Prezydent Duda zapomniał o powstaniach śląskich. Tylko Powstanie Wielkopolskie osiągnęło cel – pisze

Prezydent Andrzej Duda myli się twierdząc, że Powstanie Wielkopolskie było jedynym, które osiągnęło zamierzony cel. A co z powstaniami śląskimi? Przecież także były zwycięskie. Dlaczego o sukcesie powstań śląskich jest tak cicho? – To również kwestia szkolnej podstawy programowej, w której temat powstań śląskich jest traktowany po macoszemu – mówi Halina Bieda, dyrektor Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach.

Sporo emocji na Górnym Śląsku wywołała wypowiedź, która padła podczas obchodów kolejnej rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego w Poznaniu. Prezydencki minister Andrzej Dera odczytał list Andrzeja Dudy do poznaniaków, w którym napisano, że „Powstanie Wielkopolskie zapisało się w historii jako jedyne, które zdobyło zamierzone cele”.

To oczywista pomyłka lub nieznajomość historii Polski. Wiadomo przecież, że sukcesem zakończyło m.in. II Powstanie Śląskie.

Powstanie Wielkopolskie nie było więc jedynym zwycięskim. Internauci radzą, aby prezydent zapoznał się z historią Polski, proponują nawet, że prześlą mu do Kancelarii RP podręcznik.

Prezydent pomyłki nie sprostował w czasie obchodów Powstania Wielkopolskiego w Warszawie, powtarzając stereotypowo: „Poznaniacy stanęli dumnie, chwycili za broń. Młodzież, starsi, wszyscy. I pokonali Niemców. Pokonali ich w krótkim czasie, bo przecież rozejm w Trewirze 16 lutego 1919 roku ostatecznie powstanie zakończył. Co ważne, jedyne powstanie w polskich dziejach, które osiągnęło wszystkie założone cele. I jedno z czterech zwycięskich.”

Takie słowa padły z ust ministra Andrzeja Dery, który odczytał list Prezydenta RP

Ze stanowiskiem zawartym w liście Prezydenta RP nie zgadza się m.in. Halina Bieda, dyrektor Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach, która zwraca uwagę, że gdyby nie powstania śląskie, nie byłoby możliwe przyłączenia części Górnego Śląska do Polski.

Podczas obchodów kolejnej rocznicy Powstania Wielkopolskiego powiedziano, że zapisało się ono w historii jako „jedyne, które zdobyło zamierzone cele”. Jak te słowa mają się do powstań śląskich, których rezultat przyczynił się przecież do przyłączenia części Śląska do Polski?

Powstanie Wielkopolskie rzeczywiście było zwycięskie, ale trzeba pamiętać, że nasze powstania śląskie całościowo również spełniły swój cel, chociaż na każde z nich trzeba by patrzeć oddzielnie. Pierwsze powstanie było przegrane, drugie osiągnęło swój cel, bo doprowadziło do rozwiązania niemieckiej policji i wprowadzeniu oddziałów mieszanych. III Powstanie Śląskie pozwoliło na przyłączenie po przegranym plebiscycie większego obszaru Górnego Śląska do Polski. Z całą pewnością Powstanie Wielkopolskie nie było jedynym zwycięskim polskim powstaniem.

Dlaczego powstania śląskie wciąż pozostają w cieniu innych zrywów narodowych?

Spojrzenie na Śląsk z punktu widzenia historii jest dzisiaj różne. Nie zawsze było ze Śląskiem po drodze. Dzisiaj panują różne opinie, że był to zryw narodowy, zryw ekonomiczny, wojna domowa. Bezsprzecznie jednak wiele osób walczyło, żeby Śląsk był polski. To fakt. Dzisiaj mamy Muzeum Powstań Śląskich i chcemy w ten sposób upowszechniać wiedzę na temat powstań.

W czasach generała Ziętka wiele mówiono o powstaniach. Potem jednak o tym temacie zrobiło się cicho. Czy to również kwestia upływu czasu?

W pewnym sensie tak, ale to również kwestia szkolnej podstawy programowej, w której temat powstań śląskich jest traktowany po macoszemu. Nie mamy już, tak jak jeszcze w czasach Ziętka, weteranów powstań, ale mamy oryginalne przedmioty z tamtych czasów i chcemy to wykorzystać. Uważam, że powinniśmy budować pamięć o powstaniach. Niebawem setna rocznica. Może trzeba będzie zorganizować te obchody również w innych częściach Polski.

Czy Muzeum da radę przemówić do świadomości Polaków?

To bardzo nowoczesna placówka. Docierają do nas odwiedzający również z Poznania, Opola czy Krakowa. Naszym zdaniem, Muzeum Powstań Śląskich jest elementem, który może przywracać pamięć o powstaniach śląskich i budować świadomość ich funkcjonowania w historii. Od grudnia realizujemy w Muzeum lekcje muzealne. Organizujemy też urodziny w muzeum. Dzieci mogą odlewać cynowe żołnierzyki, wziąć udział w podróży tramwajem przez Śląsk czy poznać zwyczaje śląskie w ramach odwiedzin familoka. 18 marca organizujemy klasówkę powstańczą dla uczniów śląskich szkół i mieszkańców. Będzie też dostępna w wersji on-line.

Reklamy

Powstanie Styczniowe – pseudopatriotyczny antypolski spisek

Trzeba koniecznie przestudiować i wiedzieć o związku z innym kluczowym wydarzeniem:

U.S. Civil War: The US-Russian Alliance that Saved the Union, by Webster G. Tarpley


Żydzi a Powstanie Styczniowe i jego planowo antypolski wymiar

Styczniowe powstanie

Rola etnicznych Żydów w rozpętaniu Powstania Styczniowego – przedmowa

Wszystkie spiski mają swoich mocodawców i swoją agenturę. Polska tradycja spiskowo-opozycyjno-powstańczo-niepodległościowa jest najdłuższa w Europie wśród tradycji krwawych i wyniszczających naród. O absurdalności militarno-politycznej powstań i spustoszeniach wynikłych z ich rozpętania pisało wielu historyków, pisał i twórca polskiego nacjonalizmu R. Dmowski.

Jednym z najciekawszych – i zupełnie przemilczanych od dziesięcioleci – opracowań na temat Powstania Styczniowego, jego genezy i skutków społeczno-politycznych jest „Rola neofitów w dziejach Polski” Stanisława Didier.

Lektura ta przywołuje (u naocznych świadków z nieco szerszym oglądem sytuacji z lat ’80) uporczywe skojarzenia pomiędzy sytuacją z lat 1862 i 1863, a sytuacją z lat 1980-1981. Widać mącenie w głowach, sprowadzanie na manowce i upuszczanie krwi narodowi polskiemu przez obcych mu etnicznie spiskowców musi zawsze przebiegać tak samo. O ile w roku 1968 podczas spektaklów „Dziadów” pachniało wyłącznie prowokacją (w istocie była to próba uwiarygodnienia przyszłych „autorytetów” opozycyjnych), o tyle w 1981 r. w powietrzu zaczął się unosić zapach prochu i krwi. Na szczęście „upuszczenie krwi” w 1981 i późniejszych latach przybrało jedynie formę metaforyczną – emigracji (przerabianej wszak już w obliczu klęski powstań z 1830 i 1863).

Rola neofitów w dziejach Polski

Stanisław Didier, fragmenty

(…)

PRZED POWSTANIEM STYCZNIOWEM

(…)

W tym samym czasie powstały w kraju pod patronatem Kościoła bractwa wstrzemięźliwości od gorących napojów (p.e.1984: chodzi o napoje alkoholowe). Bractwa te rozszerzyły się szybko w całem Królestwie i na Litwie. W 1860 r. liczba członków bractw wstrzemięźliwości dosięgała cyfry 600 tys. osób, przeważnie włościan. W samej gubernji Wileńskiej liczba wypitych wiader wódki z 900.000 zmalała do 550.000. Żydowscy właściciele szynków, dotknięci w najdrażliwsze miejsce, bo uderzeni po kieszeni, zaczęli szerzyć wiadomości, że księża, zakładając bractwa, prowadzą działalność polityczną i szkodzą interesom państwowym. Znaleźli się i tacy, którzy pisali do wyższych władz rosyjskich denuncjacje, że bractwa mają cele polityczne i mogą stać się w niedalekiej przyszłości potężną i arcyniebezpieczną bronią w rękach duchowieństwa katolickiego. Wskutek tego Rosjanie zaczęli zabraniać zakładania bractw. Duchowieństwo jednak nie kapitulowało i dalej propagowało abstynencję. Powiadomiona o tem przez Żydów policja rosyjska karała dotkliwie inicjatorów. Wywołało to wrzenie wśród ludu polskiego, którego nastroje stawały się coraz bardziej wrogie względem Żydostwa. Wyraźnie o tem pisze Agaton Giller („Historja powstania narodu polskiego”, t. II, str. 199), że „waśń, jaka w Królestwie między Polakami i Żydami przed 1861 r. wybuchła, doszła do stopnia, od którego do bijatyk i kamienowań niewielkie przejście”. Trzeba więc było ratować sytuację.

W kołach wpływowego Żydostwa warszawskiego zdecydowano się na wydawanie codziennego pisma politycznego. Kronenberg, którego Mikołaj Berg („Zapiski o powstaniu polskiem 1863 l 1864: r.”, t. I, str. 80) nazywa „ówczesnym wodzem i kierownikiem całego ruchu Żydowskiego w kraju”, postarał się o pozwolenie władz petersburskich na wydawnictwo odpowiedniego organu. Nabyto za 250 tys. złp. „Gazetę Codzienną”, która zaczęła wkrótce wychodzić jako „Gazeta Polska”. W skład współpracowników nowo wychodzącego pisma, którem kierował taktycznie Kronenberg, weszło wielu wpływowych neofitów, jako to: Ludwik Wołowski, Szymanowski, Chęciński, Leon Kapliński i inni. Głównem zadaniem „Gaz. Pol.” było rozpowszechnienie w kraju nowego poglądu na kwestię Żydowską. Za jej pośrednictwem kierownicze sfery Żydostwa polskiego starały, się wytwarzać u ogółu polskiego przekonanie, że najlepszem, najkorzystniejszem dla kraju będzie zasymilowanie Żydów. W Warszawie było wówczas mnóstwo Żydów chrzczonych i niechrzczonych, którzy ten program propagowali i którego bronili. Na ich czele stali: Leopold Kronenberg, Matjas i Szymon Rozenowie, rodzina Epsteinów, Natansonowie, Leowie, spokrewnieni z nimi Estreicherowie, Frenkel, Lascy, Wertheim, Rotwand, Flatau i mnóstwo innych, mniej głośnych i mniej znanych, ale trzymających się solidarnie i popierających wszelkiemi środkami i sposobami program asymilacji.

Z nimi łączyło się wiele tysięcy pozornych chrześcijan, przed stu laty nawróconych, wpływowych i majętnych, których liczba zwiększyła się znowu między 1840 – 1856 r. o kilkaset osób dzięki pracy angielskich misjonarzy, działających w Warszawie. Gorliwymi orędownikami idei asymilacyjnej byli też rasowi mieszańcy. Podobnych osobników, noszących często polskie nazwiska, było dość dużo w Królestwie. Ówczesna średnia klasa stolicy różniła się bowiem bardzo pod względem rasowym od średniej klasy dawnych czasów. Nie omieszkano też zaopiekować się młodzieżą polską. Następuje masowe zawiązywanie się rozmaitych kółek organizacyjnych wśród akademików polskich na terenie Petersburga, Kijowa i Warszawy. Początek powstawania tych kółek zbiegł się dziwnie z datą przyjazdu do Polski (1860 r.) jednego z sekretarzy Jakóba Cremieux, krzątającego się wówczas koło zorganizowania „Alliance Israelite Universelle”. Tym wysłannikiem był znany z pobytu Mickiewicza nad Bosforem, neofita Armand Levy redaktor „Constitutionnel”(głównego organu liberalnego Żydostwa paryskiego), propagującego myśl przewrotu społecznego w Rosji. Działalność tych komórek, złożonych przeważnie z ludzi dobranych zupełnie przypadkowo, w pierwszej swej fazie była bardzo słaba.

Trzeba więc było jak najprędzej dążyć do jej wzmocnienia. Tej roli podjęło się paru młodych i wpływowych działaczy neofickich, cieszących się popularnością wśród studentów i uczniów szkół średnich. Na plan pierwszy wysunął się wśród nich Karol Majewski, sekretarz Leopolda Kronenberga. Był on osobistością niezwykle wpływową w kołach konspiracyjnych, bożyszczem ufającej mu bezgranicznie młodzieży. W 1860 roku Majewski posiadał największe wpływy wśród studentów  przewodniczył tajnemu „komitetowi akademickiemu” i wszedł do zarządu konspiracyjnego „stowarzyszenia uczniów szkoły sztuk pięknych i młodzieży miejskiej”. Sekundował mu dzielnie Maksymilian Unszlicht, wchodzący w skład komitetu akademickiego (składającego się z trzech osób), działającego wśród akademików i uczniów. Został ponadto utworzony przez Majewskiego rodzaj komitetu ponadpartyjnego, (do którego wchodził również Edward Jurgens, syn Żydówki), kierującego wszystkiemi kółkami i stowarzyszeniami młodzieży o charakterze politycznym, powstającemi wówczas w Warszawie. Przystąpiono też do pracy nad urobieniem starszego pokolenia. Powołano mianowicie do życia w 1859 r. komitet, w którego skład weszli: Jurgens, zaufany jego Henryk Wohl, Natansonowie, neofita adwokat Andrzej Wolt, frankista inż. Stanisław Jarmund i inni. Stał się on z czasem zawiązkiem organizacji Czerwonych, prącej do walki zbrojnej z Rosją. Niedarmo bowiem Leopold Kronenberg pisał w liście z dn. 18.1.1860 r., że „sprawa Żydowska nie jest najpierwszą i są inne daleko ważniejsze”. Tą rzeczą ważniejszą dla przywódcy Żydostwa polskiego było zapewne rzucenie „gojów” do beznadziejnej walki z zaborcą. Przygotowaniem do tego miały być wielkie manifestacje, których głównymi reżyserami byli mechesi(p.e.1984: metody się nie zmieniły, vide 1968, „Dziady” Dejmka …), grupujący się około Jurgensa i Majewskiego.

(…)

W kraju zaś wrzało coraz więcej.

Organizacja Czerwonych parła do powstania, do którego wstępem miały być urządzane manifestacje. Znając głęboką religijność ogółu, starali się Czerwoni nadać początkowo manifestacjom charakter obchodów kościelnych(p.e.1984: ta religijność nadal jest używana w ten sam sposób, była użyta przez agenturę „Solidarności”, z tej prespektywy to ręcznie sterowane „odrodzenie duchowe” w latach ’80 XX w. wygląda inaczej). Pierwszym takim obchodem był pogrzeb generałowej Sowińskiej, wdowy po obrońcy Woli w r. 1831. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, pielgrzymując po pogrzebie na dawne szańce Woli. Przy udziale tysięcznych tłumów odbyły się też manifestacyjne nabożeństwa w rocznicę wybuchu powstania listopadowego, bitwy grochowskiej i t. p.

Urządzane przez Czerwonych manifestacje oburzyły koterję Kotzebue’go, która widziała w nich oznakę zbliżającego się powstania i domagała się surowych represyj. Powoływała się ona na ostrzeżenia władz pruskich, iż w Warszawie istnieje szeroko rozgałęziony spisek polityczny i twierdzenie prasy niemieckiej (będącej po większej części własnością chrzczonych i niechrzczonych Żydów), utrzymującej jednogłośnie, że w calem Królestwie, na Litwie i Rusi rozwija się bardzo silna agitacja polityczna (p.e.1984: por. A. Wrotnowski, „Porozbiorowe aspiracye …”, str. 246 – tekst podkreślony). Długo opierał się Gorczakow naleganiom Kotzebue’go, który, chcąc zmusić namiestnika do energiczniejszej działalności, nie cofnął się nawet przed rozpuszczeniem plotki, że Polacy zamierzają wyrżnąć Moskali. Kamaryli wojskowej, podniecanej nieustannie przez gazety niemiecko-żydowskie, chodziło bowiem o rozdrażnienie jeszcze bardziej Polaków. Wielce pomocnymi byli im w tem wyżsi urzędnicy, pochodzenia Żydowskiego, jak to: znienawidzony przez ludność polską, szef tajnej policji warszawskiej Felkner, gubernator grodzieński Szpeyer, łapownik, dający się srodze we znaki Polakom i inni. Liczni agitatorzy, których programem było przygotowanie powstania, szli na rękę klice Kotzebue’go, domagającej się przywrócenia rządów wojskowych. Starali się oni o wywoływanie stałych awantur ulicznych, o obrażanie oficerów rosyjskich w miejscach publicznych i t. p.; ludzie poważniejsi pragnęli zapobiec tym ekscesom. Winowajcy naśmiewali się jednak z nich głośno, adrażnienie poszczególnych Moskali nie ustawało(p.e.1984: ciekawe, czy to, co działo się od sierpnia 1980 do grudnia 1981 w Polsce w stosunku do Rosjan – to była reżyserowana kopia z tamtego scenariusza … te buńczuczne nawoływania Rulewskiego i innych kacyków Solidarności … a krew polałaby się polska). Pierwsze krwawe ofiary padły na ulicach stolicy w lutym 1861 r. Gorczakow, obserwujący w towarzystwie Enocha, który nie odstępował namiestnika w tych burzliwych czasach nawet na chwilę, z okien Zamku przebieg manifestacji, dał rozkaz wojskom rozpędzenia tłumów. Manifestacja zakończyła się salwami wojsk rosyjskich; od kuł poległo pięciu Polaków. W Warszawie nastąpiło nieopisane wzburzenie; rzemieślnicy klękali na ulicach i głośno przysięgali zemstę(p.e.1984: na 17.XII 1981 Solidarność planowała marsz gwiaździsty na Warszawę … jak skończyłaby się manifestacja w tamtej, bardzo nerwowej, sytuacji?).

Naprężoną sytuację pogorszył fakt rozwiązania wkrótce potem Towarzystwa Rolniczego. Wykorzystali to dla przygotowania nowej manifestacji Czerwoni, najzajadlejsi wrogowie żywiołów, grupujących się koło Andrzeja Zamoyskiego. W wielkiej manifestacji kwietniowej wzięli liczny udział Żydzi. Skupieni na ul. Marjensztadt zachowywali się oni specjalnie hałaśliwie, prowokując wojsko rosyjskie. Dwustu zabitych i czterystu rannych zaległo ulice Warszawy. Co się tyczy narodowości poległych, to autor (Z. L. S.) dzieła p.t. „Historja dwóch lat 1861-1862”, (t. II, str. 344) wymienia zaledwie trzy nazwiska Żydowskie. Pozostali byli to Polacy, synowie ludu staromiejskiego. Potoki przelanej krwi nietylko nie zalały żarzącego się ogniska wulkanu, ale podsyciły je niejako i wzmocniły. Cóż bowiem znaczyło dla Karola Majewskiego, Jurgensa, Jarmunda i innych neofitów, faktycznych kierowników krwawej manifestacji, nie pokazujących się zresztą wśród demonstrujących tłumów, paręset trupów polskich? Cel główny t. j. podniecenie i chęć zemsty w masach został osiągnięty. W parę tygodni potem cała niemal Warszawa została pokryta siecią organizacji, mającej już wyraźny charakter spisku. Większość kół tej konspiracji składała się z gorących zapaleńców, rekrutujących się z młodzieży różnych warstw społecznych, gotowych choćby nazajutrz rzucić się na Moskali. Starano się oddziaływać na prowincję. Z chłopem się nie wiodło, ale mieszkańcy różnych miasteczek Królestwa masowo garnęli się do tworzonych kół. Stosunkowo łatwo udało się „mechesom” spopularyzowanie idei walki zbrojnej z Rosją wśród przedstawicieli zamożnych sfer polskich. Dzięki staraniom Jurgensa powstała na gruzach Towarzystwa Rolniczego organizacja nowa, nawpół tajna, którą dla jej umiarkowania przezwano „Białą”. Na czoło Białych wysunęli się w krótkim czasie: Leopold Kronenberg, którego podejrzewano, nie bez podstaw zresztą, iż on to głównie przyczynił się do rozwiązania Tow. Roln., Karol Majewski, Jurgens, Aleksander Kurtz, wielki przyjaciel Enocha i Władysław Zamoyski. Dzięki zaagitowaniu przez Karola Majewskiego dwu zapalonych ziemian: Kołaczkowskiego i Siemieńskiego, do nowozałożonej organizacji przystąpiła młodsza generacja ziemiaństwa, zdezorientowana po skasowaniu Tow. Roln. i idąca od tej pory na pasku nienawidzących jej „mechesów”. Mieli też powodzenie Biali wśród bogatego mieszczaństwa warszawskiego, przeważnie pochodzenia Żydowskiego. Przywódcy Białych nawiązali ścisły kontakt z t. zw. „Biurem Polskiem”, które, powstawszy w 1860 r., mieściło się w „Hotelu Lambert”. Należeli do niego m. in. Ludwik Wołowski, Leon Kapliński i Juljan Klaczko. Zaabsorbowawszy uwagę społeczeństwa, grupującego się w poszczególnych organizacjach, przygotowaniami do zbrojnej walki z zaborcą, przystąpili przywódcy neoficcy do dalszej „pracy”. Dążyli oni do jak największego skłócenia najpoważniejszych ugrupowań politycznych w kraju, t. j. Czerwonych i Białych. Dokonać miał tego Karol Majewski, stanowiący niejako ogniwo między Czerwonymi i Białymi, do spółki z Leopoldom Kronenbergiem, O którym Z. L. S. pisze („Historja dwóch lat 1861 -1862”, t III, str. 299), że „we wszystkich partjach miał swoich ludzi”. Na zebraniu przywódców Białych, Kronenberg, w którego mieszkaniu odbywało się posiedzenie, zgłosił wniosek, ażeby wydać w ręce Wielopolskiego głównych działaczy Czerwonych. W ten sposób miano dopomóc margrabiemu do pacyfikacji kraju. Po dłuższej dyskusji projekt Kronenberga, gorąco poparty przez Jurgensa, został przyjęty. Miał to uczynić Karol Majewaki, orjentujący się najlepiej co do składu osobowego kierowników Czerwonych. W pałacu Bruhlowskim, gdzie rezydował Wielopolski jako naczelnik rządu cywilnego, toczyły się rozmowy między Majewskim a margrabią w obecności Kronenberga. Pertraktacyj powyższych nie doprowadzono do skutku. Doszły one jednak do uszu bacznych na wszystko Czerwonych. Przyczynił się do tego głównie Majewski, który informował ich stale o poczynaniach Białych. Zawrzała słusznym gniewem brać szeregowa Czerwonych, nie orientująca się w prowokatorskich” poczynaniach „mechesów”, dążących do rozbicia społeczeństwa polskiego. Od tej pory uważała ona Białych za wrogów bardziej niebezpiecznych, niż Moskale i Niemcy. Do opanowania, pozostawała jeszcze masa chłopska, niechętnie naogół nastrojona względem Żydostwa.

Zdaniem przywódców neofickich, trzeba było zwrócić uwagę wieśniaków w inną stronę. Bardzo ciekawy w tym względzie jest przegląd Karola Majewskiego, wypowiedziany na jednem z zebrań przyszłych kierowników powstania, że „niech na Białorusi lub gdziekolwiekbądź chłopi zarżną z pięciu szlachciców, a wtedy kwestja ta sama się rozwiąże prędko i stanowczo” (Z. L. S. „Historja dwóch lat 1861-1862”, t. III, str. 482).

(…)

Szczucie chłopów na szlachtę spowodowało ogłoszenie odezwy przez duchowieństwo płockie, dzięki któremu rozwinęły się w swoim czasie najwięcej bractwa wstrzemięźliwości. Czcigodni kapłani ostrzegali lud polski, by nie wierzył podszeptom nieprzyjaciół kraju, starających się przez rozdwojenie rzucić kość niezgody. Obywatelskie stanowisko przedstawicieli duchowieństwa katolickiego nie mogło spodobać się neofickim przywódcom Czerwonych. Dopuszczono się więc za namową agitatorów Czerwonych gwałtów fizycznych w stosunku do poszczególnych kapłanów. Tak w Łęczycy został obrzucony kamieniami przez tłum, złożony przeważnie z Żydów, biskup kujawsko-kaliski Marszewski, jadący przez miasto karetą. Z iście semicką zajadłością zaczęli też zwalczać chrzczeni i niechrzczeni Żydzi arcybiskupa Felińskiego. Dawny powstaniec z pod Miłosławia, pokiereszowany w walkach z Prusakami, nie dał zastraszyć się Karolowi Majewskiemu, który zjawił się u niego na czele delegacji Czerwonych. Głośnem echem odbiła się w kraju i zagranicą odpowiedź, którą dał arcypasterz aroganckiemu „mechesowi”, komunikującemu, że w organizacji Czerwonych wiele poważnych stanowisk zajmują Żydzi.Brzmiała ona jak następuje: „Żydzi są przez Boga nasłani do Polski, aby byli rynsztokiem, odprowadzającym w epoce giełdy, handlu i szwindlów wszystkie brudy, któremi czyste, rycerskie i do innych celów przeznaczone ręce polskie, kalać się nie powinny” (Z. L. S. „Historja dwóch lat 1861- 1862”, t. IV. str. 89). Od tej chwili rozpoczęła się nieubłagana walka Żydostwa z arcybiskupem Felińskim.

Nastawieni odpowiednio przywódcy Czerwonych szkalowali publicznie arcypasterza. Puszczono wiadomość, że ks. Feliński „przez Moskwę i Rzym zasadzony jest pospołu, aby ruch polski wydać carowi”. Zwano go zdrajcą, biskupem moskiewskim, porównywano do Siemaszki. Zainteresowano osobą arcybiskupa prasę zagraniczną, która nazywała prekonizację ks. Felińskiego „weselem w piekle”. Nie oszczędziła też arcypasterza polska prasa zakordonowa, uzależniona od kapitału Żydowskiego.

ROK 1863

W TYM CZASIE, gdy Czerwoni owładnęli wszystkiemi niemal sprężynami życia narodowego, przygotowując się intensywnie do powstania. Biali drzemali. W znacznym stopniu przyczynili się do tego Leopold Kronenberg i Jurgens, delegaci na zjazd Białych, który odbył się w grudniu 1862 r. w Warszawie. Obradującemu w tak ciężkiej dla kraju chwili zebraniu, któremu przewodniczył Kronenberg, nadali neofici raczej charakter rozpraw akademickich i szlacheckiej pogawędki przy butelce wina. Zamiast przystąpić w sposób stanowczy do rozważenia wytworzonej przez poczynania Czerwonych sytuacji, postarał się Jurgens wmówić w uczestników zjazdu, że nie przewiduje się rychłego wybuchu powstania. Rozjeżdżali się więc delegaci w tem przekonaniu, że chwila rozpoczęcia walki z najeźdźcą, w oczekiwaniu na lepsze przygotowanie i przyjaźniejsze okoliczności, jest dość daleka.

Tymczasem Komitet Centralny (utworzony przez Czerwonych latem 1862 r.), którego programowem hasłem była rewolucja społeczna w Polsce, wszedł w układy z kierownikami rewolucjonistów rosyjskich; Hercenem i Bakuninem. Dochodziły wprawdzie do Czerwonych wieści, że w radykalnych kołach moskiewskich mówiono głośno, iż kwestja Rusi i Litwy pokłóci ich z Polakami; nie zrażało to jednak członków komitetu Centralnego, w którego skład, jak pisze Przyborowski („Historia sześciu miesięcy”, str. 176), „wchodzili ludzie nikomu nieznani, gdzieś z ciemnych otchłani bytu narodowego wyrzuceni na wierzch w konwulsyjnych drganiach wulkanu powstańczego. Zaślepieni nadzieją rozpętania rewolucji społecznej w Rosji, oni byli na przestrogi Seweryna Elżanowskiego, który w przededniu powstania styczniowego pisał w „Przeglądzie Rzeczy Polskich”, że „…gdyby przyszło w państwie rosyjskiem do stanowczego przewrotu, Polska znalazłaby się wśród okropnego pożaru… i mimowoli nawet musiałaby się chwytać własnych sposobów, by własny dom wyratować…”

Parcie neofickich przywódców Czerwonych do nawiązania ścisłego kontaktu z rewolucjonistami rosyjskimi przyczyniło się walnie do zdekonspirowania planów powstańczych Komitetu Centralnego. Wyraźnie o tem pisze Lemke w swojej pracy p. t. „Dzieła Hercena”; twierdzi on, że „rząd carski był poinformowany o biegu najważniejszych prac przygotowawczych Komitetu Centralnego Narodu Polskiego”. Dzięki raportom neofity Grzegorza Peretza, współpracownika pisma „Gołos”, który przebywał w najbliższem otoczeniu Hercena, wiedziano w Petersburgu, że wybuch powstania przygotowywany jest na styczeń (Limanowski: „Hugo Kołłątaj”, str. 648). Pisał też o tem Kraszewski, który w szeregu swoich powieści („My i oni”, „Akta męczeńskie”) zaznacza, że powstanie styczniowe było przewidziane przez Moskwę. Ze Skierniewic wyszło hasło natychmiastowego rozpoczęcia walki zbrojnej. W tem mieście bowiem na początku stycznia 1863 r. zebrali się komisarze wojewódzcy, wśród których dużą rolę odgrywał Józef Piotrowski, członek rodziny, o której Mikołaj Berg pisał („Pamiętniki o polskich spiskach i powstaniach 1831 – 1862”, t. I, str. 184), że „pochodzi z tych Żydów, którzy wraz z Frankiem dla osiągnięcia rewnouprawnienia przyjęli powierzchownie chrystjanizm i zmienili swe nazwiska na krajowe, zachowując zawsze w głębi duszy i w domu obyczaj Żydowski”.

Komisarze postanowili przesłać Komitetowi Centralnemu ultimatum, w którem zażądali od niego ogłoszenia powstania, oświadczając, iż w razie sprzeciwu naczelnej władzy sami rozpoczną ruch zbrojny. Większość Komitetu nie chciała oprzeć się żądaniom malkontentów skierniewickich. Napróżno poszczególni członkowie Komitetu, Jak A. Glller (z tego powodu zapewne niecierpiany przez L. Kronenberga, który dał temu wyraz w swoim liście z dn. 4.VI.1864) i inni protestowali przeciwko rozpoczęciu powstania, zarzucając mu wprost, te nie postarał się nawet przygotować zawczasu w dostatecznej  ilości i jakości środków wojennych. W styczniu 1863 r. Komitet Centralny, z którego wystąpił Giller (nie chcąc brać na siebie odpowiedzialności za klęskę w razie ogłoszenia równoczesnego z branką powstania) uznał się za Tymczasowy Rząd Narodowy i wezwał młodzież polską do broni. Od tej pory wydarzenia potoczyły się znaną koleją. Już po kilku miesiącach walki przerzedziły się szybko zastępy najdzielniejszych. Nietylko w dniach lipcowych, ale wcześniej jeszcze nie widzimy już owej młodzieży, pełnej entuzjazmu, która spotykała się z sobą zarówno przy pracy organizacyjnej, jak i na polach walk. Dosięgły ją kule, bagnety lub stryczek wroga. Na arenie wypadków pozostawali krzykacze, ślepi czciciele rewolucji francuskiej, którym zdawało się, że Polska powstanie wówczas, gdy na polski grunt przeflancuje się hasła i sposoby działania Francuzów z końca XVIII w. Na miejsce ofiarnej młodzieży polskiej, która usłała szybko trupami swemi kraj ojczysty, pojawiło się w organizacji powstańczej mnóstwo małych Maratów, Robespierre’ów, Fouquier – Tainville’ów, Saint-Justów, naśladujących niezręcznie swe prototypy i drapujących się w ich krwawe łachmany. Wysunęli się też szybko w skład kierowniczych elementów powstania chrzczeni i niechrzczeni Żydzi. Nie narażając się naogół na niebezpieczeństwa walki frontowej, obsadzili oni za to wiele poważnych stanowisk aż do stopni dyrektorów wydziałów włącznie, na których byli bardzo czynni. Działali tam: Karol Majewski, stojący przez pewien czas na czele Rządu Narodowego, Józef Piotrowski  członek Rządu, utworzonego we wrześniu 1863 r., Aleksander Pawłowski, wchodzący do Trybunału Rewol., Józef Kwiatkowski, naczelnik Warszawy (zajmujący się później sprowadzaniem broni dla formacji galicyjskiej), Franciszek Orłowski, dowódca jednego z oddziałów źandarmerji w stolicy, Władysław Majewski (brat Karola), komisarz woj. kaliskiego, Stanisław Rudnicki, znany pod nazwą Sawa, zaliczony przez M. Dubieckiego („Romuald Traugutt”, str. 218) do współpracowników komisji inkwizycyjnej rosyjskiej, Adam Majewski, bracia Niemirowscy, Bronisław Wołowski, Kaplińscy, Henryk Wohl, Artur Goldman i inni. Nic więc dziwnego, że niezgoda zapanowała w powstańczych szeregach polskich. Do zgody bowiem nie mógł dopuścić element neoficki, wciskający się do organizacji. W tym czasie, gdy młodzież polska przelewała krew w beznadziejnej walce z przemożnym wrogiem, przywódcy Czerwonych rozpoczęli ostrą walkę z Białymi, która, przyczyniwszy się w Królestwie do dwukrotnych przewrotów w Rządzie, rozegrała się i w innych częściach porozbiorowych Rzeczypospolitej. Już w maju 1863 r. uwydatniająca się w Rządzie Narodowym przewaga Białych doprowadziła ze strony Czerwonych do zamachu stanu, do którego walnie dopomógł naczelnik straży bezpieczeństwa Landowski, prawdopodobnie pochodzenia Żydowskiego.

Rząd Narodowy został rozpędzony, a bardziej oporni jego członkowie – uwięzieni.

Hasło przewrotu wyszło z Krakowa, gdzie licznie zgromadzeni, skrajnie radykalni nikczemnicy wymieniali publicznie nazwiska członków Rządu, z intencją, ażeby one doszły do moskiewskich uszu. Nie mogąc doczekać się chwili, gdy uda im się ująć ster powstania, wysłali oni na wiosnę 1863 r. morderców dla zabicia dwu najdoświadczeńszych członków Rządu. Zamiar, pomimo ich woli, nie przyszedł do skutku. Wówczas spiskowcy postanowili w Zielone Święta wymordować wszystkich członków Rządu.

I to się nie udało. W kilka dni potem chcieli napaść na salę posiedzeń w chwili, gdy obradowali tam członkowie Rządu z przedstawicielami opozycji. Mieli oni zamiar zasztyletować członków władzy.

Przeszkodzono im jednak. Wichrzenia neofitów nie wróżyły długiego żywota nowopowstałemu Rządowi. W krótkim czasie upadł on, ustępując miejsca nowemu, na którego czele stanął Karol Majewski. Do października stolica była świadkiem parokrotnej zmiany Rządu.

Jeszcze raz Czerwoni doszli drogą zamachu do władzy. Posługując się terrorem zniechęcili oni do siebie niemal wszystkich. W krótkim też czasie doszedł do głosu Romuald Traugutt, którego namówił do objęcia władzy Czartoryski, przedstawiwszy mu, że istnienie terrorystycznego rządu zniechęca mocarstwa Zachodu. Bohaterski dyktator nie był też wolny od „czułej opieki” wichrzycieli neofickich. Mało było im tego, że mieli Epsteina w najbliższem otoczeniu tego męczennika sprawy narodowej. Widocznie nie nazbyt uległym okazał się im dyktator Traugutt. To też przy końcu 1863 r. utworzony został przez szumowiny radykalne t. zw. Komitet Rewolucyjny (którego przewodniczącym został Bronisław Brzeziński) dla przeciwdziałania zarządzeniom Traugutta. Co się tyczy wrażenia, jakie wybuch powstania styczniowego wywołał na zachodzie Europy, było ono raczej niewielkie. Rozpoczęcie walki zbrojnej z najeźdźcą w Królestwie przeszło niemal niepostrzeżenie wśród społeczeństw i rządów Zachodu. Jan Czyński, Lubliner, Wołowscy, Klaczko i inni zbyt mało czasu mieli na poinformowanie prasy zagranicznej (będącej przeważnie własnością ludzi bliskich im pochodzeniem) o celach beznadziejnej walki, jaką toczył naród polski z Moskalami. Jako założyciele „L’alliance polonaise de toutes les croyances religieuses”, stowarzyszenia, mającego na celu pojednanie wszystkich wyznań religijnych na polskiej ziemi, zwrócili oni całą swoją energję w tym kierunku. W Anglji wyrażano się o powstaniu jako o ruchu, skazanym zgóry na niepowodzenie. Również w Wiedniu nie doceniano doniosłości rozpoczynających się wydarzeń. We Francji, gdzie urzędowa i półurzędowa prasa już przedtem rzucała gromy na Polaków z powodu zamachu Jaroszyńskiego na W. ks. Konstantego, potraktowano powstanie jako ruchawkę w stylu Mazziniego.

W szeregu państewek niemieckich sprawa konfliktu polsko-rosyjskiego zaciekawiła dopiero z chwilą zawarcia konwencji Prus z rządem carskim. Wystąpienia nielicznych dzienników na Zachodzie w obronie Polski spotykały się raczej z obojętnością większości prasy. Niektóre z nich nawet piętnowały rzekome okrucieństwa powstańców. Jedynie w Prusiech przyjęto wybuch powstania jako wypadek pierwszorzędnego znaczenia. Już mianowanie W. ks. Konstantego namiestnikiem Królestwa wywołało silną reakcję w Berlinie. „Jest to wiadomość bardzo poważna – wypadek wielkiej, europejskiej doniosłości” – pisał publicysta Teodor Bernhardi. Zdaniem prasy pruskiej, będącej w większości w ręku potomków oświeconych Żydów niemieckich, którzy w r. 1819 – 1823 przyjmowali tysiącami wiarę chrześcijańską, celem Konstantego była korona królewska. Tak pogodzona z Rosją Polska zmierzałaby do .odzyskania Poznańskiego i Pomorza.

Nastąpiłaby likwidacja partji Czerwonych, a kraj w oparciu o żywioły umiarkowane przekształciłby się w secundo-geniturę rosyjską. Rząd pruski więc, zdaniem dziennikarzy Żydowsko-niemieckich, nie mógł zająć pozycji biernego świadka. Wzruszająca zgoda zapanowała też między neofickimi przywódcami Czerwonych i prasą pruską, co do obrzydzenia w. ks. Konstantemu pobytu w Warszawie. Lepiej im widocznie dogadzał na zamku królewskim Niemiec, Teodor hr. Berg, niecierpiący Rosji i nazywający ją Chinami (M. Berg: „Zapiski o powstaniu polskiem”, t. III, str. 143). Wśród najbliższych współpracowników tego satrapy, będącego na żołdzie bankierów Żydowskich (Berg: „Zapiski…” t. III, str. 424 – 428), widać było Niemców: Wahla i Brunninga oraz Żyda Goldmana.

To też nic dziwnego, że miał tego dosyć nawet Kraszewski, redaktor kronenbergowskiej „Gazety Polskiej”. W powieści p. t. .Żyd” pisał on wyraźnie o nadziejach przywódców Żydowskich, związanych z wypadkami 1863 r. Mówią oni tam:  „…w powietrzu czuć proch, ale dla nas to nic złego… skorzystajmy z dobrej okazji. Zamiast bawić się w patriotyzm i t. p. mrzonki, myślmy przede wszystkiem o sobie. Chłop polski nie lubi nas, wiemy o tem, ale chłop jest głupi – nie boimy się go. O szlachtę nam głównie idzie. Wmiesza się ona przez sam punkt honoru w awanturę, pójdzie do lasu, na krwawe pola, za co ją rząd ukarze, zniszczy, wytępi, wydusi, wywłaszczy, a wówczas dla nas droga otwarta… W każdym narodzie musi się wyrobić ponad masy jakaś inteligencja i rodzaj arystokracji. My jesteśmy materjałem gotowym, my zawładniemy krajem, a panujemy już przez giełdy i przez wielką część prasy nad połową Europy. Ale naszem właściwym królestwem, naszą stolicą, naszem Jeruzalem będzie Polska. My będziemy jej arystokracją, my tu rządzić będziemy. kraj ten należy do nas, jest nasz…”     Tak obliczali i rezonowali Żydzi Kraszewskiego (ocierającego się o nich zbliska) w chwili, kiedy ważyły się losy kraju.

(…)

OKRES POZYTYWIZMU

UTWORZONY na początku 1864 r. przez cara Aleksandra „Komitet dla spraw Królestwa i Polskiego” rozpoczął „ściślejsze zespolenie kraju z cesarstwem rosyjskiem” od masowego wysiedlania rdzennie polskiego żywiołu na Sybir i konfiskaty dóbr ziemskich.

(…)

Urzędnicy rosyjscy pod koniec 1866 r, określali liczbę zesłanych w głąb Rosji i na Syberię Polaków na 250 tysięcy osób. Był to kwiat narodu polskiego. Studenci, ziemianie, oficerowie, księża stanowili poważną część tych najofiarniejszych synów Polski. Przystąpili tez Moskale do dalszego wywłaszczania szlachty. Na Ukrainie, Podolu i Wołyniu skonfiskowano Polakom w roku 1863/64 – 383.761 morgów ziemi, której wartość wynosiła setki miljonów rubli. Postarano się potem o przeprowadzenie uwłaszczenia włościan w sposób, który miał zapewnić wieczną wdzięczność carskim urzędnikom ze strony ciemnego i biednego ludu, a dziedziców doprowadzić do ruiny finansowej(p.e.1984: kto ulega prowokatorom, sam sobie winien … nadzielenie chłopów ziemią kosztem feudałów to niewątpliwy pozytyw upadku powstania styczniowego).

(…)

Panujący wszechwładnie po powstaniu styczniowem pozytywizm włączył do swego programu doktrynę asymilacji. Prawie wszyscy, pozytywiści owego czasu byli filosemitami, bratali się z Żydami, uważając za wzór cnót obywatelskich bankiera Kronenberga, nagrodzonego przez rząd moskiewski za usługi orderem św. Włodzimierza III klasy (z czem było połączone nadanie dziedzicznego szlachectwa rosyjskiego) i bankiera Jana Blocha, którego testament zaczyna się od słów: „Byłem całe życie Żydem i umieram jako Żyd” (I was my whole life a Jew and I die as a Jew… –The Jewish Encyclopedia”, Funk and Wagnalls Company, New York and London, t. III, str. 262). Pozytywiści wyhodowali grupę literatów i dziennikarzy pochodzenia Żydowskiego, która obsadziła tłumnie prasę warszawską. Wśród księgarzy i wydawców najpoważniejszych pism stolicy widzimy: Gluecksberga, Lewentala, Stan. Kronenberga, braci Orgelbrandów, E. Leo, M. Wołowskiego, Krzywickiego, R. Okręta i innych.

Otaczają się ci chrzczeni i niechrzczeni dyktatorzy ówczesnej opinji polskiej współpracownikami też przeważnie Żydowskiego pochodzenia, jak to: St. Kramsztyk, B.Rajchman, H.Elzenberg, D. Zgliński, Niedzielski, Niemirowski, Chęciński i inni. Pełno ich było zarówno w pismach zachowawczych („Gazeta Polska”, „Słowo”), jak i postępowych („Przegląd Tygodniowy”, „Niwa”, „Nowiny”), Było jednak w Polsce? wielu przeciwników asymilacji Żydów. Obawiano się słusznie, że osłabione społeczeństwo nietylko nie spolszczy Żydów, przyjmujących licznie w okresie pozytywizmu chrzest, lecz samo zżydzieje i pójdzie na służbę Żydowskich ideałów. Zaczęto badać szczerość intencyj Żydów, chcących nawrócić się na katolicyzm. Świadczy o tem korespondencja judofilskiego „Kraju” z Warszawy: „Wielu z pomiędzy przyjmujących chrzest Żydów kołatało najprzód do kapłanów katolickich, lecz tak byli przyjęciem ich zrażeni, że zwrócili się do protestanckich” (S. Hirszhorn: „Historja Żydów w Polsce”, str. 242). Zainteresowano się znowu Frankistami.

Stwierdzono, że ci najgorętsi rzecznicy asymilacji Żydów, chociaż przyjęli chrześcijaństwo przeszło sto lat temu, pozostają jednak w ścisłej łączności pomiędzy sobą i z synami Izraela. Słusznie obawiali się patrjoci polscy-wznowionego po powstaniu styczniowem – masowego porzucania wiary ojców przez inteligencję Żydowską. Na przykładzie Kronenberga widzieli, jak neofici polscy umieli przystosować się do każdej okoliczności. Pobłażliwość rządu rosyjskiego dla tego, który finansował 1863 r., nasuwała też niejednemu ciekawe przypuszczenia co do możliwości istnienia poza sutemu łapówkami innych, ukrytych dla społeczeństwa polskiego nici, łączących satrapów moskiewskich (często pochodzenia niemieckiego) z czołowymi przedstawicielami Żydostwa polskiego. A że cele przywódców Izraela nie były przyjazne dla narodu polskiego, to łatwo się można przekonać, przeczytawszy okólnik kierowników politycznych kół Żydowskich, wydany w listopadzie 1898 r. do Żydów polskich. Odezwa ta brzmi: „Bracia i współwyznawcy! Trzeba, ażeby kraj (t. j. Galicja – przypisek) został naszem królestwem… Starajcie się potrochu usunąć Polaków ze wszystkich ważniejszych stanowisk i skupić w waszych rękach wszystkie nici władzy społecznej.  Wszystko, co do chrześcijan należy, powinno stać się waszą własnością, związek izraelski dostarczy wam potrzebnych do tego środków. Już zaczęto na ten cel zbierać potrzebne fundusze, a udaje się lepiej, niż przypuścić było można. Dla doprowadzenia do skutku planu wyrwania stanowczo Galicji chrześcijanom, wszyscy nasi wielcy i bogatsi zapisali się na znaczne sumy. Da baron Hirsz (wkrótce potem umarł – przypisek), dadzą Rotszyldzi, Bleichroderowie i Mendelsohnowie i inni dadzą… Bracia i współwyznawcy! Dołóżcie wszelkich usiłowań, ażeby  doprowadzić do skutku to, co zamierzamy”… (L. Viel. „Le Juif   secfaire” str. 173). Jak w świetle tej odezwy, a była ona zapewne jedną z wielu, wygląda finansowy udział w powstaniu styczniowem Kronenberga, który przez poszczególnych badaczy historycznych jest wychwalany za to, że bez jego pomocy finansowej nie mogłyby organizacje powstańcze rozwinąć skutecznej agitacji? Jemu zawdzięczała więc w lwiej części Polska, że setki tysięcy najwierniejszych Jej synów marniało w tajgach syberyjskich lub gniło w ziemi. W kraju zaś pozostały masy biernych, wśród których żerowali synowie „narodu wybranego” (p.e.1984: czy komuś jeszcze kojarzy się „Solidarność” i wypadki z lat 1980-1981 oraz emigracja po stanie wojennym z opisanymi zdarzeniami? Jakie były plany KOR? Ile krwi polskiej maiło się polać w 1981, wedle planów KOR i reszty agentury sterującej otumanionymi na „Solidarność” i jej dewocję Polakami?). Przewódcy Żydostwa polskiego nie zniechęcili się wstrętami, czynionemi wychrztom przez światlejszą część naszego społeczeństwa. Rzucono hasło małżeństw mieszanych. Wynaleziono wielu zubożałych arystokratów, pragnących pozłocić swe herby. W krótkim czasie przedstawiciele najstarszej arystokracji polskiej weszli w związki rodzinne z potomkami frankistów a także z neofitami. Wołowscy, Lascy, Epsteinowie, Kronenbergowie, Blochowie, Rotwandowie, Reichmanowie, Halpertowie, Goldfederowie koligacą się z Woronieckimi, Rzyszczewskimi, Potulickimi, Lasockimi, Ilińskimi, Skarbkami, Morsztynami, Wielopolskimi, Kościelskimi, Jundziłłami, Wodzyńskimi, Hołyńskimi, Poklewskimi i in. Klasycznym przykładem wychrzty, który, zdawałoby się, że wrósł nieodwołalnie w społeczność polską, był Jan Bloch, herbu Ogończyk. Wpływowy ten bankier, podkreślający swój patrjotyzm polski na każdym kroku, czego dowodem miało być skoligacenie się z pięcioma wybitnemi rodami kraju, inaczej przedstawił się potomności w testamencie swoim. Mógł się on śmiało zaliczyć do grona tych Żydów, na których cześć wygłoszone zostało w 1876 r. w kahale lwowskim odpowiednie przemówienie. Mędrzec Syjonu oświadczył m. in., iż „… prawdą jest, że niektórzy Żydzi dają się chrzcić, ale fakt ten tylko przyczynia się do wzmocnienia naszej potęgi, gdyż chrzczeni Żydzi zawsze Żydami zostają„… (Rudolf Vrba:  „Die Revolution in Russland, statistische und sozialpolitische Studien”). Służyli też często zrujnowani karmazyni polscy za parawan dla nieczystych, podejrzanych spekulacyj.

Wynajmowali ich Żydowscy plutokraci do zarządów swoich przedsiębiorstw, do komitetów, mianując ich członkami rad nadzorczych. Ponieważ utytułowani radcowie mieli takie samo pojęcie o handlu, o metodach „czystego kapitalizmu”, jak chłop o astronomji, przeto rządzili się Żydzi sami bez żadnej kontroli. Przyszedł 1905 r., o którym pisał zasymilowany Żyd J. Unszlicht („O pogromy ludu polskiego”), że „nastał moment decydujący – rozłamu między polskością i Żydostwem”.

Potulna, wychowana przez frankistów: Krzywickiego, Matuszewskiego, Wołowskiego, Niemirowskiego i in., neofitów: Kraushara, Posnera, Mendelsohna i in. oraz Żydów: Askenazego, Dicksteina i in., inteligencja polska zobaczyła z przerażeniem obok siebie, zamiast układnych neofitów i asymilatorów, aroganckiego Żabotyńskiego, Radka, Grosnera i in. Spostrzeżono gęstą sieć spisku antypolskiego, uknutego przez Żydów, do którego wciągnięto nieuświadomione masy ludu polskiego. Z krzykiem „precz z białą gęsią” kroczyli po ulicach Warszawy czarni bundyści, subsydjowani przez ochrzczonego miljonera Łazarza Polakowa i… Powszechny Związek Izraelski. Komitet statystyczny miasta Warszawy wykazał, że wypadki 1905 r. zburzyły i zniszczyły w Królestwie około 2.000 mniejszych zakładów przemysłowych, należących do Polaków. Cofnięty został o dziesiątki lat wstecz swojski, dopiero kiełkujący przemysł. Lud roboczy zubożał. Wielcy kapitaliści Żydowscy drwili zaś sobie z tej „pseudo-antykapitalistycznej rewolucji”.

ZAMKNIĘCIE

Książka niniejsza ma charakter pionierski: rozpoczyna ona systematyczne badania w dziedzinie dotychczas przez uczonych naszych pomijanej i przemilczanej. Zrozumiałe jest przeto, iż będąc pirewszem właściwie studjum naukowem w tym zakresie nie ma ona bynajmniej pretensyj do wyczerpania tematu, który dopiero dalsze prace historyków polskich w pełni zbadają i wyświetlą. Będzie to dla autora wielką radością, jeżeli trud przezeń podjęty stanowić będzie zachętę i bodziec do dalszych poszukiwań w tej dziedzinie. Badania owe przyniosą niewątpliwie szereg rewelacyj, których obecnie częstokroć nawet domyślać się nie potrafimy.
Autor kierował się w swojej pracy jedynym celem, jakim było najbardziej objektywne przedstawienie prawdy dziejowej, rozumiejąc dokładnie, jak niezmiernie ważne jest dla narodu, ażeby poznał rzeczywisty, niesfałszowany ubocznemi względami, obraz swojej przeszłości. Widząc zaś, jak dalece służba prawdzie wymaga niejednokrotnie odwagi cywilnej i siły charakteru, nie może się powstrzymać od wyrażenia na tem miejscu serdecznego podziękowania Redakcji „Myśli Narodowej”, która, drukując poszczególne rozdziały pracy w postaci artykułów, umożliwiła opublikowanie jej w formie książkowej.

https://myslnarodowa.wordpress.com/2012/08/24/zydzi-powstanie-styczniowe-antypolski-wymiar/

Pełna wersja tekstu jest dostępna tu:
Stanisław Didier, ROLA NEOFITÓW W DZIEJACH POLSKI, Warszawa 1934,Nakładem „Myśli Narodowej” (googleDoc, możliwość zapisania m. in. jako .doc, .pdf, .rtf)
Kopia zapasowa (tekst nieformatowany):
Stanisław Didier, ROLA NEOFITÓW W DZIEJACH POLSKI, Warszawa 1934,Nakładem „Myśli Narodowej” (TXT)



 

Powstanie Styczniowe – chybiony patriotyzm i spustoszenia w świadomości narodowej współczesnych Polaków

Wstęp.

Oddajemy w ręce czytelnika tekst obszernie zajmujący się problemem choroby polskich postaw i polskiej świadomości. Choroby którą omawiamy na przykładzie Powstania Styczniowego, wiążąc jednak wszędzie, gdzie to wskazane wątki występujące w Powstaniu Styczniowym z analogicznymi wątkami innych powstań. Za chorobę polskiej mentalności i polskiej wizji służby narodowi odpowiadają nie tylko okoliczności dziejowe, ale również trwająca od wieków praca wrogów narodu polskiego, polegająca na szczepieniu postaw, które w sprzyjających okolicznościach prowadzić będą do tragedii narodowych i rzezi Polaków – oraz na tępieniu wszelkich działań zmierzających do naprawy świadomości narodowej i postaw Polaków. W efekcie naszych prac powstał obszerny tekst, który niewyrobionego czytelnika może zniechęcić. Apelujemy więc w tym miejscu, aby każdy, zamiast się wcześnie zrażać – przeczytał i przemyślał poniższy artykuł i załączony fragment książki A. Wrotnowskiego, jeśli nie jednym wysiłkiem – to w kilku mniejszych. Gorąco polecamy również tekst Powstanie Listopadowe – kult błędów politycznych, fałszywych bohaterów i jego skutki.

