek księgowych, by nie płacić podatków dochodowych. W lecie 2014 r. wprowadzono podatek od dochodów reklamowych − progresywny, do wysokości 40% przychodów z reklamy (w 2015 r. podniesiony do 50%). Nie pobierano go, gdy obroty były niższe niż 2 miliony dolarów, aby nie obarczać małych firm, natomiast wysoko obciążono największych graczy. Najciężej odczuł to niemiecki RTL, który mając 13,5% rynku, płacił 80% zbieranego podatku, a Bertelsmann, mający największy udział w węgierskim rynku, w 2014 r. stracił 300 milionów euro zysku (35% całości). Po sprzeciwie Komisji Europejskiej podatek został obniżony z 50% do 5,3% i ma charakter liniowy, a nie progresywny.

Głównym celem tego podatku były media rozrywkowe, tabloidy, dramatycznie obniżające poziom przekazu, więc „było to coś w rodzaju podatku od zdrowia społecznego”, którym miały zostać „sprawiedliwie obciążone” (Gergely Gulyás). Atakując ten podatek, media i koncerny medialne używały argumentu zagrożenia demokracji i wolności słowa. Taka postawa była bardzo źle oceniana przez Fidesz − János Lázár, szef klubu parlamentarnego, powiedział wprost: „RTL grozi naszemu państwu, mogą sobie to robić u siebie w Niemczech, ale nie na Węgrzech”.

Naprawa gospodarki doprowadziła do polepszenia finansów państwa, choć droga była długa i wyboista. Już na samym początku rządów ograniczenia były poważne. Zobowiązanie wobec MFW z tytułu pożyczki 2008 r. oznaczały zmniejszenie wydatków budżetu, czyli uderzenie w poziom życia społeczeństwa. Jednak Fidesz zobowiązań dotrzymał i w 2010 r. deficyt budżetowy został o połowę obniżony – z 7,5 do 3,8%. W roku 2012, dzięki znacjonalizowaniu OFE, osiągnięto nadwyżkę w budżecie, a w następnych latach rząd zszedł poniżej 3% deficytu, co doprowadziło do zakończenia unijnej procedury nadmiernego zadłużenia − Węgry nie musiały się stosować do rekomendacji Komisji, a ta traciła możliwości użycia sankcji. Poradzono sobie także z zadłużeniem samorządów, państwo przejęło ich długi i wprowadziło ostre reguły finansowania samorządów.

Bitwa o odzyskanie handlu

Podatki obrotowe, wprowadzone w 2010 r. wspierały krajową przedsiębiorczość i ograniczały dystrybucję towarów importowanych. Dodatkowo jednak chciano chronić pracowników. Rząd wprowadził w grudniu 2014 r. zakaz handlu w niedziele, wskazując, że w święta sklepy są zamknięte w Niemczech czy Austrii, a handlowe restrykcje obowiązują w 13 z 28 krajów UE. W praktyce był to cios w zagraniczne sieci handlowe, jak Tesco, Spar, Auchan czy Aldi. Zakaz obejmuje sklepy o powierzchni powyżej 200 m2, ale nie ogranicza małych węgierskich sklepów, jeśli obsługuje je właściciel sklepu, jego najemca lub członkowie rodziny. To promuje węgierskie sieci franczyzowe, jak Coop czy CBA, o czym Orbán mówił wprost: „potrzebujemy więcej węgierskich hipermarketów”.

Viktor Orbán: „Żaden Węgier nie będzie zmuszany do pracy w niedzielę”.

Blefem okazały się wszystkie ostrzeżenia zagranicznych sieci o spadku sprzedaży, utracie miejsc pracy (miało ich zniknąć 30 tysięcy). Po chwilowym obniżeniu sprzedaży, hipermarkety rozwijały się dalej, zwiększając obroty i nie zwalniając pracowników.

W 2014 r. hipermarkety zostały obciążone dodatkowymi kosztami badania bezpieczeństwa żywności, które wzrosły wielokrotnie (od 15 do 60 razy więcej niż dotychczas) i miały spowodować zwrot kosztów inspekcji handlowych. Rząd argumentował tę decyzję obroną węgierskich detalistów i rolników przed wypychaniem ich z rynku przez zagraniczne sieci i producentów. Mniejsze koszty ponosiły tu rodzime sieci franczyzowe, natomiast najbardziej obciążono siedem zagranicznych sieci. Początkowo była to opłata progresywna, dochodząca nawet do 6% wielkości obrotów, jednak Bruksela w obronie hipermarketów wszczęła dochodzenie i oprotestowała różnicowanie opłat. Rząd węgierski, przewidując negatywne orzeczenie, zmienił przepisy, obciążając wszystkie podmioty taką samą opłatą.

W grudniu 2014 r. rząd uderzył po raz kolejny w hipermarkety, wprowadzając prawo, ograniczające możliwość działania w kraju sieci, które ponoszą straty. Od 2018 r. sieci powyżej 400 m2 o obrotach powyżej 163 mln euro muszą zamknąć sklepy, jeśli w ciągu dwóch lat nie wykazują zysku. Minister gospodarki Mihály Varga wyjaśniał w uzasadnieniu ustawy: „ciągłe straty pośrednio wskazują na nadużycie dominującej pozycji rynkowej, ponieważ konkurenci są wypychani z rynku, a przejmują go gracze z silną pozycją kapitałową”.

Energia ma być tania

Rząd Orbána odszedł od modelu, w którym państwo ogranicza się jedynie do roli regulatora, oddającego kolejne fragmenty rynku inwestorom zagranicznym. Wcześniejsza liberalizacja i sprzedaż naturalnych monopoli były źle oceniane − koncerny, które w 1995 r. przejęły sektor energetyczny, zarobiły na swoich inwestycjach 350%, generując zyski rzędu 20% rocznie przez ostatnich 17 lat.

Viktor Orbán: „Sprywatyzowane przedsiębiorstwa komunalne potem działały w warunkach monopolu i oligopolu. Bez żadnych zahamowań mogły realizować swoje cele, wyprowadzając z Węgier ogromne zyski. Wszystko pod płaszczykiem wolnego rynku”.

Nałożenie podatków i przymusowe obniżki cen uderzyły w dominujące na rynku koncerny niemieckie: RWE, E.ON i EnBW i francuskie: EDF i GDF Suez. Dostawcy energii, jeśli nie inwestują, płacą także najwyższy w Europie 50-procentowy podatek dochodowy. Polityka taka obniżyła ich zyski i skłoniła do sprzedaży swoich aktywów po niższej cenie.

Polityka energetyczna Unii przewiduje uwolnienia cen, a gdy one wzrosną, państwo ma jedynie otoczyć opieką socjalną tych, których nie stać na płacenie rachunków. Węgrzy poszli w przeciwnym kierunku − przyjęli politykę taniej energii, posługując się urzędem regulacji energetyki (MEKH), zmusili dostawców do obniżenia cen. Wprowadzono w 2011 r. ograniczenia cenowe dla dostawców oraz zakazano przenoszenia obciążeń podatkowych na konsumenta.

Viktor Orbán: „Kiedyś banki i duże przedsiębiorstwa miały silną pozycję i rządy socjalistyczne kłaniały się przed ich potęgą, ale teraz to my jesteśmy ci silniejsi. To one muszą się dostosować do Węgrów, a nie na odwrót”.

W 2013 r. rząd obniżył w dwóch etapach koszty energii, wody i ciepła o 20%, dwukrotnie zmuszając dostawców do zmniejszenia taryf. W najuboższych gospodarstwach domowych, które wydawały na media jedną trzecią środków, rachunki zmniejszyły się o 350 euro rocznie. Zmianom nie zapobiegł nawet wyrok sądu, unieważniający decyzję rządu. Przeprowadzono ją w inny sposób.

Państwo przyjęło strategię „unaradawiania energii”, w 2010 r. odkupiono od Rosjan 21% udziałów w narodowym koncernie naftowym MOL, później przejęto magazyny, systemy dystrybucyjne i rosyjskie kontrakty gazowe od niemieckiego E.ON. Państwo wykupiło także dostawców mediów, tworząc jeden krajowy koncern multienergetyczny. Już w 2011 r. rozpoczęto przekształcanie państwowego producenta energii MVM (Magyar Villamos Művek) tak, by działał na zasadzie usługi publicznej. Nabył on aktywa gazowe od E.ON, RWE (Főgáz) i sieci dystrybucyjne przejęte wcześniej przez zagraniczne koncerny (GDF Suez, E.ON, RWE, ENI).

Rząd węgierski odrzucił także rekomendację Komisji Europejskiej, nakazującej usunięcie regulacji cen energii. Dla wsparcia tych działań, żeby uświadomić blokującą je Brukselę, jaka jest wola konsumentów, wykorzystał narzędzia demokracji bezpośredniej. Zebrano 2 milionów podpisów pod petycją „Węgry się nie poddadzą!”, popierającą działania rządu.

Viktor Orbán: „Teraz możemy negocjować kontrakty gazowe, co wcześniej odbywało się między Niemcami a Rosją”.

Inwestorzy? Tylko poważne oferty

Inwestycje zagraniczne uległy zmniejszeniu do poziomu 18% PKB (z 22% w 2009 r.), napływ kapitału osiągnął najniższy poziom wśród państw regionu, co było skutkiem narzucenia ostrych warunków fiskalnych. Państwo ratowało się inwestycjami finansowanymi prawie w całości ze spójnościowych funduszy unijnych. Dlatego rząd zaczął premiować inwestycje wnoszące rozwój technologiczny – zwiększające produkcję, przetwórstwo, eksport. Z przedsiębiorstwami tworzącymi nowe miejsca pracy i rozwijającymi nowe technologie zawarto kilkadziesiąt (ponad 40) umów strategicznych o partnerstwie publiczno-prywatnym, a premier osobiście podpisywał kontrakty z takimi potęgami jak Audi, Daimler, Coca-Cola czy Suzuki. Koncern samochodowy Audi nie ograniczył się jedynie do montażu samochodów, ale również stworzył w miejscowości Győr współpracujący z uniwersytetem instytut badawczo-rozwojowy.

Nadrabiane są w ten sposób także zapóźnienia w infrastrukturze, szczególnie w telekomunikacji i informatyce. Rząd zobowiązał się dostarczyć szerokopasmowy Internet do każdego węgierskiego domu. Zadania podjął się Deutsche Telekom i planuje jego ukończenie do 2018 r.

Viktor Orbán: „Wiem, w którym kraju banków jest za dużo”.

Takie podejście wzmacniało poczucie bezpieczeństwa inwestujących i zachęcało do rozwijania obecności na rynku. Przemysł samochodowy (głównie niemiecki) inwestował duże pieniądze, tworzył miejsca pracy i ściągał poddostawców. Umowy zapewniały lepsze warunki dla gospodarki narodowej i znaczącą pozycję kooperujących przedsiębiorstw węgierskich jako poddostawców. Węgry, mając 23% udziału przemysłu w PKB, stały się trzecim po Czechach – 26% i Niemczech – 24% najbardziej uprzemysłowionym krajem Unii.

Rząd chce zmienić model rozwoju gospodarki oparty dzisiaj na taniej pracy, by coraz większa część wartości dodanej pozostawała w kraju, przynosząc zyski przedsiębiorstwom i podwyższając płace. Niesie to ze sobą poważne wyzwania, wymaga wprowadzania na rynek własnych technologii i produktów oraz wykwalifikowanych kadr, które dzisiaj uciekają z kraju.

