Powstanie Warszawskie – zdrada i syjonistyczna zbrodnia rękami nazistowskich barbarzyńców

1 sierpnia 1944 roku – syjonistyczna zbrodnia na Polakach | WIERNI POLSCE SUWERENNEJ

814934926

Czy żydowska inspiracja Powstania Warszawskiego nie nasuwa analogii do dzisiejszej nagonki syjonistów na Rosję?

____________________________

Niniejszy tekst wyjaśniający aspekt polityczny oraz przybliżający rzeczywiste fakty związane z Powstaniem Warszawskim ukazał się 1 sierpnia 2015r. Kolejna zmiana żydo-reżimowej władzy – teraz jest to PiS, opcja nazywająca samą siebie patriotyczną „dobrą zmianą” – i jej niedawny opór przed uchwaleniem ustawy potwierdzającej historyczny fakt ukraińskiego ludobójstwa na Polakach, stworzył asumpt dla kilku istotnych refleksji poszerzających naszą świadomość historyczną i polityczną.

Światowa opinia publiczna Powstanie Warszawskie kojarzy wyłącznie z powstaniem w żydowskim getcie w 1943r. Tę wiedzę utrwalają powszechne na Zachodzie żydowskie media oraz żydowscy politycy – kanclerz NRF, W.Brandt (Żyd), w czasie pierwszej wizyty szefa niemieckiego państwa po 1945r. w Polsce, złożył kwiaty pod pomnikiem Bohaterów Getta!

Co prawda nie było wówczas pomnika Powstania Warszawskiego – odsłonięty został dopiero w 1989r. I chyba nie przypadkowo w tymże roku, ponieważ także w 1989r. nastąpiło polsko-niemieckie pojednanie przypieczętowane mszą w Krzyżowej. A więc zgodnie z żydowską polityką IIIŻydo-RP wymowa pomnika nie była już antyniemiecka tylko antyrosyjska – ponieważ według obowiązującej wykłądni Armia Czerwona czekała na wykrwawienie się powstańców.

Decyzję o budowie w Warszawie pomnika Bohaterów Getta podjął Centralny Komitet Żydów w Polsce (CKŻwP) już 1945r., odsłonięto go w 1946r. CKŻwP rezydował wtedy w Lublinie – i już wtedy były to rzeczywiste, najwyższe władze w Polsce, a przecież bez mała wszystkich Żydów pochłonął holokaust.

W powstaniu w getcie zginęło 12 tys. Żydów – mniej więcej tyle, ile w IIIŻydo-RP ginie rocznie Polaków, łącznie w wypadkach drogowych i na skutek samobójstw. Liczba tych ostatnich systematycznie rośnie jako rezultat polityki żydo-reżimów.

Nieznane i nieistotne dla światowej opinii Powstanie Warszawskie pochłonęło „tylko” 270 tys. ludzkich istnień – cóż więc szkodzi w trakcie obchodów rocznicowych wybuchu Powstania dorzucić w „apelu pamięci” jeszcze kilka nazwisk antypolskich Żydów, syjonistów i masonów, którzy zginęli w katastrofie pod Smoleńskiem, w końcu „Powstanie Warszawskie” ma mieć wydźwięk antyrosyjski.

Żydo-reżim PiS – żydowskiej, syjonistycznej, partii z katolickim namaszczeniem –, nie dopuszcza do uchwalenia ustawy o ukraińskim ludobójstwie na grubo ponad 250 tys. Polakach, profanuje obchody Powstania Warszawskiego, w którym z rozkazu anglosaskiego żydostwa zginęło minimum 270 tys. Polaków. Takie są właśnie cele polityki Międzynarodowego Żyda: budować w Polakach nienawiść do Rosji i nie naruszać pierwszeństwa do świętości kłamstw holokustycznego mitu. Żydowski PiS wywiązuje się z tych zadań bez zarzutu.

 

D.Kosiur    

_____________________________

W zamyśle syjonistycznego, anglosaskiego żydostwa, rzeczywistych inspiratorów Powstania Warszawskiego, Powstanie miało spełnić następujące cele:

– eliminacja polskiej krajowej elity kierowniczej, a więc uniemożliwienie odbudowy Państwa Polskiego po zakończeniu II wojny (Miedzynarodowy Żyd był przeciwny istnieniu Państwa Polskiego zarówno po I i po II wojnie światowej),
– zatrzymanie Armii Czerwonej na linii Wisły, dla zyskania czasu dla armii USA i Wlk.Brytanii w przejmowaniu ważnych ośrodków produkcyjnych oraz naukowo technicznych III Rzeszy pracujących na potrzeby wojenne,
– niedopuszczenie Armii Czerwonej zbyt daleko na zachód Europy (ZSRR w kwietniu 1945r. zajął niemal dokładnie te tereny, które historycznie należały do Słowian).
aa-origins_700

Blok_wschodni_pl

 

Czy żydowska inspiracja Powstania Warszawskiego nie nasuwa analogii do dzisiejszej nagonki syjonistów na Rosję, do wzniecania nienawiści do Rosjan, do podżegania do wojny, kosztem ludów słowiańskich?
Historia pokazuje, że wektory polityki syjonistycznego, anglosaskiego żydostwa nie zmieniły się od kilku stuleci. W dalszym ciągu jest to sama zbrodnicza polityka podboju świata.

Już 2 i 3 sierpnia 1944r. Warszawiacy zaczęli wywieszać w oknach białe flagi – chcieli zakończenia bezsensownej, bez najmniejszych szans na sukces, walki z Niemcami.
I dzisiaj coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z żydowskiej nagonki na Rosję, nagonki realizowanej na koszt Polaków i przeciw Polakom, przeciw Słowianom
Czy istniał niemiecki plan zagłady Żydów? – NIE, istniał plan deportacji Żydów z Europy.
Czy istniał niemiecki plan zagłady Słowian? – Tak. Dzisiaj ten plan podejmują anglosascy syjoniści.

 

Generalplan Ost, GPO

Grupa narodowa Procent przeznaczony do eliminacji lub wysiedlenia
Polacy 80-85%
Rosjanie 50-60% przeznaczonych do eliminacji oraz 15% do wysłania na zachodnią Syberię.
Białorusini 75%
Ukraińcy 65%
Litwini 85%
Łotysze 50%
Estończycy 50%
Czesi 50%
Łatgalowie 100%

 

Marcin Bajko, dyrektor Biura Gospodarki Nieruchomościami m.st. Warszawy: Słyszę czasem opowieści, że hipoteki w Warszawie się spaliły i nie wiadomo do końca, kto był właścicielem. Nieprawda. Niemcy podczas ewakuacji skrupulatnie zapakowali i zabrali wszystkie księgi hipoteczne, Polska je odzyskała. – za: http://wyborcza.pl/magazyn/1,140955,16745522,Jak_znikaja_szkolne_boiska.html

Zastanawiające, w czyim interesie Niemcy zadbali o hipotekę wysadzanych w powietrze warszawskich nieruchomości – ?

Zastanawiające jest i to, dlaczego żydo-reżimowa władza III Żydo-RP z takim pietyzmem fetuje najtragiczniejsze, niepotrzebne i przegrane Powstanie Warszawskie, a nie przywiązuje większej wagi do jedynych dwóch zwycięskich powstań, powstań inspirowanych wyłącznie polską myślą polityczną, Powstania Wielkopolskiego i trzech Powstań Śląskich -?

Zastanawiają także indoktrynacyjne sugestie żydo-mediów wskazujące, że nie mniejszą winę za dramat powstania w Warszawie ponosi ZSRR, który nie przyszedł z militarną odsieczą walczącym powstańcom. Oczywiście spadkobiercą win ZSRR ma być dzisiejsza Rosja – przynajmniej tak chcą to zakodować w społecznym odbiorze syjonistyczni dysponenci żydo-mediów.