Życzymy lektury obfitującej w refleksje.
Redakcja Polskiej Myśli Narodowej

Obchodzona w 2013 roku 150-ta rocznica Powstania Styczniowego (22.I.1863) mogłaby stać się pretekstem do dyskusji nad błędnymi wyobrażeniami o tym, jakie powinny być postawy polityczne Polaków, w czym powinna przejawiać się ich służba narodowi polskiemu – oraz dlaczego pewne postawy uważane przez Polaków za patriotyczne są w swej naturze straszliwie antynarodowe. Te błędne wyobrażenia i wynikające z nich postawy nie tylko doprowadziły (przy wydatnej pomocy agentury pruskiej, austriackiej i intryg pierwiastków obcych Polakom etnicznie) w roku 1863 do tragedii narodowej, ale i odegrały decydującą rolę w pozostałych katastrofach narodowych (1830, 1944). O jakie postawy Polaków chodzi pisaliśmy już szeroko w tekście na temat Powstania Listopadowego. Przypomnijmy – piętnowaliśmy mylenie powinności narodowych z rywalizacją na „mołojecką” brawurę i „bohaterszczyznę”, nieliczenie się z konsekwencjami, jakie ta rywalizacja będzie miała dla innych Polaków – tak jednostek jak i narodu jako całości (to nieliczenie się to wręcz pogarda dla zdrowia i życia innych Polaków i ich mienia – a także wspólnego majątku narodowego), ignorowanie uwarunkowań geopolitycznych, geoekonomicznych i militarnych oraz myślenie życzeniowe. Polak myślący narodowo w swoich działaniach ma obowiązek stawiać na pierwszym miejscu los innych Polaków, a nie – żądzę popisania się przed innymi „patriotyzmem” czy wcielania w życie swoich wyobrażeń o poświęceniu dla „ojczyzny” bez oglądania się na skutki tych działań dla innych Polaków. Polak ma obowiązki wobec narodu polskiego – Polaków żyjących dziś – i tych, którzy dopiero nadejdą. To są obowiązki polskie, o których pisał Dmowski. Obowiązki wobec konkretnej zbiorowości ludzkiej, a nie – mglistej „ojczyzny” czy „niepodległości”. Z takiego pojmowania obowiązków jednostki wypływa troska o innych Polaków i nieustanny namysł nad tym, czy korzyści z określonych działań przewyższą potencjalne straty, czy nie. Narodowiec nie ma prawa podejmować ryzyka w sytuacji, kiedy klęska jest niemal pewna, a jedyną przesłanką za narażaniem życia innych jest narzucone mu czyjeś wyobrażenie o „honorze”. Nie ma prawa w sprawach narodowych kierować się emocjami – bo emocje czynią go łatwo narzędziem w rękach innych, którzy wpędzając go we wzburzenie sami zachowują dystans – i niekoniecznie służą sprawie polskiej. Celem narodu polskiego jest trwanie i budowanie dobrobytu Polaków, a nie – zapełnienie zwłokami Polaków cmentarzy, by stworzyć przestrzeń życiową dla innych (pomagających w zapełnianiu tych cmentarzy Polakami) narodów. Wojna jest przedłużeniem polityki (jak zauważył Clausevitz), a nie – metodą demonstracji postaw i emocji czy dowodzenia „racji moralnych”. Polityka zaś służy konkretnym celom narodowym – wymiernym ekonomicznie, demograficznie i politycznie. Polityka zmierzająca do realizacji innych celów – ze szkodą dla wyżej wymienionych obszarów bytu narodowego – musi być uznana za wrogą narodowi i zmierzającą w ostatecznym rozrachunku do wyniszczenia narodu. Jeden z nawybitniejszych polskich ideologów narodowych (jeśli nie najwybitniejszy – a dziś – z dziwnych powodów zamilczany i zapomniany), Zygmunt Balicki, postrzegał szkodliwość dyktatu emocji w polskim myśleniu politycznym bardzo podobnie:

(…) Wreszcie tylko uczucie jest samo sobie celem, nie szuka go (red.: celu) bowiem poza sobą, lecz w sobie, w swym własnym zadowoleniu. Polityka w jego oświetleniu będzie tym lepsza, im bardziej odbija w sobie możliwie silne napięcie uczuć, pozbawiona zaś tych superlatywnych przejawów uchodzić będzie za kompromisową, ugodową, niemal za objaw narodowego zaprzaństwa. Licytacja uczuć kończy się zawsze pustym frazesem w słowie, który pcha do absurdu w czynie. Chłodna rachuba, zestawienie możliwych zysków i strat, znoszenie cierpliwe nawet upokorzeń, gdy się nie ma siły do skutecznego ich odparcia, przygotowywanie kroków na długą metę, zmiana postawy wraz ze zmianą układu sił, gra w zakryte karty, gdy przezorność nie nakazuje ich odsłaniać, przeprowadzenie stopniowe i wytrwałe swych zamierzeń, słowem wszystko to, co stanowi elementarz polityki największych nawet i najsilniejszych mocarstw, dla polityki uczuć jest czymś obcym, niepojętym, niegodnym narodu, omal że niemoralnym.
_________________
Źródło: Zygmunt Balicki, Dylemat dziejowy, „Przegląd narodowy”, październik 1908, rok I, nr 10.

Oczywiście w Polsce funkcjonują grupy i ośrodki, którym (ze względów wyłuszczonych w ww. tekście o Powstaniu Listopadowym) powyższe refleksje i wytyczne postępowania są bardzo nie w smak. Grupy te potrzebują Polaków o postawach nie – narodowych, lecz pseudopatriotycznych – bezrefleksyjnych, irracjonalnych, ultraemocjonalnych. Potrzebują Polaków, którymi łatwo manipulować – i takich, którzy dzięki wpojonym pseudowartościom odrzucą polityków racjonalnych i realizm polityczny. Dla Polaków zwiedzionych pseudopatriotyczną histerią postawy narodowe i dbałość o interes narodowy są czymś obcym – samobójcze zrywy są istotą polskości, potępianie ich i ich przywódców oraz postaw, które prowadziły do tych z góry skazanych na klęskę zrywów – jest „czczeniem knuta”:

Polska obchodzi 68 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Ale nie cała. Rocznicę tę wspominają z pietyzmem spadkobiercy tradycji powstańczej, tradycji niepodległościowej, gotowi ponosić ofiary nie tylko dla niepodległości, ale również – a może nawet przede wszystkim – by dzięki niepodległości móc zażywać wolności we własnym państwie. Ale już tak zwani „realiści”, czyli mówiąc inaczej – czciciele knuta – spoglądają na celebrujących rocznicę wybuchu Powstania z ostentacyjnym lekceważeniem, a nawet pogardą. Nie tyle może nimi gardzą, chociaż nimi oczywiście też – co niepodległościowymi ideałami, do których tamci nawiązują. Dla czcicieli knuta tamten ideał jest po pierwsze – niepojęty, a po drugie – niepokojący, bo wywołuje pytanie o osobistą odwagę.
_________________
Źródło: Stanisław Michalkiewicz, „Epigoni celebrują rocznicę”, www.michalkiewicz.pl, 1 sierpnia 2012

Porównanie powyższego cytatu z wypowiedzią Balickiego pokazuje dobitnie, jak ma się pseudopatriotyzm do myśli narodowej. Istotą sporu „realistów” z „niepodległościowcami” wokół Powstania Warszawskiego nie jest, jak twierdzi S. Michalkiewicz zamiłowanie „realistów” do „niewoli”, lecz – oczywisty nawet dla dowódców AK i ich podkomendnych brak jakichkolwiek szans na osiągnięcie celów politycznych bądź militarnych zrywu przy posiadanych środkach i w ówczesnych realiach geopolityczno-militarnych. Opluwani „realiści” są więc wrogami działań irracjonalnych i marnowania najcenniejszego, co nasz naród posiada – polskiej krwi. Opluwszy „realistów”, S. Michalkiewicz przenosi wywód w obszar emocji – pisze o pogardzie i lekceważeniu „realistów” wobec „niepodległościowców”. Służy to wyłącznie podburzeniu czytelników S. Michalkiewicza przeciw realistom – wzburzenie skutecznie zamyka drogę racjonalnym argumentom – i o wywołanie takiego stanu przy każdej dyskusji czytelników (w domniemaniu – „niepodległościowców”) z „realistami” sprytnemu publicyście chodzi. Po „zaszczepieniu” swoich czytelników na argumenty zdroworozsądkowe S. Michalkiewicz stawia tezę, że „realiści” to po prostu tchórze, w domyśle – w odróżnieniu od „niepodległościowców” – co jest wręcz książkowym dowartościowaniem (nagrodą emocjonalną) w celu wzmocnienia określonej postawy. Widać więc, że poziom debaty publicznej w kwestii kluczowej dla polskiej tożsamości narodowej jest żenujący.
Spójrzmy na inną, dość znamienną wypowiedź – tu autor nie manipuluje czytelnikiem, tylko przedstawia swój punkt widzenia:

W uruchamianym wkrótce na portalu wPolityce.pl dziale „Bohaterom 1863 roku” będziemy drukowali w nadchodzącym roku fragmenty książek, wspomnień i specjalnie przygotowane materiały związane z tą piękną rocznicą zrywu, który choć tragiczny, sprawił iż pochodnia polskości nie zgasła. Wszak z tamtego ducha roku 1863, z kultu bohaterów narodził się Józef Piłsudski a wraz z nim odrodzona II Rzeczpospolita. Pamięć o nich przewija się w każdym niemal materiale historyczno-publicystycznym wydanym przed wojną. Ostatni żyjący weterani zrywu 1863 doczekali godziny chwały.
_________________
Źródło: Michał Karnowski, Przy takiej władzy sami musimy zorganizować obchody ku czci bohaterów 1863 roku, musimy ustanowić Obywatelski Rok Powstania Styczniowego

Mamy więc czcić katastrofę narodową sprowokowaną przez pruską agenturę i Żydów na jej usługach (por. również A. Wrotnowski, „Porozbiorowe aspiracye …”, → str. 246, „Czy Prusy finansowały spiskowców?” – tekst podkreślony, J. Giertych, „Tysiąc lat …”, tom II, „Powstanie Styczniowe pruską intrygą?”, → str. 360 ), wskutek której kilkadziesiąt tysięcy osób trafiło na zesłanie, rozpoczęta dzięki wysiłkom Wielopolskiego polonizacja administracji została anulowana oraz zdewastowany został polski system oświaty w dawnym Królestwie Polskim (patrz J. Giertych, „Tysiąc lat …”, tom II, → str. 352 )? Nie zapominajmy o niewyobrażalnych stratach materialnych wywołanych konfiskatami mienia Polaków i uwłaszczaniem na polskich majątkach Żydów (patrz „Judeopolonia …” L. Szcześniaka, str. 11), co znacznie osłabiło na całe dziesięciolecia naród polski – także politycznie, bo siła polityczna jest pochodną siły ekonomicznej i demograficznej. Jakże, będąc Polakiem, można napisać, że dzięki tak potwornej katastrofie „pochodnia polskości nie zgasła”?!? Ona nie zgasła pomimo straszliwej katastrofy, a nie – dzięki niej. W kwestii roli „kultu bohaterów” i Józefa Piłsudskiego, mimo, że stanowisko środowisk narodowych jest znane – odsyłamy czytelnika do tekstu K. Kawalca Narodowa Demokracja wobec tradycji powstań narodowych.
Problematykę kulis wybuchu Powstania Styczniowego poruszyliśmy już wcześniej publikując fragment pracy S. Didiera w tekście „Żydzi a Powstanie Styczniowe i jego planowo antypolski wymiar”. Niniejszym tekstem chcielibyśmy wydobyć z zapomnienia inną pracę traktującą o okolicznościach Powstania Styczniowego, a mianowicie „Porozbiorowe aspiracye polityczne narodu polskiego” Antoniego Wrotnowskiego. Książka Wrotnowskiego, którą cytujemy w tekście, i której obszerny fragment zamieścimy poniżej, jest dla współczesnego polskiego czytelnika nad wyraz istotna z kilku naraz względów. Przede wszystkim Wrotnowski był człowiekiem żyjącym i działającym w tamtej epoce, znającym wiele osób powiązanych ze spiskiem, angażującym się nawet na miarę swoich możliwości w zażegnanie spisku. Dodatkowo – Wrotnowski obok znajomości wewnętrznych spraw polskich tamtego okresu, jakiej żaden współczesny historyk nie ma i miał nie będzie, posiadał szeroką wiedzę o niuansach ówczesnej dyplomacji europejskiej – i rozgrywkach politycznych pomiędzy mocarstwami, w ramach których sprawa polska była cynicznie wykorzystywanym narzędziem. Wiedzę tą przelał na karty swojej książki. Bystry umysł Wrotnowskiego w połączeniu ze szczegółową wiedzą człowieka epoki stworzył dzieło niezwykłe, przytaczane w licznych rozprawach historyków, lecz nigdy po 1898 r. nie wydane – a dziś, wielce niesłusznie, zupełnie zapomniane.
Autor zawarł w swoim opracowaniu bardzo interesujące obserwacje i fakty – a także unikalną i szeroko cytowaną za nim wypowiedź Stefana Bobrowskiego, który osobiście zdradził Wrotnowskiemu motywy organizatorów:

Co zaś najsmutniejsza i co przychodzi wyrazić z najżywszą boleścią, ci z przywódzców sprzysiężenia, którzy stali na jego czele w ostatnich miesiącach przed wydaniem hasła do powstania (Styczniowego), przystępowali do dzieła w złej wierze pod tym względem, iż sami nie łudzili się bynajmniej, co do rezultatu krwawej awantury, w jaką kraj wtrącali, – pomimo to jednak, nie przestawali pociągać do swych szeregów zapewnieniami niewątpliwego nad Rossyą zwycięztwa.

Przy zetknięciu z ludźmi trzeźwiejszego poglądu, do stronnictwa konserwatywnego należącymi, nie będąc w możności odeprzeć argumentów wykazujących niepodobieństwo pokonania Rossyi, a nawet podołania jej wojsku stojącemu w Polsce, ostatecznie sami nie przeczyli, iż powstanie nie doprowadzi narodu polskiego do niezawisłego bytu państwowego. Gdy zaś pytano ich wtedy, dlaczego chcą wywołać powstanie, które pokryje kraj gruzami i sprowadzi rozlew krwi najzupełniej bezużyteczny, a następnie teroryzm rossyjski, – odpowiadali: „iż rozlew krwi będzie właśnie bardzo użytecznym, że stał się nawet koniecznym, w obec kompromisu z Rossyą, jaki margrabia przeprowadzić usiłuje„.

Stronnictwo konserwatywne,-mówili dalej, – stoi wprawdzie dotychczas przy aspiracyach narodu temu kompromisowi przeciwnych, czy jednak przy nich wytrwa, jest dla nas rzeczą bardzo wątpliwą, a nawet przewidujemy, że znużone agitacyą polityczną, prędzej lub później poprze margrabiego.

W naszem przekonaniu jest więc zagrożoną wierność dla sztandaru, przy którym stojąc wytrwale, naród polski niósł od lat stu niezliczone ofiary dla jasno wytkniętego celu, i żył wielkiemi swemi ideałami. Tego zaś, aby przeważna większość narodu przyjmując kompromis z Rossyą, odstąpić miała od rzeczonego sztandaru, nie możemy dopuścić za żadną cenę. Stanowcze i skuteczne zapobieżenie, aby ten kompromis nie mógł być przeprowadzonym, poczytujemy więc za nasz ohowiązek względem idei polskiej i względem ojczyzny.

 Wywołując powstanie, do którego czynimy przygotowania, spełniamy ten obowiązek w przekonaniu, iż dla stłumienia naszego ruchu, Rossya nietylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszoną wylać rzekę krwi polskiej; – ta zaś rzeka, stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najezdcami naszego kraju; nie przypuszczamy bowiem, aby nawet za pół wieku naród polski puścił tę krew w niepamięć, i aby wyciągnął rękę do nieprzyjaciela, który tę rzekę wypełnił’ krwią polską” *)._______________

*) Własne wyrazy Stefana Bobrowskiego, ówczesnego naczelnika miasta Warszawy w organizacyi spiskowej, (…) wypowiedziane w rozmowie ze mną, w późnej jesieni 1862 r., w mieszkaniu Karola Ruprechta. (…) Ruprecht (…) był moim znajomym, jeszcze od chwili, w której powrócił z kopalni syberyjskich. (…) niejednokrotnie przeto rozmawiałem z nim o klęsce, grożącej krajowi w razie wybuchu powstania, przygotowywanego jawnie. Zgadząjąc się z memi poglądami, objaśniał mnie, iż wszystkie jego usiłowaniado zwrócenia młodzieży ku pracy organicznej i do skłonienia jej, aby porzuciła myśl powstania, pozostały bez żadnego wpływu.
„Czyż między wami są sami szaleńcy, czyż niezbite argumenta wykazujące szkodliwość zbrojnego ruchu, nie mogą znaleść posłuchu u ludzi sfanatyzowanych wprawdzie, ale bądź co bądź ojczyznę na swój sposób kochających i do poświęcenia się gotowych, – czyż między wami nie ma ludzi uczciwych, których powinnaby przerazić i powstrzymać myśl, iż poślą na rzeź tysiące patryotów, a jednocześnie spełnią zbrodnie przeciw własnemu krajowi, a nawet mogą zgubić sprawę polską” – rzekłem raz do Ruprechta. .Spróbuj rozmówić się z nimi- odpowiedział, może będziesz szczęśliwszy odemnie , bardzo o tem wątpię, ale spróbój, – ułatwię ci widzenie się z nimi”. Przyjąłem tę propozycyę i w dniu oznaczonym zastałem u niego Bobrowskiego i dwóch innych członków komitetu centralnego, zajmujących w organizacyi spiskowej stanowiska najbardziej wpływowe. (…) Rozmawiatem wówczas z nimi parę godzin, – wreszcie Bobrowski zamknął tę rozmowę wyrazami oznaczonemi w tekście cudzysłowem, – przytoczonemi prawie dosłownie, bo całą rozmowę do dziś dobrze pamiętam.
_________________
Źródło: Antoni Wrotnowski, Porozbiorowe aspiracye polityczne narodu polskiego, wyd. Gubrynowicz i Schmidt, Lwów 1882, → str. 242-244; skróty: redakcja PMN

Wylewanie rzek krwi polskiej w imię nie – korzyści narodowych, tylko dziwacznych idei tworzenia przepaści pomiędzy Polską a Rosją powróciło znacznie później:

(…)
Tomasz Łubieński.: Czy Pełczyński* podjął później jakąś próbę rewizji swych wojennych decyzji i poglądów, czy wciąż trzymał się swojego?
Jan Ciechanowski: Bronił tej decyzji. Powiedział, że powstanie wykopało tak głęboki rów krwi między Polską a Rosją, że Polska nigdy nie ulegnie sowietyzacji. Kiedyś walnął pięścią w stół i zagrzmiał: Jak atomówka trzepnie, ludzie zapomną o Warszawie!
(…)
____________
* gen. Tadeusz Pełczyński (jeden ze sprawców PW’44, uczestnik fatalnej w skutkach narady poprzedzającej decyzję o powstaniu, szef sztabu KG ZWZ-AK [VII 1941 – X 1944], jednocześnie, od VII 1943 r. zastępca komendanta głównego AK)

_________________
Źródło: Rozmowa z prof. Janem M. Ciechanowskim, red. Tomaszem Łubieńskim i dr. Januszem Marszalcem, „W bój bez broni”, DEBATA Numer 8 (35) 2010, str. 4, także: „Mówią wieki”, numer specjalny 1/2004 (tekst dostępny również jako http://www.powstanie.pl/index.php?ktory=17&class=text).

Jak więc widać mamy do czynienia nie z epizodem, lecz z trwałym wypaczeniem postaw i sposobu myślenia uważanego za służący sprawie polskiej. To wypaczenie, przy niekorzystnych okolicznościach dodatkowych prowadzi do ogólnonarodowych tragedii. Jakie obowiązki ma naród, który znajdzie się w sytuacji beznadziejnej? Czy ma popełnić zbiorowe samobójstwo? Zanim zaprezentujemy opinię Z. Balickiego i kilka ocen Powstania Styczniowego autorstwa R. Dmowskiego, pozwolimy sobie zacytować jeszcze jeden autorytet narodu polskiego:

Przyglądaliście się może kiedy ptakowi, jak tłucze się w klatce? Wszystko pierze z piersi swojej wyrywa… Zimny obserwator patrzący na to może powiedzieć – „głupi ptak!” Chociaż lepiej, aby po prostu otworzył drzwiczki i wypuścił „głupiego ptaka” na wolność. Nie wolno mówić – „głupi ptak”, trzeba raczej powiedzieć – on się rwie w światy! – I każdy, kto uczciwy, ułatwi mu to.

Któż może się dziwić, że o klatkę w Polsce ustanowioną rozbijały się piersi „polskich ptaków”, aż pióra leciały, rany pozostawiające?! Wytłumaczcie ptakowi, aby się niepotrzebnie nie obijał o druty, bo ich nie przezwycięży…! Nawet ptakowi, który nie ma przecież rozumu ani rozeznania i powiązania swoich dążeń z dążeniami innych ptaków, tego nie „wytłumaczycie”. A chcielibyście to wytłumaczyć istocie rozumnej i wolnej? O, żadną miarą nie da się tego wytłumaczyć! Zamiast to czynić, lepiej klatkę otworzyć i dać możność skrzydłom, by rozwijały się w lotach, i piersiom – by potężniały, jak tego wymaga własne zadanie, przeznaczenie człowieka czy narodu…
_________________
Źródło: Polemika Prymasa S. Wyszyńskiego z redaktorem Tygodnika Powszechnego Stanisławem Stommą na temat sensu powstań niepodległościowych wygłoszona w stulecie powstania styczniowego, kościół Świętego Krzyża, Warszawa, 27 stycznia 1963 roku, źródło: „Historia we wspomnieniach …”, por. również wikicytaty.

Czytającemu powyższe słowa może przyjść do głowy kilka pytań. Przede wszystkim – czy aby na pewno metafora jest trafna? Czy naród jest zorganizowaną społecznością, rządzoną przez rozumnych przywódców, kierujących się w wyborach interesem narodowym (ekonomicznym, politycznym, demograficznym), czy też – jest bezrozumną masą o naturze zwierzęcia, miotaną instynktami? Jeśli zbiorowe czyny narodu polskiego przywodzą na myśl raczej zwierzęce miotanie się w klatce niż racjonalne działania zorientowane na osiągnięcie konkretnych efektów (czyli politykę) – to czy jest to ciężkie oskarżenie pod adresem przywódców i tych, którzy pozwolili tym przywódcom stanąć na czele, czy też – naturalna właściwość narodu polskiego? Z. Balicki, obserwując zachowania różnych narodów w warunkach utraty suwerenności poczynił w 1908 r. następujące spostrzeżenie:

Prusy po Jenie nie wywołały wojny narodowej, mając nawet wzór Hiszpanii i Tyrolu przed sobą i ludność odpowiednio usposobioną, ale równocześnie korpusy sprzymierzonej z Napoleonem Rosji nad granicą, za to przystąpiły gorączkowo do reorganizacji swego przestarzałego ustroju, armię zaś, ograniczoną do 40000 ludzi, zamieniły na kadry wojenne. Po siedmiu już latach wzięły swój odwet Tu kierowano się polityką państwową, tam – uczuciem narodowym.
_________________
Źródło: Zygmunt Balicki, Dylemat dziejowy, „Przegląd narodowy”, październik 1908, rok I, nr 10.

Jaki wypływa stąd wniosek? Otóż narody pozbawione suwerenności podejmują takie działania, jakie wynikają z rozumu ich przywódców – i zdolności tychże do docierania do rodaków ze swoimi ideami. Narody nie są zwierzętami kierowanymi instynktem. Narody są zbiorowościami istot rozumnych, kierowanymi przez mniej lub bardziej rozumne istoty. S. Wyszyński popełnia bardzo dziwaczny błąd w myśleniu – twierdzi, że skoro bezrozumnemu zwierzęciu nie da się wytłumaczyć, by przestało działać instynktownie – to tym bardziej nie da się przemówić do rozsądku istocie rozumnej! Przykład Prus pokazuje, że bądź coś jest nie w porządku z logiką księdza prymasa, bądź – mieszkańcy Prus nie byli w okresie podporządkowania Napoleonowi istotami rozumnymi ani zwierzętami. Czym więc byli – roślinami? Kamieniami? S. Wyszyński kończy sentencję swoistym myśleniem życzeniowym – oto to okupant i ciemięzca ma zrezygnować z czerpania korzyści z niewolonego narodu – i zwrócić mu wolność. Z jakiej przyczyny miałby to zaborca robić – tego od księdza prymasa nie dowiadujemy się. To sławne kazanie spowodowało zamęt w wielu podatnych na podporządkowywanie się autorytetom polskich głowach – i po raz kolejny rozgrzeszyło nieudolność bądź planową zbrodniczość działań przywódców powstań. Dodatkowo usankcjonowało postawy antynarodowo-pseudopatriotyczne, a ich naiwnym – bądź planowo antypolskim piewcom dało możliwość podpierania się autorytetem S. Wyszyńskiego i cynicznego wykorzystywania, katolickiej wiary wielu Polaków przeciw narodowi polskiemu (acz jest wiele innych obszarów, w których religijność Polaków jest obracana przeciw narodowi polskiemu, do sprawy jeszcze powrócimy w innych publikacjach).

Jaki wniosek można wyciągnąć na tym etapie rozważań? Taki, że narodowiec ma kierować się w ocenach i działaniach wyłącznie rozumem i dobrem własnego narodu – a nie – chybionymi diagnozami osób bądź instytucji uznawanych za autorytety. Krytyczne myślenie na rzecz narodu jest obowiązkiem każdego Polaka wobec wszystkich innych Polaków. Autorytety mogą się mylić już w momencie formułowania tez, ponadto ich diagnozy mogą się dezaktualizować. Wreszcie – jak widać z przytoczonego wcześniej cytatu z S. Michalkiewicza – intencje osób uznawanych za autorytety niekoniecznie muszą być czyste. Istotą działań ruchu narodowego jest podążanie w każdej chwili za interesem narodowym – ciągłe redefiniowanie i korygowanie własnej polityki stosownie do sytuacji politycznej, ekonomicznej i demograficznej.

Cóż więc proponował Z. Balicki jako alternatywę do mordowania narodu polskiego przy pomocy skazanych na klęskę powstań narodowych? Na pierwszy rzut oka postawę podobną do postaw lansowanych przez konserwatystów – praca u podstaw, praca nad wytworzeniem realnych sił, systematycznym wzmacnianiem narodu, które musiało prowadzić bądź do ewolucyjnego uzyskania określonych swobód narodowych, ze względu na akumulację sił – bądź do zagwarantowania wyposażenia narodu w stosowne siły w momencie, gdy sięgnięcie po wolność nie będzie równoznaczne z narodowym samobójstwem:

(…) Nie mechaniczna walka z najazdem, ale organiczny rozrost sił wewnętrznych, rozsadzający stopniowo lecz ustawicznie na wszystkich polach krępujące go więzy aż do zupełnego ich zerwania – taka była w istocie formuła nowych dążeń
(…)
Powstało nowe pojęcie środków działania w polityce narodowej: walka, która była zarazem pracą i praca, która była zarazem walką. (…)
_________________
Źródło: Z. Balicki, Charakter demokracji narodowej jako stronnictwa, „Przegląd Wszechpolski”, 1903, s. 334, cyt. za: B. Grott, „Zygmunt Balicki ideolog Narodowej Demokracji”, wyd. Arcana, Kraków 1995, s. 32

Droga wytyczona powyżej przez Balickiego była jedynym sensownym rozwiązaniem nie tylko po Powstaniu Styczniowym. Ona była aktualna już w okresie poprzedzającym Powstanie Listopadowe, z czego zdawali sobie sprawę generałowie mordowani przez co najmniej nierozsądnych – a czczonych obecnie jako patriotów – podchorążych P. Wysockiego. Roman Dmowski, w swoim najważniejszym dziele – „Myślach Nowoczesnego Polaka” nie rozprawia się ani z przywódcami powstania ani błędnymi wyobrażeniami o służeniu sprawie polskiej, które wskutek swego rozpowszechnienia fatalnie zaciążyły na biegu wypadków:

Bezczynność polityczna nigdy nie uwalnia od odpowiedzialności za klęski, spadające na naród z powodu czynów niedojrzałych i lekkomyślnych, bo wtedy jest się odpowiedzialnym za to, że się w ważnej chwili dziejowej nic nie robiło. Gdybyśmy nawet uznawali, że ostatnie powstanie nie przyniosło krajowi nic prócz nieszczęścia, to któż ma prawo jego twórcom złorzeczyć? Czy ci, którzy w tak donioslej chwili narodowego życia z założonemi rękami patrzyli na to, co się w kraju działo? Czy ci, co bierni dali się unosić ogólnej fali? Czy ci wreszcie, co próbowali działać w innym kierunku, ale działali tak słabo lub nieumiejętnie, że usiłowania ich przeszły bez śladu?…
_________________
Źródło: Roman Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, Towarzystwo Wydawnicze, Lwów 1907, str. 196-197, rdz. VI. Odrodzenie Polityczne

Postawa Dmowskiego jest więc kuriozalna. Przede wszystkim uznaje on, że Powstanie Styczniowe przyniosło „krajowi” coś prócz nieszczęścia. Jeśli kolejny krok na drodze do likwidacji feudalizmu, niezbędnej dla powstania nowoczesnego społeczeństwa, zdolnego przyswoić ideę narodową – można by się z Dmowskim zgodzić. Tyle, że Dmowski nie wymienia ani jednego pozytywnego skutku Powstania Styczniowego dla sprawy polskiej, a jak się za chwilę okaże, ćwierć wieku później opisze wyłącznie skutki negatywne (szerzej skutki Powstania omawia J. Giertych: „Tysiąc lat …”, tom II, → str. 350 i dalsze ). Ponadto – wyjmuje sprawców narodowej katastrofy spod krytyki wyłącznie dlatego, że żaden z ośrodków politycznych nie sprzeciwił się dostatecznie narodowej głupocie. To dość słaba przesłanka do oddalania oskarżeń od konkretnych osób odpowiedzialnych za katastrofę narodową.
Znacznie lepiej Dmowski radzi sobie ze wskazaniem skutków negatywnych Powstania Styczniowego. Wskazuje na wymazanie sprawy polskiej z mapy politycznej Europy, na wielkie szkody, jakie wyrządził brak polskich instytucji politycznych i publicznych w okresie szczególnie dynamicznych przemian społeczno-ekonomicznych związanych z rewolucją przemysłową, likwidacją pańszczyzny i częściowym uwłaszczeniem chłopów – oraz budzeniem się, wskutek tych przemian – świadomości narodowej. Pisał więc Dmowski w roku 1933:

Powstanie 1863/64 roku było pogrzebem kwestii polskiej: od chwili jego upadku wykreślono ją spośród spraw międzynarodowych. Nastąpił czterdziestoletni okres utrwalania się układu Europy, w którym miejsca na Polskę nie było.

(…) Miało ono po rozbiorach bogatsze od innych dzielnic, pełniejsze życie, było po Kongresie Wiedeńskim odrębnym, w pewnej mierze nowoczesnym państwem, żyło na wyższej stopie umysłowej i utrzymywało bliższe stosunki z życiem Zachodu.

W drugiej połowie stulecia dzielnica środkowa, skutkiem należenia do Rosji, w swych instytucjach politycznych o wiele więcej pozostawała w tyle za Europą, niż zabory pruski i austriacki. (…)
Fatalną wprost okolicznością było to, że ten przewrót (uwaga red.: rewolucja przemysłowa, likwidacja pańszczyzny, wykształcanie się świadomości narodowej mas) rozpoczął się w chwili bankructwa politycznego sprawy polskiej. Wreszcie, ten postęp gospodarczy i społeczny odbywał się przy braku instytucji publicznych, przy ujęciu całkowitej kontroli życia w ręce rządu, bardzo pierwotnie pojmującego potrzeby tego życia, co musiało stać się źródłem licznych zboczeń.
_________________
Źródło: R. Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, Rdz. Przewroty (rozdział dodano w 1933 r.), I. Przewrót popowstaniowy, wyd. siódme nakładem Koła Młodych Stronnictwa Narodowego, Londyn 1953, str. 113-115
Uwaga: część wydań „Myśli …” [np. piąte z 1934 r.] nie zawiera tego rozdziału

Poniżej przytoczymy obszerne fragmenty „Porozbiorowych aspiracyi …”, w których omawiane są błędy i zaniedbania różnych polskich stronnictw zaangażowanych w narastający konflikt, który (wskutek działań agentury pruskiej i Żydów, por. monografia S. Didier’a) skończył się narodową katastrofą. „Porozbiorowe aspiracye …” są tym bardziej godne uwagi i polecenia, że ich autor w swoich analizach politycznych, opublikowanych w 1882 r. posługuje się trzeźwym osądem sytuacji, właściwym dla środowisk narodowych (patrz np. R. Dmowski, Myśli nowoczesnego Polaka, Rdz. Przewroty (dodano w 1933 r.), I. Przewrót popowstaniowy, ww. wyd. siódme).
A. Wrotnowski celnie diagnozuje polityczne zaniedbania margrabiego Wielopolskiego (inne teksty nt. Wielopolskiego: Niewdzięczni Rodacy, kiedy Wielopolskiemu postawicie pomnik?, S. Didier o margrabim Wielopolskim):

(…) Każdy mąż stanu byłby swe nowe idee, przeciwne ideom rozpowszechnionym w całym narodzie, szerzył za pomocą słowa i pisma. Margrabia, mało się z ludźmi znoszący, nie biorący żadnego udziału w pracy rozwijanej przez kraj, nie mógł zapewne posiłkować się żywem słowem; musiał się zaś nie zniżać do przekonywania nawet tych kilkunastu osobistości, z któremi zachował bliższe stosunki, skoro w chwili stanowczej poszły one drogą przeciwną. Pozostawało więc pismo i druk; margrabia przecież przez ciąg lat kilkunastu nic nie napisał i nic nie wydrukował, chociaż przez ten czas, w przekonaniu o skuteczności swego programu, o wyższości swej kombinacyi politycznej nad aspiracyami ożywiającemi innych, sam coraz bardziej się utwierdzał. Pisać przecież umiał, i usprawiedliwianiu jego poglądów nic nie stawało mu na przeszkodzie. Nawet cenzura pod zarządem księcia Gorczakowa stawała się łagodniejszą; niebyłaby więc wzbraniała szerzenia drukiem idei, zgodnej z dobrze zrozumianym interesem samejże Rossyi; – wszystkie zaś publikacye zagraniczne, bez trudności acz kryjomo dostawały się do kraju, szerząc właśnie poglądy programowi margrabiego przeciwne. Mógł przeto drukować za granicą. Sama więc buta magnata, powstrzymała margrabiego od pisma i druku; tylko w niej można dopatrzyć powód, dlaczego do usprawiedliwiania swych teoryi przed ogółem zniżać się niechciał. (…)
_________________
Źródło: Antoni Wrotnowski, Porozbiorowe aspiracye polityczne narodu polskiego, wyd. Gubrynowicz i Schmidt, Lwów 1882, Str. 189

Walka o przeforsowanie programu politycznego dostosowanego do polskiego położenia politycznego i polskich możliwości negocjacyjnych, a nie – maksymalistycznych aspiracji i postaw uformowanych przez wieszczów-romantyków – wymagała pracy propagandowej, niezależnie od tego, jak korzystna dla narodu miała być realizacja programu margrabiego. Tymczasem Wielopolski oddał pole propagandowo-ideologiczne przeciwnikom politycznym. Obecnie również trwa walka o kształt polskich postaw narodowych , walka której charakter i stawkę opisaliśmy w tekście Powstanie Listopadowe – kult błędów politycznych, fałszywych bohaterów i jego skutki. Tej walki, jeśli w Polsce ma się kiedykolwiek odrodzić autentyczny polski ruch narodowy, a nie jego atrapy, powielające propagandę pseudopatriotyczną jednej z głównych partii politycznych – nie wolno nam przegrać.

Bez przywrócenia w polskiej świadomości narodowej właściwych proporcji ocen zdarzeń, racjonalizmu w formułowaniu programów oraz diagnozowaniu sytuacji, bez przywrócenia prymatu rozumu nad emocjami w polskim dyskursie politycznym i polskiej świadomości narodowej nie ma mowy ani o prowadzeniu skutecznej polityki narodowej, ani – zyskaniu szerszego poparcia społecznego przez ze swej natury racjonalny i pragmatyczny ruch narodowy. Dowiodła tego dobitnie klęska margrabiego Wielopolskiego, mimo że historia przyznała mu rację – bez świadomości narodowej nie może być polityki narodowej. Tej walki ideologicznej nie wolno przegrać, mimo przerażającej różnicy możliwości finansowych, odcięcia od mediów – i wykreowania przez wroga, obok popularnych polityków i publicystów, obok agentury dezinformacyjnej – także mas Polaków – zwiedzionych i nieświadomie szkodzących.

Te środowiska – w złej wierze (a oszukani Polacy – w najlepszej!) forsują wszędzie, gdzie tylko mogą antynrodowy, irracjonalny pseudopatriotyzm. Pora, by narodowcy zaktywizowali się w tych mediach internetowych, w których im się jeszcze pozwala na obecność – i zaczęli docierać ze swoim przekazem, także do ugrupowań pseudonarodowych. Pora by zaczęli rozpowszechniać wartościowe opracowania i odnośniki do nich wśród znajomych – i na zdominowanych przez pseudopatriotów stronach internetowych. Narodowi należy się odtrutka na antypolską propagandę, a obowiązkiem narodowców jest mu ją dostarczyć.

Antoni Wrotnowski

Porozbiorowe aspiracye polityczne narodu polskiego

Styczniowe powstanie artur_grottger_wojna_ludzie_czy_szakale_ryciny_inspirowane_powstaniem_styczniowym_1863Gubrynowicz i Schmidt

Lwów 1882

Skanowanie, wytłuszczenia, uwagi i korekta:
Polska Myśl Narodowa
(myslnarodowa.wordpress.com)
2013

a) Organizatorowie spisku

Niema najmniejszej wątpliwości, że główna odpowiedzialność za wszystkie następne klęski krajowe, spada przede wszystkiem na organizatorów spisku. Wyzyskując sprawiedliwe oburzenie całego społeczeństwa polskiego, wywołane rozlewem krwi niewinnej w lutym 1861 r. i uczucia patryotyczne, którym ono po raz pierwszy od lat 30 miało sposobność jawny a poważny dać wyraz; – korzystając z rozbicia stronnictwa konserwatywnego, wśród fermentu, spowodowanego postawieniem programu kompromisowego z Rossyą, poczytywanego za przeciwny aspiracyom politycznym narodu, podjęli oni smutne a szalone zadanie rozpoczęcia wojny, dla odzyskania orężem niepodległego bytu państwowego Polsce.

Pod wpływem bezprzykładnej zarozumiałości i zbrodniczej lekkomyślności nie byli zdolnymi pojąć, że przecież miarą prawowitości tego rodzaju zadania, jest zawsze i wszędzie nie sama zasada, lecz dostateczność środków wojennych i równomierność z siłami nieprzyjaciela, chociażby najbardziej względna, lecz dająca przynajmniej prawdopodobieństwo zwycięstwa. Jeżeli bowiem prawo do odzyskania utraconego bytu, żadnemu narodowi nie może być zaprzeczaniem, a więc ma on zawsze tytuł, zdobyć orężem to, co mu oręż odjął, – niemniej wszakże, sam wzgląd na wielkość i doniosłość celu, stanowczo zabrania zrywać się do walki wobec jawnego braku sił i widocznego niepodobieństwa wywalczenia tego prawa w otwartym boju.

Każdy zaś poryw nieuwieńczony pełnym rezultatem, strąca sprawę ujarzmionego narodu w głębszą przepaść, zamiast ją posunąć krok wyżej, i jeszcze bardziej kraj osłabia, zamiast zaszanować jego siły na lepszą przyszłość.
Tej niewątpliwej zasady, wyłącznie kierować winnej patryotyzmem i wszelkiemi usiłowaniami każdego narodu, pozbawionego niezawisłości państwowej, nie rozumiała przedewszystkiem część emigracyi polskiej (uwaga red.: Jak widać historia lubi się powtarzać, gdy nikt z niej nie wyciąga wniosków dla postępowania narodu.), tworząca za granicą „centralizacyę demokratyczną-; społeczeństwo polskie nic zaś nie czyniąc dla uleczenia się od zgubnej zarazy liberi conspiro, nie przeszkadzało wychodźcom zwracać umysły młodzieży w kierunek dla żywotnych jego interesów naj szkodliwszy.

„Kto ma ręce ten może mieć kij, — kto ma kij, ten może nieprzyjacielowi odebrać bagnet, kto ma w ręku bagnet, ten może mu zabrać działa i amunicyę”, – głosił przecież Ludwik Mierosławski (uwaga red.: Jeśli czytelnikowi wydaje się, że myślenie Mierosławskiego nie miało naśladowców w polskim podziemiu antyhitlerowskim: „Przed podjęciem decyzji o przedwczesnych walkach przestrzegali Delegata Rządu na Kraj wojskowi i politycy zaniepokojeni przemarszem na wschód świeżych jednostek niemieckich oraz powrotem władz dystryktu do Warszawy. Przestrzegał go między innymi przewodniczący Stronnictwa Pracy Józef Chaciński, na co Delegat nie zareagował, a na uwagę Jerzego Brauna członka Rady Jedności Narodowej, że żołnierze AK nie mają broni odparł : ‚To sobie zdobędą‚”. Źródło: Jacek Smolarek, „W 65 rocznicę Powstania Warszawskiego”), jeden z wybitniejszych agitatorów demokracyi emigracyjnej, i ze smutkiem przychodzi wyznać, iż nie mała liczba młodzieży, widząc nowy katechizm patryotyczny w tem widocznem głupstwie niepoprawnego warchoła, skłonną była przyjmować udział w spiskach, mających na celu rozpoczęcie wojny z pierwszorzędnem mocarstwem militarnem, bez armii polskiej, i rzucenie się z kijami, a co najwięcej ze strzelbą myśliwską i kosą, na uzbrojone i zorganizowane korpusy rossyjskie.

 To chorobliwe usposobienie młodzieży polskiej, postanowili agitatorowie emigracyjni dla swych fantastycznych wyzyskać pomysłów. Słuchając ich głosu, zorganizował się w kraju spisek.
Sprzysiężeni, dając dowody niepospolitej energii i zdolności organizacyjnej, spożytkowali każdy bez wyjątku błąd potityczny, spełniony w ciągu dwóch lat przez rząd i przez silne z razu stronnictwo konserwatywne, dobrze rozumiejące, iż wojna z Rossyą byłaby widocznem szaleństwem. Wciągnąwszy do sprzysiężenia kilkadziesiąt tysięcy ludzi, którym niezawachali się czynić zapewnień niewątpliwego zwycięztwa, dali wreszcie hasło do rozpoczęcia boju, mającego, jak było łatwem do przewidzenia, zasypać kraj zgliszczami.

To wszystko, co naród polski od r. 1864 do dziś przecierpiał, i co jeszcze cierpieć będzie, jest więc wyłącznem ich dziełem. Bez krwawej awantury na ich głos rozpoczętej, nie byłaby Rossya nawet za lat 50 zaszła tak daleko na drodze rossyanizowania Polski, ani odważyła się na setną część tych środków, jakiemi swój dotychczasowy terroryzm odznaczyła.
Dokonali więc organizatorowie spisku najcięższą zbrodnię, jaką pewna liczba jednostek przeciw własnej ojczyźnie dokonać może; – taki sąd będzie zmuszoną wyrzec o nich historya, zwłaszcza, że krom nieuzasadnionych obaw, wywołanych programem margrabiego, nie zdoła wynaleźć żadnych innych okoliczności łagodzących ich winę, nawet względem tych kilkudziesięciu tysięcy sprzysiężonych, którym rozkazali stanąć na linii bojowej.

Jakoż, rzeczeni organizatorowie nie uznawali za rzecz ani konieczną, ani pożyteczną, zbadać przede wszystkiem stosunek sił wyprowadzanych przez siebie do walki, względem liczby wojska, które Rossya rzucić mogła na Polskę. A przecież, nawet w przypuszczeniu, że dla każdego oddziału powstańczego wcześnie przysposobią broń, że za pomocą prawdziwego cudu, w jednej chwili, zanim się Rossya opatrzy, a więc w czasie bardzo krótkim, zorganizują pułki i korpusy, intendenturę, magazyny, służbę zdrowia i szpitale, słowem cały przyrząd konieczny do prowadzenia wojny, godziło się bez wątpienia w tak ważnej sprawie obliczyć, jaka będzie liczba zaimprowizowanego wojska polskiego, a niemniej, jaką siłę nieprzyjaciel stawi do boju. Mieli przeto obowiązek dopełnić to obliczenie z całą możliwą ścisłością; – temu wszakże obowiązkowi nie uczynili zadosyć, a nawet go nie rozumieli. Częścią pod wpływem fanatyzmu odejmującego trzeźwość każdemu poglądowi politycznemu, częścią znowu wskutek bezprzykładnej zarozumiałości i lekkomyślności, organizatorowie spisku mniemali, że sami jedni ojczyznę kochają, że sami jedni kochać ją umieją.

Zarzucając przeto całemu społeczeństwu polskiemu, brak lub przynajmniej niedostateczny stopień miłości i ofiarności dla sprawy ojczystej, każdą uwagę- o konieczności rzeczonego rachunku zwali pogardliwie brakiem odwagi (uwaga red.: Patrz komentowany wcześniej cytat z tekstu S. Michalkiewicza.).
Im więcej z pośród stronnictwa konserwatywnego dochodziło ich przestróg o strasznych następstwach rzucenia rękawicy potężnemu mocarstwu, bez możności poparcia tego wezwania imponującą siłą zbrojną, tem przeto staranniej zakrywali jej brak przed ogółem (uwaga red.: Por. „PW’44 bez broni – meldunki kontrwywiadu AK …”.).

I jak gdyby dla kontrastu z tem że stronnictwem, z lekceważenia potęgi Rossyi, uczynili swój dogmat polityczny, głosząc, iż niezwracanie uwagi na liczbę jej wojska, jest synonimem patryoiyzmu polskiego. Nie raczyli nawet otworzyć księgi dziejów ojczystych, jak gdyby w obawie, by one nie uwydatniły, że od lat przeszło dwustu, siły wojenne Rossyi wzrastały i wzrastają w stosunku odwrotnym do zmniejszających się takichże sił narodu polskiego.
Z umysłu więc nie szukali w przeszłości ani nauki, ani wskazówek, zapobiegając by one nie wywarły trzeźwiącego wpływu nie tylko na sprzysiężonych, ale nawet na samych twórców szalonej teoryi, która porwanie za oręż chociaż oręża niema, poczytywała za dogmat, na ślepe posłuszeństwo zasługujący. Organizatorowie spisku nie pamiętali więc, a być może zapomnjeć pragnęli, że rok 1634 był momentem kulminacyjnym przewagi oręża polskiego nad rossyjskim; – że w lat dwadzieścia później, car moskiewski wkroczywszy na Litwę i na Ukrainę z siłą 140.000 wojska, dochodził już do Lublina i Zamościa, gdy zaś Polska zawojowana podówczas przez Karola Gustawa nie była w możności tych sił odeprzeć, musiała się więc zgodzićna utratę znacznych przestrzeni kraju, wymienionych w traktacie rozejmu, 3 listop. 1656 w Niemieży pod Wilnem spisanym. Nie pamiętali także, lub pamiętać nie chcieli, że ośmielona powodzeniem oręża w r. 1654 Rossya, rozwinęła następnie swą zaborczą politykę przeciw narodowi polskiemu i prowadziła ją wytrwale z nieubłaganą konsekwencyą. Jakoż na wiadomość, iż przez ugodę 16 września 1658 r. w Hadziaczu , między Rzeczpospolitą a Kozakami zapóźno niestety zawartą, położone zostały rozumne podstawy do takiej z nimi unii, jaka już istniała między Polską i Litwą, car moskiewski natychmiast ów rozejm zerwał, i rzucił na Polskę wszystkie swe siły. W tej wojnie przez lat kilka prowadzonej, powodzenia oręża polskiego już się równoważyły z niepowodzeniami; – Rzeczpospolita już nie zdołała odzyskać prowincyi w r. 1650 w posiadaniu cara pozostawionych, a nawet zniewoloną była okupić pokój, stanowczem odstąpieniem temuż carowi Smoleńska, Czerniechowa i Siewierza i pozostawieniem Kijowa na lat dwa w ręku nieprzyjacielskiem. Zawierając dnia 30 stycznia 1667 roku w Andruszowie rozejm ną lat 13½ , tylko za cenę powyższych ustępstw, Rzeczpospolita uratowała podówczas Inflanty polskie, Połock i Witebsk. Od chwili tego rozejmu, naród polski, acz jeszcze mający byt państwowy, mogący przeto wystawiać poważne siły zbrojne, wystarczające do boju z Turkami, nie mógł się już zdobyć na wystawienie sił, któreby .podołały rosnącej potędze carów. Nawet Jan Sobieski, acz po zwycięztwie chocimskiem (r.1672) otoczony aureolą chwały, nie ośmielił się wystąpić przeciw Rossyi w celu odzyskania krajów utraconych przez traktat Andruszowski, lecz ponawiając w r. 1680 rozejm na dalsze lat 13, zostawił carowi dalsze posiadanie Kijowa. Nawet zwycięztwo pod Wiedniem (12go września 1683 r.) nie ośmieliło Jana III do wojny z Rossyą; – w nadziei zaś pociągnięcia jej do wspólnego przeciw Turkom działania, Rzeczpospolita odstąpiła jej ostatecznie Kijów, serce Rusi polskiej i wszystkie poprzednie zabory, (pakta Grzymułtowskiego w dn. 3 maja 1686 r.), Wzajemny stosunek potęgi wojennej dwóch narodów, uległ więc zmianie jeszcze za Sobieskiego; – siły zbrojne Rzeczpospolitej, z któremi nawet w pierwszej połowie wieku XVII Rossya mierzyć się jeszcze nie mogła, w końcu tegoż wieku już dla jej pokonania niedostateczne, maleją i słabną w wieku XVIII z tak bezprzykładną szybkością, iż monarchowie rossyjscy, przeprowadzając swą politykę, nie potrzebują bynajmniej rzucać na Polskę licznych armii, i szerzą swój wpływ za pomocą liczby wojska, stosunkowo nie wielkiej.
Piotr W. zyskuje ten wpływ w r. 1704, wprowadzając do Litwy tylko 6000 żołnierzy i posełając 12.000 do Kijowa, w celu dania pomocy Augustowi II przeciw Karolowi XII. Takaż sila 18.000 wojska wystarcza temuż monarsze rossyjskiemu w. r. 1716 do rzucenia postrachu na konfederatów tarnogrodzkich. Groźbą wkroczenia do Polski 50.000 żołnierza rossyjskiego i pruskiego, popierają, obadwa mocarstwa akcyą dyplomatyczną rozwiniętą w roku 1724 z powodu nieszczęśliwej sprawy toruńskiej. 40.000 wojska rossyjskiego udaremnia w r. 1733 jednomyślny wybór Stanisława Leszczyńskiego; – 12.000 grozi Rossya w r. 1761; 8.000 wprowadzonemi na Litwę w r. 1763 rzuca postrach na przeciwników stronnictwa „Familii”, któremu podówczas rzekomo pomaga; kilka tysięcy w roku następnym, zapewnia koronę polską Stanisławowi Poniatowskiemu, pomimo liczniejszych sił partyi hetmańskiej, nie mających odwagi mierzyć się z Rossyą i co prędzej opuszczających Warszawę *). Wreszcie kilka oddziałów wojska rossjjskiego, nie zaś armia liczbą imponująca, udaremniło wszystkie usiłowania konfederacyi Barskiej.

Stawianie sił stosunkowo nie wielkich, nie dowodzi przecież, iżby Rossya w każdem z wymienionych starć, była w niemożności rzucenia na Polskę korpusów liczniejszych; – przekonywa wszakże, iż do prowadzenia boju z wojskiem polskiem, już w zeszłym wieku nie uznawała potrzeby wyprowadzać wielkich armii, chociaż ono istniało i mogło swe kadry zwiększać, i posiłkować się arsenałami tudzież wszelkiemi przyrządami wojennemi, acz wadliwemi lub niedostatecznemi. Jakoż umiała Rossya wyprowadzać na linią bojową siły zbrojne na statysięcy obliczane, ilekroć przychodziło jej mierzyć się z nieprzyjacielem rzeczywiście groźnym, potężnemi środkami walki rozporządzającym. Rok 1807, a jeszcze bardziej 1812 jest tego dowodem. Gdy zaś naród polski w r. 1831, rozpoczynając bój o swój byt państwowy, po raz pierwszy od lat 130 rozporządzał siłami poważniejszemi i dobrze zorganizowanemi, Rossya stawiła 160.000 wojska, chociaż po dwuletniej wojnie tureckiej, świeżo ukończonej była rzeczewiście osłabioną.
Było więc rzeczą niewątpliwą i dla każdego widoczną, iż w r. 1861- 1863 żadną wojną nie zagrożona, Rossyn dla utrzymania swej władzy w Polsee, rzucić na nią może siły bardzo poważne, — co najmniej 300.000 ludzi. I w istocie, rossyjski rachunek racyi żołnierskich, wydawanych w ciągu r. 1863 wykazuje, iż liczba wojska, mającego stłumić inśurekcyą po tej stronie Niemna i Bugu, a zarazem imponować Fraucyi, wynosiła blisko 200.000; z tem

_____________

*) Kisielewski loco citato str. 225 więc, które działało w Litwie i na Wołyniu, przechodziła ogólną cyfrę 300.000, przyjmowaną w przewidywaniach umysłów trzeźwych.

Na te przewidywania organizatorowie spisku odpowiadali, ze w r. 1861 garnizony rossyjskie w Królestwie nie przenosiły 80.000 Judzi, że więc rozporządzając 100.000 sprzysiężonych, garnizony te znieść potrafią, a następnie znosić będą każdy oddział nieprzyjaciela, w granice polskie wkraczający.

Przede wszystkiem więc świadomie i z umysłu okłamywali siebie i drugich cyfrą 100.000 sprzysiężonych, skoro było rzeczą wiadomą, iż nawet w początku 1863 roku, ogólna liczba wciągniętych do sprzysiężenia nie dochodziła do połowy tej cyfry; – co zresztą wyszło na jaw w pierwszych miesiącach tegoż roku, gdy ciż sprzysiężeni wystąpili w pole. Co ważniejsza, owa cyfra 100.000,w mniemaniu organizatorów spisku imponująca, imponującą wcale nie była; nie chcieli bowiem uwierzyć, iż armia regularna, nawet ta, jaka w r. 1861 stała w Królestwie, prędzej lub później rozbije i zniesie ruchawkę, chociażby 200.000 ludzi liczącą, na przestrzeni całego kraju z konieczności rozrzuconą i w jedno miejsce dla braku organizacyi, magazynów i żywności zebrać się nie mogącą; – nie chcieli pojąć, że wprzód nim ta armia mogła być zniesioną.