Preferujemy kapitał krajowy

Węgrzy odbierali zachodnim bankom i koncernom kolejne źródła zysków, transferowanych za granicę, wzmacniali gospodarkę narodową i stabilizowali dochody państwa. Poprzez to otwierali możliwości krajowym przedsiębiorstwom, pomagając im przezwyciężyć słabszą pozycję konkurencyjną. Niższy poziom kapitałów wobec zagranicznej konkurencji ilustruje fakt, że te ostatnie, zatrudniając zaledwie 640 tys. osób, miały ponad 2,5-krotnie większą wartości aktywów niż krajowe firmy, w których pracowało 2,5 miliona pracowników. Dlatego dla drobnych przedsiębiorców obniżono próg podatkowy z 19% do 10%, a Narodowy Bank Węgierski zaoferował im tani kredyt.

Węgrzy postawili sobie także za cel stworzenie strategicznych krajowych koncernów, co dla małych państw jest trudnym wyzwaniem. Jednak przykłady Norwegii czy Holandii w budowie koncernów narodowych (np. energetycznych) dowodzą, że mogą one tworzyć duże i efektywne podmioty gospodarcze, gdy mają silne instytucje. Zadanie utrudniał brak kapitału i niski poziom prywatnych inwestycji, co nadrabiało państwo, wykupując aktywa gospodarcze. Duże nabytki poczyniono w sektorze energii, w 2013 r. wykupiono także zakłady stalowe Dunaferr od ukraińskiego ISD, ratując 1500 miejsc pracy, czy wytwórcę części samochodowych Raba. Obroty państwowych przedsiębiorstw osiągnęły prawie jedną czwartą PKB. Gdy krytykowano Orbána, wskazywał na niemieckie czy francuskie przykłady państwowych koncernów. Fidesz podjął próby wprowadzenia nowych graczy państwowych na rynkach technologicznych, jak np. telefonia komórkowa, jednak nie przyniosły one rezultatu.

Rząd próbował także ograniczyć wypływ za granicę środków otrzymywanych z Unii, stawiając wykorzystującym je różne wymogi, jak np. uczestnictwo w węgierskich izbach gospodarczych czy biegłość w posługiwaniu się językiem węgierskim. Wprowadzono także przepisy ograniczające firmom z rajów podatkowych korzystanie z publicznych funduszy. Takie próby ochrony krajowego kapitału nie zawsze się udawały, jak choćby próba zarezerwowania usług notarialnych dla obywateli Węgier, gdyż spotykały się z blokadą ze strony Komisji Europejskiej.

Orbán opiera tworzenie krajowego biznesu także na bliskich i zaufanych osobach, czego przykładem może być Lajos Simicska, współlokator Orbána z czasów studenckich, w latach dziewięćdziesiątych dyrektor finansowy Fideszu, a później poważny gracz na rynku medialnym.

Rząd w 2014 r. próbował odzyskać duże obszary rolne przekazane zagranicznym inwestorom poprzez korzystne dla nich długoterminowe kontrakty. Ustawa kończąca umowy wieczystego użytkowania i skracająca ustalone okresy przejściowe została oprotestowana przez Komisję, szczególnie że wprowadziła preferencje przy nabywaniu ziemi dla węgierskich rolników. To właśnie ich interesy Fidesz próbował chronić przed zagranicznymi spekulantami. Ograniczył w 2012 r. prawo zakupu ziemi przez cudzoziemców, wzorując się na regulacjach austriackich czy francuskich. Dzięki tym ograniczeniom, ziemia pozostała na Węgrzech jedną z najtańszych w Europie. By nie różnicować praw obywateli innych krajów Unii, ograniczono wielkość areału, wprowadzono wymóg mieszkania w pobliżu gruntów, i posiadania wykształcenia rolniczego. Minister rolnictwa Sándor Fazekas zapowiedział, że „wyeliminuje to spekulację ziemią na zawsze”.

W 2013 r. Fidesz przeprowadził operację szokową na rynku papierosowym. Wprowadzono koncesje na sprzedaż papierosów i przekazano je rodzinnym przedsięwzięciom i inwalidom. Liczbę punktów sprzedaży zredukowano z 42 do 5 tysięcy, co zmniejszyło dostępność papierosów. Dodatkowo z powodu wysokich cen mocno spadła konsumpcja papierosów (o 15% w 2013 r.). To spotkało się nawet z uznaniem ONZ − Orbán w 2013 r. otrzymał za swoją restrykcyjną politykę nagrodę Światowego dnia bez Papierosa. Jednak poszkodowanym tej operacji były wielkie sieci handlowe i stacje benzynowe.

W drugim etapie rząd wprowadził obowiązkowego państwowego hurtownika do handlu papierosami, gdyż producenci mieli zbyt mocną pozycję rynkową i nie oszczędzali detalistów, państwowy pośrednik miał wspierać, gdyż jego siła negocjacyjna jest nieporównywalnie większa niż pojedynczej trafiki. Chroni ich także przed narzucaniem przez koncerny papierosowe warunków sprzedaży.

Na papierosy wprowadzano także nowe podatki oraz regułę ujednoliconego wyglądu wszystkich papierosów. Od 2015 r. producenci płacą progresywny podatek dochodowy, rosnący aż do poziomu 4,5% obrotów. Określany jako podatek zdrowotny, pochłonął całkowicie zyski amerykańskich i brytyjskich producentów, którzy zajmują 90% rynku.

Oskarżany przez Komisję, minister Lázár mówił wprost: „rząd będzie zawsze stawał po stronie małych węgierskich przedsiębiorstw i jeśli koncerny międzynarodowe będą skarżyć się w Brukseli, każemy im zapłacić jeszcze więcej. A dla Philip Morrisa i Spar mam komunikat: jeśli nie przez te podatki, to znajdziemy inne sposoby, żebyście płacili. I zapłacicie”.

Jest sukces!

Reformy po kryzysowym osłabieniu gospodarki, dość szybko przywróciły rozwój gospodarczy − już w 2014 r. Węgry z 3,6% wzrostem PKB stały się jednym z liderów Unii. Osiągnęły też bardzo dobre wyniki od strony finansów gospodarki. Dodatni bilans handlowy miały już przed 2010 r. i udało się utrzymać tę nadwyżkę do dzisiaj. Natomiast dodatni rachunek bieżący − podstawowy wskaźnik zdrowia i konkurencyjności gospodarki narodowej − ostatnio osiąga aż 2,4% PKB (w Polsce „od zawsze” jest ujemny).

Osiągnięto ten sukces wraz z powolnym obniżaniem długu publicznego, choć nie idzie to tak szybko, jak zakładano. W 2010 r. wynosił on 82% PKB, obecnie zmniejszył się do 77%, co w pewnym stopniu uniezależniło państwo od pożyczek zagranicznych. Rosły przez ten czas również płace, a inflacja osiągnęła najniższy poziom w historii. Rozwój przemysłu jest na tyle szybki, że maleje bezrobocie, które we wrześniu 2015 r. wynosiło 6,4% − znacznie poniżej 11,8% z 2010 r. W 2010 r. pracowało 3,8 miliona osób, obecnie liczba ta wzrosła do 4,26 mln. Jednak wysokie koszty obsługi długu publicznego w 2013 r. pochłaniały aż 4,2% PKB (dwukrotnie więcej niż w pozostałych krajach V4).

Orbán nazwał połączenie rozwoju ekonomicznego, spadku bezrobocia i dyscypliny budżetowej − „węgierskim modelem”. I to bez obciążania społeczeństwa i „zaciskania pasa” w stylu MFW. Gospodarka kraju rozwija się, uniknęła początkowej katastrofy i nie została podporządkowana zagranicznym grupom interesów. Jednak agencje ratingowe do dzisiaj utrzymują oceny Węgier na poziomie „śmieciowym”.

Polityka zagraniczna

Istotnym elementem reformatorskiej strategii Orbána była zmiana polityki zagranicznej, mającej lepiej służyć interesom narodowym Węgier. Podstawowe jej wektory zdefiniowano poprzez „trzy filary: amerykański to sojusz militarny, współpraca gospodarcza i suwerenność polityczna. Europejski to związek polityczny, ekonomiczny i wojskowy. Rosyjski to szacunek dla prawa międzynarodowego i korzystania z szans współpracy gospodarczej” (Orbán).

Viktor Orbán: „Żeglujemy pod flagami Zachodu, jednak w ekonomii wiatr wieje ze Wschodu”.

W Europie – jak równy z równymi

Wzrost gospodarczy Węgier, a szczególnie inwestycje jest poważnie uzależniony od dotacji Unii Europejskiej, której prawodawstwo stanowi lwią część prawa krajowego. Unia ma narzędzia nacisku, które wykorzystuje wobec państw słabszych, zależnych od jej finansowania. Czasami wystarczy nacisk na elity władzy, czasami publiczna krytyka czy medialne nagłośnienie. Odwołanie się do przepisów prawa jest ostatecznym narzędziem.

Pomimo tej unijnej soft power Orbán domagał się w Brukseli, by „traktować Węgry jak równych sobie, a nie jak jakichś gorszych”. Tak jak choćby w przypadku Francji, która w 2012 r. miała 4,8% deficytu, a Komisja nie rozpoczęła procedury nadmiernego deficytu. Gdy Komisja zablokowała South Stream, Orbán kontrował: „Niemcy zbudowali Nord Stream, co sprawia, że mogą ominąć Ukrainę jako źródło potencjalnego zagrożenia. Nie chcemy większych korzyści niż te, których pragną Niemcy”.

Węgrzy protestowali przeciwko stosowaniu podwójnych standardów − te same działania rządów Orbána i krajów bogatej Europy wywoływały skrajnie odmienne reakcje Brukseli. Krytykując obniżenie wieku emerytalnego sędziów z 70 do 62 lat, posługiwano się argumentem, że Orbán odsyła przedstawicieli dawnego systemu komunistycznego na emeryturę. Jednak identyczne reformy włoskiego premiera Renziego obniżające wiek sędziów z 75 do 65 lat − wywołały zadowolenie Brukseli, gdyż poprawiały system emerytalny. Celem węgierskich reform oczywiście było oczyszczenie systemu sądowniczego z pozostałości komunistycznych, jednak podobny proces w dawnej NRD przeprowadzono znacznie szybciej i radykalniej.

Węgry też stały na straży zakresu swoich kompetencji jako państwa członkowskiego. Péter Szijjártó − minister spraw zagranicznych i handlu – na krytykę odpowiadał zdecydowanie: „Unia nie powinna nam mówić, jaką mamy prowadzić politykę energetyczną”, przypominając, że polityka energetyczna należy do kompetencji państw członkowskich, a nie Komisji. To powodowało, że rząd nie palił się do głębszej integracji z Unią.

Viktor Orbán: „Unia ma straszliwe pomysły, propozycje graniczące z szaleństwem i rażąco nierówne traktowanie, ale dla nas Węgrów to rodzina. Nie będziemy się rozwodzić”.

Fidesz bronił jednak zdecydowanie członkostwa w Unii, co odróżniało go od prawicowego Jobbiku. I choć padały gorzkie słowa – László Kövér mówił np. „gdy Bruksela mówi, jak kraj ma się zachowywać, przypomina to Moskwę z czasów komunistycznych”, to jednak scenariusz wyjścia z Unii uważał za „koszmar”.

W polityce europejskiej Węgry są najbardziej związane gospodarczo z Niemcami (25% handlu zagranicznego, inwestycje zatrudniające 280 tysięcy pracowników, szczególnie koncernów samochodowych). Także podczas kryzysu ukraińskiego, gdy USA naciskały bardzo mocno na Orbána, ten zawarł sojusz z Angelą Merkel, uznając przywództwo Niemiec w polityce europejskiej, szczególnie wschodniej. Wizyta pani kanclerz w Budapeszcie poprzedzała wizytę Władimira Putina, by „prowadzić do zbliżenia między Europą a Rosją”, jak mówił Orbán, widzący „bezpieczeństwo i pokój dla Węgier z dwoma mocarstwami, obecnymi w Europie Centralnej – Niemcami i Rosją”.