 

Powstanie Warszawskie 1944 („Polskie zrywy narodowe” – fragmenty*)

Na podstawie artykułu „Powstanie Warszawskie, czyli gloryfikacja zbrodni” – http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=5044 . (Artykuł oparty na analizach i relacjach wojskowych.)
Powstanie Warszawskie było zbrodnią przeciwko setkom tysięcy Warszawiaków chcących przetrwać wojnę. Gdyby powstanie nie wybuchło, Warszawa nie poniosłaby ogromnych strat ludzkich i materialnych. Jednak współcześnie w mediach jesteśmy karmieni propagandą o konieczności powstania. Polscy dowódcy przewidywali tragiczne skutki powstania, ale nie pozwolono im powstrzymać jego wybuchu. Pułkownik Bruno Nadolczak twierdził, że gen. Sosnkowski wymusił na Winstonie Churchillu decyzję o wstrzymaniu powstania. Anglicy wyznaczyli samolot mający przewieźć pułkownika z rozkazem wstrzymania powstania i zrzucić go nad Polską. Jednak samolot jedynie „polatał i wrócił”. Historycy twierdzą, że rzeczywistym lobbystą na rzecz wybuchu powstania był Żyd i mason Józef Retinger (założyciel Grupy Bildrberg, współtwórca idei UE), który wraz z syjonistą i masonem Winstonem Churchillem (pochodzenie żydowskie) nalegał aby powstanie wybuchło.

Retinger kilkakrotnie przekraczał linię frontu między III Rzeszą a ZSRR i ustalał dogodne warunki dla trwania Powstania Warszawskiego – dla zniszczenia sił polskich.

Tak, więc powstanie nie leżało w zamyśle polskich patriotów, ale elementów antynarodowych, antypolskich. Zależało na nim głównie elitom brytyjskim i sowieckim, czyli żydo-bolszewickim.
Brytyjczycy oszczędzając krew Anglosasów prowadzili wojnę kosztem innych krajów europejskich. W pierwszym etapie wojny była to znienawidzona przez Żydów Polska, a potem ZSRR, który już w latach 1930. zaczął eliminować żydo-bolszewię z najwyższych stanowisk państwowych. „Anglosasi” zadawali straty Niemcom kosztem walczących powstańców. Sowieci dzięki walkom w Warszawie pozbyli się wielu tysięcy przyszłych potencjalnych przeciwników politycznych słuchających rozkazów z Londynu.

Wybuch walk w Warszawie poprzedziło przybycie z Włoch do Warszawy niemieckiej elitarnej dywizji „Hermann Göring”. Tylko prowizorycznym atakom rosyjskim „zawdzięczamy”, że powstanie nie zostało przez Niemców zmieciono w ciągu kilku dni.
Powstanie Warszawskie nie leżało w narodowym interesie polskim. Było również zaplanowane i przeprowadzone w taki sposób, aby nie zakończyło się sukcesem Polaków.
Na miesiąc przed rozpoczęciem powstania opróżniono magazyny broni i amunicji należące do powstańców. Stąd postrzegane jest jako kryminalne przestępstwo nastawione na wymordowanie wielu tysięcy polskich patriotów w walce z brutalnymi „jednostkami niemieckimi”.**

Odpowiedzialni za ten czyn winni być osądzeni, a nie kreowani na bohaterów. Czym innym jest zaplanowana i przemyślana walka, determinowana brakiem innej alternatywy, a czym innym jest nieprzemyślany zryw, pchający nieuzbrojonych ludzi do walki z wielekroć silniejszym wrogiem mającym do dyspozycji militarne zaplecze.
Pomoc powstaniu nie leżała w interesie sowieckim. ZSRR nie chciał mieć na tyłach swojej armii wrogich oddziałów AK podlegających żydo-sanacyjnemu rządowi londyńskiemu. Z wojskowego punktu widzenia niezrozumiałe jest także, że nie wyciągnięto wniosków z akcji „Burza” we Lwowie.

_________________________________

*„Polskie zrywy narodowe” – Piotr Marek, Dariusz Kosiurhttp://rzeczpospolitapolska.wordpress.com/2014/08/01/polskie-zrywy-narodowe/

** Internetowe źródła potwierdzające informację:

– odpowiedzi na drugie pytanie – http://wiadomosci.onet.pl/mysmy-nie-walczyli-i-nie-gineli-dla-siebie-wywiad-z-powstancem-warszawskim-janem/11ry0f

– trzeci akapit – http://www.histmag.org/Zdaniem-warszawskiego-dziecka-8215

 

Dariusz Kosiur

 

 


 
O przyczynach narodowej żałoby o nazwie Powstanie Warszawskie – Pikio.pl

Cytaty z książki Piotra Zychowicza „Obłęd 44”.

Z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego chciałem napisać parę słów o powodach, dla których to powód do narodowej żałoby, a nie upamiętniania tego dnia jako coś wyjątkowego, czy w jakimkolwiek stopniu dobrego. Nie napisałem, bo zbyt wiele emocji to we mnie wywołuje, gdy jednak widzę cały ten martyrologiczny kontent na Facebooku, to mnie nosi. Zdecydowałem się więc napisać o tym w rocznicę zakończenia Powstania. Bo ono trwało 3, a nie 63 dni. Przez pozostałe 60 było to jedynie unikaniem śmierci. O tych powodach napiszę najzwięźlej jak potrafię. No to zaczynamy.

Zbiór legend związanych z Powstaniem Warszawskim jest bogatszy, niż mitologia grecka. Związane jest to z przyczynami wybuchu samego Powstania, nastawieniem ówczesnych mieszkańców Warszawy, postawy Niemców, uzbrojenia warszawskich partyzantów, rzekomej zdrady Zachodu, Rosjan oraz wielu innych aspektów. Chciałbym pokrótce zderzyć z rzeczywistością kilka z powyższych punktów, odrzeć je z pięknych szat polskiego patriotyzmu i mesjanizmu. Bo historia to nauka, z której należy wyciągać wnioski, a nie tylko to, co nam schlebia. Niektórzy uważają, że Powstania nie można krytykować, podnoszą to wydarzenie do rangi metafizycznej, determinizmu dziejowego (jak marksiści z całą swoją walką klasową), wypełnienie przeznaczenia, szał, uniesienie, siła wyższa. Ja tak nie uważam. Można i należy krytycznie patrzeć na Powstanie oraz walczyć z powstańczą mitologią.

To była trudna, może nie najlepsza, ale konieczna decyzja. 

Przede wszystkim trzeba sobie zadać pytanie o to, kto ją podjął. Bo na pewno nie Wódz Naczelny Polskich Sił Zbrojnych przebywający na emigracji w Londynie. Jak to możliwe? Jak pisał emigracyjny historyk, Zbigniew S. Siemaszko: „Już nie Londyn, jak za życia Sikorskiego, ale Warszawa, a w szczególności Komenda Główna Armii Krajowej, stała się najważniejszym polskim ośrodkiem decyzji. Komenda ta wyzwoliła się od zwierzchności Naczelnego Wodza, gdyż dowództwo, które raz nie wykona otrzymanych zarządzeń i pozostanie nadal na swoim stanowisku bez żadnych konsekwencji, będzie odtąd wykonywać jedynie te zarządzenia, które będą szły po jego myśli, a inne zignoruje.” Gen. Sosnkowski miał przeciwko sobie wszystkich – od premiera gen. Sikorskiego, jego następcę Mikołajczyka, Brytyjczyków, Amerykanów, (dla których był niewygodnym, nielicznym Polakiem, który dbał o interesy polskie i nie był miękki w zgadzaniu się na kompromisy) oraz dla bolszewików, dla których był zatwardziałym reakcjonistą oraz sympatykiem Hitlera. Doborowe towarzystwo prawda? Sam chciałbym mieć takich krytyków. Jego rozkazy w Warszawie nie były wykonywane. Z kolei inny historyk oraz biograf generała, pisał:
„Jako Naczelny Wódz, a wcześniej jeszcze jako pierwszy Komendant Główny ZWZ, Sosnkowski dbał przede wszystkim o to, a by nie szafować bezmyślnie i niepotrzebnie krwią żołnierza polskiego. (…) Stale ostrzegał AK przed przedwczesnymi zrywami, informował o nadchodzącym zagrożeniu.” Generał stworzył „instrukcję październikową”, wg której można przystąpić do ewentualnego zrywu. Jeśli już jakiekolwiek powstanie miałoby wybuchać to tylko wtedy, gdy:

  1. Niemcy tak długo będą bronić się przed Rosjanami, aby zachodni alianci mogli zbliżyć się do Warszawy na tyle, by mogli pomóc.
  2. Sojusznicy dotrzymają obietnic i uzbroją Armię Krajową.
  3. Sojusznicy zrzucą do Polski Samodzielną Brygadę Spadochronową generała Sosabowskiego wraz z amerykańskimi i brytyjskimi oficerami łącznikowymi.
  4. Morale w armii niemieckiej zupełnie się załamią a na ich tyłach wybuchnie panika.