Rossya wprowadzi do kraju nowe siły i nie ustąpi, dopóki sama nie uzna, iż wyczerpała zasoby i środki przedłużania wojny; – tych zaś środków nie wywyczerpie ani ruchawka, ani partyzantka, chociażby najumiejętniej i najszczęśliwiej operująca. Nie chcieli zresztą zwrócić uwagi, że rozpoczną wojnę z siłami i środkami nie mogacerni iść w porównanie i widocznie słabszemi od tych, jakiemi się posługiwały konfederacya Barska, powstanie Kościuszki i powstanie Listopadowe; – gdy przeciwnie Rossya, od r. 183l widocznie potężniejaca, jest w możności wyprowadzić do boju wielkie i dobrze zorganizowane armie, kilkakroć liczniejsze od tych, jakiemi poprzednio pokonywała Polaków.
Te wszystkie względy, podnoszone w poufnych wprawdzie z organizatorami spisku rozmowach, (nikt bowiem nie mógł mówić publicznie i działać jawnie), – były głosem wołajacego na puszczy, wobec ich zarozumiałości, przechodzącej wszelkie pojęcie, Patrząc na arogancyą, z jaką zapowiadali zwycięstwo, można było zaprawdę mniemać, że zabierają się do walki z Rzeczpospolitą San Marino, albo z wojskiem Brunswiku, nie zaś z mocarstwem, przez cały świat słusznie uznawanem za wielką militarną potęgę.· Wprawdzie krwawa awantura przez organizatorów spisku wywołana i rozpoczęta, była względem Rossyi niczem innem, jak nowym faktem historycznym, w paśmie tej samej natury faktów, nieuniknionych w stosunku między narodem ujarzmionym i ujarzmiającym; – żaden przeto historyk nie uzna, iżby ciż organizatorowie spełnili zbrodnię przeciw Rossyi.

Żaden przecież nie zaprzeczy, iż czyn w tych warunkach pomyślany i wykonany, był zbrodnią przeciw ojczyźnie, skoro bój chociażby najzaeiętszy, nie mógł doprowadzić do zmuszenia Rossyi, iżby ona wyrzekła się swej władzy nad Polską, – musiał zaś pociągnąć za sobą ruinę całego kraju i długi szereg ciężkich prześladowań. Ten czyn nosił na sobie jeszcze wyraźniejszą cechę zbrodni przeciw ojczyźnie skoro jednocześnie był widocznym rokoszem kilkudziesięciu, a chociażby kilkuset jednostek przeciw jawnej woli całego kraju (uwaga red.: Analogie ze spiskiem podchorążych z 1831 r. nasuwają się same.).

Całe przecież społeczeństwo polskie od lat 30 uwydatniało swą niechęć do wznawiania orężnego boju z Rossyą, wobec przeświadczenia o niepodobieństwie jej pokonania. Organizatorowie spisku nie uszanowali tej woli, lecz stawiając swoją wyżej nad wolą ogółu, w jego imieniu wyzwali Rossyę, chociaż do tego wyzwania nie mieli od kraju żadnego mandatu, a nawet dobrze pojmowali, ze przeważna większość narodu, jest tej awanturze przeciwną.
Nie powstrzymała ich na chwilę myśl, że w razie energiczniejszej postawy stronnictwa konserwatywnego mogliby wywołać rozdwojenie, a być może wojnę domową na ziemi polskiej wobec wojska rossyjskiego, – klęskę jeszcze straszniejszą dla narodu od wszystkich jakie później poniósł, a zażegnaną przez bierną postawę rzeczonego stronnictwa późniejszemi z jego strony ofiarami okupiona. Pozostawili więc po sobie smutną pamięć, zwłaszcza przy ocenianiu ich czynu ze stanowiska moralności politycznej. Pod tym bowiem względem złożyli dowód, iż o obowiązkach względem kraju żadnego nie mieli pojęcia. Nie mieli też pojęcia ani o obowiązkach „rządu”, chociaż w przeddzień wybuchu, doniosłe miano „rządu narodowego” przywłaszczyć się poważyli, ani o obowiązku ciążącym na każdej władzy, względem tych, którzy się jej poddali. Każdy rząd ma obowiązek obliczyć siły i środki do zadania, jakie wskazuje społeczeństwu, którego jest wyrazem; – każdy rząd kraju, nawet mającego pełną samoistność państwowa, spełniłby zbrodnię stanu, ilekroć powołałby naród do walki widocznie nie równej, niewątpliwie prowadzącej do klęski, lub ilekroć zaniedbałby zgromadzić odpowiednie środki wojenne, w obec równomiernych sił nieprzyjacielskich.

Organizatorowie spisku nie zwrócili uwagi, iż wypowiedzenie wojny tak potężnemu mocarstwu jak Rossya, wobec sił jakiemi rozporządzali, musiałoby nosić w historyi miano zbrodni, nawet w tym razie, gdyby byli rządem niepodległego państwa polskiego; wojna zaś nie była przez cały naród uznaną za jawną konieczność.
Sprzysiężonych zaś, a więc tych, którzy uznawali ich władzę, okłamali i oszukali w najhaniebniejszy sposób; wciągali ich bowiem do sprzysiężenia, mamiąc poważnemi siłami do rozpoczęcia boju gotowemi, których przecież nie mieli, i zapewnili ich, że broń wraz z amunicyą i wszelkiemi przyborami wojennemi jest przygotowana i będzie dostarczoną na czas do miejsc wskazanych na formowanie oddziałów, a jednak ani broni, ani amunicyi nie sprowadzili do kraju. Tych więc, którzy im ślepo zaufali, wysłali do lasów z gołemi rękami na nieuniknioną rzeź przez wojska rossyjskie, przeciw którym rzeczone oddziały nie miały nawet czem się bronić. I utworzywszy z tych nieszczęśliwych kilkanaście nieuzbrojonych grup, mieli śmiałość ogłosić, iż rozpoczęli wojnę o niepodległość ojczyzny! Pomocy zagranicznej oczekiwać nie mogli i nie oczekiwali; jak to bowiem będzie opowiedzianem w następującym paragrafie, nawet Francya poczytywała ruch powstańczy za przedwczesny i dla jej ówczesnych kombinacyi dyplomatycznych szkodliwy; – rozwinęła zaś swą akcyą dyplomatyczną w sprawie polskiej dopiero w kilka tygodni poźniej , i nie z uwagi na lejącą się krew w Polsce, ale wskutek konwencyi prusko-rossyjskiej, a więc faktu, którego w chwili wybuchu powstańczego nikt przewidzieć nie mógł, którego przeto nie przewidywali organizatorowie spisku. Późniejsze działania dyplomatyczne Napoleona III, nie mają więc żadnego wpływu na złagodzenie ciężkiej winy rzeczonych organizatorów.

Co zaś najsmutniejsza i co przychodzi wyrazić z najżywszą boleścią, ci z przywódzców sprzysiężenia, którzy stali na jego czele w ostatnich miesiącach przed wydaniem hasła do powstania, przystępowali do dzieła w złej wierze pod tym względem, iż sami nie łudzili się bynajmniej co do rezultatu krwawej awantury, w jaką kraj wtrącali, – pomimo to jednak, nie przestawali pociągać do swych szeregów zapewnieniami niewątpliwego nad Rossyą zwycięztwa.
Przy zetknięciu z ludźmi trzeźwiejszego poglądu, do stronnictwa konserwatywnego należącymi, nie będąc w możności odeprzeć argumentów wykazujących niepodobieństwo pokonania Rossyi, a nawet podołania jej wojsku stojącemu w Polsee, ostatecznie sami nie przeczyli, iż powstanie nie doprowadzi narodu polskiego do niezawisłego bytu państwowego. Gdy zaś pytano ich wtedy, dlaczego chcą wywołać powstanie, które pokryje kraj gruzami i sprowadzi rozlew krwi najzupełniej bezużyteczny, a następnie teroryzm rossyjski, – odpowiadali: „iż rozlew krwi będzie właśnie bardzo użytecznym, że stał sie nawet koniecznym, w obec kompromisu z Rossyą, jaki margrabia przeprowadzić usiłuje„. Stronnictwo konserwatywne,- mówili dalej, – stoi wprawdzie dotychczas przy aspiracyach narodu temu kompromisowi przeciwnych, czy jednak przy nich wytrwa, jest dla nas rzeczą bardzo wątpliwą, a nawet przewidujemy, że znużone agitacyą polityczną, prędzej lub później poprze margrabiego.

W naszem przekonaniu jest więc zagrożoną wierność dla sztandaru, przy którym stojąc wytrwale, naród polski niósł od lat stu niezliczone ofiary dla jasno wytkniętego celu, i żył wielkiemi swemi ideałami (uwaga red.: Że program Wielopolskiego nie musiał przekreślać dążeń narodowych łatwo czytelnik wywnioskuje ponownie czytając myśli Z. Balickiego o walce poprzez pracę i postawach polityków pruskich wobec utraty suwerenności. O szkodliwości niemądrego „życia ideałami” świadczą losy narodu polskiego, w których istotną rolę odegrał opisany przez tego autora wyniszczający naród polski prymat uczucia nad rozumem w polityce.). Tego zaś, aby przeważna większość narodu przyjmując kompromis z Rossyą, odstąpić miała od rzeczonego sztandaru, nie możemy dopuścić za żadną cenę. Stanowcze i skuteczne zapobieżenie, aby ten kompromis nie mógł być przeprowadzonym, poczytujemy więc za nasz obowiązek względem idei polskiej i względem ojczyzny. Wywołując powstanie, do którego czynimy przygotowania, spełniamy ten obowiązek w przekonaniu, iż dla stłumienia naszego ruchu, Rossya nietylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszoną wylać rzekę krwi polskiej; – ta zaś rzeka, stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najezdcami naszego kraju; nie przypuszczamy bowiem, aby nawet za pół wieku naród polski puścił tę krew w niepamięć, i aby wyciągnął rękę do nieprzyjaciela, który tę rzekę wypełnił krwią polską” *).

_______________

*) Własne wyrazy Stefana Bobrowskiego, ówczesnego naczelnika miasta Warszawy w organizacyi spiskowej, – tego samego, który w r. 1863 z ręki hrabiego Adama Grabowskiego w pojedynku zginął, wypowiedziane w rozmowie ze mną, w późnej jesieni 1862 r., w mieszkaniu Karola Ruprechta. Do tej zaś rozmowy z Bobrowskim, którego przedtem nie znałem, a później nigdy nie spotkałem, przyszło sposobem następującym: Ruprecht, niewątpliwie postać najczystsza i najzacniejsza wśród stronnictwa ruchu, do którego przystąpił w celu zupobiegania o ile się dało, aby w działaniu sprzysiężonych, rewolwer, nóż i trucizna nie grały przeważnej roli, był moim znajomym, jeszcze od chwili, w której powrócił z kopalni syberyjskich. Widywałem go dość często w ciągu lat 1861 i 1862, niejednokrotnie przeto rozmawiałem z nim o klęsce, grożącej krajowi w razie wybuchu powstania, przygotowywanego jawnie. Zgadząjąc się z memi poglądami, objaśniał mnie, iż wszystkie jego usiłowaniado zwrócenia młodzieży ku pracy organicznej i do skłonienia jej, aby porzuciła myśl powstania, pozostały bez żadnego wpływu (uwaga red.: Postawy pracy organicznej nie dawały nigdy w narodzie polskim takiego szacunku otoczenia jak bohaterszczyzna. Tylko czy dla poważania wśród osób, które pusto mają w głowie wolno było cały naród pchać ku pewnej klęsce?).

„Czyż między wami są sami szaleńcy, czyż niezbite argumenta wykazujące szkodliwość zbrojnego ruchu, nie mogą znaleść posłuchu u ludzi sfanatyzowanych wprawdzie, ale bądź co bądź ojczyznę na swój sposób kochających i do poświęcenia się gotowych, – czyż między wami nie ma ludzi uczciwych, których powinnaby przerazić i powstrzymać myśl, iż poślą na rzeź tysiące patryotów, a jednocześnie spełnią zbrodnie przeciw własnemu krajowi, a nawet mogą zgubić sprawę polską” – rzekłem raz do Ruprechta. Spróbuj rozmówić się z nimi- odpowiedział, może będziesz szczęśliwszy odemnie , bardzo o tem wątpię, ale spróbój, – ułatwię ci widzenie się z nimi”. Przyjąłem tę propozycyę i w dniu oznaczonym zastałem u niego Bobrowskiego i dwóch innych całonków komitetu centralnego, zajmujących w organizacyi spiskowej stanowiska najbardziej wpływowe. Nie podaję ich nazwisk, niewiedząc czy i gdzie żyją. Rozmawiatem wówczas z nimi parę godzin, – wreszcie Bobrowski zamknął tę rozmowę wyrazami oznaczonemi w tekscie cudzysłowem, – przytoczonemi prawie dosłownie, bo całą rozmowę do dziś dobrze pamiętam.

Tak więc, program margrabiego niewcześnie stawiony, stał się ostatecznie jednym z przeważnych względów, przywódzcami sprzysiężenia kierujących, a przynajmniej oddziałał szkodliwie na umysły gorące, nigdy i nigdzie nie liczące się z rzeczywistością.
Pod wpływem nieuzasadnionej obawy, jakoby wśród ówczesnego społeczeństwa polskiego ów program mógł zagrozić ideałom i .sztandarowi narodu, młodzież zawsze i wszędzie za pohopna do czynu, a zarozumiała, – poczytała za obowiązek stanąć na straży idei polskiej. Pod hasłem tej idei działała zarówno przeważna część przywódzców i każdy z przystępujących do sprzysiężenia. Pierwsi, wytłumaczywszy sobie, iż ową ideę nieinaczej ocalą od zguby, jak wywołując rozlew krwi, nie cofnęli się przed krokiem, który poczytywali sami za widoczne szaleństwo. Obawa odstępstwa przeważnej części narodu od jego stuletnich aspiracyj politycznych, którą podnosili w najlepszej wierze i z głębokiego przeświadczenia, przeważyła na szali. Nie cofnęli się nawet przed myślą, że zdradzają zaufanie sprzysiężonych, że ich posyłają na śmierć, że na cały kraj sprowadzą szereg klęsk; – i spełnili największe szaleństwo a zarazem ciężką zbrodnię na własnej ojczyznie, byleby kompromis Polski z Rossyą na długie latu uniemożebnić. Ich wina jest więc tak dalece widoczną i tak wielkiej doniosłości, iż nawet owa obawa, aby program margrabiego nad rzeczonami aspiracyami narodu nie odniósł zwycięstwa i wpływ tej obawy jakiemu ulegali, nie mogą być przyjęte w charakterze okoliczności łagodzących.
Wykazując wszakże jeden z główniejszych powodów wydania hasła do zbrojnego powstania, uwydatniają one zarazem, że część odpowiedzialności za wypadki z r. 1863, spada na margrabiego, który acz z pobudek gorącego patryotyzmu , występując ze swym programem przedwcześnie, wywołał oburzenie w gorących umysłach, i bezwiednie pchnął je na szaloną drogę.

b) Kierownicy powstania

Fakt wypowiedzenia posłuszeństwa monarsze rossyjskiemu ze strony kilkudziesięciu tysięcy sprzysiężonych, poparty ustanowieniem tajnego „rządu narodowego” i ogłoszoną przezeń odezwą, musiał przedewszystkiem wywołać represyjne środki rządowe; – o prowadzeniu bowiem formalnej wojny między Polska i Rossyą nie mogło na seryo być mowy, w obec nie istnienia armii polskiej, zdolnej w otwartym boju zmierzyć się z armią nieprzyjacielską.
I w istocie, w ostatnich dniach stycznia 1863 r. sam rząd mniemał, iż ruchome kolumny wojska w krótkim przeciągu czasu otoczą i wezmą w niewolę każdy z kolei oddział powstańczy, najczęściej kryjący się po lasach. Dowódzcy wojska rossyjskiego nie spełnili jednak zadania z odpowiednim pospiechem; – co nie da się wytłumaczyć inaczej, jak złą wolą, a raczej chęcią przedłużania operacyi przeciw rzeczonym oddziałom, w celu zwiększenia osobistych materyalnych korzyści i liczby nagród, któremi monarcha rossyjski w podobnych razach zwykł szczodrze szafować.
W obec biernej postawy całego narodu, przerażonego myślą o groźnych dla kraju następstwach, ruch kilkunastu tysięcy ludzi nie dozwalał przewidywać, iżby mógł przybrać cechy zdarzenia dziejowego, a nawet wywołać akcyą dyplomatyczną mocarstw zachodnich.

Wprawdzie dzienniki berlińskie, a zwłaszcza półurzędowe i za wskazówkami ministrów idące, na pierwszą wiadomość o wybuchu powstania, przeceniając siły powstańców, usiłowały temu ruchowi nadać doniosłość jakiej rzeczywiście nie miał. Wprawdzie opinia publiczna w Anglii oświadczała się wyraźnie przeciw systematowi, stosowanemu przez rząd rossyjski w Polsce od lat 30tu, li nawet w odpowiedzi na interpelacye w parlamencie, ministrowie królowej wyrażali się ostro przeciw Rossyi i przeciw polityce przez nią w Warszawie prowadzonej, czyniąc zarazem nacisk na pogwałcenie warunków traktatu wiedeńskiego, prawa narodu polskiego określających.
Cała przecież dyskusya w obu izbach nieupoważniała do wnioskowania, iżby Anglia chciała sprawę polską popierać lub podnosić. Z postawy dziennikarstwa pruskiego i organów opinii publicznej w Anglii, umysły trzeźwiejsze w Polsce mogły więc wyprowadzić ten jedynie wniosek, iż zarówno nad Tamizą jak i nad Sprewą, upatrywano w ruchu warszawskim środek do utrudnienia, a być może do umożebnienia aliansu między Francyą i Rossyą, upragnionego podówczas zarówno w Petersburgu i w Paryżu , a odkładanego jak przypuszczano, do chwili uspokojenia Polski (uwaga red.: W rzeczywistości odkładano ujawnienie sojuszu zawartego w 1859 r. J. Giertych pisze o tym sojuszu: „(…) Mimo, że do roku 1856 Francja była razem z innymi państwami w wojnie z Rosją, już w roku 1859, a więc trzy lata później, doszło między Francją a Rosją nie tylko do zbliżenia, ale do formalnego, tajnego układu, zawartego 3 marca 1859 roku. Inne państwa, a także światowa opinia publiczna, o tym układzie nie wiedziały, ale domyślały się jego istnienia. (Tekst tgo układu znalazł w carskich archiwach sowiecki historyk Rewunienkow i ogłosił o nim pierwszą wiadomość w roku 1924, a pełne dane w roku 1938). Było dla świata jasnem że Francja ma teraz w swej polityce światowej – trwałe czy też nietrwałe, ulegajce czy nie ulegające wahaniom – poparcie rosyjskie. Wyraziło się to między innymi w tym, że Francja pod rządami cesarza Napoleona III przedsięwzięła z całą odwagą akcję zmierzającą do zjednoczenia Włoch, uderzając (wespół z Piemontem-Sardynią) na rządy austriackie we Włoszech (…)” [Źródło: J. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, wyd. Veritas Foundation Press, Londyn 1986, str. 317]).

Wobec dyplomatycznych rokowań gabinetu petrsburskiego z Napoleonem III w przedmiocie rzeczonego aliansu , i oględniejszej postawy tegoż monarchy w rozmowach z Polakami od początku manifestacyj warszawskich, szerzyło się w kraju przeświadczenie, że z jednej strony kluczem do ustępstw rossyjskich i powodem udzielenia reform, jest właśnie zrozumiana przez Rossyą doniosłość ścisłego przymierza z Francyą , że więc zmiana systemu rządzenia Królestwem kongresowem, następuje dla wyzszych względów zagranicznej polityki rossyjskiej; – z drugiej zaś strony, że nie przebierając w środkach mogących temuż przymierzu zapobiedz, Prusy i Anglia pragną w tym celu wyzyskać ruch polski, a mianowicie rozlew krwi nad Wisłą, mogący nie pozostać bez wpływu na opinią publiczną i na samego cesarza Francuzów. Niezwykła ilość złotej monety pruskiej, podówczas w Warszawie cyrkulująca, naprowadzała zresztą na myśl, ze pomiędzy organizatorami spisku, mogli działać tajni agenci gabinetu berlińskiego, skoro insurekcya w Polsce przychodziła w samą porę dla powyższych jego widoków, i skoro na pierwszą wiadomość o powstaniu, prasa pruska usiłuje mu nadać pierwszorzędne polityczne znaczenie. Nikt przeto w kraju nieoczekiwał nawet dyplomatycznego wmięszania się Prus lub Anglii w sprawę polską *), – nie mogli więc na nie liczyć ani organizatorowie spisku, ani przywódzcy zbrojnego ruchu w pierwszych tygodniach po wysłaniu sprzysiężonych do lasów. – i niedozwoliła podniesienia tejże sprawy podczas wojny krymskiej, co nawet wpłynęło na spieszne ukończenie owej wojny, a nawet na samą osnowę traktatu paryzkiego. Pamiętano wreszcie, że gdy wśród owej wojny, mocarstwa sprzymierzone udecydowały formowanie pułków jazdy polskiej przy wojsku tureckiem, i gdy jenerał Zamoyski pragnąc tej formacyi nadać charakter dawnych legionów polskich, udał się do Londynu z żądaniem, aby one otrzymały sztandar z orłem białym i pogonią, lord Palmerston tego żądania nieprzyjął, odpowiadając: „voulez Vous donc monsieur le Comte nous brouiller avec la Russie.”

___________

*) O jakiejkolwiek pomocy ze strony Prus, nie mogło być mowy; powszechnie zaś wiedziano, że Anglia odstąpiła sprawy polskiej na kongresie wiedeńskim, przeszkodziła zaś wmięszaniu się w tę sprawę Francyi i Austryi w r. 1831,

Z tem większem natomiast natężeniem oczekiwano w całym kraju na wiadomość, w jaki sposób względem ruchu powstańczego w Polsce oświadczy się Napoleon III. Jego zapatrywania na sprawę polską były powszechnie znanemi, a chociaż w ciągu dwóch lat poprzednich jego postawa stała się widocznie oględniejszą, i dla Rossyi przyjaźniejszą, wiedziano przecież, iż taż sprawa jest osią całej jego polityki, że więc swych zapatrywań nie zmienia, ale je odkłada do sposobniejszej pory. Gorączkowa niecierpliwość, z jaką podówczas cały naród wyglądał wiadomości z Paryża, była więc usprawiedliwioną. Z równą gorączkowością musieli zwracać oczy ku Francyi organizatorowie spisku, po zapewnieniach otrzymywanych od jenerała Wysockiego i od innych wychodzców, majacych wstęp do księcia Napoleona, który jak wiadomo sympatyzował ze stronnictwami ruchu w różnych krajach, a w swych rozmowach bezwątpienia mniej oględny od cesarza Francuzów, nie wywierał uspakajającego wpływu na umysły rzeczonych organizatorów (uwaga red.: Pozostaje zapytać jakiej istotnej, mającej naczenie dla wyniku konfrontacji zbrojnej spiskowców z Rosją, pomocy mogła udzielić Francja, oddzielona od ziem Królestwa kilkoma granicami i setkami kilometrów – nie pierwszy raz w rachubach powstańczych łudzono się, że sojusznik, z którym brak wspólnej granicy, cokolwiek znaczy.).

Miała podówczas sprawa polska bardzo wielu przyjaciół wśród inteligencyi francuskiej, jak wiadomo, rządom drugiego cesarstwa mniej sprzyjającej, podnoszącej przeto skwapliwie każdą chwiejność w jego zagranicznej polityce. Oględna postawa Napoleona III w obec rozlewu krwi nad Wisłą, nie harmonizująca z usiłowaniami jakie poprzednio czynił dla podniesienia kwestyi polskiej, poczytywaną była przez opozycyą francuską za szczególną sposobność wykazania chwiejności jego polityki (uwaga red.: Sprawa polska od zawsze była dla państw europejskich narzędziem prowadzenia polityki, a nie jej celem – i Polacy powinni to wreszcie pojąć. W rozgrywkach politycznych z republikami bananowymi i dzikimi plemionami nie ma miejsca na przyjaźń – a Polacy od zawsze byli dla „zachodu”, na którego pomoc liczyli, bądź jednym bądź drugim.).

Sympatya .dla Polski i antypatya do rządów napoleońskich, były jednocześnie wprowadzone w grę. Podniosły się przeto w prasie i w obu Izbach gorące za sprawą polską głosy, zarzucające cesarzowi, iż tę sprawę opuszcza. W odpowiedzi na te .interpelacye, minister stanu w imieniu monarchy oświadczył, iż utrzymanie dobrych stosunków ze wszystkiemi mocarstwami jest pierwszym interesem Francyi, a więc pierwszym obowiązkiem jej rządu, – wyrażając, iż Polacy powinni oczekiwać polepszenia swego losu od dobrych usposobień cesarza Aleksandra II, zamiast mu stawiać przeszkody, lub szukać tego polepszenia drogą wątpliwą, a nawet nie mogącą ich doprowadzić do pożądanego celu.

To oświadczenie, zadając stanowczy cios nadziejom przywódzców powstania, przekonywało kraj, iż ruch nie otrzyma żadnej pomocy z zewnątrz, że więc będzie stłumiony najpóźniej za kilka tygodni, – zaczynające zaś myśleć o zgrupowaniu się na nowo stronnictwo konserwatywne mniemało, iż z biernej postawy jaką względem tegoż ruchu zachowuje, będzie mogło wysnuć wkrótce tytuł do oświadczenia rządowi, że ma zasadę do korzystania z ogłoszonych reform.

Zaszedł wszakże fakt nieprzewidywany a najwyższej doniosłości politycznej, który radykalnie zmienił nietylko postać rzeczy w Polsce, ale nawet ówczesną politykę całej Europy. Przybył mianowicie do Warszawy jeden z wyższych wojskowych pruskich w celu wykazania W. księciu Konstantemu, iż powstanie polskie jest do tego stopnia potężnem , ze Rossya o własnych siłach nie da mu rady, – że ono może Polskę doprowadzić do niepodległości, a więc narazić cesarza Aleksandra na terytoryalne straty, ze przeto król pruski ofiaruje Rossyi zbrojną pomoc przeciw powstańcom, i w tym celu pragnie przedewszystkiem porozumieć się o warunki układu, mającego określić sposób wspólnego działania, w razie gdyby panowanie Rossyi nad Wisłą było zagroźenem. Projekt tego układu był pierwszym pionem poruszonym na szachownicy politycznej przez dzisiejszego kanclerza cesarstwa niemieckiego, który świeżo objąwszy przewodnictwo gabinetu berlińskiego, rozpoczynał właśnie swą wielką grę, uwieńczoną jak wiadomo zadziwiającem powodzeniem.

Wielki ksiązę Konstanty nie uznawał wprawdzie potrzeby zapewnienia Rossyi pomocy obcego wojska przeciw ruchowi, który armia zebrana w Królestwie była w możności stłumić w ciągu Kilku tygodni; jenerał pruski pospieszył przecież do Petersburga, gdzie oświadczenie gabinetu berlińskiego skwapliwie przyjęto, i z niedającym się wytłumaczyć pospiechem podpisano słynną konwencyę prusko-rossyjska.

Z samej natury rzeczy, ta konwencya udaremniła wszystkie poprzednie rokowania gabinetu petersburskiego z Napoleonem III i rozbiła alians będący celem tych rokowań, stawiając zaś zarazem w obec całej Europy fakt dokonany: ścisłe przymierze odporne dwóch północnych mocarstw; – musiała wywrzeć wszędzie wielkie wrażenie. Nie ma wątpliwości, ze sprawa polska tak dla Prus jak dla Rossyi była jedynie środkiem prowadzącym do innych politycznych celów, nie zaś celem tego przymierza; – niepodobna bowiem przypuszczać, aby w gabinecie petersburskim tak samo jak w Berlinie, miano wiadomości niedokładne o liczbie i rodzaju uzbrojenia polskich powstańców, lub iżby wątpiono o dostateczności siły zbrojnej, przeciw nim działającej, – izby wreszcie obawiano się interwencyi lub chociażby akcyi dyplomatycznej mocarstw zachodnich, zwłaszcza po oświadczeniu rządu francuskiego, wyraźnie odejmującem powstańcom nadzieję jakiejkolwiek pomocy.

Dotychczas nie wiadomo, jakich korzyści szukała w tem przymierzu Rossya, jest wszakże rzeczą widoczną, że ono poddało ją w pewną zależność Prus, skoro odtąd była zmuszoną popierać wszystkie polityczne kombinacye gabinetu berlińskiego, a przynajmniej na nie przyzwalać, i skoro rzeczone przymierze pozbawiając ją na lat 15 swobody działania, doprowadziło wreszcie do tego, iż przykuta do polityki księcia Bismarka, musiała patrzeć obojętnie na przeprowadzane przezeń na kontynencie zmiany, które nie poszły przecież po jej myśli, a nawet zagroziły po części jej własnym interesom.

Można więc przypuścić, że najpóźniej za lat 50 sama Rossya zacznie się dziwić skwapliwości, z jaką gabinet petersburski do owego przymierza przystąpił, a jej własni historycy osądzą, iż przez nie polityczną grę Prus bardzo ułatwił. Rzeczywiście bowiem książę Bismark skrępował tem przymierzem politykę Rossyi w wielkich kwestyach europejskich, ubezpieczył z jej strony swe kombinacye polityczne, – uniemożebnił jej alians z Francyą, a nawet między te dwa mocarstwa rzucił kość niezgody. Pod każdym więc względem odniósł, świetne polityczne zwycięstwo, i z owej konwencyi wyłącznie wyciągnąć korzyść; – w dodatku zaś nadał powstaniu charakter zdarzenia dziejowego, międzynarodowego, skoro je uznał za wojnę między narodem polskim i rossyjskim do tego stopnia w swych wynikłościach groźną, że aż wymagała interwencyi trzeciego mocarstwa (Prus), – skoro tę interwencyą jawnie zapowiedział, jej warunki w układzie dyplomatycznym określił, a więc pierwszy spełnił czyn, tę interwencyą rozpoczynający.

Sama przeto Rossya, podpisując tę konwencyą wywołała burzę dyplomatyczną ze strony wszystkich mocarstw europejskich, burzę bardziej dotkliwą dla jej dumy państwowej niż groźną dla jej granic, – burzę, której zażegnanie nieprzyszło bez trudu, a która odwróciła uwagę petersburskich mężów stanu od kwestyi holsztyńskiej i szlezwickiej, niezwłocznie przez księcia Bismarka poniesionej, i załatwionej niekoniecznie zgodnie z interesami narodu rossyjskiego.
Ze stanowiska pruskiego rzeczona konwencya była więc pomysłem niezaprzeczenie genialnym; – ze stanowiska zaś rossyjskiego wyraźnym błędem politycznym.

Niezwłoczna zmiana postawy Napoleona III jest tego pierwszym dowodem.
Ta zmiana była przecież łatwą do przewidzenia w obec groźnej doniosłości przymierza dwóch północnych potęg, druzgocącego plany Napoleona na aliansie z Rossyą opierane, i zarazem wskazującego , że odtąd w każdej swej kombinacyi politycznej spotka .
przeszkodę jednocześnie w Petersburgu i Berlinie, Zrozumiawszy w ten sposób konwencya prusko-rossyjska, i przywiązując do mej znaczenie ogólno – europejskie, Napoleon III natychmiast po otrzymaniu jej odpisu, zwołał radę tajną, na której postanowił rozwinąć akeyę dyplomatyczną w celu skłonienia Austryi i Anglii do wspólnego w sprawie polskiej działania, czyli mówiąc wyraźniej do wojny, mającej na celu odbudowania państwa polskiego. Na konwencyą uwydatniającą przymierze prusko-rossyjskie, zamierzył więc odpowiedzieć przymierzem mocarstw zachodnich, i zbrojną z ich strony interwencya w Polsce. Przebieg tej akcyi nie wyszedł jeszcze z niczyjej pamięci, tu więc może być pominiętym, zwłaszcza, iż jak już wzmiankowano, został dokładnie opowiedzianym przez słynnego publicystę polskiego.

Zachodzi wszakże potrzeba uwydatnić wpływ tych dyplomatycznych rokowań Napoleona na umysły w Polsce. Pożyteczna działalność księcia Adama Czartoryskiego w Paryżu nie była przerwaną jego zgonem; – podjął ją bowiem jego syn książę Władysław. Istniejące pod jego kierunkiem „biuro polskie” zwracając baczną uwagę na kieunek ówczesnej polityki francuskiej, nie mogło oczekiwać, iżby cesarz Napoleon w owym momencie miał podnieść głos na korzyść polskich powstańców. Wyrazy przecież ministra stanu Billaut, wypowiedziane w obu izbach, zdawały się iść dalej, niż tego wymagała dyplomatyczna względem Rossyi w owym momencie oględność, dawały się bowiem tłumaczyć w ten sposób, jakoby nawet w zasadzie , cesarz Napoleon przestał przyznawać Polsce prawo do odzyskania bytu państwowego. Wywarły przeto silne wrażenie na wszystkich Polaków podówczas w Paryżu będących. Pod wpływem tego wrażenia książę Władysław Czartoryski uznał, iż nie powinien brać nadal udziału w zebraniach na cesarskim dworze, na które otrzymywał zawsze zaproszenia; podnosząc przeto owe wyrazy ministra stanu, upraszał listownie księcia Bassano, ażeby ze spisu osób zapraszanych do dworu został wykreślonym. Ten list rozgłoszony przez dzienniki, a czyniący bez wątpienia zadosyć łatwym do pojęcia względom godności narodowej, uwydatniał zarazem, że wedle zdania księcia Czartoryskiego zaszedł w polityce Napoleona III zwrot ku Rossyi tak dalece wyraźny i stanowczy, iż nawet stosunki towarzyskie tegoż księcia z dworem przestały mieć racyą bytu, że więc je przecina, skoro nie mogą przynieść żadnej korzyści dla sprawy polskiej.

Zanim rzeczony list księcia Czartoryskiego miał czas rozejść się po kraju, gdzie byłby niewątpliwie jeszcze silniejsze niż na Polaków w Paryżu wywarł wrażenie, a tem samem powściągnął bardzo wielu od stawania w szeregach powstańczych, i co ważniejsza przekonał stronnictwo konserwatywne, iż przyjęta przezeń postawa bierna jest pod każdym względem odpowiednią, – zaszły opowiedziane wyżej fakta: konwencya prusko-rosssyjska i postanowienie przez Napoleona IIIgo na owej Radzie tajnej powzięte. Zaraz nazajutrz po jej posiedzeniu, został książę Czartoryski powiadomionym o radykalnej zmianie położenia politycznego. Z rozkazu samego cesarza, przyboczny jego sekretarz objaśniając księcia Czartoryskiego o rozpoczynanej akcyi dyplomatycznej, przyjmującej ruch zbrojny nad Wisłą za punkt wyjścia do postawienia sprawy polskiej na porządku dziennym polityki napoleońskiej, oświadczył mu zarazem, że gdy porozumienie między mocarstwami zachodniemi wymaga pewnego czasu, Polacy powinni przeto postarać się o to, aby powstanie nie zostało stłumienem lecz trwało dopóki interwencya zbrojna nie stanie się faktem spełnionym. Vous comprenee quil est tres difficile d’aider un homme mori, tachee donc de durer” – powtórzył kilka razy senator Mocquart w ciągu owej rozmowy. „D u r e z” * mówili księciu Czartoryskiemu ministrowie francuzcy, z któremi niezwłocznie zaczął się znosić i od których otrzymywał bliższe wiadomości o propozycyach Napoleona, zwracanych do Austryi i Anglii. „D u r e z” powtarzał za innemi ambasador austryacki , książę Ryszard Metternich , wyjeżdżając do Wiednia w celu ułatwienia rokowań o przymierze mocarstw zachodnich w sprawie polskiej. „D u r e z” radził wreszcie prezes izby francuzkiej, a poprzednio prezes kongresu paryzkiego hr. Walewski, objaśniając odwiedzających go Polaków, że byt państwowy Polski przynajmniej 15 milionowej, stał się prawie nie wątpliwym.
Te wszystkie wiadomości, rozchodząc się po całej Polsce lotem błyskawicy, wskazały całemu narodowi obowiązek, przed którym cofnąć się nie mógł i przed którym rzeczywiście się nie cofnął.

Znowu bowiem losy naszej ojczyzny brała jawnie w swe ręce Francya , poczytywana podówczas za niezwyciężoną, a jej monarcha, ten sam, który oswobodził’ Włochy, przywrócił byt Rumunom i wielkie sprawy polityczne jednę po .drugiej porządkował, rozpoczynał poważną akcyą dyplomatyczną, w celu urzeczywistnienia stuletnich aspiracyi politycznych narodu polskiego.
W obec tego zwrotu polityki napoleońskiej, tem radośniej powitanego w całej Polsce, iż podówczas był już niespodziewanym, a ze swej natury zbliżał i ułatwiał wielki cel, dla którego lała się bezskutecznie krew kilku pokoleń, i zdawata się wyczerpywać niewyczerpana ich ofiarność, umysły ‚nawet najtrzeźwiejsze zostały

_________________

* Durez (fr.) – trwajcie; uwaga red.: W tym miejscu warto przypomnieć znamienny cytat z książki K. Pruszyńskiego:

(…) „Ale najsilniejszym echem miało zapaść w lasy i w serca polskie jedno krótkie słówko rzucone – do powstańców rzekomo – przez Napoleona III: „Durez”. „Trwajcie”. Po wielu, wielu latach, kiedy historycy zainteresowali się tym słówkiem, okazało się, że nie bardzo wiadomo, komu właściwie powiedział je cesarz. Podobno… ambasadorowi austriackiemu. Ów poseł austriacki istotnie zasługiwał na zaufanie Polaków. Nazywał się Metternich.” (…)

Źródło: Ksawery Pruszyński, „Margrabia Wielopolski”, wyd. Czytelnik, Warszawa 1946, str. 127

w jednej chwili zelektryzowane. Każdy bezstronny historyk przyzna, że nie mogło stać się inaczej, – nikt bowiem w społeczeństwie polskiem nie mógł i nie miał prawa, ani owej pomocy ze strony Napoleona przygotowywanej odrzucić, ani jego akcyi dyplomatycznej stanąć w poprzek; – nikt też przeszkadzać jej nie chciał. Jedni, siłą przekonania i rozumu, inni znowu instynktem i sercem, pociągniętymi zostali w kierunek wskazywany z Paryża. O kompromisie między narodem polskim i Rossyą, czyli o programie margrabiego nie mogło już być mowy, a nawet każdy Polak miał obowiązek uwydatniać, ze temu programowi jest przeciwnym, skoro tego uwydatnienia żądał Napoleon III, na własną odpowiedzialność przed sądem historyi i w obec całego świata, podejmujący zadanie odbudowania Polski (uwaga red.: Entuzjaści Napoleona i spiskowcy powinni tylko przemyśleć, czy deklarowana pomoc Napoleona może w czymkolwiek przeszkodzić Rosji – i czy wylanie rzeki polskiej krwi może dominację Rosji na terenie królestwa podważyć lub w czymkolwiek wspomóc sprawę polską, niezależnie od tego, jakie odezwy i zapewnienia płyną z Paryża.).

Gdy zaś on przedewszystkiem żądał aby powstanie polskie trwało, więc zadosyćuczynienie temu żądaniu musiało się stać głównym na razie celem całego społeczeństwa polskiego.
Tylko margrabia ze swem najbliższem otoczeniem mial obowiązek wytrwać na swem stanowisku, bez względu na ową akcyą dyplomatyczną cesarza Francuzów, i spełniając ten obowiązek, złożył dowody odwagi cywilnej, przynoszącej mu niezaprzeczony zaszczyt. Każdy inny Polak nie byłby uniknął usprawiedliwionego zarzutu odstępstwa od sztandaru narodowego, gdyby wśród głośnego a poważnego podjęcia sprawy polskiej przez mocarstwa zachodnie, stanął był wyraźnie przeciw nim, po stronie kompromisu z Rossyą.

Nikt wprawdzie nie mógł oczekiwać, aby Polska zdołała, a nawet aby usiłowała zorganizować imponującą armię narodową, zwycięzającą nieprzyjaciela w otwartym boju. Nie stawiał też podobnego żądania ani Napoleon, ani żaden z mężów stanu z księciem Czartoryskim podówczas się znoszący; – takie bowiem żądanie, stawione bez względu na to, iż rząd rossyjski rozporządzał w Polsce liczną armią i policyą, byłoby w istocie wyglądało na ironię.

Dyplomacya francuzka domagała się przeto przedłużenia rozlewu krwi nad Wisłą, Niemnem i Wilią, a więc przeistoczenia krwawej awantury, wywołanej przeciw woli całego narodu przez organizatorów spisku, na krwawą manifestacyą, prowadzoną na żądanie i z wolą całego narodu i widocznie popieraną przez cały naród.
Nie ma potrzeby dowodzić, iż nawet to żądanie, acz w skromniejszych zamknięte granicach, nie było łatwem. Bez względu na trudność całe społeczeństwo polskie uznało, iż ma obowiązek uczynić temu żądaniu zadosyć, a podówczas nie mogło uznać inaczej; i złożyło nowe dowody znanej z dziejów swej ofiarności a zarazem niezwykłej energii (uwaga red.: Zapominając przy tym, że nawet największa ofiara niczego nie da, a krew polska nie służy do demonstrowania czegokolwiek komukolwiek, czego by ten nie obiecywał i czego by nie żądał.).

Ludzie dobrze rozumiejący, iż naród polski nie ma sił do pokonania Rossyi, zachowujący dotąd bierną względem ruchu postawę, nie zawachali się kierunek rzeczonej manifestacyi co prędzej objąć. Jedni weszli w skład zreformowanego pod ówczas tajnego rządu narodowego, drudzy zajęli miejsca w jego organach wojewódzkich, powiatowych i miejskich, inni znowu sprowadzali broń, inni wreszcie biegli do oddziałów powstańczych, by dać przykład wytrwałości i poświęcenia się dla kraju (uwaga red.: Czy raczej – nonsensownego marnowania sił w przegranej sprawie?).

Dla uwydatnienia, że ruch w Polsce przeistoczył się w ruch całego narodu, a przynajmniej stał się ruchem popieranym przez cały naród, książę Władysław Czartoryski uznając tajny rząd narodowy, przyjął odeń nominacya na jawnego dyplomatycznego agenta polskiego we Francyi i Anglii. Galicya i Księstwo poznańskie nie poskąpiły w tymże celu swej pomocy. Ściągnąwszy od wszystkich mieszkańców kraju podatek narodowy, – od którego, mówiąc nawiasem, nawet Rossyanie osiedli w Królestwie uchylać się nie śmieli, i zebrawszy fundusz z pożyczki narodowej, rozpisanej na zakup broni i na podtrzymanie ruchu, nowi jego kierownicy energicznie popierani przez ogół, zdołali uczynić zadosyć podjętemu przez siebie zadaniu.

Powstanie, jako krwawa manifestacya całego narodu, przetrwało dłużej, niż tego żądała dyplomacya francuzka, uwydatniając zarazem zdolność organizacyjną jego kierowników i podwładnych im organów, jedność w narodzie, treść i siłę aspiracyi politycznych, pociągających całe społeczeństwo do zadziwiającej ofiarności.

Przeważna większość tych, którzy w owej epoce usiłowali ruch podtrzymać, szła za glosem obowiązku, nie łudząc się bynajmniej nadzieją zwyciężenia Rossyi bez pomocy mocarstw zachodnich. Od trwania ruchu czynił tę pomoc zależną potężny podówczas władzca Francyi; – uznawali przeto konieczność uczynić ze swej strony wszystko, czego on od narodu polskiego wymagał (uwaga red.: Pozostaje jeszcze zapytać, czy to, czego cesarz Francji od narodu polskiego wymagał narodowi polskiemu istotnie służyło. Dalszy bieg dziejów pokazał, że Napoleon III nie miał narodowi polskiemu nic do zaoferowania, a swoją polityką, niezależnie czy prowadzoną w dobrej, czy złej wierze – zadał polskiej sprawie narodowej cios, którego naturę pojął Dmowski – naród polski w przemiany społeczne i procesy narodotwórcze zapoczątkowane rewolucją przemysłową i częściowym demontażem feudalizmu (demontażem dokonanym przez cara w ramach represji wywołanych powstaniem!) wszedł odarty z własnych urzędów i instytucji. Tych samych, o których odzyskanie dla Polaków walczył margrabia Wielopolski.).

W tym braku złudzeń, i w pojęciu tego obowiązku leży niezaprzeczona ich zasługa, którą potęguje myśl, iż każde ich działanie było połączone z niebezpieczeństwem, każdy krok z narażeniem życia, wolności i majątku. Cześć więc ich pamięci! (uwaga red.: Czcząc pamięć ofiar politycznych oszustów i bezmyślnych zbrodniarzy, ofiar błędnych wyobrażeń o tym, na czym polega służba narodowi i sprawie narodowej – nigdy nie zapominajmy o naszym obowiązku – obowiązku walki o świadomość narodową Polaków, która pozwoli na właściwą ocenę nie szeregowych uczestników – ale prowadzonej polityki i decyzji podejmowanych przez przywódców. Świadomości narodowej, która nie pozwoli na mieszanie szacunku dla ofiar z afirmacją surrealizmu politycznego, stanowiącą także dziś źródło chorób toczących polskie życie polityczne.)

 Kulisy wybuchu powstania styczniowego wg książki „Margrabia Wielopolski” Ksawerego Pruszyńskiego

Geneza powstania styczniowego byłaby niekompletna, gdyby pominąć genezę i okoliczności wydania rozkazu o rozpoczęciu powstania przez „Komitet Centralny”. Poniżej czytelnik znajdzie detale nader interesujące – i rzadko spotykane w dyskusjach o Powstaniu. Poniżej przytaczamy fragment książki K. Pruszyńskiego.

(…)
„Same doły „czerwonych” ogarnął za to niepokój. Oto od kilkunastu co najmniej miesięcy każdy z nich był wciągnięty w nader tajemnicze sprzysiężenie, składał przysięgi, schodził się na nocne zebrania, znał zaledwie swego bezpośredniego kierownika trójki, piątki czy dziesiątki – ale zapowiadane od tak dawna powstanie narodowe jakoś odwlekało się z miesiąca na miesiąc. Ludzie ci nie chcieli czekać. Teraz zaś już i długo czekać nie mogli. Jeśliby czekali dłużej, to margrabiowska branka wyłuska ich z Warszawy, Radomia, Lublina i rzuci w rosyjskim mundurze gdzieś do Petersburga, Moskwy czy na Kaukaz. Poczęło róść zniechęcenie. Gdzież to powstanie? Co robi otoczony nimbem konspiracji Komitet Centralny? Teraz poczęli działać owi czerwieńsi jeszcze, których w czerwcu wymanewrowano z Komitetu, a którzy poddali się coraz bardziej dalekim wpływom Mierosławskiego. Z ich inicjatywy ukazała się ulotka-odezwa, która samozwańczo powoływała się na Komitet Centralny. Ten nie odrzekł się od niej, raz, aby nie odkrywać wobec obcych faktu istnienia tarć i rozłamów w Komitecie Centralnym, po wtóre, aby nie powiększać wrażenia, że obecny Komitet Centralny cofa się czy ociąga.

Toteż masy przyjęły za dobrą monetę zapowiedź ulotki, że „Komitet Centralny ochroni sprzysiężonych przed branką” i „ze „dzień ogłoszenia branki będzie dniem wybuchu powstania”. Pierwsze obwieszczenie było czysto demagogiczne. Komitet Centralny czy ktokolwiek inny nie mógł obiecywać, że „dopuści” lub „nie dopuści” do branki, bo leżało to, niestety, całkowicie poza jego możliwościami. W bardziej zrównoważonym społeczeństwie wzięto by takie słowa za demagogię, ale w polskim ówczesnym tłumaczono sobie, że „widocznie” Komitet ma pewne dane, aby tak właśnie twierdzić. Drugie zdanie było może jeszcze niebezpieczniejsze. Czy zamierzano nastraszyć nim Wielopolskiego? Czy zapowiedź, że „dzień ogłoszenia branki będzie dniem wybuchu powstania”, miała oznaczać: nie rób pan branki, bo jeśli ją zrobisz, to wtedy powstanie wybuchnie? Trudno dziś oświadczyć na pewno.

To pewna, że i wtedy, i potem z różnych kół szły nalegania, aby brankę odroczyć czy odwołać. To także pewne, że tysiące młodych ludzi zrozumiało, że datę nowego, nieodwołalnego już wybuchu wyznaczy data branki.

Tymczasem z początkiem grudnia odbyły się prawie współcześnie dwa konspiracyjne zjazdy w Warszawie. Jeden był „czerwonych”. Po raz pierwszy ten ich zjazd nabrał wojskowego charakteru. Brali w nim bowiem udział ludzie, jak pułkownik Zygmunt Miłkowski, słynny później Teodor Tomasz Jeż, niemal stuletni konspirator, który walczył w 1848 roku na Węgrzech, i Różycki, syn powstaoczego generała z 1831 roku, i Langiewicz, oficer pruski, i Sierakowski, rosyjski, i Padlewski – wszystko wodzowie, których nazwiska za niespełna rok miały stad się głośne orężnie. Był to zjazd starszyzny powstańczej. I otóż starszyzna powstaocza uznała wprawdzie powstanie za konieczne, ale żądała odroczenia wybuchu do wiosny. Jednocześnie zjazd „białych” był pełen narodowego optymizmu: powstania – wiedzieli, że może stad się ono tylko klęską – nie będzie. I tylko dwaj uczestnicy zjazdów – Padlewski u „czerwonych”, Stefan Bobrowski u „białych” – dowodzili inaczej. Jakżeż ma wybuchnąć powstanie wiosną, rozumował Padlewski, jeśli na przedwiośniu kraj będzie ogołocony z najgorętszych żywiołów? Padlewski był w owej chwili naczelnikiem wojskowym miasta z ramienia konspiracji. Bobrowski – „biały”– był młody. Obaj doskonale czuli, że masy, tak długo rozgrzewane, rozgrzały się na płynną lawę rewolucji, której zatrzymad już nie będzie można, która się potoczy.

Wodzowie powstańczy mieli najzupełniejszą rację, jeśli chcieli wstrzymać powstanie. Wiedzieli już bowiem dobrze, o czym nie wiedziały masy, że nie wszystko jest tak pięknie jak to, co z dawna obiecywali. Właśnie we Francji policja nakryła agentury zakupu broni, założone świeżo przez „czerwonych”. Nie tylko poaresztowała ludzi, nie tylko powstanie znalazło się bez arsenału, ale nastąpiła rzecz gorsza: oto władze francuskie wydały znalezione papiery w ręce ambasady rosyjskiej. Władze francuskie to były władze Napoleona III. Memento było groźne. A więc tak wygląda w praktyce owa tyle zapowiadana, tak plotkami podsycana w kraju wiara w pomoc Francji? Cóż innego zrobiłaby policja Ludwika Filipa? Czy nie mają racji ci, co twierdzą, że nie można liczyd na słówka sympatii i łezki współczucia, że Francja na wojnę o Polskę nie pójdzie, choć mogła pójść na wojnę o Włochy niepodległe? W tym samym niemal czasie policja warszawska wpadła na trop drukarni podziemnego organu „czerwonych”, »Ruchu«, dokonała aresztowao i zniszczyła pismo. Była to poważna strata. »Ruch« kierował opinią skrajną, urabiał ją, miał jej zaufanie. Gdyby istniał dłużej, mógłby byd może narzędziem nowych poglądów, które poczęły nurtować nie tylko w Komitecie Centralnym.

Albowiem i schyłek 1862 roku, i pierwsze dni następnego przyniosły próby niespodziewanego zwrotu. To nie tylko Aleksander Herzen ostrzegał spiskowców rosyjskich przed wiązaniem się z polskim powstaniem, które będzie w tych warunkach tylko aktem szaleństwa. To nie tylko »Czas«, dotąd grzmiący na brankę, zaczynał nagle pisać inaczej. Radził poborowym kryć się za granicą, a nawet po raz pierwszy dopuszczad począł możliwość pójścia w sołdaty, „gdzie także, jak wszędzie, można dla Ojczyzny pracowad, a sławę imienia polskiego roznosid”. Nie tylko »Czas« wpadł na tak niespodziane odkrycie. „Czerwoni” pisali przecież kubek w kubek to samo. „Jeżeli Moskwa – wywodzili teraz – zdoła wziąd kilkaset lub parę tysięcy dzielnej młodzi, to prowadzi w szeregi armii tyluż apostołów wolności”. W ten sposób nalawszy najpierw sporo oliwy na ogień, gdy zaczęły buchać płomienie, chwycono za kubły z wodą. Atmosfera była zanadto rozogniona, aby ktoś się kwapił do roli apostoła wolności w szynelu sołdackim.

Tymczasem przybył jeszcze jeden, niespodziany sukurs przeciw brance, a wyszedł on z kół, które w Rosji popierały Wielopolskiego. Obok pewnych czynników dworskich, obok ludzi jak Błudow, którzy mieli na oku wyższy interes państwa rosyjskiego, byli nimi, jakeśmy już wspomnieli, liczni dyplomaci rosyjscy. Rosyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, przynajmniej w swej części, było zwolennikiem porozumienia z Polską. Ambasadorzy i posłowie rosyjscy w stolicach Zachodu cierpieli nad tym, że rządy nahajem nad Wisłą wyrządzały tyle szkody Rosji. Specjalnie zaś dyplomaci rosyjscy, pracujący nad zbliżeniem rosyjsko-francuskim, obawiali się tego jak ognia. Jednym z nich był poseł w Brukseli, hrabia Orłów. Wnuk kochanka Katarzyny pamiętał dzieckiem, jak w pałacu jego ojca przebywał przez pewien czas swego więzienia Tadeusz Kościuszko. Jako stary arystokrata miał raczej współczucie dla grabionej po każdym powstaniu polskiej szlachty, jako kulturalny Rosjanin miał wstręt do kacapskich metod generalskiej dziczy, a jako Rosjanin w ogóle nie nosił zbytnio w sercu tych wszystkich Gerstenzweigów, Bergów, Lüdersów, Immermanów. Teraz hrabia Orłów był jednym z najczynniejszych twórców zbliżenia rosyjsko-francuskiego. Wygładzał starannie stare zadrażnienia z wojny krymskiej, niwelował wzajemne uprzedzenia, starał się o to, aby ponad głowami dwóch niemieckich stolic podały sobie ręce Rosja i Francja. Hrabia Orłów bał się, że branka doprowadzi istotnie do wybuchu, podetnie próby porozumienia francusko-rosyjskiego. W tej myśli przybył naraz z Brukseli do Warszawy.