Chociaż uznawał europejskie przywództwo Niemiec, często nie przebierał w słowach. Gdy kanclerz Merkel stwierdziła, że „choć musimy zrobić wszystko, żeby Węgry wróciły na właściwą drogę, ale nie znaczy to, że od razu mamy wysłać kawalerię…”, Viktor Orbán odpowiedział: „Niemcy już raz przysłali tutaj kawalerię – pancerną, prosilibyśmy, żeby nie przysyłali jej znowu”. Jednak to właśnie Niemcy uznawał za „kompas” europejskiej polityki. I choć krytyka obficie płynęła z Niemiec, to dzięki wysiłkom strony węgierskiej, stosunki Budapeszt–Berlin pozostały stabilne. Także dzięki takim sojusznikom, jak choćby Hans-Peter Friedrich, premier Bawarii z zaprzyjaźnionej z Fideszem CSU, który twierdził, że stosunki z Węgrami są doskonałe, a „histeria w zachodnich mediach opiera się na przesadnych interpretacjach”.

Waszyngton – szorstka przyjaźń

Orbán uważa politykę amerykańską za „zmienną, zależną od polityki wewnętrznej, więc nie można na niej budować sojuszów strategicznych. Dlatego musimy się porozumieć z Niemcami i Rosją”. Podawał dwa przykłady: tarczę antyrakietową i Nabucco, które Waszyngton mocno popierał, a potem z obu się wycofał, pozostawiając zaangażowane w nie kraje na lodzie.

Péter Szijjártó zapewniał: „USA są naszym przyjacielem, USA to nasz najbliższy sojusznik”, jednak strategicznym partnerem Węgier zostały Niemcy, a kanclerz Merkel była „najważniejszym światowym liderem”, z którym „wzmocnienie sojuszu jest priorytetem 2015 roku” (János Lázár).

Budapeszt i Waszyngton łączą silne związki gospodarcze, 1750 amerykańskich firm działa na Węgrzech, zatrudniając 90 tysięcy pracowników. Orbán ma jednak sceptyczny stosunek do porozumienia TTIP, i stwierdził, że „Węgry nie poprą żadnej umowy handlowej między UE i USA, która osłabi jurysdykcję węgierskich sądów w sporach handlowych”. Z kolei na liście priorytetów USA w polityce wobec Węgier pierwsze miejsca zajmowały bezpieczeństwo energetyczne oraz stosunki z Rosją. Stąd i ostre zgrzyty między sojusznikami.

Równoważenie Wschodem

Węgry próbowały wykorzystać położenie geopolityczne do balansowania między potęgami i wyciągania korzyści ze swej pozycji. Orbán wielokrotnie deklarował i dowodził działaniami, że Węgry są członkiem Unii Europejskiej i NATO, że są to sojusze jedyne możliwe. Jednak Zachód wymaga czegoś więcej – przyjęcia swojego systemu wartości, modelu państwa i podporządkowania sobie gospodarki. Węgry przyjęły więc w odpowiedzi politykę „otwarcia na Wschód”, czyli współpracy z nowymi potęgami gospodarczymi jak Chiny, Azerbejdżan, Arabia Saudyjska, Kazachstan, później także Rosja. Oprócz wzrostu handlu spodziewano się przyciągnąć inwestycje i uzyskać nowe źródła finansowania.

Była to także próba zmniejszenia uzależnienia od Unii jako źródła wzrostu gospodarki (76% obrotów handlowych), ale także próba politycznego nacisku. Rynki azjatyckie, mające niewielki udział w gospodarce Węgier (6% handlu) dawały duże możliwości rozwoju. Jednak pomimo dużych wysiłków dyplomatycznych strategia ta w krótkiej perspektywie przyniosła ograniczone efekty.

Rosja niezbędna Europie i Węgrom

Kierując się ku Rosji, Węgrzy szukali przede wszystkim bezpiecznych dostaw surowców energetycznych i korzyści ze współpracy gospodarczej. Orbán potrafił pragmatycznie wykorzystać sytuację polityczną, gdy osamotniona Rosja szukała sojuszników.

Stosunki te przestały być obarczone niedawną dramatyczną historią. A to Orbán przecież jako pierwszy publicznie w czerwcu 1990 r. zażądał wycofania wojsk radzieckich z Węgier. W latach 1998 − 2002 relacje z Moskwą były niemal zamrożone. Ale pomimo antykomunizmu Fideszu i negatywnego nastawienia do Rosji, Viktor Orbán zaczął budować dobre relacje jeszcze przed wyborami, w 2009 r. spotykając się w Władimirem Putinem na zjeździe partii Jedna Rosja w Moskwie. Rok później Orbán już jako premier mówił w Moskwie: „Węgry zamknęły trudny rozdział w stosunkach z Rosją i weszły w nowy etap, dlatego można je planować w dłuższej perspektywie”. Współpraca ta nie przeszkadzała czcić pamięci dramatu powstania narodowego w 1956 r.

Orbán twierdził, że „odcinanie Rosji od Europy nie jest racjonalne”. Dla zrównoważenia powtarzał jednak: „Węgry są częścią zachodniego sojuszu, NATO i Unii. Nie ma najmniejszych wątpliwości”, dodając dla jasności: „jednak członkami sojuszu, a nie zakładnikami”. Ostrzegał też Europę, że staje się „ziemią niczyją” między Ameryką a odbudowującym się Wschodem, i żeby odbudować swoją pozycję w świecie musi mieć nową strategię geopolityczną.

Premier Węgier uważa Rosję (w ślad za Helmutem Kohlem i François Mitterrandem) za partnera strategicznego, bez którego Europa nie może być konkurencyjna. Podobnie dla Węgier, dla których Rosja jest ważnym rynkiem (drugi po Niemczech partner handlowy, 11 miliardów euro obrotów, 3 miliardy rosyjskich inwestycji i 2 miliardy węgierskich) i dostawcą energii. Ogromny deficyt handlowy z Rosją (5 miliardów dolarów) dawał podstawę do starań o jego zrównoważenie, czyli zwiększenie węgierskiego eksportu.

Porozumienie budowano na rozwiniętej już współpracy i wzajemnych inwestycjach. Dostawy ropy i inwestycje Łukoila w stacje paliw, wydobycie przez MOL ropy wspólnie z Rosnieftem, a szczególnie współpraca z Rosatomem, który już modernizuje i zwiększa moce istniejących bloków elektrowni Paks – to najlepsze przykłady. I choć zależność energetyczna Węgier od importu wynosi 52% i jest znacznie wyższa niż Polski (25% za 2013 r.), to więzi z Rosją są silniejsze a współpraca w imporcie ropy, gazu, czy paliwa jądrowego − bardzo dobra.

W gazie ziemnym Węgrzy wynegocjowali korzystne warunki odbioru niewykorzystanego gazu z dotychczasowego kontraktu, bardzo opłacalne przy niskich cenach rosyjskiego importu. Mając ogromne podziemne magazyny (o pojemności 6,3 mld m3) przedstawili Gazpromowi ofertę wspólnego ich wykorzystania.

 Viktor Orbán: „Rosję i Węgry łączy to, że oba narody mają chrześcijańskie korzenie”.

Węgry popierały, jeszcze za wcześniejszych rządów, rosyjski projekt gazociągu South Stream. Gdy władzę przejął Viktor Orbán, spodziewano się zwrotu w sojuszach. Przecież gdy premier Gyurcsány podpisywał pierwsze porozumienie o budowie gazociągu, będący wówczas w opozycji Fidesz oskarżał go o „konstytucyjny zamach stanu”. Jednak po objęciu rządów − rozwinął współpracę energetyczną z Rosją, a jej uwieńczenie nastąpiło 31 stycznia 2014 r., gdy podpisano porozumienie z Rosatomem o budowie dwóch nowych bloków (dodatkowe 2,2 tysiąca megawat) elektrowni jądrowej Paks, zaspokajającej dzisiaj 40% węgierskich potrzeb.

Jedynie bowiem Rosatom proponował finansowanie inwestycji (10 miliardów euro) i to na znacznie korzystniejszych warunkach niż rynkowe. Bez tego nie byłoby taniej energii, istotnej przy niskich zarobkach społeczeństwa i koniecznej dla zachowania konkurencyjności przemysłu. Wybrano najtańszy dla odbiorców model finansowania, zmniejszając koszty budowy przez zwrot kredytu z budżetu. Krajowe firmy będą miały 40-procentowy udział w budowie, a dodatkowo na Węgrzech będzie produkowany uran.

Jednak dwustronne porozumienia międzypaństwowe, rezygnacja z przetargu, a także przekazywanie tak wielkich inwestycji rosyjskiemu przedsiębiorstwu – napotykają opory w Brukseli, więc ciągle dochodzi do kwestionowania umów, kolejnych kontroli i negocjacji. Także Waszyngton przeciwstawia się temu kontraktowi, żądając jego ujawnienia, powrócenia do formuły przetargu, gdyż beneficjentem wprowadzanych przez Euratom zapisów o dywersyfikacji dostawy paliwa jądrowego jest amerykański Westinghouse, jako jedyny produkujący pręty zgodne z wymogami rosyjskich reaktorów.

Wyjątkowo trudny był dla Orbána kryzys ukraiński w 2014 r., gdy nie poparł bezkrytycznie nowych władz w Kijowie, lecz twardo domagał się autonomii dla 200 tys. Węgrów na ukraińskim Zakarpaciu, które niemal przez tysiąc lat należało do Węgier. Co gorsza: zamiast eksportować gaz na Ukrainę, Węgrzy zatłaczali własne magazyny. Donald Tusk zarzucił wtedy Orbánowi „wspieranie głównej linii rosyjskiej propagandy”. Wizyta Orbána na Kremlu w styczniu 2014 r. oraz wizyta Putina lutym 2015 r. w Budapeszcie były ostro krytykowane, także w Polsce, jednak premier Węgier odważnie wykorzystał konflikt do budowania silnych relacji ze wschodnim sąsiadem.

Viktor Orbán: „Jesteśmy solidarni z Ukraińcami, ale nie możemy zapominać o naszych własnych interesach”.

Węgrzy oparli politykę energetyczną na dostawach z Rosji, więc nie popierali polskiej propozycji Unii Energetycznej, gdyż ograniczała ona suwerenność państw członkowskich, pozwalając na ingerencję Brukseli w umowy międzypaństwowe. Więzi sojusznicze były jednak na tyle mocne, że Węgrzy nie zawetowali sankcji nałożonych na Rosję, choć tracili na nich i wielokrotnie je krytykowali.

Orbán ma w kraju poparcie dla polityki prorosyjskiej, gdyż nastawienie do Rosji jest tam wręcz odwrotne niż w Polsce – wszystkie znaczące siły polityczne są za współpracą z nią, od dzisiejszej opozycji, która za swoich rządów chciała budować rurociąg South Stream, po prawicowy Jobbik, który naciska na zacieśnianie współpracy z Kremlem, mówiąc nawet o uczestnictwie we wspólnocie euroazjatyckiej.

Międzynarodowe oburzenie

Konflikt rządu Orbána z Zachodem rozgrywał się na kilku płaszczyznach: wartości, ustroju państwa, gospodarki i geopolityki. Krytyka ma zasięg światowy, płynie z wielu centrów politycznych, instytucji międzynarodowych, organizacji, koncernów i banków, a wszystko jest nagłaśniane przez media.