Brzmi rozsądnie. Jak było w rzeczywistości?

  1. Alianci byli daleko.
  2. Nie uzbroili AK.
  3. Odmówili zrzucenia brygady.
  4. Niemcy mieli się dobrze.

Generał Sosnkowski przekonywał premiera Mikołajczyka, że „trudno sobie wyobrazić możliwość opanowania większego obszaru lub poważniejszego centrum na czas dłuższy niż parę dni. Potem zaś nieuniknionym skutkiem podobnej próby byłaby rzeź polskiej ludności” a sam wybuch „pod względem wojskowym byłby niczym innym jak aktem rozpaczy”. Premier Mikołajczyk gardził takim rozumowaniem i parł do Powstania. Dzień po rozmowie z Sosnkowskim, w którym padły te słowa, wydał depeszę do Warszawy, w której podkreślił, że „Polskie Państwo Podziemne powinno okazać do ostatniej chwili wysiłek walki i gotowość kolaboracji [z Rosjanami, przyp.]”. Pytał też, „Czyście rozpatrywali kwestię powstania na wypadek rozsypki Niemców, ewentualnie częściowego powstania, gdzie by władze przed przyjściem Sowietów objęli Delegat Rządu i dowódca Armii Krajowej?”. Zachęcał w ten sposób KG AK do walki.

Natomiast gen. Sosnkowski, niemal zupełnie osamotniony, pisał depesze do stolicy Polski:

7 lipca 1944
Wszystko wskazuje na to, że w stosunku do Polski rząd sowiecki powziął decyzję pójścia drogą faktów dokonanych. W tych warunkach powstanie zbrojne narodu nie byłoby niczym usprawiedliwione, nie mówiąc o braku fizycznych szans powodzenia.

25 lipca 1944
W obliczu szybkich postępów okupacji sowieckiej na terytorium kraju trzeba dążyć do zaoszczędzenia substancji biologicznej narodu w obliczu podwójnej groźby eksterminacji.

A co zrobiono? Spowodowano wymordowanie 200 warszawiaków i zburzenie miasta, które było ośrodkiem polskiej inteligencji i patriotycznych elit. Rzeczywiście, polki interes.

28 lipca 1944
W obliczu sowieckiej polityki gwałtów i faktów dokonanych powstanie zbrojne byłoby aktem pozbawionym politycznego sensu, mogącym za sobą pociągać niepotrzebne ofiary.

29 lipca 1944
W obecnych warunkach politycznych jestem bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu, którego sens historyczny miałby z konieczności wyrazić się w zamianie jednej okupacji w drugą. Wasza ocena sytuacji niemieckiej musi być bardzo trzeźwa i realna. Omyłka pod tym względem kosztowałaby bardzo wiele. Trzeba jednocześnie skupiać siły polityczne i fizyczne przeciwko aneksyjnym planom Moskwy. nie widzę żadnej możliwości nawet rozważania sprawy powstania.

30 lipca 1944
Jeszcze raz powtarzam: jestem w obecnych warunkach politycznych bezwzględnie przeciwny powszechnemu powstaniu, którego sensem z konieczności byłaby zamiana jednej okupacji w drugą.

Czy rzeczywiście wtedy nikt nie wiedział, że „Rosjanie nam nie pomogą”? Błagam. Swoją drogą, torturą musiała być faktyczna niemoc Naczelnego Wodza (podkreślam) oraz jego świadomość w tej sytuacji. Nie wiemy, czy depesze trafiały do Warszawy w takiej niezmienionej formie oraz czy trafiały w ogóle.

Wracając do pytania: kto więc podjął decyzję o Powstaniu, trzeba parę słów powiedzieć o generale Leopoldzie Okulickim. Został on wysłany przez generała Sosnkowskiego z Londynu do Warszawy. Niestety szczęśliwie udało mu się wylądować ze spadochronem. Z jakim rozkazem przybył? Aby pod żadnym pozorem nie dopuścić do powstania w Warszawie. Co zrobił? Z całych sił parł do jego wybuchu! Uciekał się przy tym w Komendzie Głównej do kłamstw, szantażu, spisków, przemocy oraz siły. Był także alkoholikiem i chamem. Grot-Rowecki nazywał go „rębajłą” i gdy mówiono przy nim o Okulickim, wstawał i wymachiwał ręką jakby szablą dla żartu. Mówiono o nim, że to człowiek do „pitki i wybitki”. Swoją ciężarną żonę poniżał przy innych ludziach.

Okulicki blokował przybycie Naczelnego Wodza do Warszawy – „on nam tu wszystko przewróci”, mówił. Miał rację. Generał by jego plany przewrócił. Gdy Okulicki zeznawał 5 kwietnia 1945 w sowieckiej celi, zeznał: „przyznaję, że w KG ja byłem motorem wcześniejszego rozpoczęcia walki o Warszawę. Jeśli kto ma za to odpowiadać przed sądem, to w pierwszym rzędzie powinienem odpowiadać ja”. Brzmi jak ktoś, kto żałuje, czy się chwali? Bór-Komorowski przyznał po wojnie, że „Okulicki był tym, który wysunął projekt walki o Warszawę”. Także generał Antoni Chruściel „Monter” (dowódca Powstania Warszawskiego) zapewniał, że bez Okulickiego do powstania by nie doszło. Z kolei pułkownik Janusz Bokszczanin pisał – „Od chwili, gdy przybył Okulicki, wszystko się zmienia. Nie wiem, kto go wysłał ani jaka była jego misja, lecz wiem, że Powstanie Warszawskie było jego dziełem.”

Już przed powstaniem gen. Bór-Komorowski był już strzępkiem człowieka. Nie podejmował decyzji, jeśli tak to w sposób demokratyczny, przez głosowanie. Było to idealne pole dla wrogich działań Okulickiego. Członków Komendy Głównej przeciwnym powstaniu na każdej z odpraw obrażał krzycząc, że są tchórzami.

Podejmowane wówczas dezycje oraz wspomnienia świadków jednoznacznie wskazują na to, że Okulicki, Pełczyński oraz Rzepecki zawarli spisek za plecami Bora-Komorowskiego. Zwalczali oni wszystkimi dostępnymi środkami swoich oponentów w Komendzie Głównej. Najpierw usunęli Bokszczanina ze stanowiska szefa operacji, następnie generała Albina Skroczyńskiego „Łaszcza”, pozbawiono go jego oddziałów. Ten fakt jest ukrywany przez historyków, którzy zajmują się stawianiem pomników, a nie wykładaniem faktów. Wraz ze zbliżaniem się sierpnia, Okulicki i jego banda wprowadzali coraz bardziej nerwową atmosferę na odprawach. Używali coraz bardziej górnolotnych określeń na temat powstania i coraz bardziej atakowali przeciwników zrywu. Nazywali ich tchórzami, defetystami, czarnowidzami. Apogeum tych gier miało miejsce 31 lipca 1944 roku. Odprawę tego dnia zwołano wcześniej, niż zwykle, pozbawiając możliwości uczestnictwa w nim dowódcom, którzy nie chcieli powstania w stolicy. O 16:30 zameldowali się u „Bora” Okulicki i Pełczyński. Doszło między nimi do kłótni (tak, krzyczeli nie raz na swojego zwierzchnika). Akurat wtedy do pokoju wpadł zdyszany „Monter” i powiedział, że na Pradze są rosyjskie czołgi. Bór-Komorowski podjął wtedy decyzję o Powstaniu Warszawskim. Czołgów jednak tych nikt nigdy nie widział…

Tak, Drodzy Patrioci, to jemu oraz takim okolicznościom zawdzięczacie swój piękny zryw.