Zebranie grudniowe z Wielopolskim i Orłowem u wielkiego księcia było niewątpliwie tym momentem, kiedy ważyły się losy branki. W każdym razie, jeśli kiedy, to wtedy były one najbardziej zagrożone. Wielopolski wiedział, że Orłów w odróżnieniu od tylu innych jest poważnym partnerem. Orłów wiedział to samo o Wielopolskim. I on nie miał głupich podejrzeń, że Wielopolski jest „polskim Wallenrodem”, który pcha Rosję w klęskę przy pomocy podstępu. Wielopolski wiedział, że Orłów miał rację w tym przynajmniej, że jeśli branka doprowadzi do wybuchu, to wybuch pęknie jak petarda u stóp porozumienia Paryża z Petersburgiem. Wielopolski niemniej jak Orłów chciał tego porozumienia. Czy przewidywał, że doprowadzi ono do wojny z państwami centralnymi? Czy przewidywał, że z tych wojen Austria wyjdzie rozbita, a Prusy okrojone o ich polskie dzielnice? Jest to bardzo logiczna hipoteza. Inne – szczęśliwsze – przymierze rosyjsko-francuskie doprowadziło do tego w kilkadziesiąt lat później; czy obecnie nie mogło doprowadzid do tego wcześniej?

Ale Wielopolski wiedział i to także, że „czerwoni” zbyt długo pracowali nad wybuchem powstania, aby je mogli wiecznie odraczać. Wiedział może, że planowany jest wybuch na wiosnę. Wiedział także, że ruch „czerwonych” w kraju paraliżuje dalsze wprowadzenie reform. Przypuszczał, że branka będzie najlepszą bronią, aby „wrzód rewolucyjny przeciąć”.

Termin branki był spodziewany od pierwszych dni stycznia, toteż koło dziesiątego okolice Warszawy zapełniły się młodymi ludźmi, którzy wyszli z miasta, aby uniknąć poboru. Puszcza Kampinoska zaroiła się nimi na szereg dni przed ową nocą z 12 na 13 stycznia, kiedy policja i wojsko dokonały, jak zwyczajnie, poboru. Nazajutrz wokoło cytadeli zebrały się tłumy, które żywo komentowały wypadki złorzecząc głośno i wyzywając, ale tym razem nie margrabiemu, nie Rosjanom, ale Komitetowi Centralnemu. Czy można się temu dziwić? Raczej można by się dziwić, gdyby było inaczej. Od przeszło roku Komitet Centralny, tajemnicza władza, nawoływał ich do powstania i wieścił ów dzień. Od przeszło roku zorganizował ich, kazał czekać, używał do demonstracyj, przygotowywał do zamachów. Od przeszło roku obiecywał poparcie całego świata, spiski, które wewnątrz Rosji rozsadzą carat, interwencje, które z zewnątrz Rosji przyniosą pomoc Zachodu. Tak ponurymi barwami malował pobór do wojska; tak zapewniał, że nie dopuści, by sprzysiężeni brance ulegli. A teraz branka była przeprowadzona. W dodatku wielu ludzi wiedziało, że od szeregu tygodni wszyscy wybitniejsi przywódcy poznikali z Komitetu, z Warszawy, z Polski. Byli gdzieś za granicą. Margrabia się nie omylił w swych rachubach i w zapowiedziach swej prasy. Ci, co mogli, schronili się za kordon; ci, co nie mogli zostali na łaskę losu.

Branka przeprowadzona została bez trudności, a niebawem artykuł w organie Wielopolskiego, w którym poznawano pióro margrabiego, pisał o niej, że odbyła się w pełnym spokoju, a wśród poborowych dało się zauważyć „nawet wesołe usposobienie”. Ponieważ w Polsce nic tak nie drażni jak słowo pisane, więc zwrot służył przez długie lata dla potępienia margrabiego. Wszak było to kłamstwo! Wszak była to nieprawda! Powoływano się na opinię księdza, który wszedł do lokalu, gdzie zebrani byli poborowi i zastał wielu z nich… grających w karty. Gra w karty, chyba tylko w oczach bardzo wielkiego laika, jest objawem szczególnej desperacji. Niedługo potem rekruci z Królestwa mieli powitać cara gromkimi „ura”, niczym rekruci znad Kamy czy Oki. Jakże więc było naprawdę?

Prawdopodobnie było mniej dramatycznie, niż sobie kto wyobrażał. Najbardziej zaciekli zbiegli przecież w lasy i branka ich nie objęła. Na dwa tysiące poborowych Warszawy podobno tylko coś ponad pięciuset miało kontakt z „czerwonymi”. Zamiarem Wielopolskiego było przedstawić sprawy w naświetleniu pomniejszającym, jak ci, co pchali do powstania, przedstawiali je w wyolbrzymionym. Jeśli zamiar Wielopolskiego chybił, to z innych względów. Wspominaliśmy, że niemal cała starszyzna powstańcza nie była podówczas w Warszawie, nie była nawet w kraju, odeszła za granicę. Czy nie chciała być w Warszawie w tych trudnych chwilach, kiedy branka przyjdzie, a oni nie ośmielą się rzucać hasła? Czy myśleli, że bez nich wybuch nie dojdzie do skutku? Czy nie mieli dosyć odwagi, aby powstanie, do którego rozpalili wyobraźnie, podniecili umysły, ale nie przygotowali – bo nie mogli – warunków, zatrzymać osobistym wystąpieniem? Brać za to zatrzymanie odium niepopularności? Dosyć, że wodzów nie było i tłum warszawski złorzeczył nieobecnym wodzom, jak nieraz w Polsce złorzeczył tym wodzom, co swoje wojska opuścili. Ale na miejscu pierwszoplanowych figur w Komitecie Centralnym były drugoplanowe, a raczej trzecio- i czwarto-planowe. Był, jak czasem w Polsce bywa, zupełny brak ludzi. Sierżanci zamiast generałów. I ci wobec tego, że młodzież już poszła do lasu, że tłum złorzeczy „czerwonym”, że branka się powiodła, że kadry, na które liczono, będą nią przetrzebione, poszli, na powstanie. Postanowione zostało na noc z 22 na 23 stycznia. Młoda poetka, Maria Ilnicka, w braku lepszych, napisała odezwę do narodów „Polski, Litwy i Rusi”. Na prowincji polecono zaatakować załogi rosyjskie w kraju. Komitet Centralny po raz trzeci w swych dziejach zmienił miano. Nie był już „Miejskim”, nie był „Centralnym”, ale przybrał nazwę, która miała przejść do historii. Wystąpił jako „Tymczasowy Rząd Narodowy”. W – tej tymczasowości leżało piętno dorywczości i pospiechu, z jakim nastąpił ów dziejowy, brzemienny w skutkach.
Źródło: Ksawery Pruszyński, „Margrabia Wielopolski”, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1957 r., str. 139 – 146; wytłuszczenia: Redakcja PMN

Jędrzej Giertych

Tysiąc lat historii polskiego narodu
Fragmenty rozdziału „Powstanie Styczniowe”

Styczniowe powstanie artur_grottger_obraz_bitwa_cykl_polonia_powstanie_styczniowe_18631Veritas Foundation Press

Londyn 1986

Śródtytuły, wytłuszczenia, uwagi i korekta:
Polska Myśl Narodowa
(myslnarodowa.wordpress.com)
2013

Demonstracje „patriotyczne”

(…)
Były one (uwaga red.: demonstracje) z pewnością wywoływane, kierowane i podsycane przez te siły, które dążyły do wywołania w Polsce powstania, a wiec przede wszystkim przez organizacje węglarskie, związane z ośrodkami emigracyjnymi takimi, jak szkoła w Cuneo, a wraz z nimi przez wpływy cudzoziemskie o obliczu i celach międzynarodowych. Ale machinacje tych sił byłyby bezskuteczne, gdyby nie było w narodzie gotowości do poddania się im. Społeczeństwo polskie w Królestwie, pamiętające czasy samodzielności z lat do 1830 roku, a także rzeczywistej, dziesięciomiesięcznej niepodległości w 1831 roku oraz wojny, w której polskie wojsko odnosiło niejedno zwycięstwo – przecież wszystko to działo się przed 32 laty, a więc w czasach gdy ówcześni ludzie 50 i 60-letni byli czynnymi uczestnikami tamtych wydarzeń, a ówcześni 40-letni coś pamiętali z tego, co sami wtedy widzieli i przeżyli – społeczeństwo to było zmęczone, oburzone i zgniewane trzydziestoletnim z górą okresem cudzoziemskiego ucisku. Ludzie mieli dość rządów rosyjskich, dość ucisku policyjnego i chcieli te rządy i ten ucisk zrzucić i gotowi byli iść za pierwszym rzuconym hasłem nieposłuszeństwa i protestu. Manifestacje miały miejsce po pierwsze dlatego, że naród ich chciał i przyłączał się do nich ochotnie. A po wtóre, że istniały siły, które hasło do tych manifestacji dawały i organizowały je.
Manifestacje – to nie były tylko pochody uliczne, do których wojsko rosyjskie strzelało. To była cala postawa społeczeństwa. To było powszechne

Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

noszenie żałoby. To było noszenie i wywieszanie odznak, haseł, napisów. To były zbiorowe modlitwy i śpiewy. To było tłumne gromadzenie się w kościołach nie tylko na zwykłe nabożeństwa, ale na zbiorowe wystąpienia, które miały charakter więcej polityczny, niż religijny i na wysłuchiwanie kazań, wygłaszanych przez niektórych księży, których ponosił temperament polityczny tak, że więcej mówili o krzywdach narodu niż o służbie Bogu.
Znamienny był religijny ton tych manifestacji. Rzucało się w oczy to, że naród katolicki manifestuje swą postawę. Manifestuje ją w śpiewach, w zbiorowych modłach i w gotowości do męczeńskiej śmierci (uwaga red.: Można tylko zapytać o celowość tej męczeńskiej śmierci w tamtej sytuacji geopolitycznej – co ta męczeńska smierć miała dla narodu pozyskać?). Manifestacje 1861-63 roku, a także i powstanie 1863-64 roku porównywane jest często do konfederacji barskiej z roku 1768 i następnych. I tu i tam, naród przejawiał swą gorącą żarliwość katolicką, a ujawniał ją nie tylko wystawianiem krzyża i sztandarów katolickich, modłami i gotowością na śmierć męczeńską, ale i rzeczami drobnymi, takimi jak demonstrowanie swej katolickości przez ostentacyjne noszenie krzyżyków, medalików i innych odznak (uwaga red.: Zadziwiające, że ilekroć narodem polskim wrogowie chcą manipulować, wywołują w połączeniu z tym, do czego dążą histerię na tle religijnym. Przykłady nawet z najnowszej i nie do końca przebrzmiałej historii czytelnik z łatwością odnajdzie sam. Nawet KOR w sytuacji wyższej konieczności „cudownie się nawrócił”, a naród wprowadzono w stan religijnego uniesienia. To religijne uniesienie ma swoją, bardzo określoną funkcję – wyłącza wszelki racjonalizm i czyni uczestników „misteriów” całkowicie odpornymi na głosy rosądku dochodzące spoza ich grona.). Tej nuty ani w wojnie 1831 roku, ani w wojnach napoleońskich, ani w powstaniu Kościuszki nie było. Manifestanci czasów Wielopolskiego i powstańcy powstania styczniowego nawiązując – mimo woli – do konfederacji barskiej, nawiązywali tym samym do walki z „potopem” szwedzkim i do innych przejawów patriotyzmu, połączonego z wiarą katolicką Polski przedrozbiorowej.
Być może, pokolenie 1861-64 było jakieś religijnie żarliwsze niż pokolenia 1831, 1812 i 1794 roku. Postawa tego pokolenia wyrażała się w samorzutnym, zbiorowym instynkcie (uwaga red.: Który narodowi korzyści nie przyniósł. Ale jego wrogom – olbrzymie.).

Kto manipulował Polakami – rola Żydów

Ale także i organizatorzy trzymający w ręku ukryte nici akcji manifestacyjnej i powstańczej, posługiwali się chętnie hasłami katolickimi i nadawali swoim poczynaniom cechę katolicką. Widocznie zorientowali się, że hasło katolickie jest hasłem skutecznym i że umiejętnie użyte pozwala im na porywanie tłumu za sobą. W niektórych manifestacjach katolickich, niektórych nabożeństwach i modlitwach ówczesnych wyczuwa się nutę nieszczerą. To nie tłum był nieszczery: tłum był żarliwie pobożny. Ale ci, co potrafili tłumem tym kierować i hasła mu narzucać, tylko posługiwali się sztandarem katolickim i słowem katolickim, ale sami wierzącymi i prawowiernymi katolikami nie byli. Przecież to byli – w przeważnej części
– węglarze, a więc ludzie nie wierzący i wrogowie Kościoła. To ich koledzy i przyjaciele przyjmowali temu 7 lat w Konstantynopolu religię mahometańską
– oczywiście w sposób tak samo nieszczery i udawany, jak spiskowcy w Warszawie, występujący jako katolicy.
(uwaga red.: Skojarzenie z Solidarnością i KOR narzuca się ponownie samo.) (…)

Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”
(…)
Godny uwagi jest fakt, że w manifestacjach warszawskich 1861-62 roku brali duży udział Żydzi.
„Wielu Żydów uczestniczyło w kościołach na odprawianych mszach zadusznych ze śpiewami i mowami patriotycznymi” (Hirszhorn). Żydzi niekiedy „pełnili obowiązki kwestarzy w kościołach, a mianowicie w kościele bernardynów podczas nabożeństwa Żydzi zebrali na powstanie kilka tysięcy złotych” (Hirszhorn). „W poniedziałek wielkanocny, na kazaniu (…) ks. Mikulskiego, w kościółku na Powązkach znalazło się mnóstwo lutrów i Żydów” (Przyborowski).
„Zagadkową rolę odegrał wówczas głośny rabin Beer Meisels. Przybył on do Warszawy z Krakowa. Nie brakło go w żadnej ważniejszej manifestacji. Nawet dla najmniej obznajmionego z historią ojczystą Polaka z wypadkami 1861-1862 roku nierozerwalnie związane jest nazwisko rzekomego gorącego polskiego patrioty, Meiselsa”. Cytowałem już wyżej informację Kukiela, że rabin Meisels został w końcu przez władze rosyjskie uwięziony i wydalony z kraju.
Udział Żydów w polskich – i często katolickich – manifestacjach świadczy, że co najmniej jakiś odłam społeczności żydowskiej w Królestwie opowiadał się po stronie akcji manifestacyjnej (uwaga red.: Ciekawych natury tego „opowiadania się po stronie” odsyłamy do tekstu Żydzi a Powstanie Styczniowe i jego planowo antypolski wymiar). Należy przypuszczać, że to nie pobożny tłum zapraszał Żydów do udziału w nabożeństwach i do zbierania na tych nabożeństwach składek, ale że robili to agitatorzy, starający się przekształcić te nabożeństwa w manifestacje polityczne i obecnością Żydów starali się okazać „pluralizm” i różnowyznaniowość tych demonstracji.

Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

Geneza branki

Wysoce znamienne jest ustosunkowanie się Wielopolskiego do tych wszystkich manifestacji i aktów protestu. Uważał on je – zupełnie słusznie
– nie tylko za przejaw uczuć i instynktu społeczeństwa, ale i za zorganizowaną robotę aparatu spiskowego. Postawił sobie za cel aparat ten zniszczyć. Wyobrażał sobie, że doprowadzi ten aparat – i całą, tworzoną przezeń warstwę społeczną – do wszczęcia powstania i tym sposobem do wydobycia się na wierzch – i pozwoli mu przez to na wyłapanie tego aparatu i tej warstwy i zniszczenia ich, bądź przez śmierć w potyczkach, lub w wyniku wyroków śmierci, bądź przez poumieszczanie w więzieniach lub na wygnaniu. Nie tyle myślał on o Polsce i polskim narodzie, co o zwycięstwie swoim i swojej warstwy społecznej i o usunięciu z życia kraju żywiołów – całego prądu społecznego – będących dla niego i dla górnej warstwy społecznej zagrożeniem, może w stylu „rzezi galicyjskiej” sprzed 17 lat. Okazał tymi swoimi dążeniami wiele cech swego światopoglądu i charakteru: swój wąski, stanowy pogląd na sprawy polskie, swą niezdolność do zrozumienia potrzeby załatwienia spraw narodowych metodą pojednawczą, swój strach i nienawiść i swą zimną bezwzględność i okrucieństwo (uwaga red.: Pozostaje jeszcze ustalić, co można było pojednawczo uzyskać od żywiołu, który pchany i prowokowany obcymi machinacjami wciąż się utwierdzał w parciu do konfrontacji – przy czym masowość „patriotycznych” demonstracji dawała mu poczuce siły, a perswazje – bądź rozjuszały, bądź przekonywały o własnej mocy i słabości przekonujących. Co ciekawe w latach 1980-1981 można było zaobserwować działanie bardzo zbliżonego mechanizmu. Ustępstwa władz były uznawane za objaw słabości – i zamiast uspakajać sytuację – pozwalały KORowi wmanipulowywać naiwnych członków Solidarności w kolejnąeskalację roszczeń. Ocena osoby Wielopolskiego wydaje się tu zbyt daleko posunięta i niesprawiedliwa. Czytelnikowi gorąco polecamy lekturę książki Ksawerego Pruszyńskiego „Margrabia Wielopolski”, by mógł wyrobić sobie opinię o osobie i polityce Wielopolskiego.).

„Wezbrał wrzód – mówił on do swoich przyjaciół z początkiem stycznia
– i trzeba go przeciąć, zgniotę powstanie w ciągu jednego tygodnia, a wtedy będę mógł rządzić” (Rewunienkow).
Za narzędzie do owego „przecięcia wrzodu” Wielopolski postanowił użyć zarządzony przez rząd rosyjski w dniu 6 października 1862 pobór rekruta. Pobór ten obejmował też i Królestwo Kongresowe.
Po wojnie krymskiej armia rosyjska została zmniejszona liczebnie. Z tego powodu car zarządził, że przez cztery lata nie będzie w państwie rosyjskim poboru do wojska. Pobór w Królestwie został postanowiony w roku 1862, a więc w 6 lat po wojnie krymskiej.
System wojskowy rosyjski był w owych czasach bardzo niesprawiedliwy dla tych, którzy byli do wojska powoływani. Służba wojskowa trwała 25 lat. (uwaga red.: Czytelnikowi przypominamy, że zarządzenie branki było skutkiem nie „patriotycznych” i „religijnych” manifestacji, tylko – nieukrywanego przez spiskowców przygotowywania powstania – głośną sprawą było np. udaremnienie zakupu broni przez władze francuskie.)
(…)

Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

„Posiadano informacje, że branka nastąpi 26 stycznia 1863. By ją uprzedzić, a zagrożonych w porę wyprowadzić z miasta, przewidywano termin wystąpienia na 22 stycznia. Przyszło zaskoczenie. Brankę w stolicy przeprowadzono w nocy z 14 na 15 stycznia, gdy dopiero część zagrożonej młodzieży wyszła do Puszczy Kampinoskiej i Lasów Serockich. (…) Dnia 16 stycznia Centralny Komitet (…) zarządził na dzień 22 stycznia rozpoczęcie powstania” (Kukiel).
Powstanie nie było przedsięwzięciem małej skali jak wyprawa Zaliwskiego, próby Szymona Konarskiego, czy nawet akcja 1846 i 1848 roku. Było to, zarówno w zamiarze organizatorów, jak w wykonaniu, wielkie powstanie. To znaczy prawdziwa wojna. Obok wojny 1831 roku druga wielka wojna Królestwa Kongresowego z Rosją.
Rozmiary, jakie ta wojna przybrała, spowodowane były nie tylko planami organizatorów – ostatecznie plany węglarzy emigracyjnych w wymienionych przed chwilą przedsięwzięciach, a zwłaszcza w roku 1846 nie były mniejsze – ale także i tym, że społeczeństwo od razu te plany poparło. Społeczeństwo to było psychicznie przygotowane do wielkiego wystąpienia przeciwko Rosji manifestacjami z lat 1861-1862. Pisałem przed laty, że manifestacje te były pożyteczne, bo wywierały nacisk na Rosję. Chcę ten pogląd teraz zmodyfikować. Manifestacje te szły za daleko. Były igraniem z ogniem. Wytworzyły one w narodzie polskim nastroje niebezpieczne, bo sprzyjające powstaniu. Spiskowcy, krajowi i emigracyjni, ponoszą winę nie tylko za wywołanie powstania, ale i za przygotowanie go przez wywołanie nastrojów niejako rewolucyjnych, owych upolitycznionych nabożeństw, modłów nie tyle pobożnych, co demonstracyjnych, żałoby, odznak i haseł, oraz pochodów ulicznych. Trudno tu wymierzyć, gdzie leży granica. Jakieś manifestacje były zapewne potrzebne. Ale granicę z pewnością przekroczono. Naród był tak wzburzony, że pragnął powstania. To znaczy pragnął wojny. A więc gdy hasło wojny zostało rzucone – za tym hasłem poszedł. Oczywiście, Wielopolski swoją branką dopomógł do rzucenia tego hasła. To znaczy do materiału palnego przyłożył zapałkę. Ale materiał palny przygotowali spiskowcy.

Sytuacja militarna

A tymczasem wojna była niemożliwa. Stosunek sił był taki, że wygrać tej wojny nie było można.
Naród polski zdobył się w tej wojnie na osiągnięcia imponujące. Trzeba przyznać, że bohaterstwo polskie, okazane w tej wojnie, było wspaniałe. Powtórzę tu to, co napisałem już z okazji wojny w roku 1831: że gdy jest wojna, to trzeba się bić. Musimy czcić bohaterstwo żołnierzy tej wojny tak samo, jak czcimy bohaterstwo żołnierzy 1831 roku. Ale politycznie, wojna ta była po prostu zbrodnią. Potępiamy tych, co tę wojnę wywołali. Bo nie wszczyna się wojny, nie mając warunków do jej rozegrania zwycięskiego.
W chwili wybuchu „jako uzbrojenie liczono ogółem kilkaset strzelb i trochę kos, na sztorc postawionych” (Kukiel). „Przeciw armii z górą stutysięcznej wystąpiło na początku 5-6 tysięcy walczących” (Kukiel). „W pierwszych tygodniach siły powstania narosły do jakichś 20.000, a z gromad powstały zorganizowane jednostki bojowe” (Kukiel). „Wysiłkiem organizacji podziemnej sam zabór rosyjski wyłania nowe, duże siły walczące, odradzające się ze strzępków dawnych oddziałów i nowo stworzone, dochodzące w maju do 35.000, a zasięg walki rozszerza się aż po dalekie rubieże dawnej Rzeczypospolitej, po Dniepr i Dźwinę” (Kukiel). Ale w sierpniu „generał-gubernator Berg wolał o nowe siły, choć na jakieś 30.000 powstańców, będących wtedy pod bronią, Rosja miała na obszarach, objętych powstaniem w kwietniu 275.000, w lipcu 340.000; oczywiście była to koncentracja w przewidywaniu wystąpienia trzech mocarstw z interwencją zbrojną” (Kukiel). Rosja liczyła się wtedy z możliwością, że Francja, Anglia, a może i Austria poprą powstanie – co było z jej strony obawą, a z polskiej strony złudzeniem całkowicie bezpodstawnym. Mocarstwa te wygłaszały trochę frazesów propolskich, ale czynnie Polakom pomagać zgoła nie miały zamiaru.

Rosyjski autor (Rewunienkow) twierdzi, że pod koniec 1863 roku było w okręgu warszawskim 170.000 rosyjskiego żołnierza, w wileńskim 145.000 i kijowskim 90.000, razem więc w tych trzech okręgach 405.000. W samym końcu roku było w Królestwie i na Litwie bez okręgu kijowskiego, 360.000 żołnierza, w tym 259 batalionów, 129 szwadronów, 226 sotni kozackich, 442 działa.
Trzeba tu dodać, że wojsko rosyjskie potężnie górowało nad powstańcami uzbrojeniem. To prawda, że w trakcie powstania, jego organizatorzy zdołali zakupić w Belgii, Anglii i Austrii i przemycić do Królestwa przez terytorium pruskie i austriackie wielką ilość dobrej, nowoczesnej broni. W późniejszej fazie powstania niektóre oddziały powstańcze były całkiem dobrze uzbrojone w broń palną ręczną. (Oczywiście, nie w artylerię.) Broń ta była lepsza od używanej przez wojsko rosyjskie, tak że niektóre oddziały rosyjskie zostały w końcu przezbrojone w broń, zdobytą na powstańcach. „Pod koniec powstania (…) wszystkie niemalże pułki kozackie uzbrojone były naszymi enfieldami lub sztucerami belgijskimi i wiedeńskimi” (Załuski).

Przywódcy Powstania Styczniowego

„Jak się to stało, że powstanie wybuchło nie kiedy indziej, tylko w styczniu 1863 roku? (…) Oczywiście, odpowiedź bezpośrednia (…) jest prosta: że wybuch był dziełem organizacji «czerwonych», że o wszczęciu powstania postanowił Centralny Komitet tej partii na posiedzeniu w dniu 16 stycznia 1863 roku, na którym obecni byli Stefan Bobrowski, Józef Jaworski, Jan Majowski, Karol Mikoszewski i Zygmunt Padlewski, że duszą tego Komitetu i istotnymi zwolennikami powstania byli Padlewski i Bobrowski, że na poprzednich posiedzeniach Komitetu zaznaczyła się opozycja przeciw projektowi powstania (…) oraz że datę rozpoczęcia powstania określiła wyznaczona przez Wielopolskiego branka. (…) Sprawcami wybuchu powstania byli Padlewski i Bobrowski”.*

Roman Dmowski powiedział, że powstanie 1863 roku narzuciły Polsce dzieci (uwaga red.: A kto narzucił Polsce powstanie w 1830 r? Ludzi młodych i niedoświadczonych, spragnionych chwały i „wielkich czynów” najłatwiej przerobić na nieświadome narzędzia.). W chwili zgonu Bobrowski miał lat 22, a Padlewski 28 lat. Ich wiek i gest powiększają tragiczny patos owych straszliwych dni” (Stomma). „Czy odpowiedzialni wówczas za sprawy wojny i wojska: szef sztabu Stefan Bobrowski, lat 22 – zawód student, Władysław Daniłowski, lat 22 – zawód student, Bronisław Marczewski, lat 21 – zawód inżynier kolejowy posiadali

_______________

* Cytata z innej mojej książki.

dostateczne ku temu kwalifikacje (…) kiedy z wojskiem nie mieli nic wspólnego, a o wojnie i jej formach chyba tylko słabe pojęcie” (Ciałowicz). Lekkomyślność dwóch istotnych sprawców wybuchu powstania podkreślona jest w szczególny sposób przez to, że wkrótce po tym wybuchu narazili się obaj lekkomyślnie na śmierć. Bobrowski wdał się w bezsensowny spór ze znanym awanturnikiem, wyjechał w Poznańskie i zginął w pojedynku, w marcu, w dwa miesiące po wybuchu.* Drugi sprawca powstania, Padlewski, wybrał się jako „wojewoda płocki” w maju 1863, w 4 miesiące po wybuchu powstania, na defiladę nowo utworzonego oddziału i jechał bryczką, mając pod siedzeniem mundur i szablę. Kozacy go zatrzymali. Chciał ich przekupić, dając im od razu 100 rubli. „Gdyby – zauważa Berg – dał rubla, może by Kozak zostawił go w spokoju, ale 100 rubli budzi jego zdumienie i oczywiście podejrzenie. Kontrola bryczki wszystko ujawnia” (Stomma). W parę dni później został rozstrzelany.
To tacy lekkomyślni i nieodpowiedzialni ludzie spowodowali powstanie i pierwotnie nim dowodzili. A jednak naród za nimi poszedł. Bo był przygotowany przez dwa lata agitacji, wrzenia rewolucyjnego i manifestacji do tego, by stanąć do walki za wszelką cenę i bez myśli o tym, co ta walka ma przynieść.
Bobrowski, jeszcze przed wybuchem powstania, powiedział: „Wywołując powstanie (…) spełniamy ten obowiązek w przeświadczeniu, iż dla stłumienia naszego ruchu Rosja nie tylko kraj zniszczy, ale nawet będzie zmuszona wylać rzekę krwi polskiej, ta zaś rzeka stanie się na długie lata przeszkodą do wszelkiego kompromisu z najeźdźcami naszego kraju” (Wrotnowski). Jasienica nie wierzy w prawdziwość tej relacji o Bobrowskim. Ale trzeba te wątpliwości Jasienicy odrzucić.
Stomma pisze w związku z tym: „Słowa Bobrowskiego streszczają (…) dobrze istotny sens programu czerwonych w krytycznych latach przed powstaniem (…). Ideą przewodnią czerwonych był bezwarunkowy nakaz walki z Moskalami. Działało jakieś przeświadczenie, może częściowo podświadome, że walka ta jest konieczna dla ocalenia narodu, rzekomo dla ocalenia duszy narodu.
Zresztą, iluż później sprawę tę tak właśnie naświetlało. Powstanie miało jakoby ocalić ducha narodu. Działał strach przed jakimś wewnętrznym załamaniem, przed wewnętrzną kapitulacją. (…) Pogląd taki na powstanie pokutuje do naszych dni. W tej linii rozumowania walka była potrzebna dla walki i koniec. (…) Dlaczego ten żywiołowy, jakiś mistyczny prąd do walki właśnie z Rosją? Dlaczego ocalenie duszy narodowej nie wymagało walki

_______________

* „Pojedynek był prawie samobójstwem, bo Bobrowski był krótkowidzem, bez żadnej wprawy w strzelaniu, natomiast przeciwnik jego był znakomitym strzelcem, otrzaskanym z pojedynkami. (…)Bobrowski własną indywidualną decyzją przedłużył powstanie. (A przedtem razem z Padlewskim spowodował jego wybuch. I przez dwa miesiące sprawował dowództwo powstania – przyp. J. G.) Sam jeden kładąc podpis i pieczęć Rządu Narodowego, stał się nową władzą (…), wziął ster w swoje ręce. I w tej sytuacji przyjmuje pojedynek z awanturnikiem, opojem. (…) Przecież nawet w ramach tych głupich kodeksów honorowych możliwe było odroczenie pojedynku do końca powstania” (Stomma).

przeciwko Prusom lub Austrii? (…) Dlaczego (…) za czystość duszy w (samym tylko) zaborze rosyjskim płacić trzeba było hekatombą krwi? Nie ma na to odpowiedzi racjonalnej” (Stomma).*
„Nowe powstanie rozpoczyna się faktycznie bez wodza, podobnie jak tamto listopadowe. (…) Powstanie zaczyna się też i bez planu, bo z pierwszej koncepcji Padlewskiego pozostaje tylko chaotyczne, powszechne uderzenie na załogi rosyjskie bez jakiejkolwiek myśli przewodniej i bez postawienia sobie pytania «co dalej?»” (Ciałowicz).
„Ze względu na brankę, jaka miała nastąpić 26 stycznia, załogi rosyjskie znajdowały się w 160 punktach kraju, po 200-300 żołnierzy”. Ponadto „w samej Warszawie było 22 tysiące, a większe centra stanowiły miasta: Modlin, Zamość, Dęblin, Płock, Kalisz, Radom, Lublin” (Ciałowicz). „Z przeszło 160 miejscowości, w których stały wojska rosyjskie, zaatakowano zaledwie 18, staczając 33 potyczki” (Kukiel).
„W sensie ściśle wojskowym powstanie było od pierwszego dnia kompletnym i oczywistym niepowodzeniem. Ani przez jedną chwilę nie miało ono charakteru regularnej wojny. Ani jedna z bitew powstańczych nie była czymś więcej niż drugorzędną potyczką i ani jedna nie przyniosła choćby lokalnego i chwilowego zwycięstwa. Jedyna próba zdobycia nieco większego miasta – Płocka – zakończyła się niepowodzeniem. Wedle planów tych, co powstanie wywołali (…) powstanie miało się stać od samego początku wojną regularną. A tymczasem było ono od pierwszego do ostatniego dnia «wojną mniejszych i większych samodzielnych oddziałów, czyli partii – tą wyklinaną (…) partyzantką»”. (Kukiel)*
Józef Piłsudski w swych pismach o roku 1863 uznał noc 22 stycznia za „przegraną taktyczną, ale zarazem duże zwycięstwo strategiczne powstania” (cytuję za Kukielem), a to dlatego, że po wybuchu powstania „Rosjanie musieli zarządzić koncentrację swych wojsk w najważniejszych ośrodkach administracyjnych i węzłach komunikacyjnych – ogółem ponad 40 miejscowości, co siłą rzeczy oddawało w ręce powstania duże obszary, mnóstwo wsi i miasteczek” (Kukiel).

_______________

* Jest uderzające, że podobne słowa, wprawdzie nie o „rzece”, ale o „potokach” krwi przyczyniły się także i do wybuchu powstania warszawskiego 1944 roku. Matłachowski, który uważa, że generał Leopold Okulicki był rzeczywistym sprawcą decyzji o wszczęciu powstania warszawskiego, podaje, wedle relacji płk. dypl. Pluta-Czachowskiego, że Okulicki oświadczył: „W Teheranie (…) alianci zachodni zdradzili Polskę. Przywódcy Zachodu okazali się małodusznymi. Musimy zdobyć się na wielki zbrojny czyn. Podejmiemy w sercu Polski walkę z taką mocą, by wstrząsnęła opinią świata. Krew będzie się lała potokami, a mury będą się walić w gruzy. I taka walka sprawi, że opinia świata wymusi na rządach przekreślenie decyzji teherańskiej, a Rzeczpospolita ocaleje.”
Jest to oczywiście pogląd naiwny. Ani potoki, ani rzeka krwi polskiej nie mogły mieć wpływu na decyzje państw zachodnich. Matłachowski przytacza także słowa Ciechanowskiego: „W Poczynaniach krajowych dowódców było dużo mistycyzmu, romantyczności i pozy, ale nie było kalkulacji”.
* Cytata z innej mojej pracy.
(…)

Car ogłasza amnestię – 12.IV.1863

Najwybitniejszą zmianą w polityce powstańczej było przyłączenie się „białych”, to znaczy obozu masońskiego, do powstania. Powstanie było dziełem „czerwonych”, to znaczy węglarzy. „Biali” byli mu początkowo przeciwni, ale potem nagle zmienili stanowisko i przyłączyli się – dnia 12 kwietnia 1863 – do powstania, co bardzo wzmocniło powstanie, powiększając je o liczne siły społeczne.
„Kanclerz rosyjski (Gorczakow) uprzedził krok trzech mocarstw (spodziewane opowiedzenie się z poparciem dla powstania – przyp. J. G.) przez ogłoszenie 12 kwietnia (1863) amnestii i uroczyste potwierdzenie manifestem carskim praw nadanych Królestwu” (Kukiel). Mocarstwa zachodnie przez swą interwencję „zrobiwszy akurat dosyć, by rozgniewać tych, którzy mieli władzę, nie zrobiły zgoła dosyć, by przynieść pożytek ofiarom” (Pierre de la Gorce). „Ukazał się dodatek nadzwyczajny (krakowskiego) «Czasu», potem – już w poniedziałek wieczorem -zasadniczy artykuł. (…) «Czas» amnestii nie przyjmował. (…) Car pozostawiał cztery tygodnie do namysłu, co samo przez się dowodzi, że nie spodziewał się błyskawicznej decyzji, skutku z dnia na dzień.

Tymczasem krakowscy działacze z obozu Białych odrzucili jego ofertę nie poczekawszy nawet na wyjaśnienie, co mianowicie zawierają noty mocarstw (Jasienica). „Nominację Murawiewa na wileńskiego generała-gubernatora podpisał (car) Aleksander w dniu wygaśnięcia amnestii – 13 maja” (Jasienica), czyli w miesiąc po oświadczeniu zarówno „białych”, jak znajdującego się w ręku „czerwonych” Rządu powstańczego, że amnestię odrzucają.

Bez tej interwencji (mocarstw) powstanie byłoby wygasło bez większej szkody dla (…narodu polskiego); amnestia rosyjska i manifest cesarski dawały dogodną podstawę do likwidacji niefortunnego przedsięwzięcia i do powrotu do sytuacji, stworzonej przez reformy Wielopolskiego. Ale właśnie w pięć dni po manifeście i amnestii miała miejsce pierwsza interwencja mocarstw. Interwencja ta sprawiła, że powstanie nie tylko nie wygasło, ale uległo znacznemu rozszerzeniu. Mianowicie, stronnictwo «białych», dotychczas powstaniu przeciwne, a od stronnictwa «czerwonych» o wiele silniejsze i bardziej wpływowe, postanowiło się do powstania przyłączyć i całość swoich sił na szalę walki zbrojnej rzucić”.*
„Pierwszy etap to była samowolna awantura grupy niedowarzonych młodzieńców. Drugi – to był akces do akcji tych młodzieńców ze strony czynników, które uchodziły za czołowy ośrodek polityczny w narodzie i reprezentowały rzekomy autorytet, doświadczenie i wytrawność. W momencie, gdy powstanie «czerwonych» się właściwie załamało, «biali» wszczęli jakby całkiem nowe powstanie, zaczynając akcję w pewnym stopniu od początku. A jednak nie narzucili powstaniu swojej władzy. Po prostu: oddali się w praktyce pod komendę «czerwonych». Tylko stopniowo, drogą

_______________

* Cytata z innej mojej książki.

wewnętrznej ewolucji aparatu rządowego powstańczego władza nad powstaniem przeszła później w ręce żywiołów bardziej konserwatywnych, które wyrosły w akcji «białych», choć do nich właściwie nie należały, a przede wszystkim w ręce Traugutta”.*
Zmiany i rywalizacje w rządzie powstańczym były odtąd przede wszystkim wyrażeniem różnic i dążeń między „czerwonymi” i „białymi”.
„Biali” w swej decyzji o przystąpieniu do powstania powodowali się nadzieją, że Francja i Anglia (może i Austria) wystąpią zbrojnie dla poparcia powstania. Byli w nadziejach podtrzymywani nieroztropnymi i nieszczerymi obietnicami i namowami mocarstw zachodnich, np. słynnym słowem „durez” (trwajcie) Napoleona III. Oczywiście, były to złudzenia.
„Jeszcze w czerwcu 1863 roku, a więc po znacznym zaostrzeniu się sytuacji i wzmożeniu powstania, (kanclerz) Gorczakow pisał do hrabiego Berga, od 29 marca naczelnego wodza wojsk rosyjskich w Królestwie, że cesarz nie chce skasować autonomii Królestwa, ale «skłonny jest jeszcze ją rozwinąć, gdy w kraju zostanie przywrócony porządek».” (Rewunienkow)*
Ostatnim szefem Rządu powstańczego był Romuald Traugutt. Sprawował on ten urząd – z wielką umiejętnością i poświęceniem – przez pół roku (17 październik 1863 – 11 kwiecień 1864). Był to były pułkownik rosyjski, uczestnik kampanii węgierskiej i krymskiej, już nie czynny. Zorganizował on w kwietniu 1863 w powiecie kobryńskim na Polesiu „partię”, z którą stoczył – na ogół pomyślnie – szereg potyczek. Odznaczał się on wybitną postawą katolicką, niemal bliską świętości. Z inicjatywy „białych” został ściągnięty do Warszawy do roli naczelnej.

„Traugutt objął władzę 17 października. Rządu nowego nie powołał. Zbiorową władzę zastąpił swoją, osobistą, bezimienną; na zewnątrz używał nazwy i pieczątki «Rząd Narodowy». Od października do kwietnia rządził ze swojego konspiracyjnego mieszkania na Smolnej przez sekretarza stanu i naczelników wydziałów. Wnosi planowość, zmysł organizacyjny, porządek hierarchiczny i karność. Pospolite ruszenie, w zimie nierealne, odsunął do wiosny. (…). Z Paryża przywiózł (…) zapewnienie pomocy zbrojnej na wiosnę. Szło więc mu o to, by do tej chwili nie tylko wytrwać pod bronią, ale stworzyć silne kadry do szybkiego rozwinięcia w armię. Siłom powstańczym nadawał regularną organizację wojskową: pięć korpusów, ich dowódcom podlega bezwzględnie wszystko na ich terenie, «partie» tracą samodzielność, stają się częściami składowymi pułków czy dywizji” (Kukiel).
Traugutt został aresztowany razem ze swoimi pomocnikami i uznany przez władze rosyjskie razem z nimi za Rząd Narodowy. W dniu 5 sierpnia 1864, wraz z uznanymi za Rząd pomocnikami (Rafałem Krajewskim, Józefem Toczyskim, Romanem Żulińskim, Janem Jeziorańskim) został wyrokiem rosyjskiego sądu wojskowego skazany na śmierć i powieszony na stokach warszawskiej cytadeli, na oczach śmiertelnie przygnębionego, warszawskiego tłumu.

_______________

* Cytata z innej mojej książki.

  1. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”
Skutki Powstania Styczniowego – represje

(…)„Z jaką beztroską i swobodą to jest powiedziane: car zdecydował się zrusyfikować kraj. I traktował to widać jako godziwe i rozumne zadanie, skoro powierzył je czcigodnemu reformatorowi. W oczach Francuza (Olliviera) sprawa nasza przestała być sprawą godną poparcia. Nic z nami nie można zrobić; a więc nie ma rady, trzeba nam narzucić rozwiązanie nieprzyjemne dla nas, ale wobec naszego nierozsądku (rzekomo) nieuniknione”.*
Epoka Wielopolskiego się skończyła. Nie tylko rząd rosyjski, ale i naród rosyjski gwałtownym przewrotem uczuć i dążeń przerzucił się ku postawie zaciekle antypolskiej. Na okres lat z górą pięćdziesięciu (1863-1914, może z pewnym złagodzeniem po 1905, a więc lat 42) zapanował w Królestwie -a tym bardziej na kresach – system rusyfikatorski o wiele bezwzględniejszy niż w latach 1831-1860.
Wielopolski wyjechał najpierw do Berlina, a potem do Drezna, a więc do Niemiec. W Królestwie „urząd namiestnika utrzymano do zgonu Berga w r. 1874. Po nim byli już tylko generał-gubernatorowie, na zasadzie stanu wojennego rządzący odtąd krajem bez przerwy lat czterdzieści” (Kukiel). Królestwo stało się zwykłą prowincją rosyjską. W roku 1865 język rosyjski stał się w Królestwie językiem urzędowym (którym w latach 1831-1860 nie był). W szkołach, poczynając od roku 1864, a w sposób ostateczny od roku 1869, wprowadzono wyłącznie (poza religią) język rosyjski. Zakazano zakładania także i prywatnych szkół polskich, oraz prywatnego nauczania po polsku, które stało się czynem karalnym. (Mimo to, jak ziemie polskie zaboru rosyjskiego długie i szerokie, rozwinęło się potajemne polskie nauczanie, prowadzone głównie przez kobiety, żony i córki ziemian i inteligencji.) W tymże 1869 r. zamknięta została Szkoła Główna, a miejsce jej zajął uniwersytet rosyjski.
Powstanie zostało stłumione w sposób okrutny, środkami krwawych represji. A zarazem przyniosło jako skutek odebranie Królestwu wszelkich cech politycznej i narodowej odrębności; zrobiono z niego prowincję, poddaną – z dziwną skłonnością do rosyjskich, optymistycznych złudzeń -rusyfikacji. Jeden z rosyjskich dygnitarzy wyraził u początku tego okresu przeświadczenie, że przyjdzie taki czas, gdy matki w Królestwie śpiewać będą swoim dzieciom kołysanki w języku rosyjskim.
Rząd rosyjski nie przyznawał powstańcom praw kombatanckich, to znaczy biorąc ich do niewoli, nie uważał ich za jeńców wojennych. Uznawał ich za buntowników, sądził ich w trybie doraźnym przed sądami polowymi i skazywał na śmierć, zwykle przez powieszenie. Powstańcy – lub ludzie, sprzyjający powstaniu – byli zresztą często wieszani także i bez sądu.
„Liczono czterystu straconych z wyroków sądowych – ale musiały być setki rozstrzelanych czy powieszonych na prosty rozkaz wojskowych dowódców, nie mówiąc już o paru dziesiątkach tysięcy poległych czy pomordowanych. Na katorgę skazano 4 600, a 700 do rot aresztanckich, wiele tysięcy na

_______________

* Cytata z innej mojej książki. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

zesłanie. Wysiedlono znowu dziesiątki tysięcy drobnej szlachty i chłopów z Litwy, całymi wsiami. Skonfiskowano 1660 majątków (ziemskich) w Królestwie, 1800 na ziemiach zabranych. Dobra narodowe i poduchowne oraz skonfiskowane prywatne idą znów na donacje i majoraty dla «usmiritieli miatieża» (poskromicieli buntu). Miejsca usuwanych stopniowo urzędników, sędziów, nauczycieli Polaków zajmują napływający Rosjanie” (Kukiel) „Według obliczeń członka rządu powstańczego, Agatona Gillera, poległo w powstaniu 30 tysięcy powstańców, 1500 rozstrzelano lub powieszono, około 150 000 Polaków i Polek poszło do więzień lub na wygnanie; gotówką pochłonęło powstanie około 500 milionów złotych, a w konfiskatach majątków, zniszczonych budynkach itp. – przeszło półtora miliarda.”*

Arcybiskup warszawski, Szczęsny Feliński i dwóch biskupów, Popiel i Łubieński, zostało skazanych na wygnanie i niektóre diecezje (łacińskie) pozostały potem przez długie dziesięciolecia bez pasterzy. Cerkiew unicka, która po kasacie 1839 roku na ziemiach wschodnich utrzymała się jeszcze w Królestwie, mianowicie na Chełmszczyźnie i Podlasiu (diecezja chełmska), uległa kasacie całkowitej, setki tysięcy jej wyznawców zostały przymusowo wcielone do cerkwi prawosławnej i były potem przez 40 lat potajemnie wierne Kościołowi katolickiemu i w roku 1905 w liczbie 200 czy też 300 tysięcy wróciły do Kościoła katolickiego w obrządku łacińskim. Przy przejmowaniu cerkwi unickich (katolickich obrządku greckiego) dla cerkwi prawosławnej władze rosyjskie zastosowały siłę do pokonania oporu broniących swoich świątyń chłopów, np. we wsi Pratulin wojsko rosyjskie zabiło na miejscu 9 chłopów-unitów, a 180 ciężko poraniło.

Represje były szczególnie bezwzględne na Litwie, gdzie władzę sprawował generał-gubernator Murawiew, ogólnie przez Polaków nazywany „Wieszatielem”.
Jak okrutne były rosyjskie metody tłumienia w latach 1863-1864 polskiego powstania, świadczy relacja człowieka na pewno nie sprzyjającego Polsce i Polakom, mianowicie kanclerza (premiera) niemieckiego w latach 1900-1909, księcia Bernarda Bülowa w jego pamiętnikach, zaczerpnięta z opowieści, uczynionej Bülowowi bezpośrednio przez rosyjskiego dygnitarza. Naczelnik policji wileńskiej doręczył Murawiewowi przy kolacji w Wilnie listę około 100 osób, podejrzewanych o sprzyjanie powstaniu.

Murawiew na chybił trafił oznaczył krzyżykiem 20 nazwisk z tej listy i kazał ich powiesić. Naczelnik policji zauważył, że właśnie ci ludzie są najmniej winni. Murawiew odpowiedział: „Właśnie o to chodzi. Jeśli kara spada jak błyskawica z niebios, tak, że nie wie się ani skąd ona przyszła, ani dlaczego uderza, wywołuje ona największe przerażenie”. Ludzi tych powieszono. Polki ozdobiły ich groby kwiatami. Gdy się Murawiew o tym dowiedział, kazał ich zwłoki wykopać, położyć na placu ćwiczeń i przysypać tylko cienką warstewką ziemi, a następnie kazał dwum pułkom kozaków ćwiczyć się konno na tym placu, aż się wszystkie zwłoki zamienią w pogruchotaną miazgę. „Odpowiedzią na takie okropności była w pół wieku później rewolucja i bolszewizm”, pisze pruski i niemiecki, wrogi Polsce mąż stanu (Bülow).

_______________

* Cytata z innej mojej książki.

  1. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

„Tragiczny był (…) los miasteczek, gdzie toczyły się walki – jak Węgrów, Siemiatycze, Miechów i inne. Wszędzie mścili się Rosjanie mordowaniem mieszkańców” (Kukiel).
Także i w zaborach austriackim i pruskim spadały dotkliwe kary na tych, którzy wzięli udział w powstaniu, lub z nim współdziałali. Cementowała się nadwerężona solidarność państw rozbiorczych. „W Galicji stan oblężenia zlikwidował organizację i oddziały powstańcze; wytoczono dochodzenia przeciw 8600 osobom, aresztowano ponad 3200” (Kukiel) „W zaborze pruskim represje za udział w powstaniu były bardzo poważne – 11 wyroków śmierci (co prawda zaocznych), 27 kar więzienia. Położyła temu kres amnestia po zwycięskiej wojnie z Austrią 1866” (Kukiel).

Pisałem pół wieku temu: Doraźnym jego (powstania styczniowego) wynikiem było zniweczenie porozumienia rosyjsko-francuskiego (…), a więc i zniszczenie nadziei na rychłe odbudowanie Polski; było zniszczenie reform Wielopolskiego, które dały Królestwu znowu pewien zakres samodzielności i swobody; było zniweczenie i tych pierwiastków odrębności, jakie istniały w Królestwie i przed epoką Wielopolskiego, oraz wydanie Królestwa – po raz pierwszy, gdyż po roku 1831 o rusyfikowaniu Królestwa nie myślano -na łup kilkadziesiąt lat mającej trwać polityki rusyfikacyjnej; było bezprzykładne cofnięcie zaboru rosyjskiego pod względem kulturalnym i społecznym, dzięki czemu dzielnica ta, która przed rokiem 1830 była jednym z najbardziej kwitnących krajów w Europie, w końcu wieku XIX stała się w niej jednym z krajów najbardziej zacofanych.*

Warto dodać, że „w r. 1905 było w Kongresówce szkół mniej niż w r. 1832, a dwie trzecie ludności nie umiało czytać i pisać” (Koneczny). „W roku 1814 posiadała Kongresówka szkół średnich 48, w roku 1838 tylko 33, a w roku 1889 nawet tylko 31” (Wakar), „chociaż i ludność wzrastała ciągle i to znacznie, i dobrobyt powiększał się bądź co bądź, a poczucie potrzeby wyższego wykształcenia szerzyło się bardzo. (…) Rząd osiągnął swój cel: spustoszenie intelektualne wśród ludu rosło z roku na rok. Dogłupił rząd wreszcie Polskę do poziomu rosyjskiego. (…) Państwo karało surowo grzywną do 300 rubli i 3 miesięcy więzienia za bezpłatne nauczanie biednych dzieci w języku polskim. Z ochron warszawskich wyrzucono kilka tysięcy dzieci dlatego, że je tam uczono czytać po polsku; wyrzucono je na bruk ulicy, na głód i poniewierkę wielkomiejskiej ulicy (Koneczny). W roku 1908 (przypadała) jedna szkoła (w Królestwie) na 2552 mieszkańców, gdy tymczasem przeciętna tycząca się całego państwa rosyjskiego wynosiła 1967. Wydatki skarbu publicznego wynosiły w r. 1906 na jedno dziecko w wieku szkolnym (8-11 lat) na głowę 1 rubla 70 kopiejek przeciętnie w całym państwie rosyjskim, ale w Kongresówce (…) zaledwie 69 kopiejek (Koneczny).
Pisałem 20 lat temu: „Powstanie było przedsięwzięciem niepotrzebnym i szkodliwym i (…) ci, co je wywołali, zasługują z tego powodu, jako winowajcy ściągnięcia na kraj wielkiej klęski, na potępienie.

_______________

* Cytata z innej mojej książki.