Przede wszystkim jest to fundamentalne starcie wartości, gdyż przyjęte przez Węgry wartości, także odwołanie do Boga jako fundamentu państwa – jest sprzeczne z modelem liberalnego społeczeństwa. Politycy i instytucje Zachodu, szczególnie Stany Zjednoczone, które w swej polityce zagranicznej promują wzory liberalne, odpowiadają zmasowaną krytyką. Nie można się z liberalnego kanonu wyłamać, być sojusznikiem i jednocześnie wyznawać innych wartości. Dlatego sformułowanie „nieliberalne państwo” (przerobione w mediach na „nieliberalną demokrację”) wywołało światową falę oburzenia, zostało uznane za prowokacyjne rzucenie rękawicy.

Drugim podstawowym wyzwaniem rządów Orbána jest zakwestionowanie prawa Zachodu do określania, jaka demokracja ma obowiązywać nowych członków wspólnoty. Ustrój, którego wymagał Zachód kładł nacisk na wolności osobiste, osłabiając za to struktury państwowe, społeczne, a przede wszystkim gospodarcze. Najbardziej krytykowana była Konstytucja – oskarżano Orbána o obalanie państwa prawa i niszczenie podstaw demokracji. Oprotestowywano konsolidację i wzmocnienie państwa, które mogło znacznie sprawniej przez to działać, a nie „istnieć jedynie teoretycznie”. Rzucano oskarżenia, że jest to „kontrolowana demokracja”, dodając „przez Orbána i jego ludzi”, choć wzmocnienie władzy wykonawczej nie przekraczało ram i praktyk od lat stosowanych w krajach zachodniej Europy.

Kolejnym punktem sporu była geopolityczna gra Węgier wobec Rosji, szczególnie po wybuchu konfliktu ukraińskiego. Swoją samodzielnością wywołały agresywną krytykę i restrykcje z wielu stron, i w tej sprawie używano całej palety narzędzi wpływu i nacisku, czasami wręcz szantażu.

Głośna ale bezradna Bruksela

Żadne z państw członkowskich nie doświadczyło ze strony Unii tak ostrej krytyki jak Węgry i osobiście Orbán. Nawet dowcipne przywitanie go przez Przewodniczącego Komisji Junckera per „dyktator” mogło co słabszemu politykowi stanąć ością w gardle.

W Parlamencie Europejskim węgierska opozycja stworzyła platformę walki z rządem, mając tu znacznie większą „siłę rażenia” dzięki poparciu europejskiej lewicy. Wachlarz narzędzi parlamentarnych był szeroki − przez instytucje europejskie przeszły trzy fale krytyki, związane głównie z ustawą medialną, ze zmianami konstytucji i kompetencji organów państwa. Różne organy (Komisja Europejska, Parlament, Rada Europy, Komisja Wenecka, Trybunał Sprawiedliwości, Europejski Bank Centralny, Europejski Rzecznik Praw Obywatelskich czy Agencja Praw Podstawowych Unii Europejskiej, a spoza Unii − OBWE a nawet sekretarz generalny ONZ) poświęcały swój czas, zwoływały zebrania komisji i formułowały rezolucje, zastrzeżenia, zalecenia, a nawet ostrzeżenia…

Szczytowym punktem konfliktu na łonie Parlamentu było przeprowadzenie przez komisję wolności obywatelskich (ale nie parlament) tzw. „raportu Tavares”. Nakazywał on cofnięcie większości zapisów z konstytucji oraz stworzenie nowego „mechanizmu kopenhaskiego”, nadzorującego państwa członkowskie pod względem przestrzegania podstawowych wartości unijnych, a nawet powołanie stałej misji OBWE, monitorującej przebieg wyborów. Na podstawie artykułu 7 traktatu zagrożono także zawieszeniem prawa głosu w Radzie UE, co określane jest jako tzw. opcja nuklearna. Propozycje te wychodziły znacząco poza uprawnienia Unii, jednak nie zostały przyjęte przez Parlament. W konfliktach na forum Parlamentu Węgry znajdowały wsparcie w Europejskiej Partii Ludowej, której Fidesz był członkiem, dlatego też nie podejmowano tam twardszych decyzji.

Viktor Orbán: „Chodzi o obniżenie cen mediów, podatek bankowy, podatki obciążające międzynarodowe koncerny − o to chodzi w sporach z Brukselą. Każda inna sprawa – polityka, prawa człowieka – to wymówka”.

Ze strony Komisji Europejskiej krytyka była także zdecydowana, nawet prezydent Barroso stawiał Orbánowi ultimatum, wzywając do rezygnacji z drastycznych zmian prawa. W szczytowym momencie konfliktu − w lutym 2012 r. w ramach procedury nadmiernego deficytu Komisja zdecydowała się na bezprecedensowy krok − zarekomendowała Radzie zamrożenie Węgrom pół miliarda euro środków z funduszu spójności. Byłby to pierwszy przypadek tak drastycznych sankcji, jednak nie doszły one do skutku. Rząd węgierski tak zmobilizowało to do walki z deficytem budżetowym, że w efekcie wyszedł spod nadzoru Komisji już w czerwcu 2013 r.

Starcia słowne i gromy padające z Brukseli były głośne, jednak nie prowadziły do realnych konsekwencji. Narzędzie to szybko się wyczerpało, gdyż jego siła polegała głównie na nagłośnieniu przez media. Jeśli politycy nie ulegną takim naciskom, mają dość dużą swobodę działania. Bezradność Unii bierze się z faktu, że państwa członkowskie zachowały znaczącą część suwerenności, a sprawy państwowe, podstawowe wartości − są materią, gdzie trudno udowodnić, czy ramy konstytucyjne naprawdę naruszają wspólne standardy i zasady europejskie. Unii pozostają naciski nieformalne, protesty publiczne i szum medialny – jak pokazuje przykład komisarz Neelie Kroes, która na Twitterze zachęcała do antyrządowej demonstracji, wzywając niezdecydowanych do uczestnictwa.

Ameryka na straży geopolityki i liberalnej demokracji

Potężna presja, naciski oraz słowa krytyki płynęły zza Oceanu. Rząd amerykański początkowo tolerował zmiany na Węgrzech, jednak w miarę narastania odstępstw od liberalnego modelu demokracji, napięcia i konflikty rosły, a z powodu odmowy udziału we wspólnej grze przeciw Rosji – spór przeszedł w otwarty konflikt. Gdy po 2012 r. stosunki z Brukselą unormowały się, nieustannie rósł nacisk ze strony Waszyngtonu.

Orbána i Fidesz krytykowano z najwyższych szczebli władzy – sam prezydent Obama uznał Węgry za kraj depczący prawa człowieka, przyrównując je do Egiptu, choć tam masowo zabijano ludzi na ulicach i skazywano ich setkami na karę śmierci w masowych procesach.

Węgrom poświęcono kilka przesłuchań Komisji Helsińskiej – ciała parlamentarnego monitorującego sytuację w Europie. Padały tam ostre oskarżenia wobec Węgier, a specjalne posiedzenie 2 marcu 2013 r. miało wymowny tytuł „Demokracja na Węgrzech zagrożona”. Zarzucano Węgrom antysemityzm, rasizm wobec Romów, złe traktowanie mniejszości seksualnych, stawiano też wiele innych zarzutów. I choć niektórzy kongresmeni (jak Chris Smith) wyrażali uznanie dla działań Orbána, były to jednak pojedyncze głosy, a ataki Białego Domu i Departamentu Stanu nie ustawały. Amerykańscy senatorzy protestowali w liście do Orbána, a ambasadorzy krajów zachodu wspierali otwarcie parady równości. Także ograniczenie ilości organizacji uznawanych za kościoły wywołało szeroką krytykę, gdyż osłabiało oddziaływanie amerykańskich grup protestanckich. Waszyngton służył także wsparciem węgierskiej opozycji politycznej, która otwarcie zwracała się do Hillary Clinton, by broniła rządów prawa i demokracji przed Orbánem.

Węgry były mocno krytykowane także podczas specjalnego przesłuchania w Kongresie USA w maju 2015 r. Charakterystyczny jest przykład byłego ambasadora Węgier w USA Andrasa Simonyiego, który zarzekając się, że jest węgierskim patriotą, wzywał amerykańskich senatorów do działania, by „naród węgierski wiedział, że amerykańscy prawodawcy śledzą sytuację, że są czasami zaniepokojeni pewnymi trendami i decyzjami rządu węgierskiego”.

Amerykańscy politycy oskarżali węgierskiego premiera, że jest „koniem trojańskim Putina”, że Węgry staczają się w autorytaryzm, a senator McCain posunął się do twierdzenia, że Orbán to „neofaszystowski dyktator, kumający się z Putinem”. Padały nawet uwagi ze strony byłego ambasadora USA, że „usunięcie Węgier z Unii jest do pomyślenia”. Politycy amerykańscy posuwali się także do nieprzyjemnych insynuacji, jak były prezydent Clinton, mówiąc o Orbánie, „tacy faceci chcą ciągle być u władzy i robić pieniądze”.

Zdecydowanie protestowano przeciwko współpracy energetycznej z Rosją, starając się zablokować udział w projekcie South Stream, budowę nowych bloków atomowych czy sprzedaż Gazpromowi przez MOL 49% akcji chorwackiej spółki naftowej INA, a tym samym oddaniu Rosjanom kolejnego przyczółka w Unii. Charge d’affaires André Goodfriend stwierdzał: „Węgry potrzebują prawdziwej niezależności energetycznej, która jest zagrożona budową drugiej nitki rurociągu gazowego i rozbudową elektrowni atomowej. Stany Zjednoczone pomogą ją Węgrom zbudować”.

Rząd węgierski oskarżano też o korupcję i tutaj Amerykanie posunęli się do spektakularnych działań, sięgając do narzędzia wyjątkowego wobec NATO-wskich sojuszników – w październiku 2014 r. poprzez Presidential Proclamation 7750 nałożono sankcje personalne na 6 węgierskich polityków, którym zarzucono korupcję. Nie przedstawili przy tym żadnych dowodów, więc Węgrzy uznali to za „przykrywkę” i reakcję na dochodzenia w sprawie amerykańskich firm, zamieszanych w oszustwa VAT-owskie. Sprawa była poważna, a reakcja Orbána zdecydowana – zażądano dowodów korupcji i wezwano przed sąd dyplomatę amerykańskiego André Goodfrienda, któremu jednak nie uchylono immunitetu dyplomatycznego, więc w 2015 r. wyjechał dyskretnie „z przyczyn osobistych”. Do wyjazdu przyczynił się także jego aktywny udział w manifestacjach antyrządowych.

Wypowiedź podsekretarza stanu, pani Sarah Sewall, która w grudniu 2014 r. powiedziała, że „ambasady w krajach centralnej i wschodniej Europy przygotowują obecnie plany wspierania reform antykorupcyjnych”, wywołała zdecydowaną reakcję. Viktor Orbán ocenił to jako „wywieranie presji” i stwierdził, że „nikt na Węgrzech nie jest szczęśliwy, że nasz kraj stał się dla USA polem operacji”.

Grożono także, że „Stany nie będą mogły już traktować Węgrów jako sojuszników”, a Viktoria Nuland stawiała twarde warunki: „jak możecie się chronić artykułem piątym traktatu NATO, jednocześnie wprowadzając «nieliberalną demokrację», wzmacniając nacjonalizm, ograniczając wolność prasy, demonizując społeczeństwo obywatelskie?”.

Pani ambasador Bell skrytykowała stanowczą postawę wobec zalewu uchodźców, określając ją jako „ksenofobiczna” i twierdząc, że „jako część międzynarodowej społeczności Węgry mają fundamentalne obowiązki pomagania uchodźcom”. Minister Szijjártó odpowiadał na te zarzuty: „Stany Zjednoczone chciałyby widzieć więcej imigrantów w Europie, jednak Węgry nie są jednym ze stanów USA, ale członkiem Unii Europejskiej, rozmawiamy o tych sprawach z Unią”.