Główny cel Powstania Warszawskiego – przywitać Armię Czerwoną

Sprawcy Powstania, jak twierdzili, mieli na celu przywitanie Armii Czerwonej na moście łączącym oba brzegi, jako gospodarzy. Tak, uważali że wymierzą dokładnie czas trwania powstania, by wiedzieć, w jakim miejscu się spotkają. Chcieli pokazać, jak walecznym narodem są Polacy by pokazać Rosjanom, że tak łatwo nas nie ujarzmią. Z pewnością Stalin płakał, gdy się o tym dowiedział. I z pewnością obawiał się armii, na rozgromienie której Niemcy poświęcili 1600 żołnierzy. Która zresztą i tak przestała istnieć… Gdzie tu logika? Nie planowano żadnej konfrontacji z Rosjanami. Nawet oddziały AL, które w Warszawie czyniły więcej szkody niż pożytku, były przez AK dozbrajane, tolerowano ich działalność wymierzoną w cywili (kradzieże, gwałty) a przy kapitulacji odziewano ich w oznaczenia AK-owskie, by nie trafili pod ścianę.

Niemcy byli w odwrocie, byli załamani!

Pierwsze prawda, drugie nie do końca. Niemcy przesuwali linię swojego wschodniego frontu. Ale na miłość boską, czy to powód, by wykonywać robotę za Rosjan i kopać z tyłek uciekającego? Jeśli chodzi o załamanie Niemców, tak było przed Powstaniem. Warszawiacy co raz widzieli maszerujące przez miasto wycofujące się z frontu oddziały „nadludzi”. Brudnych, zmęczonych i rannych żołnierzy. Dochodziło to tego, że nawet podziemna prasa była wydawana otwarcie, na ulicach. Słychać było sowiecką artylerię.

Na lipcowych odprawach Szef II Oddziału (wywiad AK), pułkownik Kazimierz Iranek-Osmecki „Heller” wykładał długie analizy sytuacji na froncie wschodnim – ostrzegał, że objawy niemieckiej klęski i paniki widoczne na ulicach mogą być mylące. Do Warszawy ściągały 3 dywizje pancerne, Niemcy szykowali się do odepchnięcia Rosjan. Ci, nieplanowanie, wykorzystali te siły na Powstańców. Wszystko zmieniło się 27 lipca, kiedy ich morale wróciły nagle do wzorowego poziomu. Ulice patrolowały dywizje pancerne i w pełni uzbrojeni Niemcy.

Wtedy wszyscy byli za Powstaniem, nikt nie mógł przewidzieć dalszych wypadków!

No nie, po wielokroć nie. Wśród współczesnych dowódców byli tacy, którzy pomysł insurekcji potępiali. Na nieszczęście w decydujących momentach nie byli w stanie powstrzymać tego szaleństwa. Między innymi generał Kopański, 3 sierpnia, napisał w depeszy do gen. Sosnkowskiego: „Uważam decyzję dowódcy Armii Krajowej (gen. „Bora” Komorowskiego, przyp.) za nieszczęście.” Kilkanaście godzin później, w czasie największej nawałnicy, napisał:

Żołnierz nie rozumie celowości powstania w Warszawie. Nikt nie miał u nas złudzenia, żeby bolszewicy pomogli stolicy. W tych warunkach stolica mimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy, kto ponosi za to odpowiedzialność. 

W kolejnych depeszach pisał:

Jestem na kolanach przed walczącą Warszawą, ale sam fakt powstania w Warszawie uważam za zbrodnię. Dziś oczywiście nie jest jeszcze czas na wyjaśnienie tej sprawy, ale generał Komorowski i szereg innych osób stanie na pewno przed sądem za tak straszliwe, lekkomyślne i niepotrzebne ofiary. Kilkaset tysięcy zabitych, doszczętnie zniszczona Warszawa, straszliwe cierpienia całej ludności, zniszczony dorobek kultury kilku wieków i wreszcie całkowite zniszczenie ośrodka oporu narodowego, co dziś szalenie ułatwia zadanie sowietyzacji Polaków. 

Generał pisał to z samego epicentrum wydarzeń. Nie z wygodnej pozycji po 70-ciu latach. Jan Jeziorański wspominał:

Wtorek, 1 sierpnia
Rano wpada Kazimierz Gorzkowski „Wolf”, kierownik Akcji Specjalnej w „N”. Załamuje ręce, pogrążony jest w skrajnej rozpaczy. „Cóż oni robią, biada, przecież w tej sytuacji powstanie nie ma żadnego sensu. Mamy pomagać bolszewikom w zajmowaniu Warszawy? Cóż za tragiczny paradoks!”

Nie było innego wyjścia!

Było. Było czekać. Aż Niemcy się wycofają z Warszawy i wkroczą Sowieci. Przypomnę jedynie, że i tak wkroczyli. Ale do zburzonego miasta, z wymordowaną ludnością i całkowicie zdekonspirowaną Armią Krajową. Jednak dla prawdziwego polskiego patrioty to właśnie zburzenie i wymordowanie było jedyną godną formą przyjęcia Rosjan. Rzeczywiście. Czy Stalin tak chętnie wkroczyłby do Warszawy, w której żadne powstanie się nie odbyło, które było centrum polskiego niepodległościowego, inteligenckiego podziemia z młodzieżą gotową oddać życia za Ojczyznę? Niestety, możemy się jedynie domyślać. Wiemy natomiast jedno – Związek Radziecki był jedynym krajem na świecie, który skorzystał z Powstania Warszawskiego, a dowództwo Komendy Głównej AK parło z całych sił do jego wybuchu. Przypadek?

Oni i tak poszliby do boju!

Co tu dużo mówić – takie stwierdzenie godzi w Powstańców. Żołnierz, który nie wykonuje rozkazów biernie lub działa im na przekór? Przeciwnie, 27 lipca 1944 roku pułkownik Antoni Chruściel „Monter” za plecami generała Bora-Komorowskiego rozpoczął mobilizację oddziałów, które mu podlegały. Następnego dnia te oddziały zabrały się w wyznaczonych miejscach zbiórek i czekały na rozpoczęcie walk. Rozkaz jednak nie nadszedł i wszyscy rozeszli się do domów. Nie było „niepowstrzymanej siły”, „ducha powstania”. Tragicznym skutkiem tego było to, że zdekonspirowano przed  Niemcami te miejsca jak i ludzi. Wiedzę tę wykorzystano kilka dni później.

Wiesław Chrzanowski „Wiesław”:

Dyscyplina w oddziałach była duża. To nie znaczy, że my, młodzież, nie byliśmy napaleni. Ale nie było mowy o tym, by można było wywolać powstanie bez rozkazu. Myśmy byli bardzo zdyscyplinowani. Przecież pierwsza mobilizacja nastepiła już w piątek wieczorem 28 lipca. Trwaliśmy cała noc w pogotowiu, a w sobotę rano rozkaz został cofnięty i wszyscy się rozeszliśmy. Nie było więc tak, ż etego nie dałoby się zatrzymać.”

Jerzy K. Malewicz „Janek”:

Powstanie nieuniknione? To jest absolutnie nieprawda, bo choć rwaliśmy się do walki, to nie mieliśmy broni. A byliśmy, raz, że zdyscyplinowani, dwa – za inteligentni, aby uderzyć na Niemców uzbrojeni w noże kuchenne, tak jak to sobie pewnie życzyło naczelne dowództwo.