  1. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

Istotą niepowodzenia powstania było zapomnienie przez jego sprawców, że Polska ma nie jednego wroga, ale dwóch: Rosję i naród niemiecki. Zachowali się oni tak, jakby Królestwo Kongresowe było od zachodu otoczone morzem, albo graniczyło z państwami przyjaznymi, a więc jakby operacja wypowiedzenia wojny – regularnej czy partyzanckiej – cesarstwu rosyjskiemu była operacją politycznie zupełnie prostą, podczas gdy w istocie położenie Polski, sprawy polskiej i powstania było politycznie niezmiernie i tragicznie skomplikowane. Nawet sytuacja strategiczna Królestwa była rozpaczliwa: nie mając własnego przemysłu zbrojeniowego było ono skazane na dostawy broni z zagranicy, a było odcięte od morza i nie graniczyło z żadnym państwem życzliwym. W istniejących warunkach powstanie udać się nie mogło, a więc wywołanie go było aktem zbrodniczej lekkomyślności.
Konsekwencją powstania były ogromne straty w krwi, mieniu i dorobku kulturalnym, oraz była klęska polityczna w postaci ostatecznej inkorporacji Królestwa Kongresowego, dotąd zachowującego duży zakres odrębności, do Rosji. Było także ogromne podcięcie polskości na Ziemiach Wschodnich”.*

Skutki Powstania Styczniowego – depolonizacja

„Największą klęską, jaką powstanie na nas ściągnęło, było osłabienie polskości na Ziemiach Wschodnich. Jeżeli w Królestwie polityka rusyfikacyjna, mimo całej bezwzględności i iście moskiewskiej brutalności, z jaką została wprowadzona, namacalnych wyników nie przyniosła i wobec jednolicie polskiego oblicza kraju oraz jego wyższej niż rosyjska kultury przynieść nie mogła – o tyle na Kresach Wschodnich przyniosła nam ona szkody niepowetowane.
Na ziemiach południowo-wschodnich polskość została podcięta już przez powstanie listopadowe. Ale na obszarze byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego panowała ona wszechwładnie aż do powstania styczniowego. (…), Na Litwie, Białorusi, Polesiu i Inflantach aż do roku 1864 żadnego innego czynnika prócz polskości (no i oczywiście prócz Żydów), który by w życiu miejscowym w jakiejkolwiek dziedzinie coś znaczył, po prostu nie było. Dc powstania styczniowego szli ochotnie chłopi żmudzcy, mówiący po litewsku Duchowieństwo prawosławne mówiło w domu po polsku i niczym nie było związane z rosyjskością. Język polski miał w cerkwi mocne stanowisko. Szczupły samorząd miejscowy, a nawet niektóre gałęzie administracji, były w ręku polskim.
Po powstaniu styczniowym wszystko to znikło. Mimo wszystko, ziemie zabrane były krajem, w którym tylko górna warstwa była wyraźnie polska; doły społeczne były pod wybitnym polskim wpływem, ale z pochodzenia i języka w przeważającej części polskie nie były. Kilkadziesiąt lat skrępowania polskości, wprowadzonego przez system Murawiewa, kilkadziesiąt lat ucisku, wyrażającego się nawet w tak bezprzykładnych, a zarazem po prostu groteskowych zarządzeniach, jak zakaz rozmawiania po polsku w miejscach publicznych, sprawiły, że doły społeczne w ziemiach zabranych zostały od polskiego wpływu odcięte. (…) Część z nich, w okolicach o ludności prawosławnej – zasymilowała się, przynajmniej powierzchownie, z Rosją,

_______________

* Cytata z innej mojej książki. 23 -Hist. Nar. Pol., t. II

  1. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

część wytworzyła nowe narodowości: litewską, latgalską (katolicko-łotewską) i po części białoruską – i tylko część, głównie w okolicach Wilna, Grodna, Białegostoku, Kowna, Dyneburga i Słucka przylgnęła ostatecznie do polskości. Gdyby nie powstanie styczniowe, chłop litewski pod Szawlami i Poniewieżem, chłop latgalski pod Rzeżycą, chłop białoruski pod Połockiem, Mińskiem, Leplem, Witebskiem i Mohylewem, chłop poleski pod Pińskiem i Mozyrzem, byłby takim samym polskim chłopem, jak mówiący wszak też odrębną, własną gwarą Kaszub, Kurp albo góral, a pop prawosławny na Białorusi czy Polesiu byłby takim samym Polakiem, jak pastor ewangielicki na Cieszyńskim Śląsku. (…).
Istnieje jeszcze jeden czynnik (…), który na powstaniu styczniowym wiele zyskał. Są nim Żydzi. (…) Jeżeli np. w Pińszczyźnie są oni prócz garstki zadłużonego u nich ziemiaństwa, prócz biurokracji i prócz ciemnej, tkwiącej w analfabetyzmie i skrajnej nędzy masy chłopskiej, jedynym żywiołem, który w życiu kraju coś znaczy i który całemu temu krajowi, a nie tylko jego miastom (Pińsk ma 75 procent Żydów) nadaje piętno żydowskie, to jest to wynikiem powstania styczniowego. Dawniej czołowym żywiołem w tym kraju byli Polacy. Ale powstanie styczniowe stanowisko ich podcięło; na ich miejsce powstała próżnia. Ponieważ życie próżni nie znosi i ponieważ Rosja, zupełnie temu krajowi obca, wypełnić tej próżni nie mogła, więc wypełnił ją jedyny, posiadający ku temu zdolności żywioł miejscowy: Żydzi. Z kraju o obliczu przeważnie polskim Pińszczyzna zamieniła się w kraj o obliczu przeważnie żydowskim.”*

Konwencja Alvenslebena i jej skutki*

Powstanie styczniowe spowodowało stanowcze i gwałtowne odwrócenie się Rosji nie tylko od Polaków, ale i od Francji. Konsekwencją tego stało się zbliżenie Rosji z Prusami.
Prusy naraz znalazły się w położeniu, gdy mając za sobą zaplecze rosyjskie mogły sobie pozwolić na przeprowadzenie – rękoma sternika swojej polityki, kanclerza (premiera) Bismarcka – wielkiej akcji imperialistycznej, która przekształciła je z państwa średniej skali w wielkie, panujące w Europie mocarstwo, mianowicie w rządzone przez Prusy cesarstwo niemieckie. W ciągu siedmiu lat od powstania styczniowego (1864-1871) Prusy pod wodzą Bismarcka przeprowadziły trzy duże wojny zaczepne i rozległą akcję dyplomatyczną i odniosły pełny sukces, stając się tym, czym w erze kongresu wiedeńskiego, mimo poparcia angielskiego, stać się jeszcze nie mogły. Mogły to teraz zrobić, bo Rosja była im życzliwa. A gdyby była wciąż w systemie polityki profrancuskiej, byłaby im w tym z pewnością przeszkodziła.

_______________

* uwaga red.: śródtytuł oryginalny
* Cytata z innej mojej książki.

  1. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

Gdy wybuchło w zaborze rosyjskim powstanie styczniowe, Bismarck natychmiast wysłał z Berlina do Petersburga w roli przedstawiciela króla pruskiego, generała Gustawa von Alvensleben, celem oświadczenia carowi rosyjskiemu, że Prusy stoją całkowicie po stronie Rosji w sporze między państwem rosyjskim a powstańcami polskimi. Wynikiem tej wizyty pruskiego przedstawiciela było, że zawarta została w dniu 8 lutego 1863 roku – a więc dokładnie w dwa tygodnie po wybuchu – 22 stycznia – powstania styczniowego – prusko-rosyjska tak zwana Konwencja Alvenslebena, której mocą Prusy zobowiązały się do przychodzenia z pomocą wojskom i innym władzom rosyjskim w tłumieniu powstania.

Rzeczywista pomoc pruska, zadeklarowana w tej konwencji, była błaha: sprowadzała się do takich spraw, jak udzielenie opieki rosyjskim komorom celnym w miejscowościach, odciętych przez powstanie od rosyjskiego zaplecza. Po prostu: Rosja żadnej większej pomocy nie potrzebowała. Konwencja pociągnęła za sobą pewne drobnej natury niedogodności dyplomatyczne i inne dla Rosji.* Ale istotą historyczną tej konwencji było to, że Prusy deklarowały się jako przyjaciel Rosji i wróg Polaków i że gotowe były Rosji w czym się da przeciw powstaniu pomóc. W czasie, gdy Francja i Anglia oświadczały się- zresztą tylko słowami, nie czynem -jako życzliwe powstaniu, gdy nawet Austria zdawała się w pewnym stopniu powstaniu sprzyjać – znalazło się państwo, mianowicie Prusy, które demonstracyjnie oświadczało się po stronie Rosji, a przeciw powstaniu. Rosja była za to wdzięczna. I od tej chwili, przez całe lata, odnosiła się do Prus z żarliwą życzliwością.

Bismarck umieścił w swoich pamiętnikach osobny rozdział pt. „Konwencja Alvenslebena” (Die Alvenslebensche Convention). W rozdziale tym napisał: „Konwencja ta była udanym posunięciem na szachownicy, które rozstrzygnęło partię, toczącą się wewnątrz rosyjskiego gabinetu między wpływem kierunku antypolskiego, monarchicznego i polonizującego, panslawistycznego”.
A więc, wedle Bismarcka, konwencja Alvenslebena była „udanym posunięciem na szachownicy” („war ein gelungener Schachzug”), która rozstrzygnęła partię wewnątrz rosyjskiego rządu. Czyli, że w Rosji istniało wewnętrzne zmaganie: kierunek profrancuski (a zarazem propolski) zmagał się z propruskim. Zwycięstwo kierunku propruskiego było wynikiem konwencji Alvenslebena. Ale przecież ta konwencja nie zrodziła się z niczego: była wynikiem powstania. Gdyby nie było powstania, nie byłoby konwencji. Bismarck w istocie powiada między wierszami, że to powstanie styczniowe było rozstrzygającym posunięciem szachowym, które dało w rządzie rosyjskim zwycięstwo kierunkowi propruskiemu nad kierunkiem profrancuskim i prapolskim i zapewniło neutralność rosyjską wobec późniejszej siedmioletniej polityki zaborczej pruskiej, poprowadzonej przez Bismarcka przeciw Danii, Austrii i Francji. Pruskie zwycięstwo nad Danią, Austrią, Hanowerem i Francją było owocem powstania styczniowego.

_______________

* W mej książce „Kulisy powstania styczniowego” zanalizowałem skutki tej konwencji oraz jej ocenę przez światową naukę historyczną.

Powstanie Styczniowe pruską intrygą?

Czy Bismarck tylko skorzystał ze szczęśliwej okazji, jaką było dla niego niefortunne i bezmyślne polskie powstanie, które Polsce i Polakom nic nie dało – a raczej dało, ale tylko klęski i nieszczęścia – a poróżniło Rosję z Francją? Jego wyrażenie o udanym posunięciu na szachownicy rodzi podejrzenie o wiele straszliwsze: że Bismarck nie tylko skorzystał ze szczęśliwej okazji, ale postarał się o to, by tę okazję spowodować.
Czy jest możliwe, by to Bismarck spowodował wybuch powstania styczniowego?
Napisałem – 15 lat temu – w jednej z moich prac: „Co do dowodów na kontakty organizatorów powstania z Bismarckiem – domaganie się jest zaiste dziwne. Czyżby (…ktoś) chciał, bym mu przedłożył protokół rozmowy Bismarcka z organizatorami powstania, w której Bismarck powiedziałby: «żądam od was, byście zrobili powstanie», a Polacy odpowiedzieli «rozkaz, panie kanclerzu, zrobimy co pan każe»? Oczywiście takiego dowodu przedstawić nie mogę, bo ani się nie przechowuje w archiwum protokołów takich rozmów, ani przebieg takich rozmów tak nie wygląda. Wpływy tego typu dokonują się drogami o wiele bardziej subtelnymi i nieuchwytnymi i najczęściej nie są bezpośrednie. Mówić o takich wpływach i oddziaływaniach można tylko w formie hipotez i zbierania poszlak. Ale to nie znaczy, by takie wpływy nie istniały i by nie należało w badaniach historycznych starać się je wykryć.”*

Ogłosiłem – w roku 1936 i 1965 – dwie duże książki, w których zgromadziłem liczne poszlaki, wskazujące na kontakty władz pruskich z polskimi organizacjami podziemnymi, a także z ruchem podziemnym włoskim, który miał przecież związek z polskim obozem powstańczym, choćby przez szkołę oficerską w Cuneo, czy wyprawę pułkownika Francesco Nullo.

Sprawcy wybuchu powstania, zwłaszcza tacy jak Padlewski czy Bobrowski, z pewnością agentami pruskimi nie byli. Ale byli to ludzie niedojrzali i niedoświadczeni, nie mający najmniejszego pojęcia o sprawach polityki zagranicznej. Wywołując powstanie, nie wiedzieli, co robią. Nie wiedzieli, komu przynoszą pożytek, a komu szkodę. To oni powzięli decyzję o powstaniu. Ale co ich do tej decyzji skłoniło, czyje rady, czyje argumenty? Tego nie wiemy. Poszlak jednak, wskazujących na to, że istniały bezpośrednie lub pośrednie tajne kontakty wrogów Polski – a przede wszystkim Prus -z polskim ruchem powstańczym jest wiele.
Nie będę tu powtarzać tego, co w owych dwóch książkach ogłosiłem. Ale podam dwie informacje, świadczące o tym, kto to był Bismarck i jakie były jego metody działania.
Dzięki pamiętnikom niemieckiego kanclerza z lat 1900-1909, księcia von Bülow, wiemy, że gdy wybuchła w roku 1870 wojna francusko-pruska, Bismarck uznał za stosowne porozumieć się potajemnie z rewolucyjnym organizacjami włoskimi po to, by tą drogą wywrzeć wpływ na postawę rządu włoskiego w owej wojnie. W tym celu jego zaufany przedstawiciel, dyplomata

_______________

* Cytata z innej mojej pracy.

  1. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

von Holstein spotkał się późnym wieczorem we Florencji, pod łukiem mostu na rzece Arno, w kilkugodzinnej rozmowie z przybyłym do Florencji incognito i przebranym, włoskim spiskowcem Mazzinim. Z informacji tej wynika, że Bismarck potrafił mieć potajemne, spiskowe kontakty, utrzymywane całkiem nie urzędowymi metodami, z kołami rewolucyjnymi włoskimi, tymi samymi, które kilka lat wcześniej gorąco popierały polskie powstanie styczniowe.
W czasie powszechnej wystawy w Paryżu w roku 1867 przybyli do Paryża car Aleksander II i król pruski Wilhelm I. Królowi pruskiemu towarzyszył Bismarck. Wiemy od trzech autorów francuskich (Paul Lenoir, Madame Joliette Adam, Victor Tissot), którzy ogłosili swoje książki między latami 1884 i 1905, a zapewne czerpali swoje dane od policji francuskiej, że rzekomo wywiad policyjny pruski wykrył postanowienie polskiego spiskowego komitetu w Paryżu dokonania tamże zamachu na życie cara Aleksandra. Wykonać miał ten zamach młody Polak, Zygmunt Berezowski. Pruski szef wywiadu, nazwiskiem Stieber, zameldował o tym natychmiast Bismarckowi. Zgodnie z instrukcją Bismarcka, nie powiedziano nic o tym policji francuskiej. Ale dwóch agentów pruskich stale towarzyszyło potem Berezowskiemu. Zdołał on zbliżyć się do powozu, którym jechał car i z pistoletu wystrzelił, ale agent policji pruskiej, stojący przy nim, podbił mu rękę, a więc kula chybiła. Stało się więc jak Bismarck sobie życzył, rzekomo mówiąc do Stiebera: w ten sposób zbrodnia będzie unicestwiona, ale zamach stanie się faktem. Zamach ten bardzo popsuł stosunki francusko-rosyjskie, które przyjazd cara do Paryża mógł poprawić. O ile ta fantastyczna relacja jest prawdziwa, świadczy ona, że Bismarck potrafił przez agentów swojej policji docierać do polskich kół spiskowych i zdobywać się na ryzykowne, niebezpieczne intrygi. (Berezowski skazany został na więzienie, po dwudziestu latach zezwolono mu na osiedlenie się na wyspie Nowej Kaledonii, gdzie około 1916 roku zmarł.)*

_______________

* Pisałem w związku z tym: „Ten nieszczęsny młodzieniec (…), który spędził blisko pół wieku w więzieniu, na ciężkich robotach i na zesłaniu na dalekiej, smutnej wyspie na południowej półkuli, poświęcił swe ofiarne życie sprawie, która w jego przekonaniu służyła pomyślności Polski. Niestety, był on w błędzie. Służył on nie Polsce, lecz polityce Bismarcka i to dla niej złożył życie w ofierze. Rzeczywistym, a nie złudnym i pozornym celem jego poświęcenia było przyczynić się do poróżnienia Francji z Rosją, do odosobnienia Francji, do umożliwienia pruskiego zwycięstwa (.,.), do okrojenia jej (Francji) o Alzację i Lotaryngię i wreszcie do zbudowania cesarstwa niemieckiego. Berezowski był narzędziem pruskiej prowokacji”.
Oraz: „Nasuwa się jedno zapytanie: czy myśl zamachu na cara w Paryżu zrodziła się w głowach polskich, czy też podsunięta była Polakom przez pruskich agentów? Wiemy, że Berezowski nie był inicjatorem pomysłu, pomysł został mu narzucony przez losowanie. Skąd ten pomysł przyszedł? Zważmy, że pruscy agenci nie tylko śledzili polskich spiskowców, ale ich «podburzali»”.
Oraz: „Sprawa Berezowskiego to jakby powstanie styczniowe w miniaturze. (…) Zbliżenie francusko-rosyjskie stwarzało nową sytuację europejską, bardzo niebezpieczną dla Prus. Aby to zbliżenie rozbić, Prusy posługiwały się sprawą polską. (…) W roku 1867 zbliżenie od szeregu lat przekreślone, zaczynało dopiero słabiutko na nowo kiełkować; aby jego wątłą roślinkę zmrozić i zdeptać, wystarczyło drobiazgu takiego, jak zamach Berezowskiego” (cytaty z innej mojej książki).

  1. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, rdz. „Powstanie Styczniowe”

Okolicznością, która rzuca na Prusy podejrzenie, że mogły w jakiś sposób na polskie ruchy powstańcze oddziaływać jest fakt niemieckiego poparcia, okazywanego niektórym powstańczym wodzom. Dyktatorem w pewnym okresie powstania był Marian Langiewicz. Po powstaniu, w roku 1867, osiadł on w Turcji i otrzymał posadę na kolejach tureckich, które jak wiadomo były własnością i dziełem kapitału niemieckiego. Pisałem w związku z tym: „Gdybyśmy przypuścili, że rząd pruski miał wobec Langiewicza jakieś obowiązki i chciał mu po zakończeniu powstania zapewnić egzystencję, by siedział cicho i nie był ponad miarę niezadowolony, to musielibyśmy przyjąć, że rozwiązanie musiałoby wyglądać właśnie tak: posada w dość odległym kraju, w firmie nieniemieckiej, ale od rządu niemieckiego zależnej”.* W dziesięć lat potem sytuacja stała się jeszcze wyraźniejsza: w roku 1877 Langiewicz został reprezentantem słynnej niemieckiej fabryki zbrojeniowej Kruppa (w Essen) na Turcję i odtąd, zapewne aż do śmierci (w 1887 roku) zaopatrywał armię sułtańską w działa i inne materiały wojenne tej fabryki.
Także i inny dyktator powstania styczniowego, Ludwik Mierosławski, wygląda na popieranego przez Prusy. Przekraczał, wraz z oddziałem wojskowym, granicę między Poznańskiem a Królestwem jakoś bez przeszkód ze strony władz pruskich. A jeszcze w roku 1848, w erze powstania w Poznańskiem, ujęty i uwięziony, dostał nagle paszport na wyjazd do Francji i szybko wyjechał. „Król pruski i Mikołaj I zgodnie wyrzekali, że się go nie powiodło powiesić” (Kukiel). Może byłoby się powiodło – gdyby mu nie dano paszportu.

Na zakończenie podam jeszcze kilka cytat z dzieła znakomitego francuskiego historyka, Pierre de la Gorce, jeszcze z dziewiętnastego wieku.
W owym roku 1863 dwie wielkie komplikacje wybuchły w Europie Północnej: powstanie polskie i sprawa księstw duńskich. Nie sposób jest dość powiedzieć o tym, jaki wpływ te wydarzenia – także pierwsze z nich – wywarły na losy Prus. To były dla Bismarcka dwie niezwykłe łaski, jakie mu ofiarowała fortuna i bez których jego geniusz byłby pozostał spętany. Powstanie polskie było okazją cudowną, która zapewniła Prusom poparcie moralne Rosji wobec zachodu. Sprawa księstw duńskich była próbą generalną na polu ograniczonym do tego, co zostanie następnie spróbowane na teatrze rozszerzonym. (…) W oczach czasów przyszłych (…) te dwa epizody (także, powtarzam, ten pierwszy) zlewać się będą w jedną całość przewrotu, który, przekształcając północny wschód Europy, ustanowił przewagę pruską”.
„Byłaby to wielka zręczność ze strony berlińskiego gabinetu, gdyby ofiarował on carowi swoją najżarliwszą pomoc dokładnie w tej samej godzinie, w której inne mocarstwa występują z wylewami butnych lub niemiłych rad. Procedura polegałaby zwłaszcza na wykazaniu wartości przez kontrast i należałaby do tych, o których się nie zapomina”.
(…)

_______________

* Cytata z innej mojej książki.

Opublikowano za: https://myslnarodowa.wordpress.com/2013/01/12/powstanie-styczniowe-1863-chybiony-patriotyzm-spustoszenia-swiadomosci-narodowej-wspolczesnych-polakow/

Żydo-masońscy prowokatorzy Powstania Listopadowego

– narodowej zbrodni w „oprawie” romantycznej i pseudopatriotycznej

Szymon Perez będąc prezydentem Izraela w czasie wizyty w Polsce powiedział na Uniwersytecie Jagiellońskim: „PO CO UCZYCIE HISTORII ? NALEŻY UCZYĆ, JAK ŻYĆ I DAWAĆ SOBIE RADĘ W ÓWCZESNYM ŚWIECIE. NAUKI ŚCISŁE, KTÓRE DADZĄ CZŁOWIEKOWI OSIĄGNIĘCIE W KONKRETNEJ DZIEDZINIE, ALE HISTORIA PO CO ?”

 Nic ująć, a dodać można jedynie, że nawet tak zafałszowana historia Polski już chazarożydom nie wystarcza, więc najchętniej by ją zlikwidowali.

Istotę wpływu  historii na kształtowanie przyszłości w danym kraju trafnie ujął George Orwell słowami: „Kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość.”

Publikujemy zestaw kilku dobrze udokumentowanych artykułów, które przedstawiają sprowokowanie tego bezsensownego powstania przez żydomasonerię. Tak się składa, że wszystkie powstania, gdzie brali udział Żydzi w organizacji, wywołaniu i przebiegu były przegrane, a więc Listopadowe, Styczniowe, Warszawskie. Natomiast w zwycięskich powstaniach: Wielkopolskim, Śląskim I i III nie było żydów.

Redakcja KIP

 

Powstanie Listopadowe – kult błędów politycznych, fałszywych bohaterów i jego skutki

Opracowanie: redakcja Polskiej Myśli Narodowej

Listopadowe - powstańcy na granicy z Prusami po przegranej

Finis Poloniae, 1831, obraz Dietricha Montena, przedstawiający przekroczenie granicy z Prusami przez rozbite oddziały powstańcze

W polskiej debacie publicznej funkcjonuje w ostatnich latach pojęcie „tradycji niepodległościowej”, do której różne ugrupowania roszczą sobie prawa, niekiedy – monopolistyczne. Opisywana „tradycja niepodległościowa” sprowadza się ostatecznie do kultu przedsięwzięć realizowanych w imię bądź indywidualnych ambicji sprawców, bądź w najlepszej wierze, lecz z czystej głupoty. Polacy mogliby bić się w piersi za własną nieudolność polityczną, gdyby ich romantyzm, oderwanie od rzeczywistości bądź dyletanctwo polityczne nie były (po dziś dzień?) inspirowane przez ośrodki zewnętrzne. Polski narodowiec musi w tym miejscu postawić kilka kluczowych pytań.

Po pierwszedlaczego Polacy mają otaczać kultem przedsięwzięcia godzące w interes narodu polskiego? Nie chodzi o szacunek dla prostych żołnierzy i ich ofiary. Chodzi o świadomość szkodliwości dla narodu polskiego i absurdalności samych zrywów. Roman Dmowski, jakże dziś w swej najistotniejszej nauce obcy polskim umysłom, walczył z kultem powstania styczniowego.

Po drugiedlaczego, poprzez ww. kult mają konserwować mentalność, która wiodła naród od klęski ku klęsce? Nie łudźmy się – kult określonych zachowań wchodzi do kanonu polskich postaw patriotycznych – i zakaża środowiska narodowe.

Po trzeciedlaczego Polacy mają ignorować to, że poprzez kształtowanie takiej mentalności tworzony jest elektorat dla polityków niezdolnych do prowadzenia racjonalnej polityki narodowej (realpolitik)? Przecież tak ukształtowany elektorat to ludzie niezdolni do racjonalnej analizy sytuacji politycznej, miotani (sprawnie podsycanymi) emocjami, bezkrytycznie akceptujący największe absurdy i najgorsze decyzje polityczne w imię „racji”, „krzywdy”, „słuszności” i roszczeń. Wskutek opisanej dywersji w Polsce polityk racjonalny zostanie odsunięty przez „bogoojczyźnianego” pieniacza. Albo będzie musiał dołączyć, przynajmniej formalnie do chóru głupców.

Po czwarte – dlaczego Polacy mają zapominać o cenie, jaką za ekstrawagancje głupców i idealistów sterowanych przez ośrodki zewnętrzne płacił naród?
Jak widać z powyższego spór pomiędzy narodowcami (realistami) a rozmaitymi „romantykami” / „niepodległościowcami” to nie spór o „rząd dusz”, tylko spór o to, jakie te dusze mają być – i w efekcie – czym się mają kierować w wyborach politycznych – krzykliwą symboliką, emocjami – czy zimną kalkulacją. I kogo mają wyłaniać na swoich przedstawicieli – manipulatorów odwołujących się do emocji, czy pragmatyków odwołujących się do zdrowego rozsądku.

Jeśli przyjrzymy się wszystkim polskim powstaniom, zauważymy, że powyższe pytania pasują do większości z nich. Sceptycyzm środowisk narodowych wobec powstań pozwolimy sobie zilustrować odwołaniem do tekstu z dnia kapitulacji Powstania Warszawskiego: Wielka Polska, Rok V, Warszawa, Poniedziałek, 2 październik 1944 R (link). Ale sam krytycyzm to dziedzictwo pracy narodowców w okresie międzywojennym (por. Narodowa Demokracja wobec tradycji powstań narodowych)

O Powstaniu Listopadowym (29.XI.1830) napisano wiele, myślący narodowo czytelnik powinien jednak analizować problematykę powstania listopadowego z nieco innej perspektywy, dlatego wyeksponowane zostaną pewne wątki, zaś inne – zaniedbane. Czytelnik powinien wiedzieć, że Królestwo Polskie powstało w ramach decyzji podjętych na Kongresie Wiedeńskim (1814). Powstało przy sprzeciwie Prus, Austrii , Anglii i … Francji. Aleksander I dążył do stworzenia państwa polskiego z całości ziem Księstwa Warszawskiego, nie było to możliwe wobec sprzeciwu ww. państw. Ostatecznie przekupił Fryderyka Wilhelma częścią Saksonii i ziem polskich (departamenty bydgoski i poznański). Odtworzone państwo polskie było związane unią personalną z Cesarstwem Rosyjskim. Działania Aleksandra I spotkały się z poparciem ze strony polskiej, m. in. księcia A. Czartoryskiego, który był podczas Kongresu doradcą Aleksandra I [1].

 

Co polski narodowiec powinien, po zapoznaniu się z powyższym, zauważyć na „strategicznej szachownicy Europy”? To, że sprawa polska miała w Europie wyłącznie wrogów. Wrogość Austrii i Prus była oczywista – odtworzone państwo polskie było potencjalnym zarzewiem buntów na polskich terenach zagrabionych przez te państwa. Dodatkowo – poprzez unię personalną z Rosją, łączyło polski „rewizjonizm” z polityką rosyjską. Odtąd każda wojna rosyjsko-pruska bądź rosyjsko-austriacka miała się odbywać przy wsparciu polskich sił zbrojnych – i wiązać z potencjalną rewizją granic (o „Świętym Przymierzu”, odsuwającym takie scenariusze w czasie – za chwilę; konflikt interesów na linii Królestwo Polskie [więc i Rosja] – Austria i Prusy to konflikt trwały, traktat międzynarodowy – to rzecz ulotna). Co należało robić? Należało rozwijać system edukacyjny, umacniać gospodarczo i militarnie państwo polskie, tak, by czynić z niego jak najważniejszy składnik imperium rosyjskiego. I czekać na okazję do przyłączenia ziem innych zaborów. Dopiero scalona Polska mogła rzucać wyzwanie Rosji.

Oczywiście opisana sytuacja była zagrożeniem dla Austri i Prus. Żaden racjonalnie myślący dyplomata z tych państw nie mógł tego przeoczyć. A jeśli nie mógł – oczywiste było, że zostaną podjęte działania dyplomatyczne i agenturalne, zmierzające do wbicia klina pomiędzy Polaków a Rosjan. Czy wyłącznie dyplomacja Austrii i Prus dążyła do takiego stanu rzeczy? Nie. Rosja (wraz z Austrią i Prusami) była częścią „Świętego Przymierza”. Sygnatariusze zobowiązali się do kierowania się w polityce zagranicznej i wewnętrznej zasadami religii chrześcijańskiej i sprawiedliwości, a także do wspólnej walki z liberalizmem i ruchami rewolucyjnymi oraz w obronie porządku politycznego ustalonego na Kongresie Wiedeńskim. Jak widać poprzez wywołanie walk polsko-rosyjskich można było osłabić zdolność Świętego Przymierza do działań „kontrrewolucyjnych”.
Spójrzmy na „sprawę polską” z punktu widzenia władców Austrii i Prus, mocno zaniepokojonych nowym układem sił, stworzonym wskutek „polonofilstwa” (a może nawet polonofilstwa) Aleksandra I :

  1. jeśli Polacy rzucą się na Rosję – wykrwawią i siebie i Rosję (słabsza Rosja – to silniejsza pozycja Prus i Austrii w Europie – czyli ZYSK)
  2. jeśli Polacy przegrają (co najpewniej się stanie, bo ich armia liczy 27 000 [2], a rosyjska 300 000 wojska, nie mówiąc o artylerii i wyposażeniu – oraz rezerwach mobilizacyjnych – 4 mln Polaków w Królestwie Polskim wobec 40 mln Rosjan) będzie można prowadzić bardziej agresywną politykę wobec Polaków pod naszym panowaniem – a Rosja jeszcze nam będzie w represjach sekundować – czyli ZYSK
  3. jeśli Polacy wygrają kampanię (nie patrzmy na liczby powyżej), a Rosja będzie na tyle słaba, że nie będzie w stanie ich pokonać bez większych problemów w drugiej kampanii – zaoferujemy swoją pomoc Rosjanom, w zamian za np. włączenie części ziem Królestwa Polskiego do naszych zaborów – czyli ZYSK
  4. jeśli Rosja odrzuci naszą pomoc, bo będzie w stanie pokonać Polaków w drugiej kampanii – patrz punkt 1. i 2. – czyli ZYSK
  5. jeśli Rosja uznałaby niepodległość Królestwa Polskiego po pierwszej, przegranej kampanii – Polacy będą zbyt słabi, by pokonać nasze wspólne uderzenie, a Rosja będzie nam tylko sekundować – dokonamy kolejnego rozbioru, a minimum uzyskamy jakiś ochłap – czyli ZYSK.

Jak widać zarówno Austria, jak i Prusy miały bardzo silne argumenty na poparcie polityki wywoływania polskich powstań za pomocą agentury. Strona polska i strona rosyjska żadnych korzyści z takich walk wynieść nie mogły – przy dostatecznie szybkim przerwaniu działań zbrojnych mogły co najwyżej ograniczyć własne straty. Nieoczekiwaną i trwałą korzyścią osiągniętą w efekcie Powstania Listopadowego przez Austrię i Prusy było trwałe zantagonizowanie Polaków i Rosjan, dzięki czemu (i literackiej bohaterszczyźnie paru polskich wieszczów) wywołanie np. Powstania Styczniowego (które pogłębiło antagonizm) było trywialnie łatwe. O Wielkiej Emigracji, stratach dla samorządności (Statut Organiczny, zniesienie autonomii, rusyfikacja administracji), edukacji, kultury, demografii, gospodarki pisano wiele, czytelnika odsyłamy choćby do pracy J.A. Gierowskiego, str. 217-221, rdz. „Ucisk narodowy po powstaniu”. Ogólnie – Powstanie Listopadowe zakończyło się zaostrzeniem ucisku we wszystkich zaborach, a Polakom z potencjalnego Piemontu „ostał się jeno sznur”.
Oczywiście analiza „eurostrategiczna” zbliżona do powyższej powinna poprzedzać rozważania o Powstaniu Listopadowym w każdej szkole. Rozpoznawanie układu interesów powinno być podstawową częścią zajęć, a nie – jałowe utrwalanie chronologii.

Układ sił i działania powstańców a racjonalność działań organizacyjnych i militarnych

Jeśli ktoś przymierza się do rzucenia swojego narodu do walki, powinien starannie przeliczyć siły i środki (a nie, jak chce pewien wieszcz „siły na zamiary”). Cóż więc z tego rachunku sił wynikało? O potencjale ludnościowym, czyli – rezerwach mobilizacyjnych, wspomniano powyżej – miał się jak 10:1 na korzyść Rosji. Czy manufaktury Królestwa Polskiego były w stanie wyposażyć w broń nawet tą garstkę rekrutów, która była do dyspozycji? J.A. Gierowski pisze:

(…) Na wojsku polskim ciążył jednak nie tylko brak samodzielności dowódców, ale także niedostateczne przygotowanie całej armii do samodzielnego działania: amunicję i broń przeważnie czerpano z Rosji, nie rozbudowując własnego przemysłu zbrojeniowego. (…) Dopiero w toku walki trzeba było te braki uzupełniać, sprowadzanie broni z zagranicy napotykało bowiem duże trudności z powodu niechętnej postawy wojsk pruskich, które konfiskowały większe transporty (uwaga red.: por. Reakcja Prus i Reakcja Austrii). Powstały więc ludwisarnie w Warszawie i Kieleckiem, gdzie odlano kilkadziesiąt dział. Zakłady produkujące karabiny, uruchomione w tychże ośrodkach, dostarczały z czasem do około 180 sztuk dziennie. Stale jednak odczuwano brak broni palnej i znaczna część wojska była uzbrojona w kosy. Dopiero także do lata uporano się z zapewnieniem dostatecznej ilości amunicji – brakowało bowiem saletry do wyrabiania prochu. (…)
Źródło: J.A. Gierowski, Historia Polski 1764-1864, PWE, Warszawa 1984, str. 185

Co oznacza dla potencjalnego powstania brak broni i amunicji? Kto, przygotowując powstanie nie dba o takie kwestie? Głupiec albo zdrajca.
Braki wyposażenia i nieliczna populacja zaowocowały tym, że powstanie było przegrane (nie kampania czy kilka bitew) zanim się zaczęło. Ogółem kadrowa część wojska polskiego w tej wojnie liczyła w XI 1830 44 000 ludzi (wliczając Straż Bezpieczeństwa) z jakimkolwiek przeszkoleniem wojskowym, wyposażonych w 96 zdatnych do użycia armat. Wkraczającym w II 1831 wojskom Dybicza (115 tys ludzi, 336 dział) Polacy mogli przeciwstawić już 57 tys ludzi (wyposażenie – patrz wyżej). Należy podkreślić, że ww. 57 tys. uzyskano łącznie z załogami twierdz. Artyleria liczyła w II 1831 (łącznie z forteczną) 140 dział. Do kwietnia Polacy osiągnęli liczebność 87 000 [3].
Jeśli ktoś z czytelników myśli, że dysproporcja sił nie była ówczesnym dowódcom znana, jest w błędzie. Józef Chłopicki wybuch powstania skwitował następująco: „Półgłówki zrobiły burdę, którą wszyscy ciężko przypłacić mogą.(…) Marzyć o walce z Rosją, która trzemakroć sto tysiącami wojska zalać nas może, gdy my ledwie pięćdziesiąt tysięcy mieć możemy, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje” [4]. Podobne zdanie o „burdzie” mieli inni oficerowie. Wielu z nich przypłaciło to życiem, o czym mozna przeczytać poniżej w tekście publicystycznym Wiarus, czyli jak podchorążowie Wysockiego wymordowali kadrę dowódczą. O mordach na dowódcach i ich postawie wobec „bohaterskich podchorążych” pisze również, już stricte naukowo M. Bobrzyński [5]. Pisze o tym i W. Tokarz : „Rejman zaprowadził jej (podchorążówki) delegatów, między nimi podchorążego Nyko, do Banku Polskiego, do mieszkania Lubeckiego, gdzie znajdował się Potocki. Nyko przemawiał tu do Potockiego, mówił, że zginęli (por. Wiarus …) już Trębicki, Blumer i Hauke – i że oprócz niego nie ma już generała, który mógł objąć dowództwo” [6a]. Warto podkreślić, że absurdalność tych mordów rzucała się w oczy:

Zabicie Haukego, Meciszewskiego i Trębickiego nie było usprawiedliwione niczym. Nie stali na czele oddziałów, nie reprezentowali w danej chwili żadnej siły oporu, tak jak ją reprezentowali Blumer, Siemiątkowski lub St. Potocki; można ich było bezpiecznie osadzić na odwachu w arsenale, jak to uczyniono z Redlem i gen. Bontemps. Zabiła ich też nie rzeczywista potrzeba, ale zawiedziona miłość tej młodzieży powstańczej, szukającej tak natarczywie wodza wśród starszyzny własnej. Zabito wreszcie – bez potrzeby – niektórych Rosjan. O mały włos również nie zabito pułkownika, późniejszego generała i słynnego bohaterskiego obrońcy Woli Sowińskiego oraz gen. Bontemps, nieocenionego później organizatora naszego przemysłu wojennego [6b]

Mamy więc do czynienia ze zrywem ewidentnie leżącym w interesie wrogów narodu polskiego, zainicjowanym w środowiskach nieświadomych położenia militarnego, które co gorsza – przetrzebiły własną kadrę dowódczą – na dodatek – pomordowano oficerów najbardziej świadomych sytuacji. Ale jest jeszcze jedna cecha „szczególna” tego zrywu. Wacław Tokarz opisuje ją następująco: „(było to) jedyne w swoim rodzaju sprzysiężenie bez ideologii własnej, którego celem miała być rewolucja posiadająca sankcję kierowników jawnej, legalnej polityki narodu, rewolucja, której sprawcy z góry zamykali sobie usta i na drugi dzień po wybuchu zniknąć mieli ze sceny„ [7]. W. Tokarz dodaje: Sprzysiężeni mieli w czasie nocy listopadowej szukać wodza gorączkowo wszędzie, błagać o objęcie buławy każdego niemal człowieka ze szlifami generalskimi, zabijać nawet opornych kandydatów, byleby tylko nie sięgać po buławę dłońmi własnymi[8].
Jak można określić takie zachowanie sprawców innym mianem niż prowokacja? Ale jeśli prowokacja – to czyja?

Prowokatorzy, sprzysiężenia i ich mocodawcy

W literaturze przewijają się w tle Powstania Listopadowego najrozmaitsze tajne sprzysiężenia, loże wolnomularskie, węglarskie itp. Z oczywistych przyczyn takie tajne stowarzyszenia są świetnym polem do działania służb specjalnych – werbunek można opierać już nie tylko o góry złota, ale i o szantaż, bądź – co najskuteczniejsze – ideologię. Niekiedy tylko wystarczy zainicjować pewne ruchy, które zaowocują z góry założonymi skutkami. W przypadku Powstania Listopadowego sytuacja wyglądała następująco [9]:

„Aby ratować siebie samych pchnęli w odmęt niepewnych wydarzeń ojczyznę. Zachowało się wspomnienie rozmowy z 21 listopada odbytej przez Zaliwskiego, Wysockiego i Bronikowskiego z historykiem Lelewelem (…): ‚oświadczyliśmy, że trudno będzie cofnąć się i jeżeli nie podniesiemy broni, to nas wszystkich powieszą, a tak powstaniemy i można będzie mieć nadzieję, że się uda i postanowiliśmy raz powziętego nie odstąpić zamiaru. Dn. 26 listopada odbyła się druga rozmowa, w której Lelewel odradzał powstanie. Na co odpowiedzieliśmy, że nie ma środka, aby się cofnąć’”.

Jak widać (planowa lub nie) dekonspiracja spisku doprowadziła do tego, że interesy osobiste podchorążych pięknie wpisały się w omówione powyżej interesy Austrii i Prus.
Kto w masonerii lub tajnym sprzysiężeniu jest agentem pruskim, kto austriackim – nikt nie zapyta. Wszak wszystkich łączy „idea” … M. Bobrzyński opisuje sytuację następująco [10]:

By zdać sobie sprawę, skąd się wzięło powstanie listopadowe, posłuchajmy następującej cytaty:

„Półgębkiem tylko wspomina się o jednej przyczynie, którą niestety trzeba będzie uznać za istotną. Mianowicie tajne związki europejskie miały zwrócić się do swoich „braci” w Polsce z żądaniem wywołania rewolucji, aby zatrudnić Mikołaja w domu i nie dopuścić do jego interwencji w sprawach belgijskiej i francuskiej. Wolnomularze przypomnieli to dzisiaj mimochodem przy okazji stulecia belgijskiego, a przygotowywana w Paryżu wystawa pamiątek Powstania Listopadowego wychodzi już wyraźnie z tego przypomnienia”. (Jan Zamorski, Uwagi nad Powstaniem Listopadowym, „Myśl Narodowa” 1930, Nr 46, 47 i 48 z dn. 16, 23 i 30 listopada).

Jak wiadomo, 29 lipca 1830 roku wybuchła w Paryżu rewolucja (tzw. rewolucja lipcowa), której owocem było obalenie we Francji starszej linii Burbonów, a 25 sierpnia wybuchła w Brukseli rewolucja, która doprowadziła do oderwania się Belgii od Holandii. I w obu tych rewolucjach rolę naczelną odegrała masoneria.

Nawiasem mówiąc, nie tylko masoneria była zainteresowana w wybuchu tych rewolucji, będących nowym nawrotem do tradycji dawnej „wielkiej” rewolucji. Była w tym zainteresowana również i polityka pruska. Oględnie daje to do zrozumienia Bismarck w swoich pamiętnikach: „Przyjazne Polsce (polenfreundlich) rosyjsko-francuskie przymierze, jakie wisiało w powietrzu przed rewolucją lipcową, byłoby ówczesne Prusy postawiło w trudne położenie”.

Szerzej o udziale masonów w konspiracji podchorążych można przeczytać w omawianej pracy M. Bobrzyńskiego, (link do fragmentu tekstu). Warto zwrócić uwagę na to, że najaktywniejszymi inicjatorami powstania był odłam wolnomularstwa nazywany „węglarstwem”. Odłam ten był zdaniem S. Didier’a ()[11] i Henryka Rolickiego ()[12] zdominowany przez Żydów i przechrztów (głównie frankistów).

Podsumowanie

W świetle zaprezentowanych materiałów inicjatorzy Powstania Listopadowego byli w najlepszym razie nieświadomymi narzędziami w rękach sprawnych intrygantów. Liczba grup interesu, których cele i korzyści pokrywały się w 1830 roku znacząco utrudniają udzielenie odpowiedzi na pytanie, kto był odpowiedzialny za intrygę, której ofiarą padli Polacy. Niezależnie jednak od liczby grup interesu i niejasności sytuacji można z całą mocą stwierdzić, że do katastrofy pchnęła naród garstka awanturników pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia politycznego. Również bezradność Polaków, którzy z racji pozycji społecznej i stopni wojskowych powinni byli zapobiec katastrofie może współczesnego czytelnika zastanawiać. Czy przeglądając dzieje narodu polskiego możemy znaleźć podobne sytuacje, równie brzemienne w skutki? To ćwiczenie pozostawiamy czytelnikom – i liczymy, że przedyskutują te inne sytuacje w gronie znajomych. Trafnie „tradycje powstańcze” skomentował prof. M. Bobrzyński [13]:

Uważamy powstanie rozumne i dające dobre wyniki za narodową zasługę (uwaga red.: za takie powstania można uznać Powstanie Wielkopolskie i III Powstanie Śląskie [to drugie wyłącznie dlatego, że w porę je przerwano]). Uważamy powstanie „nieroztropne i nierozważne”, ściągające na naród nowe klęski – za narodową zbrodnię.

Oczywiście nie znaczy to, byśmy za współwinowajców tej zbrodni uważali wszystkich tych, którzy w powstaniu brali udział. Zadaniem żołnierzy jest słuchać i bić się. Za błędną treść rozkazów odpowiedzialni są nie ci, którzy rozkazy wykonują, ale ci, co je wydali. Materiał żołnierski, który szedł do powstań, był na ogól znakomity. Któż odmówi pierwszorzędnej wartości i zalet żołnierzom powstania kościuszkowskiego, w legionach Dąbrowskiego i w armii Księstwa Warszawskiego! Ale ich wartość żołnierska nie usuwa faktu, że powstanie, w którym się wychowywali, było politycznie szkodliwe. Tak samo i dzisiaj żaden rozumny Polak nie będzie miał pretensji do zdolnego i gorliwego oficera obecnej armii o to, że brał udział w Legionach Piłsudskiego. Ale jego dzisiejsza wartość dla Polski nie może nas powstrzymać od popełnienia wobec niego „nietaktu”, jakim jest stwierdzenie, że Legiony Piłsudskiego odegrały rolę politycznie i historycznie szkodliwą.

Współczesny system edukacyjny, we współpracy z przekazem medialnym kształtuje fatalne wzorce i fatalne postawy Polaków. Propagowany jest fałszywy, antynarodowy pseudopatriotyzm – czyniący z katastrof i tragedii wielkie czyny patriotyczne – a ich sprawców wynoszący na pomniki. Wysocki, Chruściel, Bór-Komorowski, Pełczyński – to jedni z największych zbrodniarzy w dziejach narodu polskiego – a nie – bohaterowie. Wojsko Polskie obchodzi Dzień Podchorążego – ku czci głupców, którzy sprowadzili na naród polski jedną z największych klęsk politycznych i militarnych w jego historii.

Jako wzorzec patriotyzmu wpajana jest samobójcza głupota, działanie zorientowane na „bohaterszczyznę”, ignorowanie zagrożenia dla zdrowia, życia i mienia dziesiątków / setek tysięcy Polaków, nieliczenie się z konsekwencjami czynów dla narodu (biologicznymi, materialnymi, politycznymi). W opisanym procederze uczestniczy wielu historyków, publicystów i część działających na polskiej scenie politycznej partii „patriotycznych”. Patriotyzm symboliczny, patriotyzm wynoszący fetysze, egoistyczną rywalizację na „odwagę” kosztem innych oraz wszelakie bożki – „złote cielce” ponad naród czyni Polskę słabą – a Polaków – niewolnikami, łatwymi do manipulowania przy pomocy hasełek.

Nie wolno budować tożsamości ani ideologii narodowej wokół głupoty i posyłania Polaków na nonsensowną rzeź, prób „zawracania Wisły kijem”. Polakom jako narodowi potrzebne są mity wspólnego działania, odpowiedzialności jednych za drugich, poświęcenia dla narodu życia poprzez budowę potęgi gospodarczej i dobrobytu dla wszystkich Polaków. Nawet za cenę własnego niedostatku i własnych wyrzeczeń. Budowa Gdyni, budowa COP, nawet – odbudowa Warszawy, w której uczestniczyli Polacy za darmo, przychodząc po godzinach pracy. Oni to miasto odbudowywali dla wszystkich. To jest heroizm. To są wzorce. Kto dziś pamięta tych patriotów, których postawa powinna służyć za wzór? Dlaczego wzorcami mają być postawy sprowadzające na innych Polaków nieszczęście i śmierć – bez jakiejkolwiek nadziei uzyskania czegokolwiek, co mogłoby tą ofiarę usprawiedliwić? Dokąd mają zmierzać Polacy jako naród, jeśli będą podążać za tak fałszywymi symbolami? Ile jeszcze musi upłynąć czasu, by Polak w sprawach polskich kierował się takim rozumem i szacunkiem dla życia innych Polaków, jaki wykazał gen. F. Kleeberg:

Żołnierze!
Z dalekiego Polesia, znad Narwi, z jednostek, które oparły się w Kowlu demoralizacji – zebrałem Was pod swoją komendę, by walczyć do końca.
Chciałem iść najpierw na południe – gdy to się stało niemożliwe – nieść pomoc Warszawie.
Warszawa padła, nim doszliśmy. Mimo to nie straciliśmy nadziei i walczyliśmy dalej, najpierw z bolszewikami, następnie w 5-dniowej bitwie pod Serokomlą z Niemcami.
Wykazaliście hart i odwagę w czasie zwątpień i dochowaliście wierności Ojczyźnie do końca.
Dziś jesteśmy otoczeni, a amunicja i żywność są na wyczerpaniu. Dalsza walka nie rokuje nadziei, a tylko rozleje krew żołnierską, która jeszcze przydać się może.
Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać dalszej bezcelowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie. Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą Karność, wiem, że staniecie, gdy będziecie potrzebni.
Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie.
Powyższy rozkaz przeczytać przed frontem wszystkich oddziałów.
Dowódca SGO „Polesie”
/-/ Kleeberg
gen. bryg.
Źródło: Ostatni rozkaz gen. F. Kleeberga do żołnierzy SGO „Polesie”

___________
[1] J.A. Gierowski, Historia Polski 1764-1864, PWE, Warszawa 1984, str. 147-148
[2] J.A. Gierowski, op.cit. str. 184; chodzi o formacje wojskowe pod bronią w XI 1930, miały one charakter kadrowy i mogły być rozbudowane – ale limitem były możliwości wyposażenia rozbudowywanych oddziałów w broń, amunicję i artylerię.
[3] J.A. Gierowski, op.cit. str. 186
[4] S. Szenic, Ani triumf, ani zgon, Wydawn. Ministerstwa Obrony Narodowej, 1981, str. 51
[5] M. Bobrzyński, „Dzieje narodu polskiego. Odkłamanie.”, rdz. „Powstanie Listopadowe”, wyd. Retro, Lublin 2003
[6a] W. Tokarz, red. A. Zahorski, Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1980, str. 217.
[6b] W. Tokarz, op. cit, str. 211.
[7] W. Tokarz, op. cit, str. 60.
[8] W. Tokarz, op. cit, str. 151.
[9] J. Giertych, Tysiąc lat historii polskiego narodu, Tomy 2-3, Nakł. autora, 1986, str. 283
[10] M. Bobrzyński, op. cit.
[11] Stanisław Didier, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40
[12] Tadeusz Gluziński (pseud. Henryk Rolicki), Zmierzch Izraela, wyd. Dom Wydawniczy „Ostoja”, 2004
[13] M. Bobrzyński, op. cit.

Wiarus, czyli jak podchorążowie Wysockiego wymordowali kadrę dowódczą

Tytuł oryginalny: Wiarus, „Nowa Myśl Polska” 12 grudnia 2004
Źródło: http://cristeros1.w.interia.pl/crist/militaria/wiarus.htm

6 września 1831 r., skłuty rosyjskimi bagnetami, oddał ducha generał Józef Longin Sowiński, bohaterski obrońca Woli. Jego śmierć upamiętniła poezja narodowych wieszczów. Niewiele jednak brakowało, aby ów dzielny żołnierz wcale nie trafił do panteonu chwały romantyków. Zaledwie 9 miesięcy wcześniej, w Noc Listopadową 1830 r., w pierś generała mierzył bagnet polskiego spiskowca…

Powstanie Listopadowe i wojna polsko-rosyjska lat 1830-1831 zapisały się tragicznie w dziejach polskiej generalicji. Poległo 15 generałów (nie licząc 4 innych, zmarłych w tym czasie). Podwójny tragizm tych śmierci wynikał z faktu, iż zaledwie czterech polskich dowódców zginęło na polach bitew: poza Sowińskim byli to generałowie Franciszek Żymirski – padły w boju pod Grochowem (25 II 1831) oraz Henryk Kamieński i Ludwik Kicki, polegli pod Ostrołęką (26 V 1831). Aż jedenastu generałom zadała śmierć polska ręka!

Rewolucja „półgłówków”
Uważa się powszechnie, iż Powstanie Listopadowe było zgodne z duchem epoki, z mickiewiczowskim „mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił”. Zaiste, wypada się zgodzić, że nad tym przedsięwzięciem unosił się upiór Wielkiej Improwizacji…

Sygnałem do rozpoczęcia powstania miało być podpalenie browaru Weissa i kręgielni na ul. Dzikiej w Warszawie, 29 listopada 1830 r., o godz. 18.00. Zawiodła koordynacja – browar podpalono o pół godziny za wcześnie, a kręgielnię na Dzikiej – za późno. Dowództwo nad grupą spiskowców, mającą zamordować wielkiego księcia Konstantego, powierzono dwóm poetom (!), jak najbardziej cywilom, Goszczyńskiemu i Nabielakowi,. Nie potrafili oni pochwycić swej ofiary, mimo iż wielki książę nie dysponował żadną ochroną. Podchorążowie Piotra Wysockiego uderzyli na koszary jazdy, tzw. „pułków rosyjskich”, w Łazienkach.

„- … zdradziecka napaść na pułki tak zwane rosyjskie, przymusiła je schronić się pod komendę w. księcia i zrobiła z nich nieprzyjaciół polskich, pomimo niewątpliwej sympatii większości żołnierzy i niższych oficerów – oceniał generał Ignacy Prądzyński. – …samo już nazwanie tych pułków, jako to: grenadiery litewskie, strzelce wołyńskie, kirysiery podolskie, huzary grodzieńskie, wskazywało, że ono do powstania polskiego należeć koniecznie powinno, że za nieprzyjaciół uważane być nie mogło. (…) tymczasem podchorążowie nie umieli, jak tylko rozdrażnić ułanów ubiciem zdradzieckim kilkunastu ludzi, i odciągnęli z niczym.”.

Okazało się przy tym, że inspiratorzy ruchawki nie mają jasno sprecyzowanej wizji powstania. Wyobrażali sobie, że wystarczy jeden impuls, a cały naród, wojsko i generalicja z entuzjazmem przyłączą się do nich.

Generał Józef Chłopicki podsumował rzecz proroczo: „- Półgłówki zrobiły burdę, którą wszyscy ciężko przypłacić mogą.(…)Marzyć o walce z Rosją, która trzemakroć sto tysiącami wojska zalać nas może, gdy my ledwie pięćdziesiąt tysięcy mieć możemy, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje”.

Bić się, czy nie bić?
Pytanie winno brzmieć raczej: bić się – ale kiedy? Walczyć trzeba, i to do upadłego, w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdy istnieje realna szansa na odniesienie sukcesu. Insurekcja w Wielkopolsce w 1806 r., na tyłach wojsk pruskich gromionych przez Napoleona; rozbrajanie austriackich zaborców i niemieckich okupantów w listopadzie 1918 r. (mające w istocie charakter akcji powstańczej); Powstanie Wielkopolskie 1918-1919; III Powstanie Śląskie 1921 – to przykłady udanego, rozumnego zastosowania reguły Clausewitza, iż wojna jest przedłużeniem polityki.

Po wtóre, powstańczy zryw może być aktem samoobrony – w sytuacjach wymuszonych przez nieprzyjaciela. Insurekcja kościuszkowska 1794 , będąca rozpaczliwą próbą ratowania upadającego państwa (uwaga red.: prof. M. Bobrzyński jest sceptyczny, jeśli chodzi o faktyczne cele przyświecające autorom powstania, tekst prof. Bobrzyńskiego znajduje się tu: Powstanie Listopadowe); wystąpienie mieszkańców Lwowa w obliczu ukraińskiego zamachu w listopadzie 1918 r.; I i II Powstania Śląskie 1919-1920; powstanie zamojskie 1942-1944; również powstanie w getcie warszawskim 1943 (przypomnę – bojowcy ŻZW walczyli tam pod biało-czerwoną flagą) – w takich wypadkach nikt nie kalkuluje szans, nie pora na to, gdy ma się nóż przystawiony do gardła. Niekiedy (jak w warszawskim getcie), chodzi już tylko o to, by zginąć z bronią w ręku, z honorem, nie czekając biernie na rzeź, by zabrać ze sobą na tamten świat choć paru wrogów (uwaga red.: powstanie w getcie, abstrahując od sensu zestawiania go z powstaniami polskimi, ma swoje wstydliwe „kulisy”, które polski czytelnik powinien znać – pisze o nich Roman Kafel, Spotwarzona przeszłość, czyli o żydowskich zbrodniarzach wojennych).