Orbán otwarcie krytykował działania Waszyngtonu, oskarżając go, że „wywiera na Węgry ogromną presję, obawiając się ich zbliżenia z Rosją”. Węgrzy odczytywali politykę amerykańską jako element rozgrywki wokół Ukrainy i „próbę wciągnięcia ich w konflikt z Rosją” (Orbán) oraz działanie na rzecz przyjęcia porozumienia TTIP.

 Viktor Orbán: „Nie prowadzimy polityki prorosyjskiej, ale politykę prowęgierską”.

Przewodniczący parlamentu László Kövér oskarżał Amerykę o kreowanie nowej partii politycznej, która miałaby zastąpić Wolnych Demokratów i wejść do parlamentu w 2018 r. János Lázár twierdził, że USA nie biorą pod uwagę tradycji tego regionu, nie rozumieją historii Europy i głośno mówił o naciskach, by otworzyć rynek dla eksportu amerykańskiego gazu, odpowiadając: „Węgry nie są na sprzedaż, ani dla Ameryki, ani dla Rosji. Gaz kupimy od tego, kto sprzeda taniej i zabezpieczy jego dostawy”.

Stany Zjednoczone mają cały zestaw narzędzi oddziaływania na kraje takie jak Węgry. Ciekawe ich zestawienie przedstawił podczas przesłuchania w Kongresie reprezentant organizacji Human Rights First. Proponował różne formy oddziaływania przez następujące instytucje:

  • Unia, Parlament Europejski, by mocniej protestowały przeciwko zmianom,
  • organizacje międzynarodowe, jak Community of Democracies, Open Government Partnership i International Holocaust Remembrance Alliance (IHRA),
  • rząd USA, który powinien:
    • aktywnie walczyć z korupcją przez uświadamianie narodu węgierskiego i ujawniać szczegóły takich wydarzeń, także dostarczanie materiałów i dowodów zdobytych przez służby specjalne, a także wspólnie z Niemcami nagłaśniać korupcję w rządzie węgierskim,
    • wspierać dziennikarstwo walczące z korupcją poprzez granty i szkolenia,
    • odmawiać wiz skorumpowanym urzędnikom,
    • wspierać publiczną dyplomację – budowanie dobrego wizerunku Ameryki w sieci i portalach społecznościowych,
    • finansować poprzez USAID programy kształcenia młodych liderów, którzy będą walczyć z korupcją i promować „good governance”,
    • finansować społeczeństwo obywatelskie (NGO) na Węgrzech,
    • finansować międzynarodowe instytucje, jak NED, IRI, NDI, IREX, Internews, Freedom House i inne,
  • ambasada amerykańska, która może przeprowadzać:
    • protesty przeciw ograniczaniu pola działania NGO,
    • podnosić problem antysemityzmu – wywierać nacisk dyplomatyczny przez publiczne potępianie i żądanie od węgierskich oficjeli, by odcinali się i potępiali przejawy antysemityzmu, którego konkretne oznaki powinny być objęte międzynarodowym nadzorem,
    • zapobiegać zmianom podręczników historii, by nie promowały rewizjonistycznych wersji historii, także poprzez pomniki i muzea.

Lista ta wydaje się być dobrą ilustracją środków wpływu, jakimi posługują się Stany w polityce międzynarodowej. Praktyczne działania Departamentu Stanu ilustruje instrukcja, jaką od Viktorii Nuland otrzymał minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó 21 października 2014 r. Lista, która wyciekła do Internetu, zawiera 27 zaleceń, w których domagano się odwrócenia praktycznie wszystkich reform. Jest ona długa, ale warto ją przestudiować[i], by zrozumieć, jak w praktyce działa amerykańska dyplomacja i jaki ustrój Waszyngton uważa za demokrację liberalną.

Społeczeństwo obywatelskie czy płatni agenci?

Po wyborach 2014 r. rząd Fidesz popadł w konflikt z finansowanymi zza granicy organizacjami pozarządowymi (NGO). Niewielka część instytucji społeczeństwa obywatelskiego (kilkadziesiąt na 80 tysięcy działających na Węgrzech) zaangażowana była w politykę, wspierając opozycję polityczną. Jednak ich zagraniczne finansowanie spowodowało, że Orbán protestował przeciwko „obcym grupom interesów”, które wpływały na węgierską politykę, zamiast zajmować się polepszaniem sytuacji społeczeństwa.

Rząd zaprotestował przeciw działaniom Norwegii, która poprzez finansowane przez nią NGO ingerowała w sprawy wewnętrzne. Władze węgierskie zarzucały tym organizacjom nieprawidłowości w rozdzielaniu grantów i powiązania działaczy z partiami opozycyjnymi. I choć przedstawiono raport o tych praktykach – Norwegia odmówiła współpracy, uznając, że kontrola funduszy nie leży w gestii rządu węgierskiego. Wstrzymała też finansowanie organizacji pozarządowych, jednak utrzymała je wobec Őkotárs – organizacji, która była przyczyną konfliktu. Policja weszła do biur Őkotárs i Demnet, zabierając dokumentację i sprzęt, a 58 innych organizacji poddano kontroli.

Węgierscy politycy bardzo ostro krytykowali upolitycznione NGO, które Orbán określił jako „płatnych zagranicznych agentów”, a jego rzecznik stwierdził, że „Amerykanie boją się o swoją sieć na Węgrzech”. Minister Hoppál oskarżył węgierski Komitet Helsiński, że tylko udaje organizację społeczeństwa obywatelskiego, a jest utrzymywany za amerykańskie pieniądze, żeby dyskredytować swój kraj i rząd”. László Kövér, przewodniczący parlamentu nazwał ich „działaczami opłacanymi przez zagranicę” i przypomniał, że „niektórzy, tak jak w latach 1919−1920 czy w 1944 r. zapominają, że ich obowiązkiem jest reprezentować interesy Węgier za granicą, a nie interesy zagranicy na Węgrzech”. Usłyszeli wtedy z Waszyngtonu, że „USA jeszcze raz przypomina Węgrom, że są zobowiązane do przestrzegania praw człowieka, demokracji i rządów prawa, do jakich zobowiązały się w OBWE”.

 Viktor Orbán: „Nie mamy do czynienia z działaczami społecznymi, ale z płatnymi politycznymi aktywistami, którzy wspierają tutaj obce interesy”.

Rząd w końcu przejął kontrolę nad przepływem środków, uniemożliwiając rozdzielanie pieniędzy w dotychczasowy sposób, i napomknął przy okazji o możliwości uchwalenia ustawy na wzór amerykańskiej FARA, która wprowadziła nadzór nad organizacjami finansowanymi zza granicy i reprezentującymi obce interesy.

Media, czyli globalny wzmacniacz

W mediach dominowało wrogie nastawienie do Węgier i rządu Orbána. Wzmacniały i zwielokrotniały informacje i nieprzychylne opinie, budując atmosferę sprzeciwu społecznego i aktywnie zachęcając do protestów i manifestacji ulicznych. Często trudno było w powodzi oskarżeń doszukać się informacji, dowiedzieć, co rzeczywiście się stało, zastępowały je pogłoski, oskarżenia i domniemania czy rozemocjonowane głosy oburzenia. Zjawisko to ma do dzisiaj charakter globalny, przekaz światowych mediów jest jednolity – niechętny, wręcz wrogi wobec „dyktatora” i „faszystowskich, antysemickich, rasistowskich Węgier”.

W tym chórze potępienia uczestniczy szeroka grupa osób − od polityków przez autorytety z różnych branż, intelektualistów, dziennikarzy, publicystów, działaczy stowarzyszeń i organizacji aż po premierów i prezydentów. To właśnie oni wyrażali swoje zaniepokojenie, oburzenie, sprzeciw… itd., itd. Noblista Paul Krugman oskarżał na przykład Węgry o „budowanie autorytaryzmu w sercu Europy”, a premier Fico twierdził, że „Węgry to kraj ekstremistyczny, który eksportuje brunatną zarazę”.

Dobrze oddają atmosferę tej nagonki sformułowania i określenia, które gęsto padały w najlepszych tytułach prasowych czy z trybun politycznych. Ich bogactwo jest imponujące: „permanentne państwo policyjne”, „ksenofobia”, „autorytaryzm”, „dyktatura”, „system mafijny”, „piąta kolumna Putina”, „rosyjski koń trojański”, „węgierski Mussolini”, „gulaszowy rewanżysta”, „putinizm”, „cenzor”, „putinowskie rządy”, „przewrót konstytucyjny”.

Media uciekały się także do fałszywych informacji. „Financial Times” w kwietniu 2015 r. poinformował (z nieujawnianych źródeł) o zablokowaniu przez Komisję Europejską kontraktu nuklearnego z Rosatomem. I pomimo że projekt otrzymał zgodę Komisji, a informacja została zdementowana przez wszystkie strony, była szeroko powtarzana w mediach.

Media uciekały się również do przekręcania i fałszowania wypowiedzi. Gdy na przykład premier Orbán powiedział: „powinniśmy dyskutować o karze śmierci”, „Guardian” napisał: „Premier Węgier chce przywrócić karę śmierci i budować obozy pracy dla uchodźców”, co wywołało falę negatywnych komentarzy najważniejszych europejskich polityków. Gdy minister sprawiedliwości Laszlo Trocsanyi powiedział, że „Romowie mogą być przedmiotem radykalizacji” tytuł z „Eurobservera” głosił „Węgry łączą Romów z dżihadystami w Syrii”. Wiele zniekształconych informacji, pomimo sprostowań, przytaczano później wielokrotnie w innych informacjach, co budowało negatywny obraz Węgier.

Szacowny „Le Monde” przedstawiał karykaturę Orbána w geście hitlerowskiego pozdrowienia, w uniformie przypominającym tamte czasy i na tle flagi z przekreślonym słowem „republika”. Nawet w publicznym niemieckim kanale dla dzieci, przekazywano maluchom informacje o tym, jak rząd węgierski łamie prawa europejskie i ucisza niepokornych dziennikarzy.

Viktor Orbán: „Od 1998 do 2002 r. zachodnia prasa przyrównywała mnie do Hitlera i Duce, teraz do Putina i Łukaszenki. Sami osądźcie, czy to jakiś postęp”.

W badaniach czołowych zagranicznych tytułów instytutu Nézőpont aż 47% informacji było negatywnych wobec Węgier, zaś jedynie 6% − pozytywnych. Minister Szijjártó na antenie BBC wprost mówił, że „międzynarodowe media pokazują wykrzywiony obraz Węgier” i że trwa międzynarodowa kampania przeciw jego krajowi.

Wpływ mediów zagranicznych był ogromny, artykuły, wypowiedzi tłumaczono na węgierski i rozpowszechniano na setkach witryn, w prasie, wydawnictwach i telewizji. Międzynarodowa krytyka Orbána wzmacniała i zachęcała krajową opozycję do demonstracji i ataków na rząd.

Węgrzy bronią się twardo

Na huraganowy ogień krytyki Węgrzy reagowali pryncypialnie, lecz elastyczne. Czasami godzono się na ustępstwa, często wycofywano się taktycznie z jakiejś decyzji, czasami do niej wracano. Wycofywali się ze spraw niemożliwych do obrony, mogących zakończyć się sankcjami Trybunału Sprawiedliwości. Jednak większość krytykowanych zmian w ten czy inny sposób wprowadzono w życie.

Czasami przychodziło Fideszowi robić dwa kroki do przodu i krok do tyłu. Gdy napięcie z powodu South Stream było zbyt duże, nagłaśniano gazowe negocjacje z Azerbejdżanem, amerykańską krytykę zmiękczano rozmowami o dostawach gazu z USA czy zwiększeniem zbrojeń i zakupem helikopterów. Przed wizytą kanclerz Niemiec wznowiono dostawy gazu na Ukrainę. Zręcznie szachowano Brukselę wprowadzeniem nadzwyczajnego podatku w wypadku nałożenia unijnych kar na Węgry.