Gdyby nie Powstanie, byłoby jeszcze gorzej, bo warszawiacy nie poszli budować wałów

Z powyższym akapitem o mobilizacji „Montera” wiąże się odezwa Ludwika Fishera, która w zasadzie była jej powodem (lub pretekstem). Otóż megafony w stolicy ogłosiły, że następnego dnia o godzinie „W” w wyznaczonych miejscach ma się stawić 100 tysięcy mężczyzn do budowy umocnień za Warszawą. Odwoływano się przy tym do polskiego antysowietyzmu oraz przypominano sowiecką napaść z 1920 roku. Następnego dnia zamiast 100 tysięcy pojawiło się kilkuset mężczyzn i… nic się nie stało. Niemcy machnęli na to ręką. Nie chcieli rozdrażniać i tak już napiętej atmosfery. Nie ma żadnych źródeł, które potwierdziłyby wersję obrońców Powstania taką, że w akcie zemsty planowano wymordować 200 tysięcy warszawiaków a miasto zburzyć.

Byli dobrze uzbrojeni.

Gdy na odprawach  próbowano przekonywać Okulickiego, że przez sam brak broni powstanie jest skazane na porażkę i będzie to wielka improwizacja, on odpierał, że „w takiej walce zawsze jest improwizacja. A zwycięża ten, kto jest śmielszy”. Nie miał racji. Zwycięża ten, kto ma więcej karabinów i amunicji.

Stanisław Cat-Mackiewicz pisał:

Dla Polaków polityka zagraniczna to scena obrotowa dla deklamacji Słowackiego i innych wieszczów. (…) a dzieci, dziewczęta nieletnie z nieporównanym heroizmem pójdą w „bój bez broni”, będą rozstrzeliwane, masakrowane, mordowane. Dla Anglii pojęcie „bój bez broni” nie istnieje, a gdyby istniało, miałoby charakter niepoważny, komiczny, coś jak gdyby ktoś zapewniał, że będzie latać, choć nie ma samolotu.

Jak zauważył Piotr Zychowicz, tylko dwie armie w dziejach II Wojny Światowej szły do walki bez broni – Armia Czerwona i Polacy w Powstaniu Warszawskim. Z jedną różnicą – Stalin do takiego boju wysyłał najgorsze jednostki, których nie żałował. Dzikich ludzi z głębokiej Azji. Polacy wysłali na taką rzeź najpiękniejszy kwiat narodu – patriotyczną młodzież z najlepszych domów. Tak bardzo kontrastuje to ze słowami Josepha Gallieniego, francuskiego generała z czasów I WŚ, wg którego „za Francję powinni ginąć w pierwszym szeregu złodzieje, alfonsi i syfilicy, a najlepszą francuską młodzież trzeba oszczędzać”. Ból mi sprawia samo myślenie o tym. W podobnym tonie brzmiało hasło na froncie 2-go Korpusu we Włoszech: „Nie bądź głupi, nie daj się zabić”. Jakie zdanie miał jeden z przywódców Powstania, pułkownik Szostak „Filip”? „Nie można nadużywać hasła o oszczędzaniu krwi. Co komu przyjdzie po życiu, gdy nie będzie miał ojczyzny?…”. Zupełnie jak Joseph Goebbels – przed zabójstwem swoich dzieci a swoim samobójstwem stwierdził, że życie w Niemczech bez narodowego socjalizmu nie ma sensu.

Sam Bór-Komorowski przyznawał w marcu 1944 roku na posiedzeniu Rady Jedności Narodowej, że stan broni spełnia 10 procent zapotrzebowania. Mało tego, od kiedy w marcu 1944 roku wyłączono Warszawę z akcji „Burza”, stolica była systematycznie opróżniana z wszelkiej broni na rzecz działań na wschodzie. Trzy tygodnie przed wybuchem powstania z Warszawy wyjechało 960 pistoletów maszynowych z amunicją. Dodatkowe naloty Niemców na arsenały AK zadały kolejne ciosy uzbrojeniu stolicy. Skąd te naloty? Stąd, że Niemcy wiedzieli o tym, że powstanie wybuchnie. (nawet przekupki mówiły o tym na ulicach, a jedna warszawianka ostrzegła swojego chłopaka z Luftwaffe, by wyjechał z Warszawy, bo powstanie. Ten ostrzegł też swoje dowództwo) Tylko w ten sposób stracono 78 tysięcy granatów i 170 miotaczy ognia. Z kolei inne arsenały były zapomniane przez całe Powstanie! Na Lesznie po wojnie odkryto w 1947 roku magazyn z 768 pistoletami maszynowymi i 60 tysiącami sztuk amunicji. Jakieś pytania?

1 sierpnia na 20 tysięcy oficerów i żołnierzy AK broń posiadał co siódmy. Co siódmy Powstaniec miał w chwili wybuchu broń. Zdecydowana większość miała mniej, niż 20 lat i żadnego wcześniejszego kontaktu z bronią. Z rozkazu mieli szturmować doskonale przygotowane do tego gniazda ciężkich karabinów maszynowych. Nie trzeba bogatej wyobraźni, by jej oczami zobaczyć te sceny. Trzeba być umysłowo chorym, by widzieć w tym coś pięknego.

Zgrupowanie kapitana Lucjana Giżyńskiego „Gozdawy” liczące 900 żołnierzy otrzymało 103 granaty, 48 pistoletów, 8 pistoletów maszynowych i 9 karabinów, 2 myśliwskie dubeltówki, dwa ręczne karabiny maszynowe i jeden ciężki karabin maszynowy. To było niezłe uzbrojenie, jak ja tle innych.

Kompania porucznika Zygmunta Sapuły „Zygmunta” dostała rozkaz zdobycia ufortyfikowanego przez 40 SA-manów Domu Akademiczek za pomocą 7 pistoletów, 3 karabinów, 2  popsutych pistoletów maszynowych i 40 granatów. Porucznik odpowiedział na rozkaz, że nie ma wystarczającego uzbrojenia. Oficer, który przyniósł rozkaz odpowiedział ironicznie, że on ma scyzoryk.

Oddział Jerzego K. Malewicza „Janka” powstanie zaczął na Woli. Na 80 Powstańców było 7 sztuk prywatnej broni, w tym dwa karabiny i pięć pistoletów. Nie otrzymali przyrzeczonej broni ani hełmów oraz butów.  Tuż przed wybuchem rozmawiał tam z weteranami I i II Wojny Światowej. Mówili mu, że wyrżną ich w pień. Mieli rację. Z tych 80 dzieciaków zostało zabitych 90 procent.

To takie piękne? No to idziemy dalej.

Byli dowódcy, którzy ponad wykonanie rozkazu wybierali rozsądek. Żołnierz oddziału „Granat” na Mokotowie zapisywał:

Czas paniki u Niemców już minął. Punktem zbiórki dowodzonej przeze mnie baterii był dom przy ulicy Łowickiej. Naprzeciw nas znajdował się dom SGGW, zajęty przez oddział SS. Byliśmy bez broni. Trudno bowiem uznać prywatną zdobycz Wacka Kwiatkowskiego: zardzewiały pistolet bez amunicji i sidolkę, za uzbrojenie. Jest nas chyba dwudziestu. Nikt się nami nie interesuje.

Po całym dniu oczekiwania Herbich wyprowadził swój bezbronny oddziałek do lasu, ratując tę młodzież przed masakrą. Niestety takich dowódców było niewielu.

Pluton podporucznika Karola Wróblewskiego „Wrony” liczący 407 ludzi został odparty spod Domu Prasy przy ulicy Marszałkowskiej, a później wymordowany na Polach Mokotowskich, gdzie próbowali się wycofać. Za każdym razem, gdy jestem na spacerze w tym pięknym parku, boli mnie serce na samą myśl. Z 407 żołnierzy przeżyło 17. Nie przeżyła między innymi Krystyna Krahelska, autorka piosenki „Hej, chłopcy, bagnet na broń”. To jej warszawska syrenka zawdzięcza rysy twarzy.

Oddział kapitana „Zycha” otrzymał rozkaz szturmu na Dom Akademicki. 60 żołnierzy było uzbrojonych w 1 karabin z 10 nabojami, jeden pistolet z jednym magazynkiem i trzy granaty.