Powstanie Listopadowe żadnego z tych kryteriów nie spełnia. Jesienią 1830 r., nim Piotr Wysocki wyprowadził swoich spiskowców na ulice Warszawy, Królestwu Polskiemu nie groziła zagłada. Sam zaś zryw od początku skazany był na klęskę. Jeśliby nawet założyć, że Kongresówce udałoby się samotnie pokonać Rosję (czego kilkanaście lat wcześniej nie potrafiła osiągnąć napoleońska Wielka Armia, sformowana z wojsk większości krajów europejskich) – to trudno wyobrazić sobie, by Prusy i Austria biernie przyglądały się wskrzeszeniu niepodległego państwa polskiego. W istocie wypadki zapoczątkowane Nocą Listopadową doprowadziły do zmarnowania sił i potencjału, które mogły być zachowane na odpowiedniejszą chwilę, i wykorzystane o wiele efektywniej dla sprawy polskiej.

Kainowe plemię
Chaotyczni i nieudolni uczestnicy powstańczej „wielkiej improwizacji” jęli rychło zachowywać się jak gromada krwiożerczych psychopatów. Od ich kul i bagnetów ginęli, jeden po drugim, zasłużeni dowódcy, którzy usiłowali studzić rozpalone głowy. Ofiarą mordów padli generałowie: Ignacy Blumer, Maurycy Hauke, Józef Nowicki, Stanisław Potocki, Tomasz Siemiątkowski, Stanisław Trębicki, również pułkownik Filip Meciszewski. Tych wodzów, zaliczanych do najzdolniejszych, jakimi dysponowały siły zbrojne Królestwa Polskiego, zabraknie w późniejszej wojnie polsko-rosyjskiej… Pułkownikowi Ludwikowi Bogusławskiemu, dowódcy sławnego 4. Pułku Piechoty Liniowej, potłuczonemu kolbami, dane było przeżyć. Ocalał też generał Józef Mroziński, mimo niebezpiecznego pchnięcia bagnetem w szyję.

W Szkole Aplikacyjnej na drodze buntownikom stanął jej komendant, pułkownik Józef Longin Sowiński. Starego wiarusa nie mogła przestraszyć gromada egzaltowanych młokosów. On, absolwent Szkoły Rycerskiej, przeszedł chrzest bojowy jeszcze w kwietniu 1794 r., podczas insurekcji warszawskiej. W następnych miesiącach służył jako podporucznik kawalerii narodowej, między innymi podczas obrony Warszawy przed Prusakami. Wziął też udział w wyprawie Dąbrowskiego do Wielkopolski. Po III rozbiorze, mimo moralnych oporów, zdecydował się na służbę w armii pruskiej. Wierny wojskowej przysiędze, odbył kampanię przeciw Napoleonowi 1806/1807, odznaczając się pod Pruską Iławą i Friedlandem (za Iławę wyróżniono go orderem „Pour la merite”). Po zawarciu pokoju w Tylży i powstaniu Księstwa Warszawskiego złożył prośbę o dymisję z pruskiego wojska. Otrzymał ją dopiero w 1811 r., jako że zwierzchnicy nie chcieli pozbywać się utalentowanego oficera.

Natychmiast zaciągnął się do sił zbrojnych Księstwa Warszawskiego. W 1812 r. wziął udział w wyprawie na Rosję, jako dowódca szwadronu artylerii konnej. Pod Szewardino, podczas ataku na rosyjską redutę, nieprzyjacielski pocisk zmiażdżył mu nogę. Amputację przeprowadzono w warunkach polowych, rana źle się goiła. Gdy Napoleon rozpoczął odwrót, Sowińskiego pozostawiono w jednym ze szpitali Moskwy. Tam też dostał się do niewoli.

Profesjonalizm Sowińskiego oraz jego żarliwy patriotyzm doceniono w Królestwie Kongresowym. Od 1815 pełnił funkcję dyrektora Arsenału, a od 1820 komendanta Szkoły Aplikacyjnej. Również władze Powstania Listopadowego powierzyły mu szereg godności, wraz z awansem do stopnia generała brygady: szefa Wydziału Artylerii Komisji Rządowej Wojny, dowódcy artylerii garnizonu warszawskiego, wreszcie komendanta reduty Wola, którą obiecał „oddać wraz z życiem”.

A jednak w Listopadową Noc 1830 r., gdy Sowiński usiłował przemówić do rozsądku młodym buntownikom, jakiś rozeźlony cywil zamierzył się na niego bagnetem. Przyszłego bohatera Woli uratował jeden z podchorążych. Powstrzymał on rękę niedoszłego zabójcy, uzasadniając to lekceważącym stwierdzeniem: „- Co robisz? To kaleka!”

Politycy i żołnierze

Istnieje jakaś prawidłowość w fakcie, iż inspiratorzy Powstania Listopadowego, tak chętnie rzucający na ofiarny stos, lekką ręką, życie dziesiątków tysięcy patriotów, wykazywali równocześnie godną uwagi dbałość o bezpieczeństwo własnych, cennych osób. Po przegranej wojnie 1831 r. w ogromnej większości schronili się za granicą, porzucając wojsko i naród na pastwę sług Paskiewicza. Wprawdzie Adam Mickiewicz, od wielu lat wzywający, z bezpiecznej emigracji, do buntu, na wieść o Powstaniu ruszył mu z odsieczą. Utknął jednak po drodze gdzieś w Wielkopolsce, w pruskim zaborze. Przeczekał tam całą zawieruchę, bawiąc przez szereg miesięcy w tamtejszych gościnnych dworkach. Potem gromko odsądzał od czci i wiary obrońców Warszawy – za to, że nie wszyscy polegli bohaterską śmiercią, i że stolicę oddali Rosjanom, miast obrócić ją w miasto ruin…

Natomiast wielu wojskowych, od początku nastawionych sceptycznie do insurekcyjnych planów, kiedy już do walki doszło, dzielnie nadstawiało karku. Generał Józef Chłopicki okazał się kiepskim politykiem i dyplomatą, nikt jednak nie odmówi mu osobistej odwagi; dowodem ciężka rana, odniesiona pod Grochowem. Pułkownik Ludwik Bogusławski, awansowany potem na generała, niedorżnięty w Listopadową Noc, wiódł swych „czwartaków” w najgorętsze boje. Generał Karol Turno, który o podchorążych Wysockiego wypowiadał się wtedy dosadnie („wszyscy pijani, […] jak wytrzeźwieją przez noc, to się rozejdą do domów”), zasłynął potem jako jeden z najdzielniejszych polskich dowódców.

„Możemy oceniać ujemnie fakt, że powstanie listopadowe w ogóle wszczęto i że do niefortunnej wojny z Rosją doprowadzono – ale z chwilą, gdy wojna wybuchła, tj. gdy Królestwo Kongresowe stało się – na okres niecałych 10 miesięcy – całkiem niepodległym państwem i to państwo znalazło się w wojnie z Rosją, obowiązkiem członków polskiego narodu, a zwłaszcza żołnierzy polskiego wojska, było w wojnie tej mężnie się bić. (…) Jest chlubą tej historii, że wojsko polskie biło się w tej wojnie mężnie” (Jędrzej Giertych).

Niestety, nadal trwała też rzeź polskich generałów. Podczas, gdy żołnierz bohatersko krwawił na polach bitew, rozpolitykowaną Warszawą wstrząsały wciąż nowe intrygi i afery. W wyniku fałszywego zarzutu współpracy z wrogiem aresztowano szereg wyższych dowódców.

15 sierpnia 1831 r. rewolucyjny motłoch wziął szturmem więzienia warszawskie. Rozpoczęło się mordowanie osób podejrzanych o zdradę. Wśród trzydziestu czterech ofiar byli rzeczywiści agenci rosyjskiej policji, ale nie brakło też niewinnej krwi. Zginęło czterech więzionych generałów – Józef Hurtig, Antoni Sałacki, Ludwik Ruchawski, Antoni Jankowski.

Gdy na latarni wieszano generała Jankowskiego (kiedyś szwoleżera napoleońskiej gwardii, weterana kampanii 1807 r., walk w Hiszpanii, wojny z Austrią, wyprawy na Moskwę, kampanii 1813 r.), sznur zerwał się pod jego ciężarem. Motłoch zawlókł generała do drugiej latarni – sznur zerwał się ponownie. Mordercy zaciągnęli więc niegdysiejszego szwoleżera do latarni trzeciej – tym razem generał oddał ducha na stryczku…

Miesiąc wcześniej, generał Antoni Giełgud, dowódca nieudanej wyprawy na Litwę, wycofywał się z resztkami swego korpusu do Prus. Przy przekraczaniu granicy do niefortunnego wodza podjechał kapitan Stefan Skulski, i wypalił doń z pistoletu, z zabójczym skutkiem…

Hektor warszawski

Na początku września 1831 r. atmosfera w warszawskich elitach władzy stawała się coraz gorętsza. Rosyjski atak na miasto zbliżał się nieuchronnie. Co zapobiegliwsze prominentne osobistości pakowały manatki, szykując się do rejterady. Byli i tacy, co szukali kontaktu z wrogiem, gotowi wkupić się w łaski zwycięzcy… Inni jednak trwali wiernie na powierzonych im posterunkach.

6 września piechota rosyjska szturmowała szańce Woli. 1300 żołnierzy generała Sowińskiego nie było w stanie powstrzymać fali nieprzyjaciół. Polskie reduty padały jedna po drugiej. W końcu pozostał już tylko jeden bastion – trójkątny schron samego komendanta obrony. 54-letni bohater spod Pruskiej Iławy, Friedlandu i Szewardino uwijał się tu na drewnianej protezie, obsługując ostatnie na tym odcinku polskie działo – pudowy „jednoróg”, bijący ogniem kartaczowym. Żołnierze wroga wtargnęli wreszcie i tutaj. W gwałtownej walce wręcz wybito ostatki obrońców.

Generał Józef Sowiński podjął z ziemi porzucony karabin z bagnetem. Przez chwilę, wsparty o „jednoroga”, parował i zadawał ciosy. Potem był już tylko przeszywający ból, gdy zimna stal nieprzyjacielskich głowni wdzierała się w ciało starego wiarusa.

Generał osunął się na swą armatę. Tam już pozostał… On – „człowiek o wysokim poczuciu honoru i miłości Ojczyzny”, który przysiągł, że szańców Woli nie odda, póki żyw – zakończył teraz swe życie.

Narodowa Demokracja wobec tradycji powstań narodowych

Krzysztof Kawalec

Rozdział książki Póki my żyjemy. Tradycje insurekcyjne w myśli polskiej, pod red. Jacka Kloczkowskiego, Warszawa 2004, s. 85-102

Problem pozornie przedstawia się prosto. Na tle innych nurtów ideowych, aktywnych w życiu politycznym Polski pierwszej połowy XX stulecia, Narodowa Demokracja wyróżniała się ostentacyjnym zaznaczaniem dystansu wobec tradycji powstańczej. To zagadnienie przedstawił w swoim czasie Leszek Kamiński[1], dokonując przeglądu argumentacji, stosowanej w propagandzie endecji, a także dając klarowną interpretację stanowiska środowiska, które – bez względu na rozległość i głębokość dzielących je podziałów, było zgodne w krytyce poczynań, stanowiących kluczowy element XIX-wiecznej tradycji narodowej. W opinii autora stanowisko to wyrastało z doktryny ideologicznej ruchu, łącząc się równocześnie z walką o władzę i „rząd dusz” – przeciwnicy endecji chętnie bowiem odwoływali się do tradycji powstań, co w naturalny sposób wzmacniało tendencję do jej generalnego kwestionowania.

Nie ulega wątpliwości, że kontekst taktyczny, związany z toczoną walką o władzę i „rząd dusz”, w silnym stopniu rzutował na treść tych enuncjacji. Kwestią odrębną jest natomiast, o podstawowym znaczeniu, w jakiej mierze można upatrywać w nich refleks systemu wartości. Pokusa uznania ich za wyraz stanowiska ideowego – relatywnie trwałego, sztywnego, w znacznym stopniu niezależnego od zmian dokonujących się dookoła – jest zrozumiała wobec uporczywości, z jaką podejmowano krytykę poczynań powstańczych. Z tego rodzaju enuncjacji można byłoby ułożyć solidną antologię. Trudno tu wiele dodać do ustaleń Leszka Kamińskiego, może poza kilku smakowitymi przykładami – spośród których najbardziej spektakularne pochodziły z okresu międzywojennego. Mowa tu przede wszystkim o wydanej w roku 1936 książce Jędrzeja Giertycha pt. „Tragizm losów Polski”, w której powstania narodowe przedstawione zostały jako efekt spisków złowrogiej, antypolskiej mafii. Jakkolwiek wywołała ona uszczypliwe uwagi nawet w kręgach narodowo-radykalnych[2], trudno traktować ją jako szczególny ewenement. Jej zawartość wyrastała bowiem z szerszego tła: i tak, przykładowo, wywody Giertycha w znacznym stopniu stanowiły rozwinięcie sugestii, zawartych w „Dziedzictwie” (powieści, wydanej pod pseudonimem przez Romana Dmowskiego) innym zaś punktem odniesienia była dla nich twórczość publicysty konserwatywnego, Kazimierza Mariana Morawskiego. Popularność K.M. Morawskiego w kręgach młodej endecji była zjawiskiem znamiennym o tyle, że ilustrowała zbliżanie się poglądów obu środowisk w materii, która wcześniej raczej je dzieliła[3] – mimo dystansowania się obozu narodowego od powstańczych zamiarów także przed I wojną światową. Kolejne pozycje w antologii krytycznych wobec poczynań powstańczych enuncjacji stanowiłyby opinie określające stosunek środowiska do prób podejmowania pozbawionej szans na sukces walki w latach II wojny światowej, a także później, w świecie pojałtańskim. Jak to zawsze ma miejsce w przypadku środowiska rozległego i wielonurtowego, sceptycyzm ten mógł być wyrażany w formach rozmaitych, odzwierciedlających i różnice mentalności, i punktów widzenia. Obok poglądów Wojciecha Wasiutyńskiego – lokującego swoje sympatie po stronie opozycyjnej, ale ostrzegającego przez pokładaniem nadmiernych nadziei na bardziej energiczną reakcję Zachodu[4] – było w nich miejsce i dla enuncjacji Jędrzeja Giertycha, który w poczynaniach ekipy stanu wojennego dostrzegł odbicie dylematów doby poprzedzającej rok 1863, a swoje sympatie dla Aleksandra Wielopolskiego przeniósł na osobę gen. Jaruzelskiego.

Interpretacja tych wszystkich wypowiedzi, przy całej ich pozornej jednoznaczności, nie jest już jednak sprawą tak oczywistą. Czy – przykładowo – możemy zestawiać krytyczne wobec powstań enuncjacje powstające w okresie międzywojennym z (też krytycznymi, to prawda) ocenami poczynań irredentystycznych wypowiadanymi wcześniej, w latach poprzedzających wybuch I wojny światowej, a także tymi późniejszymi, określającymi stosunek do Powstania Warszawskiego – widzianego przez pryzmat nie tylko klęski i potwornych strat, ale także Jałty ze wszystkimi jej konsekwencjami[5]? Czy wobec zasadniczo odmiennego kontekstu politycznego można te wszystkie wypowiedzi mierzyć tą samą miarą? Czym innym przecież jest ocenianie przeszłości, czym innym zaś próby poszukiwań efektywnych strategii działania. W tym drugim wypadku wątpliwości co do szans przedsięwzięcia zwykle wystarczają, by się przeciwstawiać próbie jego podjęcia. Oczywiście, tego rodzaju wątpliwości nie muszą być wolne (i na ogół nie są) od różnego rodzaju ideologicznych uwarunkowań, czy jednak – przykładowo – gdy chodzi o stosunek do powstania w stolicy, to stanowisko endeka Tadeusza Bieleckiego odbiegało w sposób istotny od poglądów na przykład – uformowanego w kulcie irredenty polskiej – generała Kazimierza Sosnkowskiego?

Problem odmienny, a istotny – to w jakiej mierze okazywany przez elity obozu narodowego sceptycyzm wobec powstańczej tradycji rzutował na postawy politycznego elektoratu, w tym zwłaszcza młodzieży. Wzięła ona przecież masowy udział z bronią w ręku i w Powstaniu Warszawskim, i w próbach kontynuowania oporu przeciw narzuconej władzy po ostatniej wojnie – wpisując się w ten sposób w jeden z najbardziej tragicznych nurtów polskiej historii[6]. Wynikałoby z tego, że wpływ działaczy i publicystów krytykujących dominującą w międzywojennej propagandzie tendencję do bezrefleksyjnego idealizowania powstań[7] zaznaczał się w sposób wysoce selektywny, bez konsekwencji w postaci nasilenia się tendencji do kwestionowania samego sensu podejmowania walki w sytuacji beznadziejnej.
Może działał on za krótko (?), może osłabiały go w sposób znaczący inne elementy, składające się na całość formacyjnego oddziaływania środowiska na swoich członków, a może po prostu w ogólnym zamieszaniu, powstałym wskutek załamania się międzywojennego świata, nie było warunków dla podjęcie refleksji, zgodnej z kolportowaną przynajmniej przez część środowiska, zdroworozsądkową historiozofią. Bo przecież nie ulega wątpliwości, że gdy analizujemy z jednej strony deklaracje, z drugiej zaś kłócące się nieraz z nimi postawy, to te drugie są o wiele ważniejsze.

Wydaje się, że mimo dokonanego już bardzo znacznego postępu w stanie badań nad dziejami środowiska, istnieją wciąż pola nie zagospodarowane, lub zagospodarowane za słabo, stąd na wiele pytań nie potrafimy jeszcze odpowiedzieć. Problem stosunku do powstańczej tradycji jest jednym z takich właśnie kłopotliwych przypadków. Celowe wydaje się objęcie badaniami także takich zagadnień, które, choć odległe niekiedy od sfery wąsko rozumianej polityki, rzutowały jednak silnie na sposób myślenia ludzi pozostających w kręgu oddziaływania środowiska. Spośród nich właściwie tylko dwa były przedmiotem pomyślanych na szerszą skalę analitycznych studiów: stosunek do Kościoła katolickiego oraz religii[8], a także kompleks kwestii związanych z silnie w obrębie środowiska ujawnianymi postawami antyżydowskimi[9]. Czego natomiast ciągle brakuje, to pełniejszej refleksji nad modelem propagowanej w obrębie środowiska kultury literackiej – w tym w szczególności stosunku do tradycji romantycznej. Chodzi nie tylko o konstatację wpływu tej tradycji przy rozpatrywaniu genezy środowiska[10], ale i o zanalizowanie problemu jej obecności i żywotności na wszystkich szczeblach jego oddziaływania propagandowego.

Analiza enuncjacji propagandowych środowiska nie daje wiele w oderwaniu od szerszego tła, które się na enuncjacje te składało. W realiach międzywojennych deklarowany stosunek do tradycji powstańczej w równym stopniu był funkcją różnorakich przesłanek taktycznej natury (o czym niżej) jak i wynikał z pewnego szerszego poglądu na temat miejsca Polski w świecie, jej potrzeb oraz warunków, jakie muszą być spełnione, jeśli odrodzone państwo ma bezpiecznie egzystować. Ukazanie się w początkach lat 20 cyklu artykułów Romana Dmowskiego pod wspólnym tytułem
„Jak odbudowano Polskę”[11] dostarczyło środowisku klarownej interpretacji najnowszych dziejów, utrwalając rozpowszechnione w jego obrębie przekonanie o zasługach dla odbudowy państwa – w równej mierze mierzonych zasługami indywidualnymi poszczególnych, związanych z obozem narodowym osób, jak i posiadaniem trafnej koncepcji politycznej, wyrażającej się i w prawidłowym określeniu zbiorowych potrzeb społeczeństwa polskiego, i braniu pod uwagę uwarunkowań zewnętrznych, w obrębie których możliwe było przetrwanie niepodległego państwa na dłuższą metę. Jakkolwiek stanowisko to wspierane było argumentami różnej bardzo próby, ogólna jego wymowa daleka była od skrajności[12], sprowadzając do akceptacji powersalskiego status quo. I jakkolwiek krytyka poczynań irredentystycznych z pewnością nie była najważniejszym elementem całej koncepcji, to wynikała ściśle z przynajmniej dwóch jej istotnych składników.

Pierwszy z nich wiązał się z oceną, ogólnie trafną przynajmniej dla lat dwudziestych, że spośród dwóch wielkich sąsiadów Polski większe zagrożenia wiążą się z poczynaniami Niemiec, niż radzieckiej Rosji – państwa izolowanego polityczne i nie kwestionującego, przynajmniej otwarcie, granicy z Polską. Była to diametralnie odmienna optyka od tej, którą narzucały XIX-wieczne resentymenty powstańcze. Zgodnie z nimi to właśnie Rosja urastała do rangi głównego przeciwnika – często właściwie jedynego, gdyż pozostali w cieniu pogromcy powstań stawali się nieomal niewidoczni. Pokusę rewizji tego segmentu narodowej tradycji, który sprzyjał kultywowaniu fałszywego – w opinii środowiska – obrazu miejsca Polski w powojennym świecie wzmacniały dodatkowo względy natury taktycznej, związane ze swego rodzaju licytacją o zasługi poniesione w odbudowaniu państwa, prowadzoną z kręgiem postaci skupionych wokół Piłsudskiego. Ten spór, rozpoczęty już w pierwszej połowie lat dwudziestych, rozgorzał ze wzmożoną siłą po przewrocie majowym, gdy wyłoniona władza uzasadniała swoje panowanie wcześniejszymi zasługami w walce o niepodległość. O ile – przynajmniej w odniesieniu do postaci pierwszoplanowych – udział w czynie zbrojnym nie ulegał wątpliwości i nie mógł być kwestionowany, to sprawą odrębną była ocena skuteczności tych poczynań gdy idzie o zmiany w globalnym układzie sił, bez których polski fakt dokonany nie miałby żadnego istotnego znaczenia.

Drugim, istotnym dla oceny powstańczej tradycji, elementem dokonanej przez Dmowskiego oceny procesu odbudowy państwa, był daleko idący sceptycyzm w tym względzie. W obliczu trwających cztery lata krwawych zmagań wielomilionowych armii ranga zbrojnego wystąpienia kilkunastu tysięcy słabo uzbrojonych ludzi siłą rzeczy nie mogła być większa, niż wskazywała skala wydarzenia. To zresztą i dobrze – wystąpienie przeciw Rosji oznaczało bowiem wiązanie się z Niemcami – co stanowiło drogę prowadzącą w ślepą uliczkę. Na szczęście drogą tą poszli tylko nieliczni, w przeciwnym wypadku – sugerował – wybuch powstania mógłby doprowadzić do wycofania się Rosji z wojny, ze wszystkimi militarnymi i politycznymi konsekwencjami tego stanu rzeczy. W efekcie – szydził – „Uwolnilibyśmy Europę od długiej wojny, a siebie od kłopotów z własnym państwem”[13].

  Wnioski były jednoznaczne i miażdżące w swojej wymowie. O odzyskaniu państwa nie zadecydował własny czyn zbrojny, ale pomyślne dla sprawy polskiej zmiany, jakie dokonały się na arenie międzynarodowej. Zarówno z uwagi na brak sił, jak i angażowanie części z nich po niewłaściwej stronie, w istocie nie byliśmy w stanie wpłynąć na owe zmiany – mogliśmy je co najwyżej w porę dostrzec i należycie wyzyskać. To, że tak się stało i że w końcu odzyskaliśmy państwo, jest zasługą polityków cywilnych, a nie żołnierzy. Zadecydowała zatem mądrość, a nie męstwo. Poddawanie w tym miejscu tej interpretacji szerszej i bardziej szczegółowej ocenie nie jest celowe. Jej przydatność w roli narzędzia w toczącej się walce o umysły zanalizował w swoim czasie wnikliwie Andrzej Garlicki – wykazując, że jej przyjęcie wymagało pewnego przygotowania, stąd krąg adeptów z konieczności nie mógł być za szeroki[14]. O ileż łatwiej uwierzyć, że „chcieć to móc”!

Odwoływanie się raczej do zdrowego rozsądku, niż narodowej megalomanii, z dłuższej perspektywy czasowej może być uznane za zaletę proponowanej interpretacji, ale na bieżąco wcale nie musiało powiększać jej agitacyjnej atrakcyjności. Pod tym względem bardziej użyteczne były zapewne te jej elementy, których przyswojenie nie wymagało umiejętności krytycznego myślenia. Odnosiło się to przede wszystkim do uproszczonego obrazu świata polityki, w którym realizacja interesów i potrzeb narodu powiązana została ściśle z poczynaniami jednego środowiska – zagrożonym zarówno ze strony przeciwników sprawy polskiej, jak i tych, którzy za sprawą różnych przyczyn – bezmyślnego ulegania tradycji, zaślepienia partyjnego, zwykłej głupoty, wreszcie uległości wobec obcych – sprowadzali na kraj nieszczęścia, lub – w momentach historycznej szansy – utrudniali skorzystanie z okazji. Kwestia stosunku do tradycji powstańczej wpisywała się w ten schemat.
Komentując oraz wyjaśniając stanowisko, zajęte przez siebie oraz własny obóz w czasie pierwszej wojny światowej, Dmowski powiązał je ze starciami z przeciwnikami własnej polityki, jakie przed wojną miały miejsce w związku ze sporem orientacyjnym. Mieściła się tu kwestia stosunku do tworzonych w Galicji pod hasłami walki z Rosją formacji paramilitarnych, a także kontrowersje wokół stosunku do rewolucji rosyjskiej 1905 r., kiedy to Liga Narodowa zdecydowała się przeciwstawić powstańczym planom kierownictwa PPS. Pokusa podkreślenia ciągłości własnego stanowiska, a także odwoływanie się przeciwników Narodowej Demokracji do XIX-wiecznej tradycji powstańczej czyniła nieuchronnym przeniesienie dyskusji na grunt historyczny – z konsekwencjami w postaci prób odczytania na nowo najważniejszych wydarzeń tworzących rdzeń narodowej tradycji.

Ten teren konfrontacji mógł się wydawać o tyle dogodny, że wobec ogólnego bilansu powstań, układających się w ciąg spektakularnych porażek, zbicie argumentacji przeciwników nie wydawało się trudne. Za przykład inicjatywy pozbawionej szans od początku posłużyć w szczególności mogło otaczane przez Piłsudskiego kultem powstanie styczniowe. Zaostrzając stopniowo jego krytykę, w wydanej pod pseudonimem, opublikowanej w początkach lat 30 powieści sięgnął Dmowski po najcięższy z możliwych zarzutów, sugerując, że u podstaw inicjatywy podjęcia pozbawionej szans walki tkwiła obca, wroga Polsce intryga[15].

Spór o przeszłość – najbliższą, bo związaną z oceną zasług w odzyskaniu niepodległości – rzutował zatem także na ocenę przeszłości odleglejszej, żywej nie tylko w narodowej tradycji, ale i wywierającej – pośrednio – wpływ na rozwój wydarzeń na bieżącej politycznej scenie. Sygnalizowano polityczne uwarunkowania sporu o zasługi w odzyskaniu państwa. Po przewrocie majowym problem stał się o tyle bardziej palący, że budowa wizerunku grupy rządzącej jako spadkobierców niepodległościowych wysiłków XIX stulecia dokonywała się w sytuacji, gdy kurs polityczny stopniowo się zaostrzał… Trudno się dziwić, że w odbiorze współczesnych kwestie te bywały łączone. Jeśli bowiem prawo do władzy wynikać miało z poniesionych zasług, a państwo było wartością najwyższą, uświęconą krwią kolejnych pokoleń bojowników o niepodległość[16], to czy owe zasługi plus poczucie misji nie stanowiły dostatecznego uzasadnienia także dla zastosowania środków niepopularnych, celem zabezpieczenia z trudem odzyskanej niepodległości? Nawet, jeśli uznać takie rozumowanie za spekulację, to mieściła się ona w realiach początku lat trzydziestych. Przypadające na lata 1930-1931
okrągłe rocznice walk powstania listopadowego, ostentacyjnie obchodzone przez obóz rządzący, zbiegły się w czasie ze sprawą brzeską oraz jej reperkusjami[17].

Zaostrzenie się kursu politycznego nie tylko wpłynęło na temperaturę sporu o tradycję powstańczą, ale także w znacznym stopniu określiło jego dynamikę. Jakkolwiek w obrębie obozu narodowego krytykę powstań uprawiano przez cały okres międzywojenny, to w nasiliła się ona poczynając od drugiej połowy 1930 r. Kolportowane w prasie środowiska wątpliwości co do sensowności wystąpienia grupy młodych ludzi, bezmyślnie, bądź ze strachu przed pójściem pod prąd patriotycznej opinii popartych przez starsze społeczeństwo[18] odzwierciedlały oczywiście punkt widzenia środowiska, ale ostrość oraz jednoznaczność stanowiska pozostawała w ścisłym związku z przekonaniem, że toczony spór w istocie nie dotyczy przeszłości. Ten punkt widzenia trudno uznać za specyficznie endecki o tyle, że (inaczej motywowane) wątpliwości co do walorów tradycji powstańczej pojawiły się także w obrębie tej części sceny politycznej, gdzie kultywowano pamięć „czynu zbrojnego”, a autorytet Piłsudskiego tradycyjnie był wysoki. Ilustrowały je echa, jakie obudził powstały kilka lat później dramat Leona Kruczkowskiego, „Kordian i cham”.

Uwikłanie sporu o przeszłość w konflikt polityczny, związany z walką o władzę i „rząd dusz”, zaowocowało zaostrzaniem stanowiska. Zaznaczało się ono na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim wyraziło się w skłonności do rozszerzania listy wydarzeń rozpatrywanych w kategoriach występku, a co najmniej błędu. Zasadniczo
– poza akcją strzelecką z sierpnia 1914 r. oraz wystąpieniami Organizacji Bojowej PPS – rozciągała się ona na oba „romantyczne” powstania, 1831
i 1863 r.; wszakże w sygnalizowanym „Tragizmie losów Polski” Jędrzeja Giertycha podejrzenia o obcą inspirację objęły bez mała wszelkie podejmowane w naszych dziejach, niepomyślnie zakończone przedsięwzięcia, a dodatkowo wszystkie, które „biły w dorobek Rzymu”[19]. Potępienie masonerii określiło zatem stosunek nie tylko do XIX spisków, ale i wcześniejszych poczynań obozu oświeceniowego, analogiczne zaś potraktowanie reformacji dostarczyło klucza do interpretacji przyczyn osłabienia Rzeczypospolitej… Symptomem zaostrzania stanowiska była także nasilająca się skłonność do sięgania do legitymistyczno-konserwatywnej historiozofii, z ryczałtowym potępieniem „liberum conspiro”. W przypadku Giertycha wyraziła się ona w przyjęciu poglądu Kazimierza Mariana Morawskiego na przyczynę upadku Polski[20], w przypadku innego, reprezentatywnego dla młodego pokolenia publicysty i działacza, Adama Doboszyńskiego przybrała ona jeszcze bardziej skrajną postać. W swej nieufności wobec konspiracji potępił on bowiem wszelkie formy polityczne, oparte bądź na ukrywaniu działań przed szerszym ogółem, bądź związanych z kolektywnym (a nie jednoosobowym) podejmowaniem decyzji[21]. Tym samym co najmniej podejrzane stały się w gruncie rzeczy także i poczynania własnego środowiska – zarówno z uwagi na jego organizację, jak i genezę. Abstrahując bowiem nawet od pozostałości dawnej partii wyborczej w statucie oraz programie Stronnictwa Narodowego, swój początek wywodziło ono z działań organizacji tajnej – Ligi Narodowej.

Nie trzeba dodawać, że w obrębie ruchu tradycję tę uważano za zaszczytną. Stąd też – między innymi – zbyt daleko posunięta przyncypialność w potępieniu spisków i powstań zaczęła budzić wątpliwości i opory także i w samym obozie narodowym. Wśród podnoszonych publicznie obiekcji szczególną wymowę miała miażdżąca ocena pisarstwa K.M.Morawskiego dokonana przez związanego z obozem narodowym renomowanego historyka, prof. Władysława Konopczyńskiego. W sarkastycznie zatytułowanym
(„Klio na przeszkoleniu”) artykule ośmieszył on postulaty uwolnienia nauki historycznej od masońskiego oświetlenia, przypominając, że ideałem nauki historycznej będzie zawsze prawda, a nie użyteczność[22]. Znakiem czasu wszakże było to, że ta właśnie, wieńcząca artykuł konkluzja uznana została za zbyt skrajną i zetknęła się z polemiką – i nawet nie ze strony skłonnej do ekstremizmu młodzieży. Zaprotestował polityk starszego pokolenia, Stanisław Kozicki, dowodząc otwarcie, że nikt mu „nie wytłumaczy, iż rzeczą ważniejszą jest badanie życia, niż ono samo” – z czego wynikać miało „że jest usprawiedliwiony polityk, który stawia wymagania dziejopisarzom.
Dla nikogo z nas nie jest obojętne co będzie z narodem polskim. Dla wielu z nas jest to troska największa, o wiele większa niż miłość  wiedzy i troska o jej przedmiotowość i obiektywizm”[23].

Jak w wielu innych tego rodzaju wymianach poglądów, różnice stanowisk stanowiły odbicie odmiennych mentalności oraz sposobów myślenia. Biorąc pod uwagę, że właśnie Stanisławowi Kozickiemu przypadło w udziale – w związku z wycofaniem się prof. Zygmunta Wojciechowskiego – opracowywanie oficjalnej historii Ligi Narodowej, jego opinia brzmiała w tym momencie co najmniej dwuznacznie. Abstrahując od dalszych losów inicjatywy[24], jej podjęcie wskazywało na coraz większą wagę, jaką kierownictwo ruchu przywiązywało do batalii o pamięć, toczonej z obozem Piłsudskiego. Bezpośrednim impulsem było tu ukazanie się w roku 1933 książki Władysława Poboga-Malinowskiego,
„Narodowa Demokracja 1887-1918. Fakty i Dokumenty”. Zawarte w niej zarzuty zostały potraktowane bardzo poważnie – jak uważano, właściwą odpowiedzią na pracę Poboga może być jedynie erudycyjna monografia, pod każdym względem lepsza od książki sanacyjnego historiografa[25].

Problem irredenty wyznaczył punkt ciężkości polemiki. Podstawowym bowiem zarzutem, jaki postawił endecji czołowy historiograf obozu rządzącego, była sugestia ugodowości wobec Rosji. Dobierając dokumenty i troskliwie przycinając cytaty, starał się Pobóg-Malinowski wykazać oportunizm środowiska, w istocie nie różniącego się swoim stanowiskiem od ugodowców. Jak sugerował, nawet w najwcześniejszej fazie swojej działalności, gdy w powszechnej opinii Liga zajmowała postawę antyrosyjską, w istocie kluczyła, wikłała się w polityczne lawirowanie.
Odrzucenie drogi powstańczej oznaczało pogodzenie się z niewolą – nie można było bowiem zakładać, że inaczej niż siłą skłoni się wroga, by się wycofał.

Próba podjęcia zasadniczej polemiki z ujęciami zawartymi w książce Poboga wskazuje, obok innych symptomów, na istnienie w obrębie ruchu oporów przed wchodzeniem do końca w rolę przeciwnika irredenty – a co najmniej na brak zgody na stawianie znaku równości między krytyką powstań a przyjęciem postawy ugodowej. Jakkolwiek w bieżącej propagandzie sięgał on chętne do argumentacji zaczerpniętej z arsenału środowisk konserwatywnych, miał jednak – co w szczególności odnosi się właśnie do starszego pokolenia – świadomość odrębności przebytej drogi. Ruch uformował się w działalności spiskowej, w toku polemik prowadzonych także z reprezentantami środowisk ugodowych. Ich wyciszenie w ciągu dziesięciolecia poprzedzającego wybuch I wojny światowej wiązało się z przeobrażeniami społecznymi ruchu, ewoluującego coraz bardziej na prawo, w sferze zaś politycznej z narastającą tendencją do nie eksponowania dalekosiężnych celów politycznych, jako niemożliwych do realizacji w istniejących warunkach[26]. Zamiarem środowiska było jednak działanie na rzecz zasadniczej zmiany owych warunków.
Wiara, że będzie to możliwe we wchodzącej w rachubę perspektywie czasowej, w istocie irracjonalna[27], odróżniała środowisko od eksponujących swój „realizm” środowisk ugodowych.
Świadomość istniejącej odrębności rzutowała na możliwości pełniejszej integracji w obrębie szeroko rozumianego obozu prawicowego, animując – po obu stronach – nieufność i rodzącej różnorakie komplikacje w toku podejmowanej współpracy. Zawarta w książce Poboga-Malinowskiego sugestia wspólnego mianownika uderzała w czułą strunę. Jakkolwiek zawarte w niej zarzuty nie były nowe, dotyczyły spraw i czasów na tyle już odległych, że krąg pamiętających je postaci coraz szybciej już malał. Trudno się więc dziwić, że właśnie w jego obrębie zdecydowano się przypomnieć stanowisko i poczynania ruchu w czasach niewoli – układające się, właśnie w kwestii stosunku do irredenty – w obraz nieporównanie bardziej wielowymiarowy i złożony nie tylko od tego, który został naszkicowany przez Dmowskiego w powieści „Dziedzictwo”, ale i od tego, który zawarł we wcześniejszej „Polityce polskiej”.

Zapewne można spierać się o pojęcie irredenty. W wydanej w serii „A to Polska właśnie” monografii polskich poczynań niepodległościowych autorstwa Włodzimierza Suleji zostało ono zredukowane do poczynań typu powstańczego. Narodowa Demokracja pojawia się w niej dopiero przy okazji omawiania sporu orientacyjnego w przededniu I wojny światowej, przywołana jako przykład zerwania – właściwej irredencie polskiej od czasów konfederacji barskiej – ciągłości politycznych koncepcji, ze wskazaniem Rosji jako najgroźniejszego przeciwnika[28]. Mam wątpliwości, czy takie zakwalifikowanie Narodowej Demokracji jest generalnie trafne. Z wielu powodów, także ze względu na żywotność uprzedzeń wobec Rosji, zdradzanych przez kierownictwo Ligi, w szczególności angażującego się w sporze orientacyjnym po stronie Rosji Dmowskiego. Trwałość tych uprzedzeń potwierdza wiele świadectw, przede wszystkim korespondencja. Wskazują one, że poglądy Dmowskiego w istocie nie uległy zmianie od czasów, gdy wyżywał się w antyrosyjskiej publicystyce. Antagonizmowi polsko-rosyjskiemu, w zgodzie zresztą z irredentystyczną XIX-wieczną polską tradycją, przypisywał on tło cywilizacyjne – widział w nim nie zwykły spór polityczny, ale element globalnego starcia Zachodu ze Wschodem. Tego rodzaju optyka nie musi bezpośrednio przekładać się na bieżące dyrektywy polityczne, ale w dłuższej perspektywie rzutuje na sposób myślenia i negliżowanie jej znaczenia nie wydaje się słuszne. W podobnie „globalnych” kategoriach cywilizacyjnego starcia widział Dmowski także relacje polsko-żydowskie, charakterystyczne jednak, że mimo narastającego z upływem lat zacietrzewienia potrafił pozytywnie się wyrażać na przykład o żydowskiej pracowitości, czy żydowskiej rodzinie.
Paradoksalne, że trudniej byłoby znaleźć sądy o podobnie dodatniej wymowie o Rosjanach.

W początkach swojej działalności Liga zdradzała zainteresowanie tego rodzaju formami działalności politycznej, które, jakkolwiek w sposób jednoznaczny dystansowały się od zamiaru wywołania kolejnego powstania, miały jednak wymowę niedwuznacznie irredentystyczną. „Nie pójdziemy dziś na wroga z kosami – głosiła jednak z odezw Ligi Narodowej – bo by nas zmógł i pobił. Ale jak przed laty Kiliński, w imię Boga, z czym kto może – z nożem czy siekierą, ze strzelbą czy pałką tępmy to robactwo, co nam kraj zapaskudza, tych urzędników, nauczycieli moskiewskich, popów, żandarmów, strażników i wszystkich kacapów, którzy się do nas przywlekli i ostatni kęs chleba nam wydzierają. Brońmy się prawem, a jak prawo nie pomoże
– to siłą, a jak siła nic nie zrobi – to chytrością i zdradą”. W innej odezwie powoływano się na przykład ludności Irlandii, która potrafiła znaleźć skuteczny środek na angielski ucisk, kiedy zamiast organizować kolejne bezowocne powstania przystąpiła do zabijania najbardziej gorliwych dręczycieli – a przy okazji także „i swoich łotrów i zdrajców”. Płynie stąd i dla Polski wskazówka: „Niech w każdym mieście, w każdym powiecie choćby po dwóch, po trzech łajdaków zginie, zaraz inni zmiękną”[29].

Drastyczna w swojej wymowie dosłowność tego rodzaju zachęt tłumaczy, dlaczego nie mogły być one podtrzymywane później, gdy ruch okrzepł i podjął starania o pozyskanie środowisk umiarkowanych. Były one wszakże odbiciem pewnego sposobu myślenia, stanowiącego trwały element filozofii politycznej środowiska, przede wszystkim typowej dla nacjonalizmu tendencji do budowy własnej siły poprzez wyzyskiwanie napięć narodowościowych. W logice tego rodzaju poczynań mieściło się i odwoływanie się do poczucia odrębności, i przecinanie tworzących się pod obcymi rządami powiązań między ludnością polską, a napływającymi Rosjanami. Z tego rodzaju poczynaniami wiązał się już debiut polityczny środowiska[30], a kontynuowano je i później, także i po proklamowaniu „kursu na Rosję”[31]. Podobnie trwałe okazało się poszukiwanie form, w których mogłaby się realizować – skutecznie i bez narażania się na przeciwdziałanie wrogiego państwa – aktywność narodowa.

Przed wojną właśnie ocena tej aktywności, jej celowości i skutków, była przedmiotem sporów i polemik toczonych z obozem konserwatywnym. Analizując przebieg kryzysu, zakończonego wybuchem powstania 1863 r., publicystyka ugodowa starała się wykazać, że irredenta polska – nie tylko wybuch walk, ale i poprzedzające go wrzenie – przecięła możliwości zreformowania systemu rządów w zaborze rosyjskim. Mogliśmy mieć autonomię, ale przez niecierpliwość i brak umiaru popsuliśmy wszystko. Ten sam motyw pojawił się także przy okazji krytyki poczynań zdominowanej przez Narodową Demokrację reprezentacji polskiej w II Dumie, gdzie zbyt daleko idące żądanie polskie miały zrazić Rosjan, rzekomo gotowych do ustępstw[32]… Optyka endecka była zasadniczo odmienna o tyle, że o ile za błąd uważano samo rozpoczęcie walk, to poprzedzające wybuch utrzymywanie się stanu napięcia postrzegano jako czynnik korzystny, bez którego Rosjanie nie widzieliby potrzeby bardziej elastycznej polityki. Rozwiązanie dylematu: jak wywierać nacisk, a nie przeciągnąć struny widziano różnie. Początkową fascynację irredentą na wzór irlandzki zastąpiło z czasem zainteresowanie możliwościami swego rodzaju narodowej pracy organicznej, prowadzącej do stopniowego zagospodarowywania dziedzin nie kontrolowanych przez obce państwo, z wyzyskaniem legalnych form działalności, ale nie ograniczaniem się do nich.

Odrębny problem stanowi ogólna wymowa całej politycznej koncepcji. Nie ulega wątpliwości, że ujawniony podczas Wielkiej Wojny, a kultywowany przez środowisko i wcześniej, program budowy Polski jako państwa „wielkiego”[33], złożonego z ziem wszystkich trzech zaborów, zwracał się przeciw wszystkim mocarstwom zaborczym, a zatem również przeciw Rosji. W tym sensie w jakiejś mierze – w sposób wielce specyficzny – nawiązywał do tradycji XIX-wiecznej irredenty.

Wydaje się wszakże, że można tu mówić o pokrewieństwie duchowym bardziej bliskim i bezpośrednim. Warto, jak sądzę, wczytać się w tę część zawartego w
„Polityce Polskiej” wywodu Dmowskiego, w którym określił własny stosunek wobec romantycznej zasady mierzenia sił na zamiary – poddając przy okazji sarkastycznej krytyce publicystów konserwatywnej szkoły krakowskiej, którzy nad zasadą tą, jak pisał, „wielce się znęcali”. Tymczasem “Nie to było grzechem organizatorów powstań, że >>mierzyli siły na zamiary<<, ale to, że zamiary ich nie były mądre, a właściwie nawet, że zapytani o swe zamiary, nie umieliby dać odpowiedzi, bo nie wiedzieli dobrze, do czego dążą. Zasady >> mierzenia zamiaru według sił<<, w istocie słusznej, bardzo łatwo nadużywać dla usprawiedliwienia lenistwa i braku odwagi.
Tymczasem wielkie zamiary, wielkie cele, bardzo na pozór przerastające siły, bywają przeważnie urzeczywistniane, jeżeli ci, co je sobie stawiają, wiedzą dobrze, do czego idą, i wszystkie swe siły ku jednemu zwrócą celowi. Wtedy siły rosną ponad oczekiwanie”[34].

[1] Leszek Kamiński, Romantyzm i ideologia. Główne ugrupowania polityczne Drugiej Rzeczypospolitej wobec tradycji romantycznej, Wrocław 1980, s. 62-86.

[2] Patrz: Wojciech Wasiutyński, Tragizm i komizm książki Giertycha, „Ruch Młodych”, lipiec-sierpień 1936, nr 7-8, 10-11, s. 10-12.

[3] Bez względu na rozmach, nadawany krytyce tradycji powstańczej w obrębie obozu narodowego, nie jemu przecież przypadała palma pierwszeństwa w tym zakresie.
Można tu wręcz mówić o przejęciu części ideowego dziedzictwa obozu konserwatywnego – mającego w swoim dorobku i głośne manifesty publicystyczne w rodzaju „Teki Stańczyka”, i działania praktyczne w duchu ugodowym podejmowane na terenie państw zaborczych przed rokiem 1914. To swoiste zawłaszczenie było możliwe także dlatego, że po wojnie, w realiach własnego państwa, środowiska zachowawcze nie okazywały już gorliwości w poddawaniu rewizji heroicznej wersji dziejów ojczystych XIX stulecia.

[4] Dla którego Polska w dobie „Solidarności” – jak pisał – „stała się
sensacją na rok, hasłem na dwa, wspomnieniem na trzy” (O program większości, Londyn 1986, s. 25).

[5] Oddajmy znów głos Wojciechowi Wasiutyńskiemu. „O powstaniach 1930 i 1963 roku powiedziano, że wywołały je dzieci. Powstania warszawskiego nie wywołały dzieci, wywołali je starzy oficerowie legionowi. W tym powstaniu skoszony został kwiat młodzieży narodowej. I kwiat młodzieży w ogóle. I intelektualistów.
I zginęło 200.000 ludzi, a wraz z nimi nieodtwarzalne skarby kultury i nieocenione dobra materialne. Potem armia sowiecka okupowała Polskę, pozbawioną
głowy” (Czwarte pokolenie. Szkice z dziejów nacjonalizmu polskiego, Londyn
1982, s. 13).

[6] Pisali o tym, rozmaicie rozkładając sympatie, m.in. Jerzy Janusz Terej (Idee, mity, realia. Szkice do dziejów Narodowej Demokracji, Warszawa 1971), Wiesław Chrzanowski (Stronnictwo Narodowe w latach 1945-1947 na terenie kraju, Zarys działalności, „Głos” nr 55, listopad 1989, s. 88-101; nr 56-57, styczeń-luty 1990, s. 109-122; nr 58-59, marzec-kwiecień 1990, s.128-144), a ostatnio Lucyna Kulińska (Narodowcy. Z dziejów obozu narodowego w Polsce w latach 1944-1947, Warszawa 1999 i 2001).

[7] Dotyczyło to także nauki historii i nie tylko na poziomie szkolnym – przykładowo, w obszernym wydawnictwie wydanym w Warszawie w połowie lat trzydziestych, stanowiącym z założenia kompendium wiedzy o Polsce, realizowanym we współpracy z troskliwie dobranym gronem uczonych, poświęcone dziejom Polski XIX wieku rozdziały autorstwa Henryka Mościckiego i Janusza Iwaszkiewicza – obszernie informując o podejmowanych usiłowaniach powstańczych oraz działalności spiskowej, traktują ją jako coś zrozumiałego samo przez się, a pytanie o szanse przedsięwzięcia w ogóle nigdzie nie pada… (Patrz: „Wiedza o Polsce”, Warszawa b.d., t. 1, s. 489-582).

[8] Patrz: Bogumił Grott, Nacjonalizm chrześcijański, Krzeszowice 1999.

[9] Mam tu na myśli prace Mieczysława Sobczaka oraz – ostatnio – Olafa Bergmana.

[10] W tym względzie pionierski charakter mają ustalenia Romana Wapińskiego, a także Teresy Kulak (Jan Ludwik Popławski 1854-1908. Biografia polityczna, Vol.1, Wrocław 1989, s.192).

[11] Zebranych później w książce: „Polityka polska i odbudowanie państwa” (dwa wydania w połowie lat 20, potem kolejne).

[12] K.Kawalec, Roman Dmowski, Wrocław 2002, s.244-245.

[13] R.Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa, Wyd. drugie, Warszawa 1926, s.147.

[14] A.Garlicki, Przewrót majowy, Warszawa 1980, s.127-128.

[15] K.Wybranowski, Dziedzictwo, Wydanie siódme (na podstawie drugiego), Wrocław 1997, s. 100-102.

[16] Potwierdzały to sformułowania konstytucji kwietniowej, gdzie odrodzenie państwa zostało związane z „walką i ofiarą najlepszych swych synów” (cyt. za: Polska w latach 1918-1939. Wybór tekstów źródłowych do nauczania historii, Warszawa
1986, s. 276).

[17] „Kto chce naród obłąkać – pisał Zygmunt Wasilewski – może to zrobić przez patriotyzm uczuciowy, czepiający się symbolów; wtedy można dać oręż do ręki przeciwko rodakom tym, co widzą rzeczywistość i dlatego tylko, że widzą. Kult patriotyczny chorągwi narodowych mogą uprawiać ludzie, nie tający dla narodu samego pogardy. Toteż ludzie tego typu znaleźli w obchodzie okazję do zamanifestowania swojej >> ideologii << i nie chcieli słuchać
żadnych historycznych poglądów na powstanie, upatrując w krytyce polityki
ówczesnych powstańców chęć pomniejszenia chwały polityki obecnej; ona jest bowiem dalszym ciągiem tamtej” (Na Widowni, „Myśl Narodowa” nr
50 z 7 grudnia 1930, s. 773. Por. tenże, Na Widowni, „Myśl Narodowa”
nr 39, z 28 września 1930, s. 613).

[18] „W Polsce – pisał Jan Zamorski – ludzie mają jeden wspólny, największy strach,
żeby ich nie posądzono o to, iż się boją” (Uwagi nad powstaniem listopadowym, „Myśl Narodowa” nr 47 z 23 listopada 1930, s. 738).

[19] J.Giertych, Tragizm losów Polski, Pelpin 1936, s. 6-7. Patrz też: s. 65-91.

[20] K.M.Morawski,
Źródło rozbiorów Polski. Studia i szkice z epoki Sasów i Stanisławów, Poznań
1935.

[21] Uczynił
to w broszurze pt. “Konspiracje”, wydanej w Warszawie w 1939 r.
Szerzej na ten temat: Bernadetta Nitschke, Adam Doboszyński. Publicysta i polityk, Kraków 1993, s. 110-115.

[22] W.Konopczyński, Klio na przeszkoleniu, „Myśl Narodowa” nr 16 z 18 kwietnia 1937 r., s. 247-248.

[23] S.Kozicki, Publicystyka i historia, „Myśl Narodowa” nr 21 z 23 maja 1937, s.
321-322.

[24] Stanisław Kozicki pracował wolno i nie zdążył z książką przed wybuchem wojny – los sprawił, że nie było mu więc dane wywiązać się z roli propagandysty. W rezultacie monografia Ligi Narodowej, doprowadzona do roku 1907, ukazała się
dopiero w roku 1964, wydana w Londynie sześć lat po śmierci autora. Los okazał
się dla niej łaskawy o tyle, że dzieło S.Kozickiego, mimo licznych braków warsztatowych, mimo wszystko zachowało trwałą wartość. Oparte było ono bowiem
(jak i książka Poboga-Malinowskiego) w znacznym stopniu na dokumentacji, która dziś już nie istnieje. Mowa o zbiorach przechowywanych w Muzeum Polskim w Raperswilu – krótko przed 1939 rokiem przeniesionych do Warszawy, gdzie spłonęły w czasie wojny. Zniszczona także została większość zebranych dla potrzeb pracy relacji – mimo podjętych środków ostrożności, polegających na podziale kolekcji i jej rozlokowaniu w prywatnych mieszkaniach.

[25] Stąd też Dmowski niestety zlekceważył sugestię prof. Z.Wojciechowskiego osobnego wydania zbioru dokumentów dotyczących Ligi (patrz: list z Warszawy z
13.03.1933, Biblioteka PAN Kraków, sygn. 7782). W kontekście późniejszych losów zbiorów raperswilskich można tylko żałować, że tak się stało.

[26] W rezultacie polityka środowiska stawała się dwoista: bulwersującym często opinię
deklaracjom o wymowie prorosyjskiej towarzyszyły prowadzone równolegle, zintensyfikowane po roku 1905, działania na rzecz rozbudowy wpływów Ligi na wschód od Królestwa (Roman Wapiński, Narodowa Demokracja 1893-1939. Ze studiów nad dziejami myśli nacjonalistycznej, Wrocław 1980, s. 125).

[27] R.Wapiński, Roman Dmowski, Lublin 1989, s. 185.

[28] W.Suleja, Kosynierzy i strzelcy. Rzecz o irredencie, Wrocław 1997, ss. 183.

[29] Odezwy Ligi Narodowej, Biblioteka PAN, Kraków, sygn. 7783, bez paginacji.