Orbán musiał często kluczyć, manewrować – co uznawał za część gry politycznej. Wielokrotnie obiecywał, że zniesie podatek bankowy, by trochę uspokoić drugą stronę. Później zmieniał zdanie, a nawet przystępował do jeszcze mocniejszej konfrontacji. Czasami ustępował, gdy nie było szans na zwycięstwo, np. pod groźbami zastosowania sankcji przez Unię w sprawach konstytucyjnych. W wielkich geopolitycznych starciach dawał jasno do zrozumienia, co myśli, reagował zaskakującymi działaniami, jednak unikał przeciągania struny.

Viktor Orbán: „Niezależność kraju w dziedzinie energii, finansów czy handlu nie podoba się tym, którzy do 2010 r. zarabiali na naszym uzależnieniu”.

Rząd węgierski dużo pracy wkładał w wyjaśnianie i prostowanie oskarżeń, przedstawiając argumenty, pokazując na przykład, że podobne rozwiązania funkcjonują w wielu zachodnich demokracjach, które nie są oskarżane o autorytaryzm. Dyplomacja aktywnie prostowała doniesienia mediów, nie szczędząc im przy tym ostrych komentarzy, zarzucając brak profesjonalizmu i bezustanne powtarzanie nieprawdziwych zarzutów. Pisano listy do redakcji, starając się pokazać słabość zarzutów, a często brak podstaw w faktach. Rzecznik Orbána Zoltán Kovács zarzucał jednej z publikacji, że zawiera „bezwstydnie nierzetelne zarzuty”, które „nie są godne «The Washington Post»’’. Rząd bronił się także przed raportami międzynarodowych instytucji, przedstawiając swoje racje. Wystosował np. Open Letter to Freedom House z argumentami, podważającymi oskarżenia tego think tanku. Węgierski chadek Tamás Lukács przypominał, że zasada „najpierw się dowiedzieć, a później formułować opinię” jest bardzo pomocna w pracy dziennikarza.

Węgrzy sięgali także do przyczyn tak szalenie powszechnej krytyki. Orbán zarzucał politykom europejskim, że za ich krytyką stoją interesy wielkiego biznesu. Parlament w deklaracji zaczynającej się do słów „My, Węgrzy” wskazywał na zagrożenie dla europejskiej demokracji − koncerny energetyczne, które stały za przyjęciem krytycznego raportu Tavares. Rząd oskarżał inwestorów, którzy ponieśli straty w czasie reform Orbána, o inspirowanie zarówno politycznych protestów, jak i czarnego wizerunku medialnego Węgier. Koncerny energetyczne, banki, spółki medialne oficjalnie wnosiły skargi do Komisji Europejskiej, by „skłoniła rząd węgierski do wycofania się z niesprawiedliwych obciążeń podatkowych”.

Viktor Orbán: „Tu są Węgry. I nie patrzą one na świat niemieckimi oczami”.

Węgrzy oprotestowywali wtrącanie się w ich wewnętrzne sprawy. Gdy kanclerz Merkel narzucała obowiązkowe kwoty uchodźców, Orbán krytykował niemiecki „imperializm moralny”. Gdy z krytyką władz węgierskich wystąpiła ambasador USA Colleen Bell, János Lázár uznał to za ingerencję w sprawy wewnętrzne Węgier i stwierdził, że „jest wyjątkowo irytujące, gdy dyplomata przybywa do nas i mówi nam jak żyć. Jako kraj nie jesteśmy i nie chcemy być podporządkowani Stanom Zjednoczonym. Oddelegowani tutaj dyplomaci powinni się do tego przyzwyczaić”. Minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó mówił otwarcie w Departamencie Stanu: szanuję przywiązanie Ameryki do wartości demokratycznych, jednak jedną z największych wartości demokracji jest suwerenność”.

Dzięki tej twardej postawie zagraniczna krytyka przyczyniła się do wzrostu popularności Orbána i Fideszu w kraju i konsolidacji elektoratu prawicy. Utworzyło się nawet Forum Porozumienie Obywatelskie, które regularnie organizowało masowe demonstracje (określane jako marsze pokoju), budując szersze poparcie społeczne dla rządu. Napastliwość ataków, nierzetelne opisy sytuacji na Węgrzech – ułatwiały obronę.

O Viktorze Orbánie

Kim jest Viktor Orbán? Ma 52 lata, urodził się w małym miasteczku Alcsutdoboz, prawnik, polityk. Twórca Fideszu, dwukrotnie premier Węgier. Żonaty, piątka dzieci. Kibic piłkarski, sam też gra w piłkę nożną.

Ideał państwa? „Bezpieczeństwo, perspektywy i dobrobyt dla Węgier. Więcej miejsc pracy, mniej podatków, wsparcie dla rodzin, więcej porządku, ale mniej przepisów, bardziej wygodne życie, duma i zaangażowanie”.

Viktor Orbán jest patriotą, ideowcem a jednocześnie pragmatycznym politykiem, przy tym głęboko wierzącym w Boga. Jest kalwinem, który kilka lat temu pogłębił swoją wiarę i w 2005 r. publicznie powiedział: „staram się żyć na Bożą chwałę i dla dobra ludzi”. Twierdzi, że „rodzina to związek jednej kobiety z jednym mężczyzną − to nie mój wymysł, tak postanowił Bóg”. Uważa jednak, że epatowanie wartościami chrześcijańskimi jest szkodliwe. „Oczywiście bez Boga nie można być uczciwym i dobrym człowiekiem, ale ciągłe odnoszenie się do chrześcijaństwa nie pozwoli zdobyć większości wyborców na Węgrzech”.

Jest doskonałym mówcą, operującym mocną, emocjonalną retoryką, używającym twardych słów, ostro uderzających przeciwników. Jego bliski krąg znajomych uważa, że czuje on wręcz boską misję przekształcenia swojego kraju. Ten dynamiczny przywódca zaczynał jako antykomunista, potem był liberałem, by dojść do poglądów konserwatywno-chadeckich.

Jest twardym człowiekiem, przez ponad ćwierć wieku w polityce wykazał się odpornością na ataki, których celem był przez cały ten czas. W czasie kilku lat sprawowania rządów, dzięki odwadze przedstawiania swojego stanowiska, urósł do miana męża stanu i przywódcy na skalę europejską.

Orbán doskonale rozumie realia współczesnej polityki i będąc politykiem skutecznym, potrafi zręcznie dryblować między wielkimi graczami, walcząc o realizację interesów Węgier. Wysokie poparcie dla Orbána wynika z faktu, że nawet pod naporem mocarstw i wielkich pieniędzy – opowiada się po stronie swego narodu. Od najprostszych spraw, jak rachunki za światło, gaz i wodę, do odpierania krytyki czy szantażu wobec państwa. Węgrzy to widzą, stąd jego popularność.

Sukces Węgier może być wzorem dla innych. Pytanie, czy pojawią się naśladowcy. I czy Polska pójdzie ścieżką przetartą przez Węgrów. Czy znajdzie się mąż stanu na miarę Victora Orbána.

Andrzej Szczęśniak

Warszawa, grudzień 2015 r. źródło Viktor Orbán i walka o suwerenność Węgier | Nowa Debata

Przypisy:
[1] cytaty w tekście pochodzą z wystąpień publicznych V. Orbana, tłumaczone z informacji medialnych przez autora tekstu
[2] budapestbeacon.com [angielski], mandiner.hu [węgierski, angielski]
[i] B. Novak, Mandiner says “non-paper” is proof André Goodfriend lied, October 19, 2015. http://budapestbeacon.com/public-policy/mandiner-says-non-paper-is-proof-andre-goodfriend-lied/28483

Jak powstał stereotyp „odrażającego Niemca”

Do najbardziej wyrazistych plakatów z okresu I wojny światowej należy niewątpliwie plakat powstały na zlecenie armii amerykańskiej: postać podobna do goryla, z pikielhaubą na głowie, w prawej ręce trzyma maczugę z napisem „kultura”, lewą ściska wijącą się, półnagą kobietę; w tle pejzaż ruin, który ma symbolizować zniszczoną przez wojnę Europę, dalej morze, a bestia stoi u wybrzeży Ameryki, co można odczytać z napisu na dole. Przesłanie plakatu jest jednoznaczne: „Destroy this mad brute. – Enlist” – „Zniszcz to obłąkane bydlę. – Zaciagnij się”.

Plakat ten należy do arsenału środków propagandy ikonograficznej aliantów, która nie tylko po prostu karykaturowała Niemca – oczywiście przedstawiano go jako kretyna, tchórza, durnia, żarłoka i pijaka – ale także deformowała jego obraz w taki sposób, że całkowicie lub częściowo tracił podobieństwo do człowieka. Plakat należy do specjalnej kategorii przekazu: miał podsycać strach przed inwazją w zamorskich terytoriach Wielkiej Brytanii – przede wszystkim w koloniach Południowej Afryki, Nowej Zelandii i Australii, a następnie w USA. Ich mieszkańcy zapewne nie odczuwali bezpośredniego zagrożenia, dlatego potrzebne było szczególnie drastyczne ostrzeżenie przed „bestią”, „bydlęciem”, „Hunem”, który po pokonaniu Ententy w Europie będzie się szykować do ataku na Azję, Afrykę i Amerykę.

Temu samemu celowi, co notoryczne mówienie o „Hunach”, służyło twierdzenie, że Niemcy stoją na poziomie cywilizacyjnym „poniżej Wandalów”. Już 8 sierpnia 1914 r., a więc zanim jeszcze wojna zdołała spowodować jakiekolwiek większe zniszczenia, sławny francuski filozof Henri Bergson, przemawiając jako prezes Académie des Sciences Morales et Politiques, oświadczył: „Zdecydowana walka z Rzeszą Niemiecką jest w istocie walką cywilizacji z barbarzyństwem. Cały świat to czuje, ale szczególny autorytet naszej Akademii każe nam o tym powiedzieć. Zajmując się w szerokim zakresie badaniem zagadnień psychologicznych, moralnych i społecznych wypełnia ona zwykły obowiązek naukowy, stwierdzając, że brutalność i cynizm Niemiec, ich całkowita pogarda dla sprawiedliwości i prawdy oznaczają regres do stanu dzikości”.
Teorie rasowe jako podstawa nienawiści do Niemców

Wzmianka Bergsona o niemieckim „cynizmie” jest istotna, ponieważ daje do zrozumienia, że barbarzyńcy potrafią się maskować, podawać za ludzi rzekomo kulturalnych, których „Kultur” (to słowo zawsze bez tłumaczenia, pisane z niemiecka wielką literą, tak jak wyraz „Kaiser”, wskazujący na „K-boches”, „kajzerowskie Szwaby”) jest czymś całkowicie innym niż cywilizacja narodów przenikniętych dziedzictwem antyku. Szybko jednak okazuje się, że u Niemca pod cienką powłoką „Kultur” kryje się przynależność do podlejszego gatunku. Jest też „logiczne, że jego celem jest potęgowanie wrodzonej brutalności przy pomocy nauki”. To „barbarzyństwo naukowe” nie zasługuje, oczywiście, na miano „culture”, to tylko „bluff”, a nauka niemiecka jedynie pomaga „uprawiać bestialstwo metodycznie”. Tak to sformułował Léon Daudet, którego nienawiść do Niemców skoncentrowała się na typie naukowca okopanego za stertą książek. Tym sposobem do wizerunku prymitywnego mordercy i podpalacza doszło – stanowiąc jego konieczne uzupełnienie – wyobrażenie Niemca jako zimnego i pedantycznego, a zatem w pewnym sensie inteligentnego, sprawcy.