Porucznik „Gustaw” wydał rozkaz zdobycia koszar (KOSZAR) na placu Narutowicza, w wyniku czego w większości nieuzbrojona młodzież ruszyła na rzeź. Wg wspomnień wnuka jednego z uczestników tej walki, nie dotarli nawet do połowy odległości między ich budynkiem a koszarami. Niemcy położyli trupem 300 osób w ciągu 2-3 minut. Wspomniał także słowa dziadka o tym, ze gdyby mógł, to Bora-Komorowskiego by zdegradował a później powiesił go wraz z jego „bandą”, bo nie zasłużyli nawet na rozstrzelanie. Tymczasem Bór-Komorowski, Okulicki i reszta „bandy” ma dziś swoje ronda, ulice i aleje w całej Polsce.

Kompania „Zbójnika”, która atakowała Fort „Mokotów” poniosła straty 66 procent stanu spośród 200 żołnierzy, którzy ruszyli przez otwarte pole.

Szturm na lotnisko Okęcie skończył się masarką 120 żołnierzy, w tym niemal wszystkich oficerów.

Co na to dowództwo Komendy Głównej AK? Według „Montera” brak brani miała zastąpić „furia odwetu”, nieposiadający broni mieli być wyposażeni w łomy, kilofy i siekiery a ci, którzy broni sobie nie zdobędą, mają iść pod sąd. Józef Chaciński i Jerzy Braun ze Stronnictwa Pracy przekonywali delegata Jana Stanisława Jankowskiego, że powstanie skończy się rzezią, bo żołnierze nie mają broni. Ten ze wzruszeniem ramion odparł, że „sobie zdobędą”.

Jaki był efekt pierwszego dnia walk? W „walce” poniosło śmierć 2000 polskich żołnierzy a żaden najważniejszy niemiecki obiekt nie został zdobyty. O tym chyba nie mówią piewcy Powstania?

Te dzieci wiedziały co robią, chciały bronić Ojczyzny!

Serio? Ja w wieku 15 lat (10 lat temu) też miałem zajawkę na patriotyzm, umieranie za Ojczyznę i tak dalej, zanim to było modne. Później przyszedł rozum, czy jakby to narodowiec nazwał, tchórzostwo. Uważam, że lepiej Ojczyźnie przysłużyli się ci, którzy ją budowali po wojnie niż ci, którzy polegli na polach bitew miesiące po tym, jak w Jałcie dokonano podziału Europy. Nie umniejszając w żaden sposób poległym, ale jednak – to były pozbawione sensu ofiary. Wracając do podtytułu. Uważam, że wojna to najbardziej prymitywny sposób uprawiania polityki. Tworzona przez starych, na których umierają młodzi. Ale „młodzi”, czyli nie-starzy, a nie dzieci. Mężczyźni, a nie chłopcy czy dziewczęta. Nie widzę żadnej różnicy między zdjęciami z Afryki, na których ci nieświadomi kilkuletni chłopcy trzymają karabiny maszynowe a zdjęciami z Powstania Warszawskiego, na których ich polscy rówieśnicy biorą udział w walkach. Uważam, że każdy, kto dał wtedy dziecku broń lub się temu przyglądał, powinien wisieć. Nie ma usprawiedliwienia dla sytuacji, gdy takie dzieci umierają walce. To haniebne, to zwyrodnialstwo. Gdy broniono Sarajewa przed bośniackimi Serbami na początku lat 90’, miasta także chciały bronić dzieci i młodzież w wieku do 18 lat. Czy dawano im do rąk karabiny i klepnięcie w plecy dla otuchy, by poszli pod ogień snajperów? Nie, przekładano ich przez kolano, dawano raz, ich posyłano do domu. To samo powinno mieć miejsce w Warszawie 71 lat temu. Tym czasem w jednym tylko obozie jenieckim, Stalagu VIII-B w Lamsdorfie, po wojnie znalazło się 550 powstańców poniżej 18 roku życia, w tym 49 poniżej 15. Wspominała Janina Żurawska:

W czasie bombardowania Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych ranna została łączniczka „Kalina”. Miała urwaną łydkę. Przy opuszczaniu pozycji powiedziała: „Może ktoś ciężej ranny powinien iść pierwszy”. Trzeba było amputować jej nogę. „Kalina” zginęła potem na Starówce. 27 sierpnia jedna z naszych łączniczek, „Uta”, została zabita podczas odwrotu. Siostra jej, „Wala”, rzuciła się na ciało zabitej i nie chciała wycofać się sama. Zginęła razem z siostrą- nawet ciał tych dziewcząt nie mogliśmy zabrać.

Jadwiga Gac „Jadzia” mówiła po wojnie:

Kiedy nosiłyśmy meldunki, szłyśmy zawsze po dwie: gdyby jedną z nas zabito, do druga doniosłaby meldunek.

I, cholera jasna, nie mówimy tu o powstaniu listopadowym. Mówimy o II Wojnie Światowej, gdy istniały już radio i krótkofalówki – a nawet o to dowódcy Powstania nie zadbali. Dla tych z Czytelników, którzy lubią czytać i słyszeć o umieraniu za Ojczyznę, przytoczę wspomnienie Jana Nowaka-Jeziorańskiego:

Spokojny dotychczas „Monter” nagle podnosi głos.
-Wykonać rozkaz. Ma pan natychmiast rozpocząć wypad. My tamtych bez pomocy nie zostawimy.
-Rozkaz, panie pułkowniku – odpowiada głucho „Janusz”.
Wspinam się znowu za Chruścielem po czymś, co było kiedyś klatką schodową, i stajemy w wypalonym oknie. (…) Po lewej wypalone otwory okienne wychodzą na Hale Mirowskie czy może plac Żelaznej Bramy. Podwórko pod nami zapełnia się powoli młodymi ludźmi. Rozpoznaję grupę dziewcząt. To na pewno patrol minerek, który wysadził dziurę w murze.
Nagle dzieje się coś straszliwego. W ten tłum na dole wpada jeden granat, za nim drugi i trzeci, eksplodując na podwórku. Za nimi wybuchają butelki z benzyną przeznaczone na niemieckie czołgi. Słyszę przejmujące krzyki bólu i przerażenia. Przeważają głosy dziewczęce. Płomienie rozjaśniają w dole pod nami dantejską scenę: ruszający się kłąb rannych i palących się ludzi.
Zbiegamy w dół. Na pomoc pędzą patrole sanitarne z noszami. Wynoszą (…) na noszach białego jak prześcieradło por. „Janusza”. (…) szepce:
– Rozkaz wykonałem, panie pułkowniku…
Umarł w pół godziny później z upływu krwi.

Patriotyczno-powstańcza zajawka spełniona?

Godzina wybuchu była dobrą decyzją!

17:00? Serio? Ci z harcerzy, którzy w lesie na podchodach byli szkoleni do zdobywania gniazd, robili do gęsiego lub chmarą. Wprost pod lufy ciężkich karabinów. Padali  po kolei, jeden za drugim. Jeden chłopiec za drugim. Niektóre oddziały straciły połowę stanu już o 17:15.  Jak tego bronić? Bo ja jestem głupi w tej sytuacji, cytując Wiesława Wszywkę. Antoni Chruściel „Monter” skrócił zakładany czas mobilizacji z 36 godzin do 12. Niektórzy dowódcy dowiedzieli się o Powstaniu nawet kilka godzin przed godziną „W”. W efekcie stawiło się około 40 procent żołnierzy.  W pierwotnych planach z 1942 roku powstanie miało być krótkim, błyskawicznym, precyzyjnym uderzeniem z zaskoczenia w nocy. Uderzenie było chaotyczne, słabe, nieprzygotowane i ruszyło o 17:00. Co tu więcej pisać. Niektórzy (w tym sam „Monter”) argumentują, że Powstańcy mieli wykorzystać efekt zaskoczenia w postaci wyskoczenia z tłumów przechodniów. Ale to przekracza granice słabości. Poza tym, Niemcy na posterunkach i w bunkrach uzbrojeni w ciężką broń,  opatrzeni w zasieki z drutu kolczastego i worki z piaskiem nerwowo wyczekiwali wybuchu powstania.