[30] Mowa z stanowisku, zajętym wobec udziału młodzieży polskiej w rozruchach, które w r.
1890 objęły uniwersytety rosyjskie – co się powtórzyło także w latach 1899 i
1901. W równej mierze chodziło tu o zaznaczenie odrębności polskiego stanowiska, jak i niedopuszczenie do tworzenia się więzów, integrujących
środowiska buntującej się młodzieży ponad narodowymi podziałami. Znamienne wydają się komentarze związanego z obozem ugodowym publicysty i działacza, Erazma Piltza. Choć oczywiście jak najdalszy od pochwalania rozruchów studenckich, uznał, że motywy, którymi kierowała się polska młodzież
powstrzymując od udziału w rozruchach, są o wiele bardziej niebezpieczne i je przede wszystkim potępił (Nasza młodzież, Przez Scriptora, wyd. II, Kraków
1903, s. 98).

[31] Patrz: Izabela Wolikowska z Lutoslawskich, Roman Dmowski, Człowiek, Polak, Przyjaciel, Chicago 1961, s. 273.

[32] Hipolit Korwin-Milewski, Siedemdziesiąt lat wspomnień (1855-1925), Poznań 1930, s. 275.
Por. Henryk Dembiński, Dziennik 1907-1915, wstęp i opracowanie Szymon Rudnicki, Warszawa 2000, s. 64-66.

[33] Patrz: Piotr Wandycz, Narodowa Demokracja a polityka zagraniczna II Rzeczypospolitej,
“Więź”, nr 7-8, lipiec-sierpień 1989, s. 157-158, 162, 168. Por.: R.Wapiński, Roman Dmowski, Lublin 1989, s. 239, tenże, Historia polskiej myśli politycznej XIX i XX wieku, Gdańsk 1997, s. 165-166.

[34] R.Dmowski, Polityka polska i odbudowanie państwa. Wydanie drugie, Warszawa 1926, s.126.

Powstanie Listopadowe – analiza prof. M. Bobrzyńskiego

Źródło: Prof. Michał Bobrzyński, „Dzieje narodu i państwa polskiego”, rdz. „Powstanie Listopadowe”

By zdać sobie sprawę, skąd się wzięło powstanie listopadowe, posłuchajmy następującej cytaty:

„Półgębkiem tylko wspomina się o jednej przyczynie, którą niestety trzeba będzie uznać za istotną. Mianowicie tajne związki europejskie miały zwrócić się do swoich „braci” w Polsce z żądaniem wywołania rewolucji, aby zatrudnić Mikołaja w domu i nie dopuścić do jego interwencji w sprawach belgijskiej i francuskiej. Wolnomularze przypomnieli to dzisiaj mimochodem przy okazji stulecia belgijskiego, a przygotowywana w Paryżu wystawa pamiątek Powstania Listopadowego wychodzi już wyraźnie z tego przypomnienia”. (Jan Zamorski, Uwagi nad Powstaniem Listopadowym, „Myśl Narodowa” 1930, Nr 46, 47 i 48 z dn. 16, 23 i 30 listopada).

Jak wiadomo, 29 lipca 1830 roku wybuchła w Paryżu rewolucja (tzw. rewolucja lipcowa), której owocem było obalenie we Francji starszej linii Burbonów, a 25 sierpnia wybuchła w Brukseli rewolucja, która doprowadziła do oderwania się Belgii od Holandii. I w obu tych rewolucjach rolę naczelną odegrała masoneria.

Nawiasem mówiąc, nie tylko masoneria była zainteresowana w wybuchu tych rewolucji, będących nowym nawrotem do tradycji dawnej „wielkiej” rewolucji. Była w tym zainteresowana również i polityka pruska. Oględnie daje to do zrozumienia Bismarck w swoich pamiętnikach: „Przyjazne Polsce (polenfreundlich) rosyjsko-francuskie przymierze, jakie wisiało w powietrzu przed rewolucją lipcową, byłoby ówczesne Prusy postawiło w trudne położenie”.

Utrzymanie się jednak zdobyczy rewolucji lipcowej zagrożone było przez to, iż cesarz rosyjski Mikołaj I zamierzał we Francji interweniować zbrojnie, aby rewolucję lipcową obalić. Najdalej wysuniętymi na zachód siłami wojskowymi, znajdującymi się pod władzą Mikołaja, były wojska polskie w Królestwie Kongresowym. Tych właśnie wojsk zamierzał Mikołaj użyć do stłumienia rewolucji francuskiej.

Przy tym samym ogniu zamierzał zresztą upiec i inną jeszcze pieczeń: wyprowadzenie wojsk polskich z Królestwa i poprowadzenie ich do Francji dawało mu sposobność do mocniejszego ujęcia w swoje ręce władzy w Królestwie Polskim oraz władzy nad polskim wojskiem.

Z tych ostatnich powodów decyzja Mikołaja była faktem z punktu widzenia interesów polskich niepomyślnym. Faktowi temu polityka polska powinna się przeciwstawić bądź by do niego nie dopuścić, bądź by zneutralizować jego skutki. Ale powinna to zrobić w ten sposób, by nie narazić Polski na jakieś skutki jeszcze bardziej niepomyślne. Polityka polska miała tu przed sobą kilka różnych możliwości. Pomówimy o nich niżej.

Do możliwości tych nie należało jednak powstanie listopadowe. Dziwnym zbiegiem okoliczności poprowadzone zostało tak, że za jednym zamachem uratowało rewolucję francuską przed interwencją cara Mikołaja oraz doprowadziło do likwidacji państwowości polskiej, utrzymującej się pod postacią Królestwa Kongresowego. To znaczy przyniosło dwa rezultaty, które były wysoce korzystne z punktu widzenia interesów i dążeń masonerii.

Pod tym względem powstanie to przypomina do złudzenia powstanie kościuszkowskie: i ono również uratowało rewolucję francuską i zniszczyło szczątki państwowości polskiej. Nie należy sądzić, by strata, którą powstanie to dla naszego narodu spowodowało: utrata samodzielności Kongresówki, była stratą małą. Królestwo Kongresowe było prawdziwie silnym państwem. Miało ono doskonałe wojsko, liczne, dobrze wyposażone i wyćwiczone, ożywione doskonałym i bez zastrzeżeń polskim duchem. Miało zasobny skarb, umiejętną i przewidującą polityką ministra Lubeckiego systematycznie powiększany. Miało własny rząd, skupiający w swoim ręku niemal pełnię władzy. Miało rozumną politykę wewnętrzną, bardzo szczęśliwą, zwłaszcza w dziedzinie gospodarczej, która doprowadziła do tego, że Królestwo znajdowało się w stanie po prostu kwitnącym; w przeciwieństwie np. do stosunków dzisiejszych, zarówno poziomem zamożności jak poziomem kultury górowało nad sąsiednim Księstwem Poznańskim, stanowiąc dla niego wzór niedościgniony.

Mając takie czynniki politycznej siły i politycznej niezależności, jakie stanowi rząd, skarb, wojsko oraz zamożny i patriotyczny duchem ożywiony kraj, stanowiło Królestwo Kongresowe potężną pozycję w bilansie sił narodowych Polski, pozycję, która mogła w dogodnym momencie zaważyć w sposób rozstrzygający na losach całego narodu. Słuszności powyższych wywodów w najmniejszej mierze nie umniejsza fakt, że Królestwo Polskie związane było węzłami polityczno-prawnymi z Rosją, że w Warszawie rezydował jako namiestnik carewicz Konstanty i dawał się swoim brakiem taktu, swoją brutalnością i okrucieństwem krajowi mocno we znaki, że, życie polityczne Królestwa było zatrute miazmatami wprowadzonego przez Konstantego systemu policyjnego oraz że wreszcie stacjonowało w Królestwie kilka pułków rosyjskich, złożonych zresztą przeważnie z mieszkańców ziem zabranych. Bo były to fakty, które w razie potrzeby można było niemal bez wysiłku zlikwidować.

Pamiętać jeszcze należy dodatkowo, że powstanie listopadowe nie tylko zniszczyło samodzielność Królestwa, ale i osłabiło polskość w tzw. ziemiach zabranych, to jest należącej bezpośrednio do Cesarstwa Litwie i Rusi. Wystarczy przypomnieć sobie to, co każdy wie o stosunkach wileńskich w epoce Mickiewicza, a więc zaledwie na kilka lat przed powstaniem, by zdać sobie sprawę, jak silna tam była polskość – a więc jak wielkie ponieśliśmy tam przez powstanie straty.

Jaką rolę mogło Królestwo Kongresowe w dogodnym momencie odegrać, pokazuje najlepiej sytuacja w 1848 roku. W roku tym wybuchły rewolucje w Berlinie i w Wiedniu, a więc sparaliżowane były przez dłuższy czas dwa spośród trzech państw zaborczych. Wybuchło poważne powstanie polskie w Poznańskiem (obejmujące częściowo także i Pomorze), które zdołało wytworzyć pewną siłę zbrojną i stoczyło parę poważniejszych utarczek z wojskami pruskimi – wśród nich dwie zwycięskie (pod Miłosławiem 30 kwietnia, pobity korpus 5.000 Prusaków generała Blumena, i pod Wrześnią 2 maja, pobity oddział 1.800 Prusaków gen. Hirschfelda). Wybuchły poważne rozruchy w Galicji (dopuszczono do tworzenia się „gwardii narodowej”, później jednak zbombardowano Kraków i Lwów), mimo że prowincja ta była bardzo wyczerpana wydarzeniami sprzed dwóch lat (1846, próby powstania, rzeź galicyjska), Wybuchły poważne niepokoje w Czechach. Wybuchło groźne powstanie przeciwaustriackie na Węgrzech, rozmiarami swymi podobne do wojny polsko-rosyjskiej z lat 1830-1831.Wybuchło wreszcie zwrócone również przeciw Austrii powstanie we Włoszech.

Można sobie bez trudu wyobrazić, jakby wyglądał rok 1848, gdyby wypadki lat 1830-31 nie zniszczyły samodzielności Królestwa Polskiego i polskiej siły politycznej na ziemiach wschodnich. Królestwo Kongresowe, o znacznie zmniejszonym w porównaniu do czasów sprzed roku 1830 zakresie samodzielności, przeważyłoby swoim udziałem w wypadkach 1848 szalę na korzyść rewolucji. Siły polskie z Królestwa Kongresowego zapewniłyby zwycięstwo w Poznańskiem, na Pomorzu i w Galicji. Tym sposobem powstałby rozległy blok terytorialny polsko-węgierski, obejmujący zapewne również Litwę oraz sporą część ziem ruskich, a być może też i Czechy, który posiadałby zapewne dostateczną siłę po temu, by oprzeć się zwycięsko połączonym siłom nietkniętej rewolucją Rosji i osłabionym przez rewolucję Prus i Austrii.

Oczywiście wypadki te mogły nastąpić również i znacznie wcześniej, a niekoniecznie dopiero w roku 1848. Wypadki te w tej formie nie nastąpiły, bo zabrakło im rzeczy najważniejszej: wojska, skarbu i organizacji państwowej Królestwa Kongresowego. W roku 1846 Królestwo, a tak samo ziemie zabrane, nie zdołały nawet drgnąć. Pozostały w zupełnym bezruchu, bo na przedsięwzięcie jakiegokolwiek poruszenia brak im było sił; siły ich wypaliły się do cna i bez możności odtworzenia w ciągu długich dziesięcioleci – w latach 1830-1831.

Niejeden z czytelników może fakt wybuchu wywołanej przez tajne związki rewolucji w Berlinie uważać za argument przeciwko tezie, iż Prusy i tajne związki stanowiły zawsze solidarny obóz. W istocie tak nie jest. Tajne związki nie stanowią jednolitego mechanizmu, posłusznego każdemu skinieniu kierownictwa. Stanowią one wyrośnięty organicznie splot urozmaiconych i nieraz ze sobą skłóconych grup, które jedynie tylko bardzo misterną akcją ukrytego w najgłębszej konspiracji ośrodka centralnego potrafią przynajmniej w rzeczach najważniejszych być nakierowane na drogi wskazane przez centralny ośrodek. W wielu jednak przypadkach polityka tajnych związków bywa niekonsekwentna i bezładna. Toteż w zwracaniu się bardziej radykalnych spośród tajnych związków przeciw Prusom, które są trwałym sojusznikiem tajnych związków, nie ma nic nienaturalnego.

* * *

Powstanie listopadowe – zupełnie tak samo jak powstanie Kościuszki – nie było właściwie powstaniem, ale wypowiedzeniem wojny z równoczesnym dokonaniem przewrotu rewolucyjnego (obaleniem rządu) w państwie wojnę wypowiadającym. Nie można mówić, że powstanie to miało na celu odbudowanie państwa polskiego, bo państwo to, aczkolwiek w szczupłych granicach i z niepełnym zakresem samodzielności, już czy jeszcze istniało. Wobec tego należy sobie postawić pytanie – cóż było celem powstania? Bo przedsięwzięcia na tak wielką skalę i połączonego z tak wielkim dla kraju ryzykiem nie wolno podejmować nie wiedząc dokładnie, jakie ono krajowi może przynieść korzyści.

Bardzo wyraźnie rysuje się cel negatywny powstania: zamiar sparaliżowania Mikołajowskiej wyprawy na rewolucyjną Francję. Zamiar ten usprawiedliwiałby powstanie zupełnie dostatecznie, gdyby chodziło tylko o interes Rewolucji Francuskiej. Ale mając na celu interes narodowy polski, trzeba sobie było stawiać również cele pozytywne. Bo uniemożliwienie marszu Mikołaja na Francję mogło być połączone z klęskami Polski o wiele większymi niż ten marsz (tak się też stało w istocie). Organizatorzy powstania, chcąc służyć interesom Polski, a nie interesom masonerii, powinni zadać sobie przed powstaniem pytanie: co chcą tym powstaniem w Polsce i dla Polski osiągnąć? Otóż cele pozytywne powstania rysują się więcej niż mgliście. Można mówić mniej więcej o dwóch takich celach: o zerwaniu węzłów prawno-politycznych, łączących Królestwo z Rosją, i o zdobyciu „ziem zabranych” (Litwy i Rusi). Ale pierwszy z tych celów był celem zbyt małym – możliwa tu do osiągnięcia zmiana była zmianą zbyt nieznaczną, by warto było dla osiągnięcia tego celu narażać kraj na tak wielkie ryzyko. A drugi z tych celów przyświecał jego organizatorom i wodzom. Bo gdyby istotnie o tym przede wszystkim celu myślano, nie ograniczono by się do paru drobnych, niemal partyzanckich wypraw na Litwę i Wołyń (Giełguda, Chłapowskiego, Dwernickiego), ale zaraz z początku powstania zamiast kręcić się w kółko po Królestwie Kongresowym, przystąpiono by do działań zaczepnych w wielkim stylu, mającym na celu zdobycie ziem zabranych. Inna kwestia, że nawet osiągnięcie w tej akcji sukcesu nie byłoby dziełem trwałym. Pozostawione za plecami Prusy niedopuściłyby bowiem do takiego wzmożenia sił Kongresówki.

Wszystko razem biorąc – pisze Zamorski – powstanie doszło do skutku bez żadnej myśli politycznej. I bez żadnego programu. Inicjatorzy i kierownicy powstania znaleźliby się w największym kłopocie, gdyby udało im się wygrać. Co robić z Kongresówką, odciętą od morza i świata, która liczyła wówczas 3 miliony ludności, otarta jak stół i otoczona zewsząd przez przemożnych wrogów? A przecież każde ludzkie przedsięwzięcie powinno mieć jakiś program do wykonania w razie, jeśli się uda. I ta bezprogramowość oraz bezcelowość odbiera powstaniu wszelkie cechy czynu politycznego, a sprowadza je do rzędu krewkich, nieświadomych, nieodpowiedzialnych odruchów. Jest świadectwem niedojrzałości politycznej ówczesnego pokolenia.

Posłuchajmy innego jeszcze cytatu z Zamorskiego:

„Jeżeli wrzenia umysłów w Warszawie niepodobna było opanować, można było skierować tę nienawiść przeciw Austrii dla wyzwolenia rodaków z prawdziwie egipskiej niewoli (Galicja była wówczas najbardziej uciskaną dzielnicą Polski), i to byłby program istotnie narodowy. Wszelako najrozumniejszą myślą, najbardziej dalekowzrocznym programem byłoby podówczas skierowanie narodu polskiego przeciwko Prusom. Odzyskanie własnego brzegu morskiego dla Kongresówki i przyłączenie Poznania (o polskości Śląska nie wiedziano wtedy, niestety) byłoby tak nieobliczalnym w następstwa zyskiem, że warto było hazardować. A sprawa nie była tak trudna, jak się wydawało. Jeszcze ziemie polskie zaboru pruskiego nie zostały włączone do Rzeszy niemieckiej, tylko stanowiły jak gdyby zagraniczne posiadłości Prus. Zazdrość innych państw niemieckich względem Prus zostawiłaby je własnym sitom, a zmobilizowana armia polska mogła się z nimi mierzyć. Godzi się przypuszczać, że nawet despotyczni monarchowie wtedy przynajmniej po cichu sprzyjaliby Polakom, nie mówiąc o ludach, i Prusacy, którzy mądrze o sobie myśląc, przypisują wrogom także rozumne plany, prawie od Kongresu Wiedeńskiego brali w rachubę możliwość wojny z Kongresówką, a ich ministrowie myśleli o przygotowaniu się na tę ewentualność. Kongresówka, powiększona o Poznań i Gdańsk, o ile nie Królewiec, mogła sobie w stosunku do Rosji zapewnić takie stanowisko, że jej wolności konstytucyjne byłyby bardziej szanowane w Petersburgu. Strachajło polityczny gotów zawołać: A cóżby na to powiedział cesarz Mikołaj jako król polski i naczelny wódz wojska polskiego? Z pewnością nie byłby tego rodzaju programem politycznym więcej obrażony niż powstaniem, które w prawnym rozumieniu było tylko buntem przeciw swojemu monarsze”.

Dodajmy do tego, że powstanie w zaborze pruskim i austriackim było wówczas rzeczą zupełnie możliwą.

Posłuchajmy, co mówi Tokarz: (Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa, Kraków 1925, s. 43).

„Pod wpływem odgłosów Paryża poruszyła się nasamprzód Wielkopolska. Władze pruskie od września poczęły zasypywać Berlin doniesieniami o zebraniach szlachty, agitacji Tytusa Działyńskiego wśród chłopów, fermencie w miastach i agitacji duchowieństwa. Zdawało się, że tutaj najprędzej wybuchnie powstanie i obejmie Pomorze; obawiał się tego nawet Dybicz, wysłany w końcu sierpnia do Berlina. Zwracano uwagę na to, że w całej Wielkopolsce nie ma więcej ponad 15 tysięcy wojska pruskiego, podczas gdy landwera miejscowa liczy 30 tysięcy i ma na miejscu swe magazyny broni i oporządzenia. Ożywienie aspiracji narodowych dawało się odczuć i w Galicji. Stało tu zaledwie 18 tysięcy wojska austriackiego, i to oddziałów uzupełniających się w kraju, podczas gdy 30 tysięcy urlopników przebywało po wsiach, ich broń i oporządzenie znajdowały się w miastach powiatowych. W październiku, w przewidywaniu, że część wojska wypadnie wyprowadzić stąd do Wioch w obawie o wybuch powstania, Metternich zwracał się do Petersburga z oryginalną prośbą; chciał, aby Rosja skoncentrowała nad granicą Galicji większe oddziały i tym przytłumiła fermenty powstańcze tej dzielnicy”.

Wielkopolskę Tokarz nazywa najruchliwszą wówczas powstańczo dzielnicą Polski.

Niestety, o akcji w kierunku antypruskim kierownicy i organizatorzy powstania nie myśleli. Z Wielkopolską… Związek (spiskowców Wysockiego) nie posiadał żadnych w ogóle stosunków (cytat z Tokarza, ibid., s. 60). Tajne związki byłyby objawem naturalnym na ziemiach litewsko-ruskich oraz w zaborach pruskim i austriackim, ale w Kongresówce były niedorzecznością. A właśnie tam się pieniły, gdzie była dość duża wolność, nie było ich prawie tam, gdzie panowała niewola. (cytat z Zamorskiego, ibid.).

Powstanie listopadowe było wojną wypowiedzianą Rosji w imieniu istniejącego naówczas niewielkiego państwa polskiego – i wojną bez określonego celu i programu. Wojna ta nie mogła – absolutnie nie mogła – skończyć się inaczej, jak klęską. Bo jej sprawcy zupełnie nie brali pod uwagę niesłychanie ważnej konsekwencji tej wojny, jaką byłoby w razie większych powodzeń polskiego oręża wmieszanie się w nią Prus.

Wojna polsko-rosyjska z lat 1930-31 była wojną trudną do wygrania nawet w warunkach odosobnionej walki dwóch przeciwników. Jak wiadomo, zakończyła się ona naszą klęską dzięki zwycięstwom samego tylko oręża rosyjskiego. Ale przy dużym naszym wysiłku, zręczności, determinacji i szczęściu naszych wodzów, sprzyjającym splocie okoliczności itd. mogła się ona ostatecznie – wobec osłabienia Rosji wojną turecką i niezbyt pomyślnego jej stanu wewnętrznego – zakończyć i naszym orężnym nad Rosją zwycięstwem. Ale wówczas automatycznie na widownię wystąpiłyby Prusy. Wzięci we dwa ognie, zaatakowani w plecy, musielibyśmy nieuchronnie ponieść klęskę. Tak więc wywołanie w roku 1830 wojny z Rosją było błędem – i to błędem wielkim.

Warto się przyjrzeć, jak doszło do popełnienia tego błędu. Przypomnijmy sobie, że sprawcą i organizatorem powstania listopadowego był podporucznik Wysocki. Jest to doprawdy dość dziwna wojna, którą na własną rękę i odpowiedzialność, w imieniu państwa mającego własny rząd i silną armię posiadającą na swym czele liczną plejadę generałów, wypowiada porucznik. Mimo wszystko trudno się nie zgodzić, że decydowanie o tak ważnej rzeczy jak sprawa wojny i pokoju nie należy do podporuczników. Gdybyśmy dziś ujrzeli w Polsce podporucznika czy choćby porucznika albo kapitana na własną rękę wszczynającego wojnę z Rosją, uznalibyśmy go chyba za człowieka chorego umysłowo.

Ale zgódźmy się ostatecznie z ewentualnością, że pod mundurem podporucznika może się kryć polityczny i wojskowy geniusz. Wyjątkowe sytuacje usprawiedliwiają wyjątkowe przedsięwzięcia. Można by nie mieć pretensji do podporucznika Wysockiego, gdyby wszczynając wojnę z Rosją równocześnie wziął na siebie odpowiedzialność za losy tej wojny. To znaczy obalił istniejący w Polsce rząd – i sam na czele rządu stanął, sam również objął naczelne dowództwo wojska albo kogoś zgodnego z nim w poglądach mianował wodzem naczelnym.

Nic podobnego miejsca nie miało. Organizatorzy powstania – z Wysockim na czele – myśleli tylko o tym, by powstanie zacząć. Nad tym, co będzie dalej, zgoła się nie zastanawiali. Przypuszczali oni, że najwybitniejsze autorytety w narodzie z chwilą, gdy powstanie wybuchnie, od razu na jego czele staną i poprowadzą je dalej. Gdy po wybuchu nikt z wybitnych autorytetów samorzutnie kierownictwa nie objął, organizatorzy wybuchu uporczywie i rozpaczliwie zwracali się do coraz to nowych osób z prośbą o objęcie władzy. Wytworzyła się przy tym paradoksalna sytuacja, że najuporczywiej błagano o pokierowanie powstaniem tych, którzy byli jego przeciwnikami.

Posłuchajmy, z jaką rozpaczliwą wytrwałością nalegano np. na znanego i powszechnie lubianego generała Stanisława Potockiego, byłego uczestnika powstania Kościuszki.

„Między kościołem św. Aleksandra i Instytutem Głuchoniemych Podchorążówka spotkała gen. Stanisława Potockiego. Jechał na pięknym gniadoszu, w płaszczu, przy szpadzie i szarfie, w stronę Belwederu, aby być radą i pomocą Konstantemu, jego jedyną siłą żywą tej nocy. Szlegel, Wysocki, następnie poszczególni podchorążowie poczęli go prosić, aby stanął na czele Szkoły, objął buławę hetmańską powstania. Prosili długo, uparcie, natarczywie. Zaklinam Cię – miał podobno mówić do niego Wysocki – na miłość ojczyzny, na więzy Igelstroma, w których tak długo jęczałeś, żebyś stanął na naszem czele. Nie sądź, że sama Szkoła powstała. Całe wojsko zmierza do swoich stanowisk i jest z nami.
Generale! Prowadź nas dalej! – wołali podchorążowie. Jeden z nich, Nereusz Różański, miał przypaść podobno do jego ręki. Potocki odpowiadał łagodną ,wymijającą trochę mową; nie groził, nie oburzał się. Dzieci – mówił – uspokójcie się! W końcu na rozkaz Wysockiego szeregi rozstąpiły się i przepuściły Potockiego. Nie podniosła się jeszcze przeciw niemu żadna ręka, choć wiedziano dobrze, że jedzie do Belwederu”. (cytat z Tokarza, 146-147).

Później przez szereg godzin Potocki był energicznym organizatorem kontrakcji przeciwko powstaniu. Z pewnością nie czynił tego dla miłości Rosji, lecz z przekonania, iż jak najszybsze zduszenie powstania leży w interesie Polski. Widzimy go jak gromadzi wojska, jak aresztuje oficerów-powstańców, jak agituje po oddziałach, by się do powstania nie przyłączały. Mimo to powstańcy w dalszym ciągu ponawiali próby, by go postawić na czele powstania.

Jeszcze między godziną 10 i 11 Wysocki i Szkoła Podchorążych zwracali się do gen. St. Potockiego, bez względu na całą jego działalność poprzednią, na to wreszcie, że strzelano już do niego parę razy na ul. Marszałkowskiej, z prośbą o objęcie dowództwa. Szkoła podeszła wtedy na Rymarskiej do stojącego tutaj z półplutonem pułku 2. p.l. kpt. Reymana i zawołała: „Gdzie Potocki?”. Rejman zaprowadził jej delegatów, między nimi podchorążego Nyko, do Banku Polskiego, do mieszkania Lubeckiego, gdzie znajdował się Potocki. Nyko przemawiał tu do Potockiego, mówił, że zginęli już Trębicki, Blumer i Hauke – i że oprócz niego nie ma już generała, który mógł objąć dowództwo, podchorążowie chórem przyłączyli się do tej prośby. Potocki wymawiał się od przyjęcia dowództwa”. (cytat z Tokarza, s. 192-193).

Ostatecznie Potocki poszedł w ślady generałów wymienionych wyżej: został zastrzelony około godz. 1 w nocy przez grupę powstańców, których namawiał, aby powstanie porzucili.

Równie jaskrawym nieporozumieniem było zwracanie się przez powstańców o objęcie dowództwa nad powstaniem do gen. Chłopickiego.

Ppor. Dobrowolski, zwracając się do Chłopickiego, podał mu swój pałasz, mówiąc:

„Pomagaj nam, generale! Teraz czas!” „Zastanów się pan – odpowiedział Chłopicki – co pan czynisz!” .Generale, nie czas się zastanawiać!” ” Dajcie mi spokój – powiedział wreszcie Chłopicki. Idę spać”. I poszedł do Komisji Rządowej wojny, do mieszkania ppłk. Sobieskiego, gdzie całą noc spędził na rozmowie przy fajce ze Schwerinem, Sobieskim i Denhoffem, potępiając brutalnie wybuch: „Półgłówki zrobiły burdę, którą wszyscy ciężko przypłacić mogą. Mieszać się do tego nie należy… Marzyć o walce z Rosją, która trzemakroć sto tysiącami wojska zalać nas może, gdy my ledwie pięćdziesiąt tysięcy mieć możemy, jest pomysłem głów, którym piątej klepki brakuje”. (cytat z Tokarza, s. 121).

Chłopicki stanął później na czele powstania, ale dopiero wówczas, gdy wojna z Rosją była już faktem, nie dającym się odwrócić.

„Sprzysiężeni mieli w czasie nocy listopadowej szukać wodza gorączkowo wszędzie, błagać o objęcie buławy każdego niemal człowieka ze szlifami generalskimi, zabijać nawet opornych kandydatów, byleby tylko nie sięgać po buławę dłońmi własnymi”. (cytat z Tokarza, s. 112).

Tokarz podaje cale listy osób (np. na s. 192), do których się bezskutecznie zwracano o objęcie dowództwa lub wejście w skład rządu.

Spisek listopadowy to było: „jedyne w swoim rodzaju sprzysiężenie bez ideologii własnej, którego celem miała być rewolucja posiadająca sankcję kierowników jawnej, legalnej polityki narodu, rewolucja, której sprawcy z góry zamykali sobie usta i na drugi dzień po wybuchu zniknąć mieli ze sceny”. (cytat z Tokarza, s. 28).

Bezradne stanie w miejscu akcji powstańczej w pierwszych tygodniach powstania jest faktem powszechnie znanym. Mniej znanej, całkowitej, rozpaczliwej bezradności powstania w jego pierwszych godzinach i przez całą pierwszą noc, poświęcona jest właśnie cytowana tu niejednokrotnie książka Tokarza.

Powstanie zaraz po wybuchu stanęło na martwym punkcie, bo sami jego organizatorzy nie wiedzieli, do czego dążą i co mają osiągnąć. Później z wybuchu Powstania Listopadowego wyłoniła się niejako automatycznie wojna z Rosją – wojna bez celu i nadziei – której jednak sam poryw patriotyczny dał jaki taki ład i rozmach. Ale w swoich początkach powstanie listopadowe jest typowym przykładem zwykłej bezmyślnej politycznej burdy.

Burdy, które państwa prowadzące politykę kolonialną wywołują w krajach egzotycznych na to, by mieć w nich pretekst do interwencji1, wyglądają dokładnie tak samo. Oficer tubylczy, podbuntowany przez działających na rzecz państwa europejskiego agentów albo po prostu przekupiony, oficer na czele garści żołnierzy wywołujących ruch, tak samo nie myśli o tym, co ma z tego rozruchu wyniknąć. On wie tylko jedno: jego zadaniem jest rozruch. Ze skutkami tego rozruchu niech już sobie radzą inni.

Postawa sprawców powstania listopadowego wygląda, niestety, zupełnie podobnie. Wiedzieli oni tylko tyle, że mają do skutku doprowadzić wybuch; o jego następstwach z całą beztroską nie myśleli.

„Myśl, że powstanie listopadowe było awanturą wykonaną na zamówienie czynników Polsce wrogich, zjawiła się już w umysłach współczesnych. O wywołanie powstania posądzano Konstantego. Niektórzy, np. Chłopicki, podejrzewali go o celową prowokację zmierzającą do zyskania pozorów do odebrania Królestwu jego praw”. (cytat z Tokarza, s. 231). My byśmy zresztą zwrócili nasze podejrzenia raczej ku Prusom, no i ku działającej zarówno na rzecz Prus jak i na rzecz rewolucji (w danym razie rewolucji francuskiej) masonerii.

Dodać tu jeszcze należy, że ludzie robiący powstanie byli ludźmi bardzo miernej skali. O Wysockim mówił jego przełożony, ppłk Olędzki: „Dowiedziałem się, iż jest tępego pojęcia, a nawet cała Szkoła uważa go za człowieka ograniczonego”. (Tokarz, s. 21). Słynny generał Ignacy Prądzyński powiedział o nim: „Wysockiego poznałem w ciągu wojny… Trudno sobie wystawić… jak łatwo było nim pokierować”. (Tokarz, s. 22). „Wysocki był tylko zdecydowanym, bardzo dobrym subalternem. ..ale niczym więcej”. (Tokarz, s. 22). Ze wszystkiego, co wiemy dziś o Wysockim, wynika jasno, że był to człowiek kierowany stale przez innych, stanowiący ich narzędzie. Źródła wpływów domyślić się nietrudno, choć w śledztwie o tych właśnie wpływach Wysocki nie chciał powiedzieć ani słowa. (Tokarz, s. 22).

Gorzej znacznie wypada charakterystyka drugiego wybitnego organizatora wybuchu, podporucznika Zaliwskiego2. Był to człowiek miernych zdolności, a obok tego ambitny, podstępny, nie przebierający w środkach karierowicz i spryciarz. (Tokarz, s. 46-50).

Na ogół organizatorom spisku i wybuchu powstania nie można odmówić dobrych chęci i ideowości. Ale, jak mówi przysłowie, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Historycy rozczulają się i unoszą nad nieskazitelnością duszy, siłą i wzniosłością uczuć tych kilkunastu młodzieńców, którzy uderzyli na Belweder. Być może mają słuszność. Niemiec ma na to trafne określenie: Gute Leute,aber schlechte Musikanten. My byśmy powiedzieli: zacni ludzie, ale marni politycy. „Po co się więc brali do polityki?” (cytat z Zamorskiego).

Niestety jednak, ideowość i bezinteresowność organizatorów powstania niebyła bynajmniej całkowita.
Rdzeniem powstania była młodzież ze Szkoły Podchorążych. A ona właśnie miała poważny, osobisty interes w tym, by powstanie doszło do skutku. Ilość etatów oficerskich w Królestwie, którego armia była wszak dalszym ciągiem wielkiej armii polskiej w okresie napoleońskim, była przepełniona. Toteż awanse młodzieży wojskowej, zapisującej się do szkoły już w okresie pokoju, posuwały się naprzód krokiem żółwim.

Przeszło 1/3 wychowanków (35%) służyła w wojsku dziewięć i więcej lat, niektórzy aż 13. (cytat z Tokarza, s. 17). Dodajmy od razu, że ci seniorowie Szkoły stanowili w niej najgorszy materiał. (Tokarz, s. 16). Szkoła była, musiała być czynnikiem rewolucyjnym w wojsku, a nawet w całokształcie życia Królestwa… Zamknięcie tej rzutkiej, gorącej młodzieży na tyle lat życia monotonnego i bezcelowego, odjęcie jej – wobec przepełnienia etatów oficerskich w wojsku Królestwa, na co nie było rady – nadziei awansu, raniło głęboko jej ambicje i temperamenty, czyniło podatną na wszelkie wezwanie powstańcze. Od powstania oczekiwała usunięcia z szeregów oficerów starszych i zużytych, zbyt silnie ulegających Konstantemu, poważnego powiększenia wojska, które da jej awans, a z nim możność okazania swych zdolności. (Tokarz, s. 18).

Nastroje podchorążych najlepiej charakteryzuje następująca, zacytowana przez Tokarza (s. 18-19) autentyczna rozmowa z początków października 1830 r.: „Cóż, wkrótce będziesz oficerem!” „Dlaczego?” „Była rewolucja we Francji i w Belgii, i u nas wkrótce nastąpi… Jest zamiarem uwięzić Wielkiego Księcia, wojsko rosyjskie rozbroić, generałów pozabijać, dowódców wojska polskiego, starych i żonatych oficerów usunąć”.

Wśród przyczyn powstania należy wymienić jeszcze jeden motyw – już zupełnie brzydki. Władze były na tropie spisku (Konstanty wiedział już o nim) – spiskowcy zdecydowali się na wybuch powstania między innymi dlatego, że obawiali się, iż w przeciwnym razie ulegną aresztowaniu. Aby ratować siebie samych, popchnęli w odmęt ryzykownych wydarzeń ojczyznę.

Zachowało się wspomnienie rozmowy odbytej 21 listopada przez Zaliwskiego, Wysockiego i Bronkowskiego z historykiem Lelewelem:

„Gdyby można wiedzieć, mówił Lelewel, że Austria lub Francja ujmie się za nami, natenczas moglibyśmy przedsięwziąć; inaczej wątpię, gdyż nam samym trudno się będzie oprzeć. Na tę odpowiedź oświadczyliśmy, że trudno będzie cofnąć się i jeżeli nie podniesiemy broni, to nas wszystkich powieszą, a tak powstaniemy i można będzie mieć nadzieję, że się uda i postanowiliśmy raz powziętego nie odstąpić zamiaru. Dn. 26 listopada odbyła się druga rozmowa, w której Lelewel3 odradzał powstanie. Na co odpowiedzieliśmy, że nie ma środka, aby się cofnąć”. (cytat Tokarza, s. 99-100).

* * *

Powstanie listopadowe, tak samo jak insurekcja kościuszkowska, miało oblicze dwojakie: było wojną i rewolucją. Pierwiastki rewolucyjne przejawiły się już w ciągu pierwszej nocy powstania. Przejawiły się one po pierwsze w zdobyciu arsenału przez motłoch i rozebraniu przezeń zapasów broni, z wielkim uszczerbkiem dla późniejszej wojny, i w innych wystąpieniach zrewolucjonizowanej cywilnej ludności, a po wtóre, i to przede wszystkim, w wymordowaniu grupy generałów.

O zastrzeleniu świetnego, nieposzlakowanego generała Potockiego pisaliśmy już wyżej. Prócz niego pchnięto bagnetem i dobito strzałem generała brygady Blumera, który wystąpił jako przeciwnik powstania (Tokarz pisze o nim: „…świetny, niezrównany prawie oficer piechoty z wojen lat 1809 i 1812, dawny żołnierz kościuszkowski, legionista, z tych co to byli na San-Domingo”), zastrzelono generała Tomasza Siemiątkowskiego, również czynnego uczestnika akcji przeciwpowstańczej (Tokarz pisze: „…bardzo zdolny oficer z czasów napoleońskich, pełniący obowiązki szefa Sztabu Głównego”). Zastrzelono przez pomyłkę sekretarza generalnego Komisji Rządowej Wojny generała Nowickiego, biorąc go z powodu podobieństwa nazwisk za rosyjskiego generała Lewickiego, zabito gen. Stanisława Trębickiego (Tokarz pisze o nim: „…świetny ten oficer, inspektor i właściwy wychowawca piechoty naszej, wysyłany stale na manewry zagraniczne, był najwybitniejszym bodaj przedstawicielem generalicji ówczesnej. Reprezentował w niej dużą naprawdę wiedzę i tężyznę zawodową oraz charakter niepowszedni; był przy tym stosunkowo młody, liczył zaledwie lat 38”).

Zamordowano wreszcie ministra wojny gen. Maurycego Hauke oraz szefa sztabu artylerii płk. Filipa Maciszewskiego. Tokarz pisze o tych zabójstwach: „Zabicie Haukego, Meciszewskiego i Trębickiego nie było usprawiedliwione niczym. Nie stali na czele oddziałów, nie reprezentowali w danej chwili żadnej siły oporu, tak jak ją reprezentowali Blumer, Siemiątkowski lub St. Potocki; można ich było bezpiecznie osadzić na odwachu w arsenale, jak to uczyniono z Redlem i gen. Bontemps. Zabiła ich też nie rzeczywista potrzeba, ale zawiedziona miłość tej młodzieży powstańczej, szukającej tak natarczywie wodza wśród starszyzny własnej. Zabito wreszcie – bez potrzeby – niektórych Rosjan. O mały włos również nie zabito pułkownika, późniejszego generała i słynnego bohaterskiego obrońcy Woli Sowińskiego oraz gen. Bontemps, nieocenionego później organizatora naszego przemysłu wojennego”. (słowa Tokarza, s. 189).

„Dlaczego po nocy belwederskiej – pisze Zamorski – zamordowano kilku wyższych oficerów, trudno psychologicznie wyjaśnić. Zapewne wstydzono się wypuszczenia cało Konstantego i wyładowano swój animusz na tych kilku ludziach, którzy nie okazali zachwytu z powodu awantury. Rewolucja nieuzasadniona wymaga najwyższego entuzjazmu”.

Jeszcze wyraźniej rewolucyjny charakter – do złudzenia przypominający najgorętsze chwile insurekcji kościuszkowskiej – miały wypadki dnia 15 sierpnia 1831 r. w Warszawie. W czasie rozruchów ulicznych tłum, wśród okrzyków „śmierć zdrajcom!”, powywieszał na latarniach lub w inny sposób wymordował generałów Jankowskiego, Bukowskiego, Sałackiego, Hurtiga, szambelana Fenshave, niejakiego Bentkowskiego i panią Baranow. Poza tym wymordowano znaczną liczbę powywlekanych z aresztów szpiegów, agentów dawnej policji tajnej itp.

Nazajutrz powieszono znowu parę osób podejrzanych o szpiegostwo, rozbito kilka szynków. Tenże sam tłum żądał od rządu sprawozdania ze swej polityki – i rząd przed deputacją tłumu z postępowania swego się tłumaczył. Dodajmy, że rozruchy te miały za początek wiec podburzający, któremu przewodniczył neofita Czyński. Mickiewicz napisał o nim: „Pół jest żydem, pól Polakiem, pół cywilnym, pół żołdakiem, pół jakobinem, pół żakiem, lecz za to całym łajdakiem”.

W wypadkach powstania listopadowego odegrali zdaje się dużą rolę – znacznie większą niż szeroki ogół przypuszcza – Żydzi i ludzie żydowskiego pochodzenia, frankistów nie wyłączając (patrz rozprawkę Stanisława Didiera, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40, oraz Rolicki, Zmierzch Izraela, s. 303-305 i 326-328).

* * *

Czy są dowody na to, że powstanie listopadowe jest dziełem masonerii? Jest rzeczą bezsporną, że sprzysiężenie Wysockiego wywodzi się z tzw. masonerii narodowej i będącego jej dalszym ciągiem Towarzystwa Patriotycznego. Wykazuje to między innymi i Tokarz w swej książce o tym sprzysiężeniu.
Na Szkolę Podchorążych zwróciło baczną uwagę podobno już Wolnomularstwo Narodowe. Zaliwski opowiada, że we wrześniu w roku 1820, gdy był wychowankiem Szkoły, przyjęto go do organizacji Łukasińskiego i polecono stworzyć ośrodek w Szkole, nie zdradzając jednak przed nikim, że należy do organizacji wyższej… Organizacja ta istniała i za czasów Towarzystwa Patriotycznego, stanowiąc jedną z jego filii. Wysocki prawie na pewno w czasie swego pobytu w Szkole należał do organizacji będącej filią Towarzystwa Patriotycznego i wówczas utrzymywał bliższe stosunki z paroma ludźmi tego obozu. Był świadkiem kaźni Łukasińskiego w dniu 2 października 1824 i obraz jej pozostał w sercu jego na cale życie, stał się dla niego punktem wyjścia. Zaliwski w czasie pobytu w Szkole Podchorążych został przyjęty do wolnomularstwa narodowego.

Zdaje się, że i stworzony przez niego (Wysockiego) Związek swoje powstanie zawdzięczał natchnieniu lewicy epigonów Towarzystwa… Wysocki nie był w ogóle człowiekiem jakiejkolwiek inicjatywy… Tak czy inaczej, czy epigonowie Towarzystwa dali inicjatywę do powstania Związku, czy też postanowili go opanować dopiero po jego zawiązaniu, jest faktem, że wzięli go pod kuratelę od razu.

Cóż to była „masoneria narodowa”? Był to tajny związek typu masońskiego, którego założycielem był major Walerian Łukasiński – wsławiony swym tragicznym losem późniejszy więzień, zmarły w twierdzy w Schilusselburgu nad jeziorem Ładoga w r. 1868, po 44 latach więzienia (aresztowany w r. 1824).

Źródłowych danych dotyczących „masonerii narodowej” i w ogóle wszelkich organizacji masońskich z owej epoki posiadamy wyjątkowo wiele. Danych tych dostarczył nam proces Łukasińskiego, dostarczyły akta ówczesnej policji itp. (St. Małachowski-Łempicki pisze w książce Raporty szpiega Mackrotta o wolnomularstwie polskim 1819-1822, Warszawa), że takiego źródła do dziejów wolnomularstwa, jakim są owe raporty nadzwyczaj zręcznego agenta policji, trudno szukać u wielu innych narodów.

Obszerną monografię, dotyczącą zarówno Łukasińskiego, jak i wolnomularstwa narodowego, otrzymaliśmy również i ze strony masońskiej. Jest nim dwutomowe dzieło prof. Szymona Askenazego Łukasiński. W świetle tych danych, masoneria narodowa rysuje się jako tajny związek, stawiający sobie na pozór za wyłączne zadanie walkę rewolucyjną o wyzwolenie Polski.

W istocie – związek ten był niewątpliwie związany ścisłymi nićmi i z innymi odgałęzieniami masonerii.
Polska nauka historii traktuje ten fakt w sposób dość niefrasobliwy – można by powiedzieć: naiwny. Np. prof. Władysław Smoleński pisze (Dzieje narodu polskiego, wyd. szóste, Kraków 1921, s. 461):

„Dla zabezpieczenia się od pościgów policji postanowili związek swój pokryć formami towarzystw jawnych i dozwolonych, wolnomularskich. Wielkim mistrzem wolnomularstwa narodowego obrany został Łukasiński, który począł zakładać loże w pułkach polskich i miastach wojewódzkich, a nawet poza granicami Królestwa. Dla wciągnięcia do prac związkowych szerszych kół społecznych zamierzał Łukasiński zreformować towarzystwa wolnomularskie dozwolone i w tym celu porozumiał się z wielkim mistrzem ich, Stanisławem Potockim. Reforma miała być dokonana na korzyść celów narodowych, które w wolnomularstwie dotychczasowym ustępowały miejsca zadaniom ogólno-humanitarnym. Zabiegi te nie uszły oka szpiegów, skutkiem czego w r. 1821 wyszedł ukaz carski zamykający wszystkie loże wolnomularskie i zabraniający towarzystw tajemnych”.

W świetle powyższych wywodów, wolnomularstwo narodowe rysuje się jak gdyby wyższy, ściślej zakonspirowany stopień wolnomularstwa zwykłego, bynajmniej nie mającego cechy narodowej.

Że „wolnomularstwo narodowe” i „Towarzystwo Patriotyczne” (które zgrupowało niedobitków lóż po ich rozwiązaniu) miały ścisły związek z tajnymi związkami niepolskimi, dowodzi fakt, że Towarzystwo Patriotyczne zostało przez policję wykryte dzięki nieudanej próbie rewolucji w Petersburgu w grudniu 1825 r.(spisek tzw. dekabrystów) i dzięki danym zdobytym przez policję rosyjską przy likwidowaniu (w Petersburgu!) tego czysto rosyjskiego spisku.

Pewną wskazówkę co do tego, czym była masoneria narodowa, daje nam również drobny na pozór, lecz znamienny fakt, charakteryzujący osobę Łukasińskiego: był on zdecydowanym filosemitą i napisał nawet rozprawę prożydowską, starającą się zbić tezy dwóch polskich broszur antysemickich, z których jedna zawierała m.in. wniosek, iż należy Żydów wysiedlić z Europy i osadzić na osobnym terytorium „na granicach Wielkiej Tatarii”, tj. w Środkowej Azji (Askenazy, Łukasiński, wyd. II, Warszawa 1929, tom I, s. 43-45).

Należy w jednym punkcie przyznać rację słynnemu Nowosilcowowi, który w r. 1821 napisał: La Frangmaconnene peut ëtre envisageé comme la Skurce principale et la mereé de toutes les seciétés secrétes (Askenazy, ibid., II,s. 365-366). Zwykła, kosmopolityczna, kierowana przez Żydów masoneria była z pewnością „matką i źródłem” również i „masonerii narodowej”, mającej rzekomo wyłącznie cele narodowo-polskie.

Istnieje bardzo wiele organizacji masońskich, pozornie zupełnie niezależnych wzajemnie od siebie. Niejeden dzisiejszy członek masonerii angielskiej, staropruskiej czy innej jest o tym święcie przekonany, że masoneria ta żadnym obcym wpływom nie podlega. Przekonanie to podzielają nieraz członkowie nawet najwyższych stopni organizacyjnych.

Ale bo też uzależnienie poszczególnych odgałęzień masonerii i innych tajnych związków typu masońskiego od międzynarodowych władz masońskich, najściślej związanych z żydostwem, najczęściej bynajmniej się nie odbywa w trybie oficjalnego podporządkowania hierarchicznego. Każda organizacja typu masońskiego – a i większa część tajnych związków, pod względem form do masonerii niepodobnych, związana jest z najwyższym ośrodkiem masońskim nićmi pośrednimi i bardzo starannie zakonspirowanymi. Dzieje się to tą drogą, że niektóre osoby odgrywające dużą rolę w danej organizacji – nie zawsze zresztą rolę formalnie kierowniczą, częstokroć tylko rolę doradcy i inspiratora formalnego kierownika albo jakąś inną rolę nieoficjalną, lecz wpływową – należą równocześnie, w najgłębszej tajemnicy, do wyższego ośrodka masońskiego i od niego otrzymują rozkazy, które potem ostrożnie i oględnie starają się danej organizacji rzucać, sącząc je powoli jako własne rady czy wnioski; organizacja dana często, a nawet najczęściej nie zna istotnych motywów narzucania jej takiej czynnej decyzji czy poglądu i pozyskana jest dla nich argumentami nic wspólnego z tymi istotnymi motywami nie mającymi. Rolę tych przewodników wpływu masońskiego do innych tajnych (a zresztą też i jawnych) organizacji odgrywają najczęściej, choć zresztą niewyłącznie, żydzi i krypto-żydzi, toteż organizacje, w których osoby żydowskiego pochodzenia lub z żydami związane zajmują stanowiska wpływowe, należy już z góry uznać za podejrzane o związek z masonerią.

Zapewne tą samą metodą – o ile nie było formalnych związków hierarchicznych, co też bynajmniej wyłączone nie jest, masoneria narodowa i Towarzystwo Patriotyczne związane były z masonerią międzynarodową.

Spisek Wysockiego związany był z Towarzystwem Patriotycznym. Sam Wysocki był człowiekiem o małej inicjatywie, którego trudno posądzać o zdobycie się na krok samorzutny. Towarzystwo Patriotyczne i jego macierz, masoneria narodowa, były organizacjami typu masońskiego aż do takich szczegółów jak nazwa. Miały one udowodnioną styczność z masonerią Potockiego i z rosyjskimi Dekabrystami. Ich założyciel (Łukasiński) był notorycznym filosemitą.

Powstanie listopadowe było szkodliwe z punktu widzenia interesów Polski, leżało jednak – z uwagi na rewolucję francuską – w pilnym interesie masonerii. Było ono przedsięwzięciem bez dalszego planu, mającym charakter ruchawki nie stawiającej sobie ścisłych celów, obliczonych na okres późniejszy niż najbliższe godziny i dni i robiącym wrażenie burdy politycznej, wykonanej na zamówienie i stanowiącej cel sam w sobie. Wreszcie masoneria zachodnioeuropejska przebąkuje dziś z lekka o tym, że powstanie listopadowe zrobione było na jej zamówienie – i w interesie rewolucji francuskiej. W świetle powyższych faktów przyjąć można nieomal za pewnik, że tak było istotnie.

Należy tu jeszcze wziąć w rachubę dodatkowy czynnik, jakim mógłby być ewentualny bezpośredni udział stale z masonerią współdziałającej ręki pruskiej. Posłuchajmy następującej rewelacji Didiera:

„Wypadki nocy listopadowej pobudziły do działania wrogie Polsce żywioły. Energiczną akcję rozwinął… konsul pruski Schmidt. Jego złowrogą zasługą było, że nie dopuścił do zlikwidowania rozwijających się wydarzeń i spowodował, że stały się one podstawą do późniejszej walki zbrojnej. Pośredniczył on bowiem w poufnej rozmowie pomiędzy Władysławem Zamoyskim a W. Księciem w ofiarowaniu, w imieniu masonerii, korony polskiej, <bratu w zakonie> Konstantemu. Układy te zostały udaremnione wprawdzie na posiedzeniu Rady Administracyjnej przez męskie wystąpienie Lubeckiego, który przeszkodził w swoim czasie rosyjskiemu ministrowi skarbu Kankrinowi (z pochodzenia niemieckiemu żydowi) w zrujnowaniu ekonomicznym Królestwa. Pertraktacje w Wierzbnie uniemożliwiły jednak w pierwszych dniach po nocy listopadowej jasność i decyzję zarządzeń władz, co sprawiło, że rozwój wypadków potoczył się znaną, a tak smutną losów koleją. Pewne koła dążyły też do wywołania jak najżywszych nieporozumień wewnątrz tajnych organizacji, ażeby pozbawić w nich decydującego głosu rdzenny żywioł polski”. (St. Didier, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40).

Należy wreszcie wziąć pod uwagę ciągłość wpływu masonerii na nasze organizacje spiskowe. Powstania odbywały się w Polsce w dużych odstępach czasu – ale spiski powstańcze trwały nieprzerwanie. Jeżeli w jednym okresie wiemy na pewno o związkach naszych tajnych organizacji z masonerią albo z takimi ruchami jak francuski jakobinizm itp., to możemy być pewni, że i winnych okresach związki te miały miejsce.

Spiski w latach 1815-1831 z pewnością miały ścisły związek ze spiskami epoki Sejmu Czteroletniego i powstania Kościuszki. Działali w nich ci sami ludzie i pojawiały się te same dążności.

Jednym z ludzi stanowiących taką „arkę przymierza między dawnymi i nowymi laty” był np. słynny Kołłątaj.

Kołłątaj w całym okresie swej działalności publicznej w latach 1788 do 1794,a w jeszcze większym stopniu na schyłku, był człowiekiem partii. W roku 1794 utrwalił on ostatecznie swój związek z partią tzw. jakobinów polskich i jak to wykażemy, podtrzymywał go aż do swej śmierci. Z łona tego stronnictwa wyszedł cały szereg ludzi, którzy odgrywali wybitną rolę w historii tajnych organizacji z lat 1813-1830, w powstaniu listopadowym, a następnie przenieśli tradycję Kołlątajowską aż do stronnictw radykalnych na emigracji po upadku powstania. (cytat z Wacława Tokarza: Ostatnie lata Hugona Kołłątaja, Kraków 1905, s. 8).

Tło powstania listopadowego jest uderzająco podobne do tła powstania Kościuszki. Wykonały jedno i drugie organizacje, którym da się wykazać pokrewieństwo i związek. Nic więc nie staje na przeszkodzie twierdzeniu, że oba te powstania wywołane zostały przez ten sam ośrodek centralny – i w tym samym celu.

* * *

O jakież straty powstanie listopadowe nas przyprawiło? Pisaliśmy już wyżej o doraźnej, a olbrzymiej stracie politycznej, jaką było zniszczenie Królestwa Kongresowego, będącego potężnym czynnikiem naszej politycznej siły. Obok jednak tej straty doraźnej, do której dodać jeszcze należy wielkie wyczerpanie narodu i zmarnowanie lub wypchnięcie na emigrację najlepszych w tym pokoleniu sił, ponieśliśmy również szereg olbrzymich strat o znaczeniu trwałym, strat nie dających się już odrobić.