Nie oznacza to wcale przekreślenia koncepcji, że Niemców zaliczyć należy, jak mówił Bergson, do „stanu dzikości”, co w epoce kolonializmu oznaczało ich wyrugowanie ze wspólnoty Europejczyków i wskazanie im miejsca na samym dole hierarchii narodów. Zamysł ten wiązał się również z teoriami rasowymi, mającymi w okresie przedwojennym tak wielkie znaczenie. Wyobrażenie o „wojnie ras” komplikowało się jednak w przypadku brytyjskim. Podkreślano więc celtyckie i rzymskie pierwiastki brytyjskiego dziedzictwa kulturowego, Brytyjczycy uznawali się za „przynależnych w połowie do rasy rzymskiej” albo sięgali po swoiście metaforyczne pojęcie rasy, pozwalające traktować Niemców jako „Hunów”, tzn. „Azjatów” szczególnie brutalnego i odpychającego rodzaju.

W USA ten model przyjęto bez zastrzeżeń. Natomiast we Francji wystapiło odrębne zjawisko. Już 15 sierpnia 1914 r. autor katolickiego czasopisma „La Croix” oświadczył, że „odrodził się dawny duch walki Gallów, Rzymian i Franków”, i dodał: „Trzeba wymieść Niemców z lewego brzegu Renu. Te podłe hordy należy zapędzić z powrotem za ich własne granice. Gallowie Francji i Belgii muszą wygnać intruza zdecydowanym uderzeniem i raz na zawsze. Zaczyna się wojna ras”. W roku 1915 niejaki Urbain Gobier opublikował książkę o „rasie niemieckiej” – „die race allemande” – która dalece wykracza nawet poza takie wyobrażenia antagonizmu rasowego. Odwoływał się przy tym do wcześniejszych prac, które powstawały we Francji już od klęski roku 1871 i miały na celu dostarczenie biologicznej podstawy twierdzeniu, że Niemcy (lub Prusacy) stanowią odrębną rasę, absolutnie obcą Francuzom i Europejczykom. Podczas I wojny światowej Gabriel Langlois rozwinął tezę, że Niemców – w odróżnieniu od przystojnych Słowian – w żadnym razie nie można zaliczyć do „rasy aryjskiej”, bo są mieszanką rasową fińsko-bałtycko-słowiańską, co można poznać choćby po grubokościstości i dysproporcjach w budowie ciała. Jest to „rasa pilna, głupia, zręczna w pracy, okazująca więcej woli niż wiedzy, zdatna raczej do nauk stosowanych niż teoretycznych. Kocha muzykę oszalałą, irytyjącą, którą Wagner swym kunsztem doprowadził do perfekcji w robieniu bum-bum-badabum”.

Należy wszelako podkreślić, że tezom Langlois i tak daleko było do takiego stopnia dziwaczności, jaki osiągnęły wypowiedzi lekarza i psychologa Edgara Bérillon. Otóż rozczarowanie decyzją władz, które z uwagi na jego wiek nie pozwoliły mu służyć w armii nawet jako ochotnikowi, kompensował on publikacjami, wywodzącymi niższość rasy niemieckiej z jej wrodzonych defektów, do których należała m.in. „polychrésie” (poprawnie: „polychésie”), tzn. spowodowane obżarstwem nadmierne wypróżnianie jelit z cuchnących fekaliów.
Niemcy jako neandertalczycy, świnie i bakterie

W roku 1916 Association française pour l‘avancement des sciences ( Francuskie Towarzystwo Promocji Nauk), poważne zrzeszenie specjalistów z zakresu nauk przyrodniczych – opublikowało z udziałem Bérillona i innych lekarzy tom zbiorowy pt. „La psychopathologie criminelle des Austro-Allemands” („Psychopatologia kryminalna Austro-Niemców), w którym jeden z redaktorów, niejaki dr Capitan, doszedł do wniosku, że „w niemieckim mózgu występuje absolutna amoralność, połączona z całkowitym brakiem taktu, umiaru, delikatności, uprzejmości, a także precyzyjnej percepcji prawa i słuszności, dobra, piękna, ofiary, ideału itp. Jest to, jak już przed rokiem zaznaczyłem, mentalność poślednich prymitywów, zapewne coś jak u paleolitycznego «człowieka z Moustier», u którego nie wykształciły się jeszcze pojęcia jako podstawa wszelkiej zdolnej do życia cywilizacji”. Przywołanie „człowieka z Moustier”, tzn. środkowego paleolitu, nieuchronnie wywoływało obraz neandertalczyka, wizję, dobrze pasującą do twierdzeń o rasowej niższości Niemców. Na marginesie dodajmy, że inni autorzy wspomnianego tomu twierdzenia takie wywodzili z nawyków żywieniowych Niemców, w czym szczególną rolę odgrywała konsumpcja ziemniaków i wieprzowiny, uznawana za nadmierną.

Dla francuskiego antagonisty wojennego porównanie Niemca do świni należało do podstawowego arsenału propagandy. Nawet jeśli podobieństwo fonetyczne francuskiego wyzwiska „Boche” („Szkop”) do wyrazu „cochon” („świnia”) jest odległe, to tradycyjnie negatywne obciążenie wyrazu „świnia” stwarzało dogodną możliwość zohydzenia wroga także w ten sposób. W każdym razie jest zdumiewające, jak często Niemiec we francuskiej karykaturze okresu wojennego był prezentowany jako świnia i jak wielu używano znaków, kojarzących Niemca ze świnią.

Degradacja człowieka do poziomu zwierzęcia należy, oczywiście, do standardowego repertuaru retoryki bojowej, wszelako charakterystyczne jest i to, że oprócz świni, bestii w ogólności i potwora podobnego do smoka przedstawiano Niemców bardzo często jako szkodliwe insekty – pchły, kleszcze, pluskwy. Podżegacze skupieni wokół brytyjskiego czasopisma „John Bull” mówili nie tylko o „Hunach”, ale o „Germo–Hunach”, a więc „Germanach–Hunach” i „Germanach–bakteriach”. Sekundował im „Daily Mirror”, stwierdzając, że Niemcy to w istocie rzeczy nie ludzie, ale choroba, „pestis teutonica” – „niemiecka dżuma”. Wyobrażenie to miało zwolenników także w USA, gdzie epidemię grypy, która wybuchła jesienią 1918 r., tłumaczono bardzo konkretnie – działaniem „Hun-Germs”.
Przerażające opowiastki o obciętych rączkach dzieci

Ohydę większości relacji o rzekomych zbrodniach niemieckich żołnierzy przelicytowały zapewnienia, że Niemcy nabijają małe dzieci na ostrza bagnetów i przybijają do wrrót czy obcinają lub odrąbują im dłonie. 27 sierpnia 1914 r. „The Times” donosił: „Człowiek, którego nie znam, powiedział przedstawicielowi Stowarzyszenia Katolickiego, że widział na własne oczy, jak niemiecka soldateska odrąbała ramiona małemu dziecku, które trzymało się fartucha matki”. 29 sierpnia „Daily Mail” odnotował lapidarnie, że Niemcy obcinali swym ofiarom uszy i dłonie, a 2 września korespondent tejże gazety informował, że francuscy uciekinierzy opowiadają, że Niemcy „obcinają dłonie małym chłopcom, żeby w przyszłości nie mogli być żołnierzami Francji”. 5 lutego 1915 r. paryski „Le Matin” donosił, że attaché wojskowy Brazylii widział w szpitalu „biednego malucha, który z uroczą naiwnością pytał, czy w prezencie noworocznym można by mu oddać dłonie”. W maju 1915 r. „Sunday Chronicle” opublikował doniesienie, że jedno z ocalałych dzieci leczone jest w pewnym paryskim szpitalu, a paryski „Figaro” wynalazł nawet lekarzy, którzy jego okaleczenia mieli widzieć i opatrywać.

Choć relacje o odrąbanych dłoniach dzieci relatywnie wcześnie zaczęły budzić wątpliwości, rząd brytyjski uznał te doniesienia za fakty, a brytyjski parlament podzielił to przekonanie. Faktycznie zaś nigdy nie dostarczono jakiegokolwiek dowodu na potwierdzenie tych okrucieństw. Mimo to w krajach Ententy i wielu państwach neutralnych krążyły niezliczone materiały ikonograficzne, przedstawiające albo okaleczone dzieci, albo anonimowych niemieckich żołnierzy a nawet samego „Kaisera”, popełniających okrucieństwa. We Włoszech sprzedawano figurkę porcelanową o nazwie „Fanciulla Belga” („dziewczynka belgijska”), wyobrażającą siedzące dziecko, które, domagając się współczucia, wyciąga przed siebie kikuty kończyn.

Trudno wyjaśnić przyczynę tej fiksacji. Niezależnie od tego, że jest po prostu makabryczna, można zauważyć, że kara obcięcia dłoni nadal stosowana wówczas w krajach muzułmańskich, w Europie uchodziła za typowy przejaw barbarzyństwa. Już od przełomu XIX i XX w. trwała publiczna dyskusja o brutalnych belgijskich rządach kolonialnych w Kongu, gdzie praktykowano obcinanie przedramienia lub dłoni tubylcom, jeśli nie dostarczyli nakazanego kontyngentu surowego lateksu kauczukowego. W 1909 r. sensację wzbudziła książka Conan Doyle`a „The Crime of the Congo” o wydarzeniach w tym środkowoafrykańskim kraju. Ilustracja na wyklejce strony tytułowej pokazywała kilkoro tubylców, którym obcięto rekę, a tekst zawierał relację Rogera Casementa o „kongijskich okrucieństwach”, które wkrótce stały się przysłowiowe. Gdyby ten kontekst miał wyjaśniać twierdzenia o niemieckich okrucieństwach, mielibyśmy do czynienia z klasycznym przypadkiem „projekcji” w sensie psychoanalitycznym.

Pewne jest w każdym razie, że wyobrażenie o szczególnym okrucieństwie Niemców podczas wojny wobec dzieci stało się przeświadczeniem powszechnym. Jeszcze w lipcu 1918 r. komendant główny amerykańskiego korpusu ekspedycyjnego oświadczył, że z własnego doświadczenia może potwierdzić, iż „Niemcy dają dzieciom zatrute słodycze do jedzenia i granaty ręczne do zabawy; mają uciechę, kiedy dzieci wiją się z bólu umierając, i śmieją się głośno, kiedy granaty eksplodują”.
„Walczyć aż do unicestwienia Niemiec”

Już 24 sierpnia 1914 r. biuletyn armii francuskiej ogłaszał, że „ludzkość” musi „unicestwić Niemcy”. Od 1916 r. w obiegu była formuła „unconditional surrender” („bezwarunkowej kapitulacji”), którą łączono z radykalnymi postulatami ukarania wroga formułowanymi podczas wojny. Nie jest jasne, jak miały się one do planów kierowniczych gremiów politycznych. Dotyczy to przede wszystkim Francji i Rosji, które bynajmniej nie zamierzały poprzestać na korekturach granicznych (np. ponownym przyłączeniu Alzacji i Lotaryngii do Francji) i żądaniach reparacyjnych, ale upatrzyły sobie specjalny łup w postaci znacznych terenów Niemiec zachodnich i wschodnich, które zamierzały zająć. Opinii publicznej nie ujawniano tych planów w pełnym zakresie, wciąż jednak dawano do zrozumienia, że pokój ustanowiony przez aliantów będzie się kierował raczej ideami antyniemieckiego rasizmu niż wizją światowej krucjaty na rzecz demokracji.