Generał Janusz Brochowicz-Lewiński „Gryf” w rozmowie z Piotrem Zychowiczem tak opisywał walkę z Niemcami na cmentarzu ewangielicko-augsburskim (ten, na którym toczyła się walka w filmie „Miasto 44”):

– Dirlewangerowcy mieli na sobie kamuflażowe mundury, pokrowce na hełmach. Nakryli się badylami i liśćmi, co bardzo utrudniało ich zauważenie. Strzelali nie tylko bezpośrednio do nas, ale również do płyt. W ten sposób wszystkie strony w powietrze wystrzeliwał grad kamiennych odprysków, które były równie niebezpieczne jak kule. Z równą skutecznością zabijały ludzi.
– Czyli mieliście do czynienia z trudnym przeciwnikiem.
– O, bez wątpienia. Oni leżeli bez ruchu, cierpliwi, znakomicie wyszkoleni. Wcześniej spędzili trzy lata na froncie wschodnim. Byli nie tylko znakomitymi strzelcami, byli także twardymi żołnierzami, potrafili do końca zachować zimną krew. Podchodzili do żołnierskiej roboty profesjonalnie. A ja miałem osiemnastoletnich chłopców. Bardzo bohaterskich, odważnych, ale bez takiego doświadczenia jak nieprzyjaciel. Ostatnie trzy miesiące przed powstaniem szkoliłem tych młodych chłopaków. Ale to było za mało. Resztę musieli zdobyć już w trakcie powstania.

Podpułkownik Mieczysław Niedzielski  „Żywiciel” dowodzący oddziałami na Żoliborzu pisał: „Cały czas liczyliśmy się z tym, że akcja zacznie się w nocy. A tu powstanie w biały dzień! A my byliśmy w willowej dzielnicy, z odkrytymi, obszernymi terenami. To było zabójstwo! Nasze pozycje wyjściowe to były szerokie arterie i pola, które trzeba było przechodzić.”

Powstanie trwało 63 dni!

Wobec powyższego na temat strat i uzbrojenia, czy można głosić takie bzdury? Powstanie Warszawskie trwało – w najbardziej życzliwej dla narodowej dumy – nie więcej, niż trzy doby. W tej wersji bardziej realnej – kilka godzin. Przez pozostałe 60 dni była walka o przetrwanie i unikanie śmierci. Dość prędko porażkę uświadomił sobie gen. Pełczyński. Jak twierdzą świadkowie, miał powiedzieć „ponieważ uderzenie przez zaskoczenie nie udało się, wszystko jest stracone. Niedługo przyjdzie gestapo aresztować nas”. Generał Bór-Komorowski jak zwykle zachowywał się biernie i był „nieobecny”. Dowódcy wznowili apel do strony radzieckiej o pomoc. Bez skutku, oprócz salw śmiechu, jakie te apele wywoływała w Moskwie.

Ta hekatomba stolicy i jej mieszkańców mogła trwać krócej. We wrześniu, gdy ginęło dziennie 317 żołnierzy i 2380 cywilów, Niemcy wystąpili w propozycją kapitulacji. Z polskiej strony rozmowy toczyła hrabina Maria Tarnowska a ze strony niemieckiej generał Gunther von Rohr. Zgodził się on wstępnie na wypuszczenie ze stolicy cywilów i między 8 a 10 września miasto opuściło kilka tysięcy osób. W nocy z 10 na 11 września oficer przysłał ostateczny tekst umowy kapitulacyjnej. Co zrobił Stalin, gdy dowiedział się o rozmowach? Dał Polakom nadzieję na to, że przyjdzie z pomocą. Rozpoczął ostrzeliwanie niemieckich pozycji zza Wisły. Zrzucał broń oraz amunicję na pozycje powstańców. Przeprawił przez rzekę oddział saperów. Aliantom zachodnim ogłosił, że mogą lądować na sowieckich lotniskach. Bór-Komorowski zerwał rozmowy z Niemcami, ku ich zaskoczeniu. Niemczy przystąpili do jeszcze bardziej intensywnej eksterminacji. A co z Rosjanami? Do Niemców strzelali niecelnie. Broń zrzucali w workach  po zbożu i roztrzaskiwała się ona w drobny mak. Amunicja nie pasowała do polskiej broni. Przerzucony oddział saperów składał się z nieprzeszkolonych ludzi, głównie Polaków, i zostali wycięci w pień. Tym ostatnim poświęcony jest pomnik Zygmunta Berlinga do dziś stojący na Pradze.

Rzecz jasna, wszystko to ustało po zerwaniu rozmów z Niemcami. Żałosne? Co najmniej.

Zachód nas zdradził!

Przede wszystkim ten cały „Zachód” musiałby wiedzieć prędzej o Powstaniu Warszawskim, niż po jego wybuchu. Jak pisał Adam Doboszyński – „Przez pierwsze dwa dni powstania Anglicy zastanawiali się nad jego celowością, a poczynając od dnia trzeciego, taktowsniejsi spośród nich przestali w ogóle rozmawiać na ten temat z Polakami. Nie mówi się z nikim o siostrze, choćby najcnotliwszej i urodziwej, która w przystępie nagłego obłędu wyskoczyła z piątego piętra, ani o szwagrze, którzy rozdawał ubogim zawartość swojego swego przedsiębiorstwa i poszedł do więzienia za złośliwe bankructwo. Władysław Pobóg-Malinowski trafnie stwierdzał – Rachuby na uczuciowy czy szlachetny oddźwięk świata były przykładek polskiego prymitywizmu w myśleniu politycznym.”

Jak napisałem powyżej, alianci byli zbyt daleko, by pomóc powstaniu. Jak mieli to zrobić? Może według instrukcji Bora-Komorowskiego? Żądał on w depeszach do Londynu, już od 2 sierpnia, by Brytyjczycy natychmiast zrzucili broń i amunicję na konkretne ulice i parki. Na przykład ulicę  Filtry, Kercelego, Puławską czy Belwederską, aleję Niepodległości, Madalińskiego, cmentarz żydowski a nawet „placyki między Mireckiego i Żytnią”. Takie depesze w Londynie były źródłem jedynie żenady i zakłopotania. Odpowiadali, że niestety takimi możliwościami nie dysponują. Rzeczywiście, zdrada. Rzeczywiście, Zachód miał możliwość dokonania zrzutów ciężkich skrzyń na konkretne ulice i place przelatując ciężkimi samolotami między chmurami dymu i niemieckimi pociskami kalibru 88 mm. Równie podziurawieni byliby spadochroniarze, których też się domagano. Jeżeli któryś już zdołałby wylądować, połamałby wszystkie kości, lądując na gruzach. Co prawda Norman Davis w swojej książce „Powstanie 44” bronił tezy o tym, że Zachód zawiódł. Poszedł jednak w zwykły marketing i zagrał na polaczkowej dumie i patriotyzmie licząc na liczbę sprzedanych egzemplarzy. Skąd taki wniosek? W mniej znanej swojej książce, „Boże igrzysko” z 1979 roku realnie opisywał sytuację. Realnie, ale mniej atrakcyjnie. Byli jednak tacy piloci, którzy się na to decydowali, zarówno polscy jak i brytyjscy. Generał polskiego lotnictwa Ludomił Rayski, który sam brał w tym udział, pisał, że spośród 117 maszyn stracono 30, 45 miało kraksy przy lądowaniu a załogi wracały podziurawione jak sito. Anglicy dawali z siebie wszystko, ale wobec takich strat zrezygnowano. Szkoda, że KG AK nie szanowała w taki sposób polskiej krwi.

Stalin nas zdradził!