Po pierwsze – zatraciliśmy ciągłość bytu państwowego. Do roku 1831 państwo nasze i wszystkie gałęzie jego bytu żyły życiem nieprzerwanym, bo trudno jest brać w rachubę ową przerwę między 1795 i 1807 rokiem, tak krotką, że po jej upływie ci sami ludzie, zaledwie o 12 lat postarzali, podjęli tę samą w odnowionym państwie pracę. Po roku 1831 państwo polskie zginęło na lat blisko 90 – a więc musiało się następnie budować jako twór nowy, z dotychczasowej nieprzerwanej żywej tradycji soków czerpiąc. Przez powstanie listopadowe, w naszym bycie państwowym nastąpiła blisko wiekowa przerwa, bo trudno jest mówić o tradycji polskiego bytu państwowego w tak nikłym szczątku politycznym, jakim było do roku 1846 wolne miasto Kraków albo tym bardziej w posiadającej w latach 1866-1918 pewien dość zresztą szczupły zakres samorządu Galicji, opierające wszak podstawy swego bytu nie na tradycji państwowej polskiej, ale na ugruntowanych w niej już od lat blisko stu instytucjach austriackich. Tak więc dzięki powstaniu listopadowemu z naszego tysiącletniego dorobku zachował się tylko naród, ale nie zachowało się państwo.

Wraz z przerwaniem się ciągłości bytu państwowego przerwała się również i ciągłość istnienia wielu należących do państwa instytucji. Przerwała się np. ciągłość trwania polskiego wojska.

Pół „rycerzy żywych” poszło za granicę wypełniać pustkę dnia ruchliwością, zamaszystością, rozgłosem, który w późniejszych pokoleniach bardzo się podobał i zasłaniał oczy na klęskę i jej skutki. W ten sposób naród pożegnał się ze swoim wojskiem. Bo wojsko polskie z powstania listopadowego było dalszym ciągiem drużyn piastowskich, rycerstwa jagiellońskiego, kwarcianego, wojska Sejmu Czteroletniego, armii insurekcyjnej Kościuszki i Legionów Dąbrowskiego; była to ta sama armia, która za Chrobrego i Krzywoustego biła cesarzów niemieckich pod Płowcami i Grunwaldem Krzyżaków, pod Kircholmem Szwedów, pod Kłuszynem Moskwę, pod Chocimiem i Wiedniem Turków, pod Beresteczkiem Kozaków – ta sama armia co pod Racławicami, Hohenlinden, Samosierrą itd. Z końcem powstania, skończyła się ta nieprzerwana, prawie tysiąc lat trwająca ciągłość armii narodowej, pułki rozwiązano, sztandary zabrano do Moskwy. (Zamorski, ibidem).

W ten sam sposób jak ciągłość bytu armii, przerwała się ciągłość wielu innych instytucji narodowych.
A teraz druga wielka, niepowetowana strata. Powstanie listopadowe podcięło stanowisko polskości w Ziemiach Zabranych – ono to sprawiło, że tak dużą część Wschodnich Kresów utraciliśmy.

Oddajmy znów głos Zamorskiemu.

„Odrębność ziem polsko-ruskich, mimo zniesienia unii, została uszanowana przez Rosję aż do czasu Powstania Listopadowego, a polegała na tym, że językiem piśmiennym i kulturalnym ludności tych ziem pozostał język polski, nawet według pojęcia rządu rosyjskiego. Nie tylko Kijów, który od czasów Sobieskiego nie należał do Polski, ale i Odessa, która nigdy do Polski nie należała, były z języka miastami pół polskimi; nie mówiąc już o Żytomierzu, Berdyczowie czy Kamieńcu, które były miastami polskimi. Syn mieszczanina, chłopa, popa po ukończeniu szkoły zostawał Polakiem z języka, a coraz częściej z serca i przekonania. Taki był wpływ znakomitych szkół Komisji Edukacyjnej i kuratorium wileńskiego. Ludzie warstw niższych marzyli o zostaniu pełnymi Polakami, że było tam mnóstwo szlachty czynszowej, którą dopiero uwłaszczenie 1864 uczyniło bezdomnym proletariatem, że mieszczaństwo i inteligencja, wyrastająca z podłoża miejscowego, była polska, zrozumiemy, iż Ruś południowa należała za zgodą rządu rosyjskiego do zasięgu polskiej cywilizacji i że po kilku pokoleniach działalności szkół polskich. Ruś prawobrzeżna spolszczyłaby się duchowo i kulturalnie, a więc także i etnograficznie.

Klęska powstania przerwała tę pracę. Szkoły polskie zamknięto, prawosławni Polacy zostali przeważnie Rosjanami i polszczyzna ograniczyła się tylko do szlachty. Uwłaszczenie zrujnowało później szlachtę czynszową, a bolszewizm ziemiaństwo polskie i dziś nie mamy już czego szukać za Smotryczem, a nawet za Zbruczem. Zmarnowanie kilkuwiekowej kolonizacji polskiej oraz pochodu cywilizacyjnego polskiego w tamte strony zaczyna się od klęski Powstania Listopadowego. Toteż zdarzenia historycznego, które zaprzepaściło dla Polski ziemię kamieniecką, bracławską, kijowską itd. nie można uznawać za zdarzenie radosne i dla Polski pożyteczne.

Jeszcze lepiej niż na Rusi południowej było na Rusi północnej, zwanej Litwą. Tam liczba Polaków – w czym nie tylko miasta i szlachta zaściankowa, ale i chłopi katolicko-polscy byli znacznym czynnikiem – była tak wielka, że nawet klęska Powstania Listopadowego i następujące po niej represje nie zdołały odebrać temu krajowi cechy wybitnie, wprost etnograficznie polskiej. Trzeba było jeszcze jednego powstania, mianowicie styczniowego, masowego wysiedlenia setek wsi i zaścianków, całej orgii tępicielskiej, aby z tych ziem polszczyznę wykorzenić – i to niezupełnie, bo powstała wyspa białostocko-wileńska o większości polskiej. Ale przed powstaniem listopadowym polszczyzna etnograficzna sięgała pod Witebsk i Smoleńsk do Lepla.

I gdy się te ogromne straty policzy, przychodzi do głowy pytanie, kto kazał Polakom wywoływać te samobójcze powstania? Przecież ci zapaleńcy, którzy czasem w ekstazie ginęli na polu bitwy w przekonaniu, że służą Polsce, sprowadzili na Polskę skurczenie jej o dwie trzecie obszaru”. (cytat z Zamorskiego, op. cit.).

Jak brutalne represje spadły na ziemie zabrane po powstaniu listopadowym, świadczy choćby fakt następujący:

„Rozkazem tajemnym z roku 1831 polecił Mikołaj wydalić z guberni litewsko-ruskich 45 tys. rodzin szlachty polskiej w stepy czarno-morskie, besarabskie, nadwołżańskie i nadkubańskie. Czynił to pod pozorem poprawienia bytu materialnego tej szlachty, w rzeczywistości zaś w celu osłabienia żywiołu polskiego na Litwie i Rusi”. (cytat z Władysława Smoleńskiego, Dzieje Narodu Polskiego, wyd. szóste, Kraków 1921, s. 509).

Powstaje teraz zagadnienie, co należało wówczas zrobić? Jaką politykę powinien poprowadzić Obóz Narodowy, gdyby wówczas istniał?

Trzeba przyznać, że sytuacja była bardzo trudna. Rewolucja lipcowa w Paryżu przez swoje odgłosy na wschodzie zagroziła poważnie istnieniu Królestwa… Mikołaj postanowił poprowadzić krucjatę przeciw rewolucyjnej Francji i Belgii. Chciał wciągnąć w nią Prusy tak, jak ongi, w r. 1805 Aleksander zamierzał zmusić je siłą do wojny z Napoleonem; wywierał nacisk na Austrię. Już 18 sierpnia z jego rozkazu minister sekretarz stanu zapytywał Lubeckiego o to, jakie fundusze może oddać na mobilizację wojska polskiego. W tym samym dniu cesarz donosił Konstantemu o tym, jakie korpusy przeznacza na tę wojnę; żądał od niego projektu mobilizacji wojska polskiego, korpusu litewskiego, korpusu rezerwowego gwardii; omawiał sprawę okupacji Królestwa po wymarszu wojska naszego przez rezerwy rosyjskie. Mobilizacji wojska polskiego domagał się w każdym liście niemal, coraz bardziej stanowczo, bez względu na opór Prus w tej sprawie. (Tokarz, Sprzysiężenie Wysockiego i noc listopadowa, s. 37).

Królestwo miało wyasygnować na utrzymanie wojsk rosyjskich przeszło 30 milionów złotych jako spłatę długu. (Tokarz, ibid., s. 38).

Sytuacja była wyraźna. Urzeczywistnienie tego planu prowadziło do organicznego wcielenia wojska naszego w skład armii rosyjskiej, do okupacji Królestwa przez wojska rosyjskie, przekreślenia wyników polityki skarbowej Lubeckiego, reorganizacji władz centralnych w duchu większego ich uzależnienia od Rosji. Co pozostałoby Królestwu po takiej operacji, po takiej wojnie – łatwo przewidzieć. (Tokarz, s. 38).

Co w tej sytuacji należało robić?

Dróg ratunku było kilka. Przede wszystkim – można było i trzeba było przedsięwziąć akcję polityczną, stawiającą sobie za ceł utrudnienie Mikołajowi doprowadzenie wyprawy francuskiej do skutku. Mikołaj także miał swoje trudności i swoje kłopoty – i wcale nie było pewne, że zdoła zamiar swój urzeczywistnić. Wobec położenia międzynarodowego, stwarzającego dla polskiej akcji zbrojnej niezbyt dogodną koniunkturę, pozostawienie wszystkiego po staremu, a więc „rozejście się po kościach” wyprawy Mikołaja byłoby dla nas ewentualnością najlepszą.

Nasza akcja dyplomatyczna, mogąca sobie stawiać, a raczej stawiająca sobie istotnie ten cel (gdyż polskie żywioły umiarkowane akcję taką rzeczywiście prowadziły), korzystała tu z pomocy jednego bardzo wiele znaczącego sojusznika. Był nim Konstanty.

Konstantemu tak samo jak i Polakom zależało na niełączeniu Królestwa z Rosją. Jego osobista pozycja zależała od stopnia niezależności Królestwa od Petersburga. W Warszawie do roku 1830 był on niemal niezależnym monarchą. Ograniczenie samodzielności Królestwa było równoznaczne z jego degradacją.

„Przypuszczał nawet, że młodszemu bratu chodzi bardzo o ten mniejszy wynik obok tamtego większego, tj. o zlikwidowanie podczas krucjaty przeciw rewolucji roli brata starszego”. (Tokarz, ibid., s. 39).

Toteż pracował on bardzo usilnie nad tym, by do wyprawy Mikołaja na Francję nie dopuścić. W walce z planami krucjaty Mikołaja zdobył się Konstanty nie tylko na dużą zaciętość, ale i na pewną inteligencję wywodów. (Tokarz, s. 39).

Stopniowo wymusił i to, że mobilizację wojska polskiego oraz korpusu rezerwowego gwardii odroczono do końca grudnia. Liczył, że tymczasem opór Prus i Austrii przeciw krucjacie oraz zmiana położenia międzynarodowego udaremnią plan Mikołaja, ocalą dotychczasowy stan rzeczy w Królestwie, a z nim i jego stanowisko udzielne. (Tokarz, s. 40).
Ale ostatecznie wysiłki te, zarówno Konstantego jak i dyplomacji polskiej, mogły się nie udać. Wówczas należało zdobyć się na krok w ówczesnej sytuacji dość ryzykowny, mający jednak spore szanse powodzenia, a w takim razie rokujący bardzo pomyślne nadzieje. Należało wywołać – rzekomo zupełnie samorzutne i przez Warszawę nie sprowokowane – powstanie w Wielkopolsce, a następnie, drogą zręcznej a zdeterminowanej gry mającej to powstanie za punkt wyjścia, wplątać Królestwo, a tym samym Mikołaja, w wojnę z Prusami. Wojna taka z pewnością udaremniłaby wyprawę przeciw Francji, a w razie powodzenia mogła nam dać Poznań, Gdańsk i ewentualnie Królewiec.

Niestety, w ówczesnym społeczeństwie, silnie przeżartym przez wpływy masońskie, nie tylko myśl wystąpienia wyłącznie przeciw Prusom, ale nawet powstania trójzaborowego nie cieszyła się zbytnią popularnością.

Wiadomo jest np., że na jednym z posiedzeń dawnych członków Towarzystwa Patriotycznego w końcu września 1830 r. wystąpił jakiś nieznany nam z nazwiska członek z mocno hazardownym, ale ciekawym, szeroko i inteligentnie pomyślanym projektem powstania trójzaborowego, które chciał proklamować w dniu 20 października. Była tu mowa o szybkim opanowaniu Warszawy, uwięzieniu Konstantego, rozbrojeniu korpusu rezerwowego gwardii, natychmiastowym ogłoszeniu dyktatury; było rozwinięcie ciekawych dyrektyw co do formacji wojska, operacji przeciwko korpusowi litewskiemu, rozrzuconemu od Dubna do Grodna. Było wreszcie trochę fantazji [dlaczego fantazji? – przypisek mój] na temat szybkiego wkroczenia do Wielkopolski i Galicji, nie pozbawionych jednak i pewnego realizmu, rzeczywistego odczucia naszych możliwości ówczesnych oraz położenia międzynarodowego. Wywody mówcy zrobiły duże wrażenie na zgromadzonych, gdyż bronił swego planu bardzo inteligentnie i silnie. Większość odrzuciła wszakże ten rozległy projekt powstania trójzaborowego, ograniczyła go do działań przeciw Rosji. (cytat z Tokarza, ibid., s. 44).

Gdyby wreszcie również i wybrnięcie z sytuacji drogą sprowokowania wojny z Prusami o nasze ziemie zachodnie okazało się niemożliwym, należało się zdecydować na mniejsze zło – i zamiast wszczynać bezmyślne i skazane na nieuchronną klęskę powstanie przeciwrosyjskie, podporządkować się lojalnie woli Mikołaja i pogodziwszy się z myślą nieuniknionej wyprawy na Francję, wywalczyć szczegół po szczególe złagodzenie ujemnych dla Polski skutków mikołajowskich zamierzeń.

Ostatecznie wyprawa na Francję nie mogła nam grozić całkowitą zagładą samodzielności Królestwa, lecz tylko dokonaniem niejako mimochodem, ukradkiem, pod rozmaitymi pretekstami samodzielności tej ograniczenia. Po ukończeniu wyprawy zapewne wojska polskiego byłoby mniej niż poprzednio i jego organizacyjna niezależność od armii rosyjskiej uległaby zwężeniu, garnizony rosyjskie w Królestwie zostałyby zwiększone, niezależność cywilnych władz warszawskich od Petersburga uległaby zredukowaniu, konstytucja Królestwa zostałaby zmieniona drogą interpretacyjną lub nawet drogą poprawek pisanych. Ale mimo wszystko to, co by po tych zmianach pozostało, byłoby jeszcze i tak wartością dostatecznie dużą, by warto jej było bronić i by można ją było narażać na zagładę drogą ryzykanckich awantur. W dodatku wyprawa na Francję nie wyłączała dalszych możliwości, takich jak np. sprowokowanie awantury z Prusami przez wojska wracające z wojny. Wcale nie było rzeczą niemożliwą, że krucjata przeciw Rewolucji Francuskiej skończy się wprawdzie zmniejszeniem samodzielności Królestwa, ale za to znacznym powiększeniem od strony zachodniej jego terytorium. A to byłoby już wszak niewątpliwie raczej zyskiem niż stratą!

Czy były w ówczesnym pokoleniu czynniki, które by politykę stawiającą sobie do wyboru te trzy kierunki usiłowały prowadzić? Możliwość takiego właśnie pojmowania zadań ówczesnej polityki polskiej zdaje się prześwitywać z poczynań bodaj jednego tylko ministra Lubeckiego.

Znakomity ten mąż stanu, który w latach poprzednich wykazał tyle charakteru w obronie niezależności Królestwa, który w swym czasie tak skutecznie, a z takim nakładem wytrwałości energii i konsekwencji odparł pierwszy atak wymierzony przez Rosję w Królestwo i posługujący się metodą pchania Królestwa do bankructwa finansowego – który dalej okazał tyle zdolności politycznych i administracyjnych i tak niezwykłą szerokość myślowych widnokręgów – niewątpliwie nie przypatrywał się grożącym Królestwu niebezpieczeństwom bezczynnie.

Jak daleko w swoich planach szedł? Czy z trzech wskazanych wyżej dróg polityki polskiej wybierał tylko pierwszą i trzecią? Poniżej przytoczony cytat zdaje się wskazywać, że gra jego była bardziej skomplikowana i że bodaj i druga z tych dróg nie była z jego rachub wykreślona.

Zaliwski opowiada w swej dość fantastycznej broszurze, że dwukrotnie, we wrześniu i listopadzie r. 1830, sam Lubecki mówił mu o jego daleko sięgających planach, zwróconych przeciwko Austrii i Prusom, o zamiarze odebrania im ziem polskich. Podług niego, część ziem polskich, tj. Wielkopolskę i Galicję Zachodnią, zamierzał Mikołaj wcielić do Królestwa, natomiast miano od niego oderwać Augustowskie i część Lubelskiego, a przede wszystkim okroić poważnie jego odrębność. Udzielając mu tych wiadomości, Lubecki miał go prowokować wyraźnie do przyspieszenia powstania. W tej postaci relacja jest wierutnym kłamstwem, podobnym do tylu innych w broszurze Zaliwskiego i jego zeznaniach lwowskich, obliczonych na Austrię. Niepodobna natomiast z góry wykluczyć innego przypuszczenia. Nasz wyjątkowo sprytny minister skarbu, który umiał zyskać tak pełne zaufanie Mikołaja, a równocześnie przez swą działalność w Radzie Administracyjnej po wyroku sądu sejmowego, przez powiedzenia w rodzaju tego, że „Polsce potrzeba dwóch rzeczy, tj. szkół i własnych fabryk broni” – zdobywać popularność w kołach związkowych, mógł przez ludzi oddanych sobie rozpuszczać te wieści po Warszawie. Przecież i on czuł, że polityka Mikołaja przekreśla całe wyniki jego gospodarki, niweczy jego program. Skrupułów w tym względzie Lubecki nie miałby na pewno. (cytat z Tokarza, ibid., s. 38-39).

Czy sceptycyzm Tokarza jest uzasadniony? Czy też może istotnie Lubecki miał jakieś plany szersze i śmielsze – plany, których osią była sprawa Wielkopolski i Galicji, a które wymagały cichego współdziałania rządu Królestwa z kołami spiskowców powstańczych i przygotowania fabryk broni? Być może późniejsze badania historyczne jeszcze to wyjaśnią.

Inne jednak czynniki umiarkowane w Królestwie – zarówno czynniki rządowe jak rozważne koła społeczeństwa – trzymały się raczej tylko pierwszej z wskazanych wyżej trzech dróg.

Popularne opinie dzisiejsze czynią z ich polityki zarzut. Ale raczej należy czynić im zarzut z tego, że politykę tę prowadzili nie dość stanowczo. Wprawdzie grupa generałów krwią swoją przypieczętowała wierność swemu politycznemu stanowisku, składając w noc listopadową głowy. Ale na ogół przeważał wśród kół umiarkowanych – tchórzliwy oportunizm.

Uderza w tym powstaniu jedna choroba polska, mianowicie odwagi cywilnej. Po napadzie na Belweder prawie wszyscy ludzie odpowiedzialni, ministrowie, posłowie, generałowie, byli przekonani, że wojna nie ma widoków powodzenia. Musieli więc zdawać sobie sprawę, że klęska nie ograniczy się do samej tylko porażki militarnej, ale że pociągnie za sobą Bóg wie jakie represje. Toteż ludzie mający odwagę własnych przekonań, odwagę cywilną, powinni byli uznać napad na Belweder za burdę i odżegnawszy się od niej, ratować wojsko, konstytucję i kraj. Jeden generał Kurnatowski znalazł w sobie tę odwagę: złożył dymisję i wyjechał do siebie na wieś. Nie dal się wciągnąć w awanturę, której nie pochwalał… Nastąpił więc bieg po linii najmniejszego oporu – każdy minister, poseł, senator, generał mówił mniej więcej to samo: „Wprawdzie nie pochwalam tego, co się stało, widzę, że z tego nic dobrego nie wyniknie, ale naprawdę trudno już było wytrzymać, nie można potępiać, że cierpliwość się wyczerpała, no więc stało się i trudno, odstać się nie może”. Tą drogą chodzi zwykle tchórzostwo cywilne.

Napad na Belweder, przepędzenie w. ks. Konstantego zaskoczyło wszystkich: ministrów, parlament, generalicję. Niewiele stosunkowo osób było zaangażowanych w zamachu stanu, toteż kierownicy państwa mogli odseparować się od wybuchu, jeżeli go uznali za zbyteczny lub niewczesny, a oddanie kilkunastu ludzi pod sąd, aby uratować naród od nieszczęścia, nie było taką ofiarą, której by nie można przeboleć. (cytat z Zamorskiego).

Na usprawiedliwienie ówczesnego obozu umiarkowanego powiedzieć należy tyle, że zapewne organizowana była wówczas przez masonerię wielka zbiorowa sugestia, wielki nacisk psychiczny w duchu powstańczym – a takiemu zbiorowemu naciskowi niełatwo się jest przeciwstawić. Prawdopodobnie masoneria organizowała również umiejętną dywersję w łonie obozu umiarkowanego przy pomocy masonów lub ludzi wpływom masońskim ulegających, tkwiących w tym obozie.

* * *

Przy sposobności pragniemy się tu rozprawić z jednym, często wobec Obozu Narodowego stosowanym zarzutem. Obóz Narodowy ma negatywny pogląd na powstania polskie. A więc – jest to obóz ugody, obóz, który chciałby niepodległość wytargować i wybłagać u obcych potęg – obóz, który nie rozumie, że niepodległość trzeba przede wszystkim budować własnymi rękoma i że najsilniejszą gwarancją niepodległości jest własny wysiłek zbrojny.

Nic bardziej fałszywego nad powyższe zarzuty. Obóz Narodowy przeciwny jest powstaniom polskim z lat 1794, 1830-31 i 1863-64, ale nie jest przeciwny powstaniom w ogóle. Nie jest przeciwny powstaniu wielkopolskiemu w grudniu1918 r. ani obronie Lwowa w listopadzie tegoż roku, będącej też przecież powstaniem, ani powstaniom górnośląskim w latach 1919, 1920 i 1921. Nie jest również przeciwny powstaniu w zaborze pruskim w roku 1807, bo powstanie to, które wyprzedziło okupację ziem polskich przez wojska napoleońskie, istotnie miało miejsce – i było powstaniem rozumnym i potrzebnym, wie o tym powstaniu nauka niemiecka, ale milczą o nim podręczniki historyczne polskie.
Obóz Narodowy jest zwolennikiem powstań, które mają jakiś sens i stanowią ogniwo w jakimś szerszym, rozumnym i dojrzałym politycznie planie. Jest przeciwnikiem powstań podejmowanych bezmyślnie albo też – z inspiracji „obcych agentur” – na rzecz interesów obcych.

Pogląd Obozu Narodowego na sprawę powstań jest podobny do poglądu teologii katolickiej na sprawę zwalczania rządu tyrańskiego.

Nie można właściwie nazwać spiskiem zwalczania rządu tyrańskiego, bo tyrański rząd nie jest sprawiedliwym i nie ma na celu dobra ogółu, a tylko dobro własne rządzącego; taki rządca sam jest jakby źródłem spisku, gdy zasiewa niezgodę między poddanymi, a mógł tym pewniej utrzymać się przy władzy: jest to cechą istotną tyranii, że podtrzymuje dobro tyrana ze szkodą ogółu. Jednakże rokosz przeciw tyranowi musiałby być potępiony i byłby grzeszny, gdyby był nieroztropnie i nierozważnie podjęty i prowadzony, że wtrąciłby ogół społeczeństwa w jeszcze gorszą biedę i nieład szkodliwszy dla dobra ogółu od rządów tyrańskich.

Uważamy powstanie rozumne i dające dobre wyniki za narodową zasługę. Uważamy powstanie „nieroztropne i nierozważne”, ściągające na naród nowe klęski – za narodową zbrodnię.

Oczywiście nie znaczy to, byśmy za współwinowajców tej zbrodni uważali wszystkich tych, którzy w powstaniu brali udział. Zadaniem żołnierzy jest słuchać i bić się. Za błędną treść rozkazów odpowiedzialni są nie ci, którzy rozkazy wykonują, ale ci, co je wydali. Materiał żołnierski, który szedł do powstań, był na ogól znakomity. Któż odmówi pierwszorzędnej wartości i zalet żołnierzom powstania kościuszkowskiego, w legionach Dąbrowskiego i w armii Księstwa Warszawskiego! Ale ich wartość żołnierska nie usuwa faktu, że powstanie, w którym się wychowywali, było politycznie szkodliwe. Tak samo i dzisiaj żaden rozumny Polak nie będzie miał pretensji do zdolnego i gorliwego oficera obecnej armii o to, że brał udział w Legionach Piłsudskiego. Ale jego dzisiejsza wartość dla Polski nie może nas powstrzymać od popełnienia wobec niego „nietaktu”, jakim jest stwierdzenie, że Legiony Piłsudskiego odegrały rolę politycznie i historycznie szkodliwą.

Powstanie Listopadowe a Żydzi

Stanisław Didier
Źródło: Stanisław Didier, Powstanie Listopadowe a żydzi, „Myśl Narodowa”, 1934, Nr 40 Opracowanie: Redakcja Polskiej Mysli Narodowej

WYBUCH REWOLUCJI LIPCOWEJ w Paryżu i naśladujące ją powstanie w Belgji odezwały się żywem echem w Królestwie Kongresowem. Wśród radykalnych żywiołów kraju rozbudziły się nadzieje. Wbrew dążeniom ludzi umiarkowanych, pragnących od roczenia burzy rewolucyjnej, którą uważali za zgubną dla kraju, skrajni parli do czynu. Rozpoczęli oni energiczną kampanję między młodzieżą, wciągniętą do spisku, za natychmiastowem rozpoczęciem akcji zbrojnej. Na czoło agitatorów wysunęli się: Józef Zaliwski podpor. I-go pułku piechoty, „człowiek ordynaryjny, tępego i małego pojęcia, pokątny intrygant i kłamca” (Mochnacki: „Powstanie narodu polskiego” t. 11.82, 111) i Józefat Bolesław Ostrowski, tak zwany Ibuś, żyd z pochodzenia, Znana gadatliwość polska doprowadziła do odkrycia związku młodzieży akademickiej. Doniesiono o tem w ks. Konstantemu. Została ustanowiona komisja śledcza dla badania konspiratorów. W kołach spiskowych wywołało to zaniepokojenie. Obawiano się, i całkiem słusznie, że komisja śledcza wyciśnie z uwięzionych akademików pewne zeznania i odkryje konspirację i jej zamiary. Postanowiono przeto przyśpieszyć wybuch powstania.

Wypadki nocy listopadowej pobudziły do działania wrogie Polsce żywioły. Energiczną akcję rozwinął znany już nam konsul pruski Szmidt. Jego złowrogą zasługą było, że niedopuścił do zlikwidowania rozwijających się wydarzeń i sprowokował, że stały się one podstawą do późniejszej walki zbrojnej. Pośredniczył on bowiem w poufnej rozmowie między Władysławem Zamoyskim a W. Księciem w ofiarowaniu, w imieniu masonerji, korony polskiej „bratu w zakonie” Konstantemu. Układy te zostały udaremnione wprawdzie na posiedzeniu Rady Administracyjnej przez męskie wystąpienie Lubockiego, który przeszkodził w swoim czasie rosyjskiemu ministrowi skarbu Kankrinowi (z pochodzenia niemieckiemu żydowi) w zrujnowaniu ekonomicznem Królestwa. Pertraktacje w Wierzbnie uniemożliwiły jednak w pierwszych dniach po nocy listopadowej jasność i decyzję zarządzeń władz, co sprawiło, że rozwój wypadków potoczył się znaną, a tak smutną losów koleją.

Pewne koła dążyły też do wywołania jak najżywszych nieporozumień wewnątrz tajnych organizacyj, ażeby pozbawić w nich decydującego głosu rdzenny żywioł polski. Użyto do tego Lelewela, który o swej roli w dziejach spisku Wysockiego zostawił cenne wyznanie. Znajduje się ono w dziele Śliwińskiego p. t. „Joachim Lelewel” str. 201, gdzie czytamy: „Wszakże pochlebiam sobie, żem mógł nieco wpłynąć na przyjęcie zasad przez spiskową młodzież, z których główniejsze przytoczyć wypada. Przysięgali sobie poświęcić się bezinteresownie, powołując tylko naród i wszelkie jego klasy do powstania”. Dzięki Lelewelowi w łonie tajnych organizacyj, ofiarujących Konstantemu koronę, zorganizowano spisek, który miast władzy miał przynieść śmierć księciu.
Już w pierwszych dniach po wybuchu powstania członkowie Klubu Patrjotycznego rozpoczęli zgubną dla kraju działalność. Celem klubistów, w których szeregach znajdowało się wielu neofitów*, jak np. Jan Czyński, Tadeusz Krępowicki (późniejszy zwierzchnik węglarstwa polskiego), Jan Majewski, Krzyżanowski, kapitan Majzner i wielu innych, była rewolucja społeczna (uwaga red.: sugerujemy zapamiętanie tych nazwisk, jeszcze niejednokrotnie przewiną się w tekście). Nienawidzili oni szlachty, wpatrzeni w rewolucję francuską, której krwawe praktyki chcieli zastosować w Polsce. Gmina rewolucyjna, a nawet rewolucyjna komuna, jako władza najwyższa, była celem, ku któremu zmierzali klubiści.

Na początku grudnia zaczęły krążyć po mieście najdziwaczniejsze wieści, że w Petersburgu wybuchła rewolucja, że Mikołaj zginął, że Francja wypowiedziała wojnę Prusom, że powstało W. ks. Poznańskie, Litwa, Wołyń, Podole i Ukraina, że korpus litewski przypiął białe kokardy i idzie do wojew. krakowskiego, ażeby je osłaniać przed zamierzonem jakoby wkroczeniem Austrjaków. Szemrano na członków Rządu, zarzucając im brak aktywności. Skrajne żywioły dążyły do zerwania wszelkich rokowań Rządu z carewiczem Konstantym. Po wiecu, który odbył się 3 grudnia w Sali Redutowej, wysłano deputację do Rady Administracyjnej z żądaniem rozpoczęcia bezwłocznej walki z wrogiem.

Głównym celem ukrytych ataków była osoba Chłopickiego, którego rozpoczął zwalczać Klub Patrj. Mechesi nie mogli widocznie przebaczyć dyktatorowi jego dążeń do uniknięcia zbrojnej rozprawy z Rosją. Nie wierzył on w powodzenie powstania, a krwi polskiej rozlewać daremnie nie chciał. W rozmowie z Czartoryskim oświadczył Chłopicki: „Nie mam innych widoków, nadziei i zamiarów, jak tylko Kongresowe Królestwo w całości utrzymać, ale utrzymać z całą niepodległością, jaką mu traktaty i konstytucje zawarowały. Będę żądał, aby odtąd konstytucja nie była martwą literą, ale w całej świętości zachowana została; będę się domagać, aby wojska rosyjskie w Królestwie nie konsystowały, bo to da większe znamię i gwarancję naszej niepodległości. Tego wszystkiego zażądam i otrzymać muszę”. (B. Limanowski: „Historja Demokracji Polskiej w epoce porozbiorowej” t. I. 213).

Klub Patrjotyczny, w którego skład wchodzili wojskowi, co nigdy pułków nie widzieli i prochu nie wąchali, literaci bez wydawców, adwokaci bez klijentów, eks-księża i eks-szpiedzy przedpowstaniowego rządu, rozpoczął zaciętą walkę przeciw dyktaturze Chłopickiego. Największą czynność rozwinęli najradykalniejsi z klubistów: Czyński, Krępowicki, Wojciech Kazimierski, J. B. Ostrowski, przy cichem poparciu wpływowych członków innych stronnictw, jak to posła Jasińskiego oraz Krysińskich i Wołowskich, potomków najgorliwszych szermierzy i krzewicieli frankizmu… W „Nowej Polsce” (organie secesji radykalnej części Kaliszan, którego redaktorami byli Kazimierski i J. B. Ostrowski), Dominik Krysiński, prof. uniw. i poseł na sejm pisał o dyktaturze Chłopickiego, że „Europa zrozumie ją, jako przygotowanie do pogromu żydów”. Żądał on w drukowanej przez siebie broszurze, ażeby ministrowie byli mianowani przez sejm, a nie przez rząd. Prof. Krysińskiego, za krytykowanie działalności którego został napadnięty na dziedzińcu zamku królewskiego rektor Linde, wspomagali w walce: deputowany Wołowski, człowiek próżny i żądny popularności, oraz Aleksander Krysiński, sekretarz Chłopickiego, zgięty pokornie, zręczny, nieodłączny totumfacki dobrodusznego dyktatora. Wystąpienia Krysińskich i Wołowskich były zgubnym przykładem dla innych. Niektórzy z publicystów „Kurjera Polskiego”, organu Kaliszan (którego redaktorem był Wincenty Majewski, a najwybitniejszym ze współpracowników Adrjan Krzyżanowski), pracującego nad utrąceniem dyktatury, oświadczali wprost, że są gotowi Chłopickiego zastrzelić.

Wprost przeciwne stanowisko zajęła polska młodzież akademicka, grupująca się około prof. Szyrmy. Oświadczyła ona, że gotowa jest użyć gwałtu przeciwko sejmowi, gdyby z jego przyczyny dyktator miał utracić swoją władzę. Studentów popierało społeczeństwo polskie stolicy, które nazywało Chłopickiego zbawcą ojczyzny i porównywało go z Kościuszką. Pełną entuzjazmu dla dyktatora była również armja, która chciała go widzieć na czele rządu zamiast Czartoryskiego. W przekonaniu wojskowych Chłopicki był najdzielniejszym generałem.

Tak wielka popularność Chłopickiego zaskoczyła kryptożydów. Postanowili oni zaszachować dyktatora. Po odpowiedniem przygotowaniu gremjum posłów, Franciszek Wołowski, na jednem z posiedzeń sejmu przemówienie swoje zakończył okrzykiem: „Dziś jeszcze w obliczu Europy wyrzeczmy, że Mikołaj I przestał nad nami panować”. Następnie sejm przystąpił na wniosek tegoż frankistowskiego mówcy (członka komisji prawodawczej), popartego energicznie przez Krysińskiego, Czyńskiego, Krępowickiego i innych, do uchylenia wszystkich artykułów konstytucji Królestwa, które, po ogłoszeniu detronizacji cara i usunięciu całego jego rodu od tronu, były w sprzeczności z nowym stanem rzeczy.

Doprowadziło to do szeregu zatargów między sejmem, a Chłopickim, który uważał, że taka uchwała sejmu utrudnia mu prowadzenie układów z Rosją, gdzie wpływy neofitów żydowskich były też dość silne na dworze carskim. Nie przypadkowo bowiem Mikołaj I, mianując w marcu 1831 r. nowych członków Rady Administr., postawił na jej czele neofitę Engla, a wydział skarbu powierzył zięciowi jego, neoficie Fuhrmanowi.
W styczniu 1831 r. zniechęcony Chłopicki zrzekł się dyktatury. Napróżno pewne koła poselskie, poparte przez armję, czyniły starania o odwołanie tego. Wojsko, którego przedstawiciel, podpułkownik artylerji Dobrzański, wystąpił z formalnem oskarżeniem, że klubiści namawiali saperów i 4-ty pułk linjowy do obalenia dyktatury zbrojną ręką, przyjęło wiadomość o ustąpieniu Chłopickiego z przygnębieniem. Od kilki pułków wysłano deputację, żądając wyjaśnienia, czy Chłopicki został oddalony, czy też sam złożył dyktaturę. Wątpliwości przyjaciół popularnego wodza usunął neofita dr. Wolff, który, jako dawny lekarz i przyjaciel Chłopickiego, prosił ich, ażeby byłemu dyktatorowi nie poruczyli żadnej ważnej czynności, gdyż dostaje on pomieszania zmysłów (uwaga red.: patrz też Rolicki, Zmierzch Izraela, s. 303-305 i 326-328).
Upadek dyktatury Chłopickiego klubiści uważali jako skompromitowanie się próby szukania ratunku przez jedynowładztwo żołnierza. Zdaniem ich, nic innego nie pozostawało, jak rewolucja społeczna. Miał jej dokonać lud stolicy. Po Warszawie zaczęły krążyć listy osób, których skrajni dla wielu względów znienawidzili. Miały to być pierwsze ofiary „gniewu ludowego”.

Wkrótce jednak frankistowscy członkowie Klubu Patrj. doszli do żałosnego dla siebie wniosku, iż te rogate czapki Warszawy miały tylko jedną myśl polityczną, jedno uczucie narodowe: „nienawidzieć Moskali” i znali tylko jedno hasło: „wyrżnąć Moskali”

(uwaga red.: wydaje się, że to „uczucie narodowe”, pięknie pielęgnowane m. in w roku 1863, odświeżone w bliźniaczych względem 1863 prowokacjach z 1968 [hucpa lansujących się na „polskich patriotów” Michnika, Modzelewskiego, Szlajfera i Kuronia „Dziady” Dejmka] ma i dziś swoich „koryfeuszy”, niestety również w kręgach uważających się za narodowe i „patriotyczne”).

Rzemieślnikom polskim nie brakło bohaterstwa i poświęcenia się. Szli oni w ślady Kilińskich i Morawskich. Z samej czeladzi krawieckiej utworzono artylerję wałową. Podczas szturmu stolicy licho uzbrojony lud śpieszył zewsząd ku obronie. Wszystko inne było dla niego obce. Lud staromiejski, drobni rzemieślnicy, wyrobnicy, czeladnicy, terminatorzy i rybacy Powiśla, gorliwie ciągnąc na wiece i chciwie słuchając mów ognistych, nie chcieli jednak popierać agitatorów, gdy ci sięgali po władzę.

Niepowodzenie nie powstrzymało skrajnych elementów od dalszej działalności. Uważali oni bowiem, że samo powstanie bez rewolucji socjalnej nie uda się. Agitacja klubistów zaczęła przedostawać się do armji. Szczególnie silną stała się po bitwie pod Ostrołęką. Członkowie Klubu starali się wszelkiemi siłami wzbudzić w armji niezadowolenie i podejrzliwość ku zwierzchnikom, zarzucając im zdradę. Na rękę demagogom szło zachowanie się poszczególnych wyższych oficerów pochodzenia frankistowskiego. Zbyt dobrze wiadome było nie podporządkowanie się Szymanowskiego rozkazom dowództwa w bitwie pod Szawlami, która zakończyła się klęską Polaków. Sarkano głośno na Lewińskiego za dezorganizację sztabu i czerpanie bez wiedzy wyższych władz z kasy komisji kwaterunkowej. Mówiono w stolicy o nadużyciach w pracujących dla armji zakładach, nad któremi miał nadzór generał Pawłowski. Puszczono w armji pogłoskę o istnieniu tajnej organizacji „rycerzy sztyletu”, która postawiła sobie za zadanie wymordowanie wyższych oficerów. W prasie warszawskiej, kierowanej przeważnie przez neofitów, a specjalnie w organie Klubu, „Nowej Gazecie”, subsydjowanej przez zdrajcę Dombrowskiego Ksawerego, rozpoczęło się jawne szczucie przeciwko osobie Skrzyneckiego. Najenergiczniej występował przeciwko naczelnemu wodzowi późniejszy redaktor „Echa miast polskich”, Jan Czyński, co do którego istnieją poważne poszlaki, że był on szpiegiem rosyjskim. Antysemita Skrzynecki, który nie chciał generałowi Lewińskiemu powierzyć dowództwa na Litwie, okrzyczany został przez neofitów za zdrajcę, którego trzeba powiesić. Na początku sierpnia 1831 r. Czyński posunął bezczelność tak daleko, iż żądał wprost od rządu, ażeby przedsięwzięto energiczne środki przeciwko Skrzyneckiemu, który, zdaniem Szmitta „(Historja polskiego powstania” t. III, 344) „nie był człowiekiem bezinteresownym”, miano obalić Skrzyneckiego i Czartoryskiego z pomocą generała Krukowieckiego, zakamianiałego wroga naczelnego wodza. Mochnacki uważał, że Krukowieckiego, gdy spełni przeznaczoną mu rolę, łatwo będzie usunąć. W domu redaktorowej Chłę-dowskiej, Czyński, Krępowicki i inni zawiązali tajne sprzysiężenie, mające na celu drogą gwałtownych, rewolucyjnych wystąpień i krwawego zamachu na rząd (przedewszystkiem zaś na Czartoryskiego) obalić go i utworzyć rząd rewolucyjny. Klubiści, zapomniawszy o wojnie i o wrogu, który znajdował się w pobliżu stolicy, zarzucili miasto proklamacjami, wzywającemi ludność do rewolucji. W smutny dzień 15 sierpnia 1831 r. tłum zapełnił Sale Redutowe. Zebraniu przewodniczył Czyński, który mówił, że rząd i wodzowie, zamiast przygotowywać wszystko do walki, myślą jedynie o układach (uwaga red.: co, zważywszy sytuację polityczną i militarną nie byłoby rozsądne). Stąd podniecone masy, z okrzykiem „zdrada”, pociągnęły pod Zamek i dokonały krwawego samosądu. Motłoch, powiesiwszy wszystkich więźniów, nie rozchodził się, głośno krzycząc: „Śmierć arystokratom”(uwaga red.: patrz też „Wiarus” (link do fragmentu tekstu)). Chciano zniszczyć drukarnię dziennika „Zjednoczenie”. Energiczna interwencja Krukowieckiego zapobiegła częściowo rozszerzeniu się ekscesów. Część tłumu jednak pociągnęła za wolską rogatkę, gdzie dokonała dalszych egzekucyj. Najgłówniejszych jednak zdrajców nie dosięgnęła ręka sprawiedliwości.

Dzięki Aleksandrowi Krysińskiemu poginęły akta tajnej policji w Belwederze, zawierające dokładne spisy szpiegów, wśród których nie brak było zapewne przedstawicieli najwybitniejszych rodzin frankistowskich i żydowskich. W Warszawie głośno mówiono o tem, konsekwencyj jednak nie wyciągnięto. Frankistowscy przewódcy klubistów chcieli te smutne wypadki sierpniowe przeistoczyć w prawdziwą rewolucję. Na szereg dni przed zaburzeniami mówili oni o mającej wkrótce wybuchnąć rewolucji socjalnej. Zrewolucjonizowana ludność miała zmusić sejm do zamianowania Rady Najwyższej, któraby się składała z 9 lub 15 członków, łączących w sobie władzę prawodawczą i wykonawczą.

Rada ta, zdaniem Czyńskiego, który zamyślał o stworzeniu rządu z bliskich mu pochodzeniem i zapatrywaniami osób — miała stać się dla Polski tem, czem była w 1793 r. konwencja dla Francji. Sejm po zamianowaniu Rady Najw. powinien był się rozwiązać. Ponad Radą miała stanąć dobrana grupa ludzi. Jak wyobrażali sobie frankiści rewolucję społeczną, o tem pisał później Czyński w swojej francuskiej broszurze p. t. „La Nuit du 15 aout 1931 a Varsovie”, w której, co najciekawsze, nic nie wspomina o rozwiązaniu kwestji włościańskiej. A była to przecież sprawa, którą klubiści wszędzie podnosili jako najważniejszą do załatwienia. Pilniejszą bowiem sprawą dla Czyńskiego i towarzyszy było rozprawienie się na wzór francuski z t. zw. arystokratami. Miało to przyśpieszyć upadek społecznego porządku feudalnej Europy. Zdaniem wielu z nich, rewolucja socjalna w Królestwie objęłaby też Rosję, przygotowując grunt dla nowych Steńków Razinów i Pugaczewów.

Nawet po upadku stolicy nie zaprzestali klubiści swojej agitacji. Dzięki nim nie ustawały niesnaski wśród stronnictw, które wpływały demoralizująco na armję. Niedarmo pisze Szmit, („Historja…” t. III, 605), że „członkowie klubu i dziennikarze przygotowali nowy spisek”.

Co się tyczy prawowiernych żydów, to zachowywali się oni podczas powstania listopadowego w stosunku do Polaków naogół nieprzyjaźnie. Lękali się oni bowiem, aby, po zaprowadzeniu w Królestwie nowego porządku, nie utracić tysięcznych korzyści, których, przy ogólnej, do najwyższego stopnia doprowadzonej demoralizacji urzędników, za moskiewskiego rządu używali. Faktorstwem, pochlebstwem, płaszczeniem się i złotem umieli żydzi pozyskać sobie najeźdźców. To też po wzięciu Warszawy, jak pisze Otton Spazier („Historja powstania narodu polskiego w 1830 i 1831 r. t. I. 305) car Mikołaj hojnie łaską swoją wszystkich żydów obsypywał, szczególnie żydów w Królestwie, którzy mu się niemało na szkodę powstańców przysłużyli. Nie zachwycił się żydami polskimi, których współbracia paryscy wiedzieli wcześniej od rdzennych Polaków o wybuchu powstania (Sapieha: „Wspomnienia” str. 110) i ich zachowaniem się podczas wypadków 1831 r. słynny rewolucjonista rosyjski Bakunin. Jego zdaniem: „…żydzi polscy… w czasie ostatniego powstania chcieli służyć jednocześnie obydwom stronom walczącym, Polakom i Rosjanom, wobec czego jedni i drudzy ich wieszali” (J. Kucharzewski: „Od Białego Caratu do Czerwonego” t. II. 157). Uwiecznił też zachowanie się żydów, podczas wypadków 1831 r., mistrz Juljusz Kossak w akwereli p.t. „Zaaresztowanie szpiega”.

uwaga red.: za puentę tego tekstu niech posłuży cytat z Rolicki, Zmierzch Izraela, s. 303-305 i 326-328:

„W r. 1833 Czyński wydał w Paryżu broszurę “Question des Juifs Polonais”, w której pisał: “Dowiedziemy, że jeżeli oni (tj. żydzi) pozostali tylko biernymi świadkami walki, to zawinili w tym ludzie, którzy zagarnęli władzę podczas rewolucji”.
A więc żydzi byli porwani entuzjazmem, gdy chodziło o wywołanie “rewolucji”, frankiści przewodzili związkom skrajnym, a później…żydzi zachowali się biernie, a Polacy podejrzewali ich o szpiegostwo. Takie ustosunkowanie się ma swoją nazwę w organizacjach spiskowych; zwie się to prowokacją.”

____________
* S. Didier mianem neofitów określa przechrztów, Żydów, którzy zmienili wyznanie z judaizmu na chrześcijaństwo.

Opublikowano za: https://myslnarodowa.wordpress.com/2012/11/29/powstanie-listopadowe-kult-blednej-polityki-falszywi-bohaterowie-pseudopatriotyzm-antynarodowy/

Spisek ZDF i syjonistów przeciwko Polsce i Niemcom

Dopiero jak zobaczyłem parszywą, pomarszczoną, wyliniałą, wyłysiałą gębę pewnej pseudo-profesorskiej „Zażółconej” kanalii na usługach żydomasońskiej transatlantyckiej kabały w TVP Info bezczelnie, po chamsku, bezceremonialnie stwierdzającej, że stać nas, czyli polskich ciężko pracujących podatników, na opłacanie izraelskiej kancelarii prawniczej zrozumiałem o co chodzi w tej żydowskiej hucpie ze „świętym oburzeniem” na postawę ZDF rozpętanej oczywiście z pomocą polskich pomagierów.

Uderzającym idiotyzmem, jakąś potworną manipulacją jest podnoszenie jazgotu, że to „Niemcy zakłamują historię” obozów koncentracyjnych podczas gdy dotyczy to głównie sfery anglojęzycznej z żydowskimi szczekaczkami w USA na czele (pojęcie „polskie obozy śmierci” stworzył i rozpowszechnił współtwórca CIA – generał SS Reinhard Gehlen). Te same środowiska, które słusznie odróżniają media polskojęzyczne od polskich ku zdumieniu każdego normalnego, inteligentnego obserwatora, nie robią tego w stosunku do Niemiec! A przecież trzeba być albo ignorantem, albo idiotą, albo śmierdzącym leniem, albo co gorsza, a może właśnie, agentem kabały żeby nie zauważyć, że w Niemczech jest jeszcze gorzej – tam dominacja prasy niemieckojęzycznej nad niemiecką jest o wiele większa niż w Polsce. Taki ZDF tylko z nazwy jest niemiecki, tak naprawdę pomimo powiązań w władzą centralną, reprezentuje agenturę okupanta, czyli anglosyjonistycznych zbrodniarzy. Nie darmo jeden z generałów USA powiedział, że NATO stworzono w Europie „to keep Germans down, Americans in, and Russians out!”.

Samo TVP info pisze w notatce”„Musimy stanowczo mówić gdzie jest prawda historyczna”: „Ze statystyk wynika, że prym jeżeli chodzi o wykorzystywanie fałszywego zwrotu „polskie obozy zagłady”, wiodą kraje anglosaskie. W ostatnich latach aż 105 razy błąd popełniono w Wielkiej Brytanii. Na dalszych miejscach są USA (35), Słowacja (17), Kanada (16) i Niemcy (14). Co szczególnie bolesne, aż 12-krotnie zwrot taki padł w Izraelu.”

Staje się jasne, że ZDF kontrolowany przez syjonistyczną agenturę), udająca reprezentację niemiecką (podobnie jak barbarzyńskie monarchie wahabickie są przedstawiane jako „państwa arabskie” często rzekomo „w opozycji” do Izraela), tak naprawdę specjalnie się podkłada i prowokuje (wcześniej serial „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”) nie wypełniając do końca postanowienia polskiego sądu, żeby dać żydowskim kanaliom pretekst do wykorzystania Polski jako bicza na Niemców. Dzięki uporowi ZDF jest powód, by Polska zatrudniła – koniecznie izraelską !!! – międzynarodową kancelarię prawniczą do egzekwowania polskich interesów w tym zakresie! Mało syjonistycznym kanaliom, że doją Niemców co roku niemiłosiernie, wliczając w to budowę za darmo okrętów podwodnych (tzn. to się chyba ostatnio skończyło, może właśnie stąd ta akcja?).

Oczywiście nie jest przypadkiem, że nagłośnienie tej sztucznie wykreowanej sprawy jest zbieżne z wizytą Dudy w Izraelu (gdzie odznaczył tę perfidną ludobójczą i zbrodniczą szuję Weissa najwyższym polskim orderem) – cała akcja jest kontrolowana i zlecona przez syjonistycznego okupanta.

Mamy tu do czynienia znowu z znakiem rozpoznawczym żydobolszewii – stosowanie odpowiedzialności zbiorowej. Oficjalna państwowa TVP oskarża WSZYSTKICH Niemców o zakłamywanie historii, bardzo rzadko i z niechęcią wspominając, że źródłem problemu jest tutaj zachowanie konkretnego podmiotu czyli ZDF.

Niezwykłość typowej żydowskiej perfidni, pogardy, antyludzkiej pychy uwidacznia się w tym planie w qrewskim, cynicznym, szatańskim wykorzystaniu pozwu sądowego wiekowego AKowca p. Karola Tendery, uzasadnionych jego roszczeń, poszukiwania sprawiedliwości jak i wszystkich tych uczciwie popierających tę słuszną sprawę do realizowania dalekosiężnych planów syjonistycznych parchów by dalej trzymać Niemców pod butem, w strachu, pod kontrolą, żeby tylko nie pomyśleli o wyrwaniu się spod NATOwskiego, syjonistycznego jarzma i żeby płacili kolosalne pieniądze na utrzymanie żydowskiego nowotworu.

Obserwowałem rozwój sytuacji i zastanawiałem się do czego to tak olbrzymie nagłośnienie bazujące początkowo na rzeczywistym oburzeniu zwykłych Polaków zmierza? No i nie zawiodłem się – jak w wielu podobnych przypadkach ta sama globalna kabała uknuła intrygę perfidnie i chamsko wykorzystując rzesze uczciwych ludzi szukających należnej sprawiedliwości by zarobić na nich olbrzymią kasą i jednocześnie utrzymać swoją geopolityczną dominację. Ze sprawy jednego wyroku dla ZDF nastąpiła eskalacja do oskarżenia wszystkich i głównie Niemców (z pominięciem żydowskich liberalnych szmatławców jak NYT) i konieczność zatrudnienia izraelskiej kancelarii! (opisał to David Icke jako „Problem – Reaction – Solution”)

Celem jest by syjonistyczna bandycka agentura reprezentowana przez izraelską kancelarię (Dentos Elliott Portnoy?), której nazwę wkrótce poznamy, kosztem polskich podatników szantażowała Niemców i wymuszała rozbójniczo od nich grube pieniądze na podstawie pretekstów dostarczanych przez niemieckojęzyczną agenturę tych samych syjonistycznych zbrodniarzy – jak ZDF, ale w „niemieckich” mediach jest tego o wiele więcej – trzymając też dzięki temu naród niemiecki w szachu, żeby przypadkiem nie myślał o sojuszu z Rosją, dzięki której mógłby się wybić w końcu na prawdziwą wolność. Nieprzypadkowo ma to miejsce przed wyborami w Niemczech jesienią i gdy słychać coraz mocniejsze niemieckie głosy za zbliżeniem z Rosją.

Czyli Niemcy i Polacy mają płacić i skakać sobie do gardeł (stara imperialna zasada „Divide et Impera”) a żyd się na tym bogacić… Jak mówi profesorek z _Zażółconą_ gębą: „Stać Nas!”.

To od dawna stosowana przez Mędrców AngloSyjonu metoda: pojedynczy zwykli ludzie jak i grupy chcą wspólnego dobra, poszukują prawdy i sprawiedliwości i poświęcają szczytnym celom mnóstwo energii życiowej (w postaci uwagi, emocji, myśli, czasu, pracy), która jest i tak w końcu przez dominujący układ kabalistów, poprzez moc iluzji którą roztoczyli przed ludźmi, zamieniana w ordynarny geszeft, dzięki któremu zdobywają bogactwa i kontrolę (o tym m.in jest alegoria filmu Matrix).