We Francji wcześnie i otwarcie dyskutowano o terytorialnych celach wojny, a ich tendencję całkowicie zdeterminowała „idée fixe historii Francji” (Maurice Barres) opanowania linii Renu. Nie tylko Ligue des Patriotes, lecz także inne organizacje nacjonalistyczne, jak Comités de la rive gauche du Rhin (Komitety Lewego Brzegu Renu), propagowały aneksję Nadrenii albo jawnie, albo skrycie w formie „opcji gwarancyjnej”, która zakładała przekształcenie zachodnich terytoriów Rzeszy w strefę zdemilitaryzowaną lub w konglomerat samodzielnych republik. Ostatecznie kwestię Renu rozpatrywano tylko jako fragment kwestii niemieckiej z francuskiej perspektywy, a ta była całkowicie zdominowana przekonaniem , że „istnienie zjednoczonych Niemiec jest anomalią” (Jacques Bainville).

Niewinnie wyglądająca formuła, że „narody Niemiec” trzeba możliwie „ściśle oddzielić od narodu pruskiego, najbardziej ekscentrycznego i najmniej niemieckiego” (Charles Maurras), aby znów przekształcić Rzeszę w zbiór małych i średnich państw, nie mogła jednak przesłonić faktu, że w ostatecznym rachunku chodziło o „całkowite unicestwienie” znienawidzonego „odwiecznego wroga”. Cel ów można wyczytać np. z opublikowanej już w 1915 r. broszury pt. „L’Allemagne en morceaux” („Niemcy w kawałkach”), której autorem był francuski geograf Onésime Reclus. Reclus nie był uczonym pracującym w ciszy gabinetu, jego rozprawa została wydana w wysokim nakładzie, nie budząc sprzeciwu cenzury, i najwyraźniej wyrażała pogląd większości jego rodaków, że walka toczy się „o to, żeby Niemcy przestały istnieć”. Znaczna część wywodów odnosiła się do konieczności rozległych zmian terytorialnych po przegranej Niemiec. Francja miała otrzymać Alzację i Lotaryngię, ale także Okręg Saary i Luksemburg. Niemiecka ludność lewego brzegu Renu mogłaby przyłączyć się do Francji albo uzyskać autonomię. Rosja miała otrzymać jako polski protektorat Prusy Wschodnie i Zachodnie, a ponadto Poznań i Śląsk. Austro-Węgry miały zniknąć, a ich i narody miały uzyskać własną państwowość; niemiecka pozostałość mogłaby zjednoczyć się z południowymi Niemcami, które byłyby oddzielone od północnych. Decydującymi krokami miała być „egzekucja Prus” i związana z tym całkowita demilitaryzacja Rzeszy wraz z likwidacją floty. Zachowane zostałyby tylko „oddziały policyjne”.

Na koniec Reclus domagał się „kary z nawiązką” w wysokości 101 miliardów marek w złocie płatnych przez 101 lat i zakończył wywody słowami: „Doprawdy zasłużyli na to, by z pętlą na szyi prowadzić ich na targ niewolników i tam sprzedawać”. Później jednak ograniczył realizację tego żądania do ukarania warstwy kierowniczej: „Teoretyków i praktyków wojny prewencyjnej trzeba prewencyjnie unicestwić”.
„Przedstawiać przeciwnika jako największego wroga ludzkości”

Powszechna opinia, że nowoczesna propaganda to wynalazek totalitarnych systemów XX wieku, jest błędna. Narodziła się ona w najbardziej rozwiniętych demokracjach masowych Ameryki Pólnocnej, Wielkiej Brytanii i Francji. To tu zostały wymyślone i po raz pierwszy wypróbowane działania, których celem było to, co w języku współczesnego marketingu nazywa się „brandingiem”: wbijanie ludziom do głowy określonych słów kluczowych, sloganów i obrazów. To tu po raz pierwszy w bardzo szerokim zakresie zastosowano kłamstwo i manipulację, aby zniszczyć przeciwnika najpierw moralnie, a następnie faktycznie. Po zakończeniu wojny przynajmniej kilku dziennikarzy przyznało, że zmyślali swe doniesienia, aby zaszkodzić niemieckiemu wrogowi. Byli również tacy, którzy wiedzieli, że oddają się do dyspozycji perfidnemu zamysłowi „ujęcia kłamstwa w system naukowy”, aby Ententę „oczyścić z wszelkiej winy za wojnę”, zaś „przeciwnika przedstawiać jako najgorszego wroga ludzkości i warchoła, którego cały świat powinien odsądzić od czci i wiary”.
Późniejsze wyznania, że wszystko było „w całości wymyślone”

Zlecone przez brytyjskiego premiera Lloyda George`a i szefa rządu włoskiego Francesco Nittiego zbadanie losów osób rzekomo okaleczonych przez niemieckich żołnierzy nie wykazało ani jednego pokrzywdzonego. W 1925 r. śledztwo brytyjskiego parlamentu zakończyło się wnioskiem, że twierdzenia zawarte w oficjalnym raporcie Bryce`a są nie do utrzymania. Nie udało się znaleźć świadków, których rzekomu wysłuchano, ani pisemnych dokumentów, na których opierały się zarzuty komisji Bryce`a. Kiedy zagadnięto w tej sprawie samego Jamesa Bryce`a, odpowiedzialnego za raport, miał odrzec: „W czasie wojny wolno wszystko”. Cynizm, jaki się za tym kryje, całkowicie odpowiada cynizmowi generała Johna Charterisa, byłego kierownika wojskowej służby informacyjnej oddziałów brytyjskich w Francji, który przy okazji pewnego bankietu wyjawił, że „opowieść o padlinie”, czyli o zwłokach żołnierzy, które Niemcy rzekomo przerabiali fabrycznie na tłuszcz, po prostu w całości wymyślił; jak również cynizmowi Creela, odpowiedzialnego za propagandę USA, który publicznie oświadczył, że podczas wojny jego urząd do spraw informacji musiał dostarczać „te wszystkie bzdury o niemieckich żołnierzach, którzy nabijali belgijskie dzieci na ostrza bagnetów”, aby doprowadzić własnych obywateli tam, gdzie władze chciały ich mieć, ale „nie była to prawda”.
Kłamstwa propagandy z okresu I wojny światowej pokutują do dziś

Nawet powierzchowne badania nad antyniemiecką propagandą w okresie I wojny światowej pozwalają domyślać się, jak poważne były jej następstwa polityczne, etyczne i psychologiczne. Gruntowne studia musiałyby doprowadzić do przyjęcia tych faktów do wiadomości. W Niemczech mówi się często o „micie propagandowym”, by uzasadnić tezę o bezskuteczności takiego podburzania albo by skierować zaraz uwagę na antysemicką propagandę okresu narodowego socjalizmu, nie musząc tym samym odnosić się do poprzedzających ją wzorców. Postępowanie to jest nie tylko nienaukowe, ale i nieuczciwe. Ignoruje ono świadomie fakt, że ikona „niemieckiego potwora” uparcie utrzymuje się przy życiu.

Być może przesadą jest stwierdzenie pewnego Francuza, że w jego ojczyźnie żyją miliony durniów, którzy wciąż wierzą w „małe dzieci z obciętymi dłońmi”, ale niewątpliwym faktem jest to, że w roku 2008 powstał kanadyjski film „Passchendaele“ [1], w którym ukrzyżowany kanadyjski żołnierz posłużył jako kulochwyt osłaniający niemieckie pozycje. I niewątpliwie istnieje brytyjski minister edukacji, który przystąpienie w 1914 r. swego kraju do wojny uznaje bez zastrzeżeń za bohaterstwo, ponieważ chodziło o to, by uchronić świat przed niemieckimi „okrucieństwami”. I także istnieje, oczywiście, bardzo wielu Niemców, którzy wciąż są przekonani, że ich przodkowie gotowi byli użyć wszelkich środków przemocy, aby zapanować nad światem.

Karlheinz Weißmann

Przeł. Jacek Dąbrowski, źródło Jak powstał stereotyp „odrażającego Niemca” | Nowa Debata

[1] Wioska w Belgii (dziś Passendale); między sierpniem a listopadem 1917 r. rejon jednej z najkrwawszych bitew I wojny światowej.

Źródło: fragment książki – Karlheinz Weißmann, 1914. Die Erfindung des häßlichen Deutschen, Edition Junge Freiheit, Berlin 2014.

Karlheinz Weißmann studiował teologię ewangelicką, pedagogikę i historię na Uniwersytecie im. Georga Augusta w Getyndze i Uniwersytecie Technicznym w Brunszwiku. Doktorat uzyskał w 1989 r. na seminarium historycznym Klausa Ericha Pollmanna na UT w Brunszwiku rozprawą „Rozwój politycznej symboliki niemieckiej prawicy”. Od 1984 r. pracuje jako nauczyciel religii ewangelickiej i historii w Gymnasium Corvinianum w Northeim w południowej Dolnej Saksonii. Jest członkiem Stowarzyszenia Filologów Dolnej Saksonii. Od wielu lat publikuje w tygodniku „Junge Freiheit”. W wydawnictwie Antaios jest współredaktorem serii „Perspektywy”. W 2000 r. wraz z Götzem Kubitschkiem założył Institut für Staatspolitik (Instytut Polityki Państwowej), którego kierownikiem naukowym był do kwietnia 2014 r. Do 2014 r. był współwydawcą, a od 2003 do 2012 r. redaktorem czasopisma „Sezession”. Wcześniej pisał do konserwatywnych czasopism „Criticón” i „MUT” (1987–1992). Napisał: Die Zeichen des Reiches. Symbole der Deutschen (Asendorf 1989), Schwarze Fahnen, Runenzeichen. Die Entwicklung der politischen Symbolik der deutschen Rechten zwischen 1890 und 1945 (Düsseldorf 1991), Druiden, Goden, weise Frauen. Zurück zu Europas alten Göttern (Freiburg im Breisgau 1991), Rückruf in die Geschichte (Berlin/Frankfurt am Main 1992), Der Weg in den Abgrund. Deutschland unter Hitler von 1933–1945 (Berlin 1995), Der nationale Sozialismus (München 1998), Arnold Gehlen. Vordenker eines neuen Realismus (Bad Vilbel 2000), Alles was recht(s) ist. Ideen, Köpfe und Perspektiven der politischen Rechten (Graz/Stuttgart 2000), Nation? (Bad Vilbel 2001) , Die preußische Dimension. Ein Essay (München 2001), Mythen und Symbole (Dresden 2002), Männerbund (Schnellroda 2004), Die Besiegten. Die Deutschen in der Stunde des Zusammenbruchs (Schnellroda 2005), Das Hakenkreuz. Symbol eines Jahrhunderts (Schnellroda 2006), Deutsche Zeichen. Symbole des Reiches, Symbole der Nation (Schnellroda 2007), Das konservative Minimum (Schnellroda 2007), Faschismus. Eine Klarstellung (Schnellroda 2009), Post-Demokratie (Schnellroda 2009), Kurze Geschichte der konservativen Intelligenz nach 1945 (Schnellroda 2011), Armin Mohler. Eine politische Biographie (Schnellroda 2011), Gegenaufklärung. Gedankensplitter – Notate – Sentenzen (Berlin 2013), Deutsche Geschichte für junge Leser (Berlin 2015). Współredagował: Westbindung. Chancen und Risiken für Deutschland (Frankfurt am Main/Berlin 1993), Lauter dritte Wege. Armin Mohler zum Achtzigsten (Bad Vilbel 2000), Götz Kubitschek im Gespräch mit Karlheinz Weißmann: Unsere Zeit kommt (Schnellroda 2006). Oprócz tego zredagował cztery tomy Staatspolitisches Handbuch. Opracował: Hellmut Diwald, Geschichte der Deutschen (Esslingen/München 1999), Armin Mohler, Die Konservative Revolution in Deutschland 1918–1933. Ein Handbuch (Graz/Stuttgart 2005).