Czy naprawdę ktoś, wg dzisiejszych zwolenników takiej tezy, mógłby wtedy uważać Rosjan za przyjaciół? Bo tylko przyjaciel może zdradzić. Po roku 1920, po 17 września 1939 roku, po operacji „Burza”? Błagam. Albo ktoś taki był idiotą albo rosyjskim agentem. A tymi był przesiany (nie tylko) polski wywiad. Rzecz jasna, rosyjska (polskojęzyczna) propaganda żarliwie namawiała Polaków do powstania. Zmieniło się to jednak… 1 sierpnia. Wtedy głosiła, że do walki stają jedynie szaleńcy chcący zguby stolicy. Sam Stalin, dobrze znający termin wybuchu powstania, w depeszy do Londynu w przeddzień napisał, że od ewentualnych zrywów w Warszawie się odcina i nie chce mieć z nimi nic wspólnego.

Ludność ich popierała!

Teza prawdziwa tylko w części i przez krótki czas. Ludność cywilna mamiona wizją kilkugodzinnego zrywu rzeczywiście popierała Powstanie i Powstańców. Jednak gdy przyszło nieuniknione w ciągu pierwszej doby klęski powstania oraz po kolejnych 2-3 dobach pozbawiających złudzeń, cywile wpadli w panikę. Trudno się dziwić. Ich życie zamieniło się w koszmar codziennych masowych egzekucji oraz nalotów bombowych. Okłamywani co do czasu trwania insurekcji nie przygotowali zapasów żywności, wody pitnej, lekarstw i opatrunków. Zamieszkali w piwnicach i kanałach, których stropy waliły im się na głowę. Głodowali i umierali z pragnienia. Kobiety roniły i rodziły. Te, które rodziły, zdrapywały wapno ze ścian piwnic, by podawać je niemowlętom rozpuszczone w wodzie. Nastąpiły masowe rozstrzelania cywilów. Pierwsze była Wola. Daruję sobie relacje świadków. Do 5 sierpnia Niemcy rozstrzelali 50 tysięcy warszawiaków na ulicach miast. Metodycznie, kamienica za kamienicą była opróżniana z mieszkańców. Często jest to masakryczne wydarzenie wspominane na dowód okrutności Niemców. Niemców stricte to może nie do końca. Byli to głównie Rosjanie z Brygady Szturmowej SS RONA oraz żołnierze 1. Azerberdżańskiego batalionu polowego. Ale gdzie wtedy byli Powstańcy? Ewakuowali się do innych dzielnic z rozkazu dowództwa. Większym „człowieczeństwem” wykazał się generał SS Erich von dem Bach-Zalewski. Po 5 sierpnia zabronił zabijać kobiety i dzieci pod pretekstem zbyt małej ilości amunicji na to, by zabić wszystkich. (był pół Polakiem, więc stąd to domniemane „pod pretekstem”). Wy, ci którzy (zresztą słusznie) walczycie o uznanie zbrodni UPA za ludobójstwo, dlaczego nie mówicie o uznaniu za ludobójstwa tego, co dokonała Niemiecka armia na warszawskich cywilach w trakcie Powstania pod okiem AK? To nieprawda, że ludność cywilna popierała powstanie. Ona została skazana na śmierć w męczarniach, na los szczura uciekającego przed derateryzacją. Często dochodziło do samosądów na samych Powstańcach. Nie raz Powstańcy ewakuowali się kanałami, prawda? Zostawiali jednak za sobą ludność cywilną, która była eksterminowana. W takiej sytuacji przedzieranie się przez kanały nie wydaje się takim heroicznym czynem.

Powstanie dało nam wolność w 89’ roku!

Równie dobrze mogę powiedzieć, że znalazłem dobrą pracę z powodu dobrze napisanej matury, mimo, że od jej napisania minęło 6 lat a w międzyczasie pracowałem w kilku innych miejscach. Zresztą, inne kraje byłego Bloku Wschodniego także są dziś niepodległe, bez samobójczych powstań.

Chcieliśmy pokazać światu, jacy jesteśmy waleczni!

Proszę wybaczyć, ale to już najwyższy poziom infantylizmu i wyraz (typowo) polskiego przekonania, że im więcej nas zginie, tym piękniej i tym bardziej jesteśmy moralnie wygrani. Nie, wygrywa się wtedy, gdy więcej grobów jest po stronie przeciwnika. Nie odwrotnie. Podczas II WŚ wielokrotnie pokazaliśmy, że wystarczyło nam zagrać (czy to ze strony sojuszniczej czy wrogiego wywiadu) na bębenku narodowej dumy i patriotyzmu, byśmy poszli w szaleńczy bój. Brzmi znajomo?

Powiedz mu to prosto w oczy, że Powstanie nie miało sensu!

Ten argument uważam za najpodlejszą formę szantażu emocjonalnego, do którego sięgają „patrioci” najniższych lotów, nawet Marian Kowalski, b. kandydat Ruchu Narodowego na prezydenta Polski. Co tu dużo mówić, Powstańcom należy się wieczna chwała, natomiast jego przywódcy, zwłaszcza gen. Okulicki nie zasługują na to, by ich imieniem nazwać choćby publiczną toaletę. Nawet, jeśli Powstaniec mówi dziś o tym, że Powstanie Warszawskie miało sens i nie należy słuchać jego krytyków… Dla mnie to żaden argument. Przykro mi z powodu tego, co przeżył on i jego kompani oraz rodzina, ale to nie powód, by nie rozmawiać o przyczynach i skutkach Powstania.

Czy Powstanie Warszawskie było błędem?

Jeśli przyjąć, że wymyślił je Stalin a wykonali rosyjscy agenci w Polsce – nie było błędem, tylko dobrze skoordynowaną akcją, która osiągnęła swój cel. Zniszczenie polskiej stolicy, centrum polskiego intelektualnego i kulturalnego życia, załamanie morale ludności i stworzenie idealnego gruntu pod komunizację.

O Powstaniu jedynie źle?

Tak uważam, bo nie widzę ani jednego pozytywnego punktu w tym tragicznym wydarzeniu. Nie zmienia to faktu, że Powstańcom należy się hołd, wspominanie, znicze i kwiaty. Bez pomijania hekatomby ludności cywilnej, o której słyszymy nader rzadko. Z szacunku dla tych ofiar moim zdaniem należy pierwszego sierpnia opuszczać flagi do połowy, a na flagach zawieszać czarną wstęgę. Natomiast należy walczyć z tymi mitami, by nie produkować powstańczej martyrologii, nie zachwycać się poległymi dziećmi z bronią w ręku (jak ma to miejsce na fanpage o tematyce patriotycznej i powstańczej) oraz ruinami („patrzcie, jak pięknie umieramy a wy tchórze żyjecie dalej w swoich starych, pięknych miastach!”) i nie wciągać młodych ludzi w samobójczą sztafetę pokoleń, by produkować z nich armatnie mięso.

Na koniec przytoczę słowa jednego z rozmówców francuskiego dziennikarza Jean-Francois Steinera:

Powstanie Warszawskie to gest wielkopański, powyżej naszych możliwości. Żydzi w getcie w 1943 roku mieli racje, organizując powstanie, gdyż wiedzieli, że nie mają nic do stracenia, że są skazani. Buntując się, wybierając śmierć z bronią w ręku, nadali tej śmierci sens, wartość. Podczas gdy my – nasza walka była absurdem. Nie zyskaliśmy nic, a Warszawa, ze wszystkimi swymi pałacami, skarbami, bibliotekami, została zniszczona. Stolica za pląsy, oto jacy jesteśmy. My, Polacy.

Efekt Powstania Warszawskiego to 1600 poległych niemieckich żołnierzy (bo nie zawsze Niemców, a jeśli już to tych najgorszego sortu, w tym więźniów), prawie 200 000 Polaków, w tym znakomita większość cywilów, zburzone jedno z najpiękniejszych miast ówczesnej Europy i dorobek historyczny, kulturalny oraz artystyczny Polski kilkuset lat. A Rosjanie jak mieli przyjść to i tak przyszli, tylko że na gotowe. Wstań teraz dumny, odśpiewaj hymn, załóż biało-czerwoną opaskę na ramię i powiedz, że Powstanie było tego warte.

Advertisements